Zagroda zębów.

Odyseusz, bohater Homera, sprawca klęski Troi, mąż Penelopy i ojciec Telemacha, to postać z greckich mitów. Wit Szostak napisał wariacje na temat mitu Odysa, a do tego zatytułował je lekko perwersyjnie: „Zagroda zębów”, wywołując niepokój w czytelniku, sięgającym nieświadomie po książkę, mającym w pamięci wcześniejsze dokonania autora. Ja byłem w tej komfortowej sytuacji, że żadnej książki Szostaka nie czytałem, nie będąc miłośnikiem gatunku, który pisarz uprawia – oczywiście nazwisko było mi znane, postać i wygląd tudzież, szata graficzna wydanych pozycji nie była mi obca.

A ta „Zagroda zębów” co rusz mi się rzucała w oczy, a to w recenzjach czytanych, a to w migotliwych refleksach rzucanych w literackim świecie mediów – rzucała się niepokojąco pozytywnymi opiniami, wyważonymi krytykami, wielopiętrowymi recenzjami, których nie potrafiłem doczytać do końca – jakaś fama szła za Szostakiem, aura niby to tajemnicza, ale przecie jaka tajemnicza, jak autor obraca się w infantylnym science – fiction, rojąc jakieś historie, których za bardzo czytać ochoty nie miałem.

Tymczasem wydawnictwo Powergraph zapytało mnie, czy bym nie zechciał przeczytać „Zagrodę zębów”, a ja otumaniony tym wszystkim, o czym pisałem powyżej, zgodziłem się nieświadomy na co się porywam. „Zagroda zębów” jest wyzwaniem literackim, zabawą słowną, spójną i zwięzłą, oszczędną i wymagającą uwagi. Złapiesz tę niewielką książeczkę i w tempie sprinterskim jesteś w stanie ją pochłonąć w godzinę. Nie polecam tej metody czytania – w tym przypadku smakowanie roztropne, powolność, rozwaga, spokojna kontemplacja dadzą wymagany efekt końcowy. Po przeczytaniu pierwszym, tym bardziej chaotycznym, wróciłem jeszcze raz do „Zagrody zębów”, i odnalazłem  właściwy rytm, który pozwala docenić pracę autora.

Studio_20170118_221525_resized

Na końcu, w Epilogu, pojawia się postać ojca, który Odysa wtłoczył w umysł autora, zaintrygował mitem, był siłą sprawczą tej książki. Ojciec widział Odysa w barze w Prokocimiu, w górach, w pociągu z Krakowa do Łodzi, odwiedzał jego bezimienny grób na starym cmentarzu. Mit stale obecny w życiu ojca, odnajdywany w codzienności, fascynujący albo przydający niecodzienności w trudzie dnia powszedniego.

W Prologu autor uprzedza: nie śpiewaj Odysa, bo ten wyśpiewany, wszystko zostało powiedziane – ale – są też inne możliwości. I właśnie nad tymi możliwościami zastanawia się Wit Szostak. Ale czy o możliwości chodzi, czy taki był autora zamysł? Traktuję „Zagrodę zębów” bardziej jako zabawę literacką, alternatywne wersje losów Odysa są jedynie pretekstem do finezji, do pokazania kunsztu prozatorskiego, zastąpienie rozległego gestu, zwięzłością dopieszczoną do granic możliwości.

Czyta się to wszystko niczym psalmy, zdania powtarzają pierwsze motywy, czasem dosłownie, czasem lekko skrzywione. Wywlekanie wariantów, domyślanie zmyśleń, chodzenie po śladach, znajdowanie błędów mitów, błądzenie, wierzenie, podążanie, pielenie mitów. To określenia autora, który każe nam się wczytać w rytm zdań, dać ponieść czystej zabawie w kreacje – odczytuję wersje losów Odysa, Penelopy czy ich syna, próbuję znaleźć w tym sens, ale tak naprawdę wciągają mnie zestawienia słów, zdania wykrojone jakby same dla siebie. Aż po kres książki, tragiczny finał, zasygnalizowany przecież już na początku, tym zestawieniem słów: śmieci i śmierci. „Śmieci trzeba śpiewać, mamy tylko śmieci”. Bo na końcu Odys odnaleziony, leży w śmietniku, rzyga winem, zbędny bohater, śmieci blisko śmierci.

Szostaka nie ma co demonizować. Od czasu do czasu można się zabawić kunsztowną literaturą, zmierzyć się z warsztatem i mieć odwagę. Ale przede wszystkim mieć klasę i kunszt, żeby się udało. Tak jak udało się Szostakowi w „Zagrodzie zębów”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *