Zyta 02

Jakoś tak późno zachciało mi się  sumować zeszły rok i przeglądam tytuły, nawet już mam tekst skończony i nagle – przecież jasna cholera uciekła  mi Zyta gdzieś ta Rudzka mi zaginęła, a była już przeczytana i napisana i porównana do pierwszej  podobnej.

Olśniony odnalazłem zagubiony tekst gdzieś pomiędzy Chagallem a  Kafką, była ta niepokorna kobieta Przytaczam:

Wskoczyłem w swoją drugą Rudzką z niecierpliwością, przygotowany na wszelakie odloty, bo na debiutanta nie trafiło, a „Ten się śmieje kto ma zęby”, zaliczone były  po ukazaniu się wkrótce, nawet przed Nike.

Z wyglądu Rudzka może być własną bohaterką i czy ją widzę czytając „Tylko durnie żyją do końca”? Czuję z miejsca, że Rudzka chce nam coś powiedzieć o życiu i jest to ciąg dalszy mojego debiutu z nią – jakby ta sama kobieta, żaden demon intelektu i urody, nawet gorzej, mało atrakcyjna i przyziemna lewaczka, pokazuje jak się to robi. Na własnych warunkach ustawia sobie świat i gnije w nim ku utrapieniu otoczenia. Nie ma tu żadnej ciągłości, akcji, wydarzeń, dzieje się mało, przebłyski jakieś, dygresje, opisy, przyroda, rzeka i dwaj partnerzy, którzy plączą się jak smród po gaciach.

Zyta płynie prozą w sprawdzony już sposób, bezczelnie, bez ogłady, z wyższością, w języku własnym, ironicznie, ordynarnie. Ten sposób pokazywania rzeczywistości nigdy się nie nudzi, bo Rudzka barwi go humorem, zbitką słów, degeneracją powiedzeń, wygłupem. Jak dotąd nie wykoleiło to jej prozy, ale jak pójdzie w zaparte dalej tak samo, to się zakopie, jak czterej pancerni w schemacie własnego błocka.

Wuefistka z cycem , czyli jedyną atrakcją, mężczyzn traktuje wybiórczo. Tych dwóch co ma, nie wybierała- sami się napatoczyli. Chleją razem bimber i śpią.

Lida nie kocha, Lida pływa w rzece, codziennie. Rzeka jej towarzyszką. Inne chłopy z nią nie po drodze. Ojciec czasem zawita, ale ku niezadowoleniu, jakby jedynie Lidę umieścić w geneaologii, córka bogatego adwokata, nie poszła w ślady. Trafił się nawet znany kiedyś aktor z potrzebą zaliczenia cyca Lidy, ale go rozczytała i znudzona uciekła na motorze. Tak że chłopy marnie się prezentują u Zyty,  wybrakowane modele, choć kobietom Rudzkiej pasują. Jest to jakiś jednak przekaz literacki  czy życiowy autorki, żeby facetów tak z kopa tratować. Z drugiej strony te jej panie też cudownością nie grzeszą, te pokraki życiowe choć mają się dobrze, tęsknią za czymś czego nie potrafią wyrazić – wszystkie te opowieści Lidy to jedynie maska, pozór, w środku Lida chciałaby rzucić tych pijaków i popłynąć z rzeką na skraj. Rudzka wymyśliła Lidę jako prowokację, pokazała ją jako karykaturę, żebyśmy się śmiali, a właściwie mamy ją podziwiać, za beztroskę w przegrywanej egzystencji. Każdy może urządzić się jak mu się podoba i nawet jak nie wyjdzie filmowo, to jednak ma się to na własność, swój świat, w którym umoszczona Lida próbuje być szczęśliwa.

Zyta Rudzka wpadła w pułapkę kolein stylistycznych, uczyniła z tego  swój znak rozpoznawczy, ale  nie pożyje z tym  długo, bo już i teraz od połowy czytania, chce się zmiany, wyjścia z tej ironii, z tej kpiny z wszystkiego i nawet o zgrozo, przestaje się lubić Lidę, zanurzoną we własnym sosie, jak Zyta we własnej manierze literackiej.

Rudzka pisze się sama, płynie wartko, ponosi Zyte zdaniami, gdzie czasem  pobudka, ładne skojarzenie, jak to w stylu spojrzał na mnie jakby w telefon zerkał i potem znów trafione skojarzenia, cudne zdanka , figlarne, bezmyślne sploty, budujące klimat, oparte na tym wszystko w tej prozie i nawet zdechły Elvis nie przeskoczy stylistycznej układanki z Lidą w roli, w lesie, z tymi dwoma łajzami  w tle. Wuefistka nie do tańca do bimbru lepiej, przekreślona  gimnastyczka, cyckami naznaczona, twór nie kobieta, a jednak…

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Co nam powiedział Brod o przyjacielu Kafce?

Pachnąca kurzem i stęchlizną czarna książeczka z wielką literą K, przynosi mamrotania Maxa o swoim przeznaczeniu jakim w końcu został pisarz Franz Kafka.

Znajdziemy tam na przykład opis pokoju, w którym studiowali Platona, żeby nie zapomnieć greki, ścianę, która wbiła się Maksowi w pamięć. Wyjaśnienie dlaczego Franz rozpoczął studiowanie chemii i szereg szczegółów, za które Brodowi należy się order.

Kafka przez Broda, przepuszczony, jego oczami, Franz  jest Maxem, nie ma innej opcji. Przyjaciel ulepił sobie Kafkę na własny użytek, bo przecież Brod istnieje tylko dlatego, że poznał Franza.

Ta pierwsza biografia pisarza, zawiera szereg faktów, sytuacji, epizodów, doskonale znanych każdemu miłośnikowi, ale to tutaj właśnie Max przytacza te ikoniczne wspominki, jak ta niewiarygodna, kiedy na wystąpieniu ważnego urzędnika Franz zaczyna się szaleńczo śmiać, co dziwiło mnie i w serialu o pisarzu, czy u Holland, a jednak ponoć to fakt, o którym Brod napomina.

Kawałki z  życiorysu wchodzą z tej książeczki do kanonu literackiego, stąd  uważnie czytam nawet pisane przez Kafkę instrukcje dla pracowników będące częścią pracy pisarza w towarzystwie ubezpieczeniowym.

Paradoksem tej biografii jest to, że wcześniej poznałem wszystkie anegdoty, które znajduję u Broda. To on ukształtował  wizerunek  Franza, będąc jego przyjacielem widział proces stawania się udręczonym pisarzem, którego pokazał nie tylko w tej biografii, ale przez całe swoje życie dbał o pośmiertną sławę Kafki.

Brod pisał tę biografię od serca, nie da się kwestionować jego oddania przyjacielowi, ale czasem zdawało mi się, że zbyt przesadnie skupia się na tragedii uwięzionego w codzienności autora – Brod  widzi Kafkę przez jego narzekające na obowiązki, dzienniki i wspomnienia rozmów z przyjacielem. A wiadomo z innych źródeł, że ci młodzi jeszcze mężczyźni potrafili się nieźle zabawić, wypić i prowadzać z dziwkami, co Max preferował a Franz zapewne wstydliwie akceptował. Chciałoby się wysupłać z tej opowieści trochę smaczków, które niestety Max zabrał do grobu, a niewątpliwie będąc tak blisko przyjaciela wiedział więcej niż Kafka zanotował w dziennikach.

Klasyczne anegdoty, powiedzenia i sytuacje przeplatane tu są tymi innymi, które nie weszły do kanonu, lub które samodzielnie moglibyśmy wyłuskać z dzienników lub listów, a tu u Maxa jawią się niczym meteory nowości, wydobyte tylko dla nas. Widzę więc wyraźnie tę scenę zachwycającą, kiedy poważni panowie w garniturach sadowią się z namaszczeniem w oczekiwaniu na czytanie kafkowskiego „Procesu”, co z pewnością jest wydarzeniem dla tej kliki. Franz zaczyna czytać i my wiemy jak wygląda ten początku koszmaru Józefa K. I co następuje?  Rozpoczyna się rechot – sytuacje są tak przerażająco absurdalne, że słuchacze się zaśmiewają, a w końcu i sam autor, nie potrafi się powstrzymać i śmieją się wszyscy. Jakże to jest filmowa scena i szkoda, że nie mogłem zasugerować tego np Agnieszce Holland.

Brod stara się opisać przyjaciela chronologicznie, opierając się na wzajemnych relacjach, kiedy Max śledził nastroje Kafki, zapisywał w swoim dzienniku, przypominał sobie sytuacje i sceny  wynikające z humoru lub stanu zdrowia Franza. Trochę zabrakło mi  epizodu z poznania Felice i późniejszych kontaktów z nią, opinii o tej  kobiecie mogącej odmienić literaturę XX wieku, co częściowo jej się udało za sprawą choćby „Wyroku”.

Interpretacje Broda wprowadzają lekki chaos, nie wiem jak traktować te wnioski recenzenckie i wyjaśnianie kontekstów w pisarstwie Franza. Szczególnie uderza szeroki zamach na „Zamek” i wtłoczenie w sens powieści losów  narodu wybranego. To się zazębia, Brod ładnie przekonuje przykładami do swojej teorii, zwłaszcza, że wiadomo jak poważnie Kafka traktował swoje żydostwo.

Nie da się jednoznacznie ocenić Maxa Broda – mógłby to uczynić jedynie sam Franz, w jakimś eseju o Maxie przyjacielu, którym niewątpliwie był, albo o tym, jak zdradził i  jak bardzo zawstydzony jest obecnie Kafka,  obserwując szaleństwo z suwenirami z jego życia.

Wstrząsające są te końcowe opisy odchodzenia Kafki, jego choroba i przerzucanie tego kruchego ciała z Pragi do sanatoriów, ta podróż odkrytym autem w deszcz i wichurę, kiedy Dora zasłania Franza swoim ciałem, heroizm  przyjaciół czym jest przy cierpieniu pisarza, nie mogącego nawet się skarżyć, bez głosu, bez sił. Umieranie Kafki  stara się Brod odtworzyć szczegółowo i z pewnością jest to najbardziej wiarygodne świadectwo i tylko Dora dałaby relację mocniejszą emocjonalnie. Brod podkreśla oddanie nie tylko Dory, ale wszystkich najbliższych  pragnących ulżyć cierpieniu przy nieuchronnym końcu, o którym Franz wiedział, że szybko nadejdzie.

Końcowy rozdział dopuszcza inne osoby, które znając Kafkę, mogłyby dodać więcej do relacji Maxa. Brod wspomina Janoucha, który notował rozmowy z Franzem w tym dziwnym czasie, kiedy trwała wymiana korespondencji z Mileną, której Brod przypisuje rolę kochanki, z którą Franz chciał zmienić swoje życie, a która ostatecznie go rozczarowała, porównując tę miłość do związku K z Friedą w „Zamku” i sugerując wpływ otoczenia jak to było w powieści, na losy tego związku.

Zawsze mi się zdawało, że to Milena nie udźwignęła  wymagań Franza co do ich przyszłości, ale nie wierzyłem w zaangażowanie Kafki, podobnie jak to było przy Felice. Franz raczej fantazjował o związkach, wiedząc, że nie jest zdolny do wspólnego życia – dopiero Dora go „przyszpiliła” swoim oddaniem i miłością, że nawet chciał się żenić.

Książka Broda skłania do wielu przypuszczeń i fantazji – jak to naprawdę mogło być z tym Kafką, który obrósł taką legendą, że gdyby zmartwychwstał  musiałby uciekać na Księżyc  przerażony  swoim życiem  utkanym przez krytyków całego globu. Przyjaciel stara się  szczerze komentować życie Franza, ale  nadaje wspomnieniom  mocno osobisty, nostalgiczny wyraz. Kafka jest tu pomnikowy, a Brod odsuwa najmniejsze choćby  skazy na jego charakterze.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Po Ignacym Reisefieber

Miało tego nie być. A tu nominacja do Nike – a jeśli cholera, dostanie?

Przekładam „Ludzi z nieba” od miesięcy, nawet mi się z Jarno pokiełbasił ten Karpowicz, że nie wiedziałem co czytam.

Eksperymentator Ignacy  wyrzucił z siebie dziwadło, którego filisterskim umysłem nie dogonię, ale ma to siłę przyciągania, jak najlepsze wino  wytrawne.

Nie ma co wchodzić w  plan akcji, ciągłość, co do siebie ma przystawać, a co się oddzielić? Ponoć to Żwirko i Wigura, taki park znam, gdzie mi rower Sokół podwędzili, ale nie znajdziesz biografii w tym splątaniu, to błyskotliwa proza, wyjęta dla radości konsumpcji.

Gubiłem się pierwszymi rozdziałami, smakowałem momenty, przerywałem, zapominałem. Potem po Moskwie nastała Kora i tu już było fajnie. Dziwaczka, wulgarna, wariatka – rozśmieszyła wykładem dla panien o poezji, aż żal, że nie chce mi się cytować, a warto by było.

Karpowicz w tym swoim kolorowym swetrze przyćmił nawet okładkę zwyciężczyni, zadumał zgarbiony Michnik a Ignacy zniósł ceremonię dzielnie, jakby wiedział z miejsca, że nic nie dostanie, bo kto to przeczytał do końca – ja jeszcze mam kawałek i odliczam strony.

To proza pozująca, manieryczna i popisowa, można lekko posmakować, pośmiać się z dziwacznej rodziny Kory i jej brata bliźniaka. Ignacy zapowiadał się do tego od pierwszych swoich książek, czaił z prozą poboczną, próbował uciec z :”Sońką” albo „ Miłością”, lecz natura przezwyciężyła wszystko i mamy Karpowicza jakiego sobie wymarzył.

Pisanie dla samego stylu nie kończy się szczęśliwie – można jednorazowo coś ugrać, ale na dłuższą metę to się nie opłaca. Nie chcą czytać. Podobnie ma Zyta Rudzka, wpadła w manierę i jak teraz z tego wyczołgać się?

Karpowicz dobrym pisarzem jest i szkoda, że wpadł w koleiny, z których musi się sam wyciągnąć za włosy jak baron Münchhausen.

Nie popełnił błędu tego Mikołaj Łoziński, którego debiut wywlokłem z tylnych rzędów, cudem nie wiem jakim i wróciłem po latach od zaliczenia i jeśli czasem zastanawiam się do których książek trzeba wracać, to teraz już wiem, że do tej warto było. 25 lat i wystrzelić z taką dojrzałością – to chyba jedynie Engelking  zdawał mi się zawsze młodym pisarzem wyrzucającym z siebie dorosłe dzieła.

Po 20 latach „Reisefieber”  smakuje jeszcze lepiej, a  późniejsze Stramery  jedynie potwierdziły umiejętności.  Los  matki i syna przypomina mdłości podczas oglądania Bergmana. Łoziński opisuje stany uczuciowe i myśli, jakby to on był Danielem zmagającym się pamięcią po zmarłej matce. Jesteśmy też w myślach Astrid, wiedzącej, że umrze, porządkującej się i zamykającej  życie na własnych warunkach. Jest zimno a zbyt krótko obcięte paznokcie są niczym wobec  przyłapania starej matki z kochankiem z blizną na brzuchu. Uwiera ta proza w ostateczności, jest obrzydliwie naturalistyczna i ma z drugiej strony posmak, który przyciąga, jak stanie twarzą w twarz ze śmiercią.

Po Łozińskim  Karpowicz smakuje jak tiramisu po grochówce

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bracia Kafki

W zapowiedziach dostrzegłem biografię Kafki, ale zaraz autor wydał się znajomy: Pawel, wiedziałem, że to nie ten od saren, którego biografię studiowałem niedawno. Ernst Pawel był mi znany  z okładki potężnego tomiska, z których to cegieł słynęło wydawnictwo Twojego Stylu, rzucając na rynek nietypowe biografie słynnych postaci, z żonami pisarzy na czele. Tenże Ernst Pawel pojawił mi się na półce z portretem Franza Kafki i tytułem: ”Koszmar rozumu”.

Niedawne dwa pierwsze tomy Stacha, wypełniły życie Franza skutecznie i w oczekiwaniu na tom ostateczny, zapomniałem o ukrytym gdzieś na półkach tomie Pawla, lecz nowe wydania Marginesów, skierowało mnie ku poszukiwaniom, żeby porównać te dwa tomy, odświeżyć inne spojrzenie na biografie, bo od pierwszego kroku Maxa Broda i jego „Opowieści biograficznej” z 1937 roku, kiedy to nazwisko  pisarza kojarzyło się jedynie z czarnym napojem, o Franzu napisano setki książek, a kilka nawet posiadam.

Znając na wylot losy ulubionego pisarza, z nieufnością przyjmujemy kolejne interpretacje nowych biografów.  U Stacha podziwiałem zagłębienie się w historie przodków rodziny Kafków, dotarcie bardzo daleko w głąb i widzę, że u Pawla mamy podobne podejście do tej prehistorii żydowskiej.

Przeklinany wszędzie ojciec Herman, niby źródło nieszczęść praskiego pisarza,  jest rzeczywiście herosem, który wydarł od losu, przyszłość syna, sam od czternastego roku życia walczący o przetrwanie,  wyszarpał pozycje o jakiej nie marzyli nawet jego  rodzice.  Historia z ojcem  Kafki to rozważania dla psychologów, choć pisanie o kompleksie Edypa, trochę mi nie pasuje do Franza. Za to wyskakują mi tu nieszczęśni bracia, jak  kukiełki z pudełka pojawiają się by zaraz umrzeć, a to na ucho, a to na odrę. Kim zostałby Georg ( pewnie nie Samsą, bo tamten to był  Gregor) a kim Heinrich? Z braćmi u boku Franz byłby mocniejszy, ale ta alternatywna rzeczywistość nie nadejdzie szybko, być może w filmie  byłoby to wskazane, albo w powieści   jakiegoś polskiego, zdolnego pisarza. Śmierć braci  ukształtowała tę rodzinę, rzucaną z miejsca na miejsce w centrum Pragi o czym Pawel skrupulatnie informuje. Rozpisuje się i dywaguje autor, niebezpiecznie zanudza  spragnionych biografii, opisami systemu kształcenia  wielokulturowego cesarstwa, rozpościera hektary niezdatnych do niczego informacji, gubimy się po drodze i nie zdążamy na  kolejny pociąg.

Pojawia się ten straszny wątek opiekunki ciągnącej małego Franza do szkoły, pod presją skompromitowania go przed nauczycielem. Pavel posiłkuje się mocno Freudem, o którym  wciąż wspomina, pokazuje jak środowisko, żydostwo, szkoła, okoliczności, kształtowały umysł małego, wrażliwego chłopca, wciąż wstydzącego się swojej pozycji, którą wyszarpał oszustwem i oczekiwaniem na karę, która nieuchronnie zdemaskuje jego marność. To jest ten minus opowieści Pawla, roztaczanie okoliczności, opisów sytuacji, gmatwanie, nudzenie, dywagacje, dygresje, mało wciągające, odsuwające nas od chudego Franza.

Audioteka wypuściła równocześnie audiobook, który sobie podsłuchuje i tam na szczęście można przeskoczyć te nudne fragmenty.

Pawel penetruje codzienność Kafki, jest skrupulatny, docieka i weryfikuje niektóre prawdy, kiedy to koledzy szkolni pisarza, po jego odkryciu literackim, nagle wygrzebują z pamięci epizody, trudne do zweryfikowania historie.

Szczegóły definiują biografię, więc mogę przypomnieć sobie tę śmieszną opowieść dorosłego już Franza, jak dwaj koledzy zdołali go uświadomić w sprawach seksu. Pisząc do siostry wspomina, że jeden z prawej, drugi z lewej, dali mu wykład, po czym Kafka reasumuje, że zapewne dalej oni wiedzą o seksie tyle co wówczas mu wykładali, podsumowuje ich żywot, pisząc, że obaj zostali w Pradze a nawet się ożenili, jednego oszpecił syfilis, natomiast drugi został profesorem od chorób wenerycznych. Cóż za historia, żywcem wyciągnięta z jakiegoś surrealistycznego opowiadania Kafki, albo tomu przygód Elisabeth Costello

Przerzuciłem się jednak z audiobooka czytanego przez Mateusza Bosaka, bo jednak Kafka wymaga papieru, a wydanie Marginesów jest poręczne i nie przypomina tomiska , którym można pozbawić przytomności nawet samego Hermana, do tego  nowe wydanie ma ładny papier i nawet tłoczone litery (chwała Abedik) i książka przyjemnie  jest szorstka w trzymaniu, co wiele dla nielicznych znaczy. Okładka z tą zagiętą obwolutą  obniża ostateczne wrażenie  zadowolenia z posiadania  klasowego przedmiotu. Nie pojąłem się porównania odległych tłumaczeń i czy tłumaczka Irena Stąpor cokolwiek zmieniła w swojej pracy z roku 2003, nigdzie o tym nikt nie wspomina. Sam Pawel urodzony w Breslau, co miło  się zazębia, ceniony był za swoje pisarstwo i ciekawe, czy wolał nową wielką synagogę od  tej pod Białym Bocianem? Biografia Kafki zdobyła jeszcze za życia Pawla spore uznanie, nominowana do American Book Award. Pani Irena tłumaczka romansów, chińskiej kuchni, sprawiła się poprawnie, czytamy bez zgrzytów, ale co można powiedzieć jeśli nie mam oryginału.

Przygoda z życiem Franza Kafki warta jest czasu studiowania tej biografii, jeśli marzy Wam się wybranie  na film Holland, bo warto rozszyfrować niuanse niektórych scen.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zawał

Było śmieszne. Gdzieś fragmenty na szybko, wesołe przekomarzanki  z zachwiania zdrowotnego. Dobrze napisane, zachwyciły, ale w tamtym momencie pomyślałem, że nie udźwignę tematu umierania, szpitali, udręki. Kiedyś był Miron z „Zawałem” , Grynberg  podszedł podobnie pokazując  świat odrębny, świat czyhający na każdego – wystarczy wdepnąć w szpital i już nowy kosmos. Oswajanie rzeczywistości i chęć ucieczki, wtopienie się, rozpoznanie możliwości. Kiedy stajesz na granicy, przemodeluje się nagle wszystko i wyliczasz ostatnie razy, Jest tragicznie, a potem  dostrzegasz elementy humorystyczne  a rzeczywistość kreuje sytuacje które chciałbyś opowiedzieć.

Mikołaj Grynberg opisuje przygodę ze służbą zdrowia i nie ma tam narzekania, utyskiwania, jest realność możliwości wyjścia do toalety, dialogi z pielęgniarkami i lekarzami, towarzyszami niedoli. Spacery po oddziałach i przekonywanie siebie, że już mogę opuścić to surrealistyczne miejsce. Ludzie  tworzą wszystko, kontakt z lekarzem jest nieomal mistycznym przeżyciem.  Każdy  może to przeczytać po swojemu, porównać przygody z gatunku: ”nad przepaścią”.

Z jednej strony jest tu jakaś „fajność”, umiejętnie podsycony tragizm z lekkością codzienności, że łatwo nam się wtopić w ten klimat. Motyw krawędzi życia i powrotu, refleksje  jak to będzie beze mnie, te wszystkie piny do przekazania, testamenty, co zagrać  nad grobem, ustalenia wydają się niesamowicie ważne, bo nawet wtedy chcemy dobrze wypaść. Grynberg wchodzi głęboko w uczucia, mentalna wiwisekcja, odsłania to wszystko kim jesteśmy. Ostateczność nie jest przyjemna, choć kryje własne uroki, jest jak porządkowanie księgozbioru.

Oczekiwałem, że to będzie uwalniająca rozrywka, sumująca własne doświadczenia – to proza dla doświadczonych, wspominających.

Mógłbym też napisać, że to rzecz o miłości, nie tylko do siebie, miłości do życia, najbliższych i tych obcych, ratujących. Humor łagodzi  przygnębienie z umierania, tylko komu tam do śmiechu? Przygoda z zawałem  jest nauczką i zmienia wszystko – jedna chwila przestawia zwrotnicę na nowy etap, mniej wesoły od wcześniejszego, kiedy miało się tyle możliwości.Mikołaj Grynberg ujął ten czas fotograficznie, zatrzymał w kadrze chwile istotne dla własnej duszy, opisał momenty  i czułość, którą oddał prozą jest  kluczem tej książki. Grynberg się wyraził  jak potrafił, to subiektywne  historie, w których próbujemy się odnaleźć z własnym odchodzeniem.

Może będzie ciąg dalszy, już bez kolejnego zawału, refleksyjnie o życiu, co prześwituje w ostatnich rozdziałach, powrotu do normalnego funkcjonowania, co nie jest łatwo  kiedy się już było prawie po drugiej stronie.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Anna

Kiedy odkrywałem Iwaszkiewicza, poznałem Annę i było to poznanie w  identycznym  stylu jak z twórczością Jarosława: wiedziałem, że była obfita, często filmowana, ale tak naprawdę nigdy nie przebrnąłem przez Brzezinę, a pamiętałem  najlepiej listy do Wajdy.

Więc ta żona przewijała się obok męża, była jak cień obecna, ale nieważna, a przecież miałem dylematy czy warto mieć jej dzienniki.

Biografia uderza z miejsca chorobą psychiczną, determinującą jej całe życie. Była osobowością dziwaczną, depresyjną, a jednak trwała w małżeństwie z pisarzem homoseksualnym, bo sama  niepewna własnej orientacji.

Skazana przez samobójstwo ojca na geny depresji, schowana w sobie, wrażliwa na sztukę, Prousta i Conrada.  Historia z matką nie  pomagała w leczeniu depresji, a  przesadny katolicyzm rujnował  normalne funkcjonowanie. Autorka  pokazuje Annę raczej z sympatią, nie szczędząc opisów jej słabości, na których raczej buduje jej osobowość. Krucha natura zgodziła się  wspierać męża, pomimo jego skłonności – Anna  nie oceniała, nie wypominała – była przyjacielem codziennym  i obowiązkową kochanką, która urodziła poecie dzieci. Czy Jarosław poślubił Hanię Lilpop z wyrachowania, czy raczej zakochał się w jej delikatnej naturze? Myślę, że zderzyły się tu obie przyczyny i małżeństwo  rozkwitło, choć  wymagało cierpliwości obu stron.

Sylwia Góra na szczęście nie poszła w stronę  kreowania Anny na walczącą feministkę, choć przesłanki  wskazywały świetny materiał biograficzny, udowadniający jak łatwo byłoby oskarżyć świat o niesprawiedliwość. Anna nie wierzyła w swój talent, a tłumaczenie Prousta  było w jej wykonaniu doskonałe; a jednak przekonanie o własnej niedoskonałości, depresja oraz dewocja, odwiodły ją od pracy literackiej, gdzie mogła odnieść sukces.

Strona Anny  jest niezmiernie skomplikowana psychologicznie i o ile w stronę Swanna  żona Jarosława szła dzielnie i z przekonaniem, to jej własny los zdaje się być niespełnionym talentem, a satysfakcja sprowadza się do 57 letniego małżeństwa z ukochanym Iwaszkiewiczem.

I do tego ta niesamowita Maria Morska, która nieustannie staje mi na drodze, że przydałoby się napisać i jej biografię.

Uczucia do Morskiej Anna opisuje szczegółowo w swoim dzienniku i ciekawie oddziela pożądanie fizyczne od promieniującej od ukochanej czystości erotycznej. Chłopięca uroda Iwaszkiewiczowej mogła  rzutować na jej orientację – mogła być pociągająca dla lubiącego chłopców Jarosława jak i dla  kobiecej  i subtelnej Marii.

Późniejsze przygody Morskiej w jednym pokoju z mężem i kochankiem, to przejmujący scenariusz  filmu grozy, psychologicznie  rujnujący wszystkich bohaterów.

Biografia Anny zostawia jednak szerokie pola przypuszczeń i niedopowiedzeń. Szczególnie  kuszące są te fakty z biografii, o których autorka  pisze bez zahamowań: a więc choroba psychiczna, Tworki, depresje, dewocja, homoseksualizm, porzucenie przez matkę, próby literackie…

Wszystko to na jednej głowie, przemieszanie talentów, próby literackie, Proust, cały ten galimatias odkrywa Annę w  kalejdoskopie błysków. Jeśli jeszcze dodamy do tego wojenne Stawisko, to ta Anna  gubi się kompletnie i przestaję ją widzieć  w  samotności taką, jaką była naprawdę. „W stronę Anny” idę  przebodźcowany i zdezorientowany,  co  w tym całym życiu było najistotniejsze – może jednak miłość do Jarosława, cierpliwość, pogodzenie się z losem, który wybrała w zamian za możliwość bycia  artystką, tłumaczem?

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Aszur

Po niebieskiej Persji czas na mroczną Asyrię, sięgającą tak daleko wstecz, że objąć to trudno, chyba że postawimy się obok egipskiej cywilizacji, bo jakże abstrakcyjnie brzmią ślady sprzed 4 tysięcy lat?

W przypadku studiowania tych dziejów starożytnych, podziwiam tropicieli – historyków, rekonstruujących chronologię, zwyczaje, imiona – i nieustannie zadaję sobie pytanie jak było naprawdę, jak wyglądało przekazanie władzy królewskiej, te morderstwa, zamieszanie w pałacach, strach i krew.

Asyria jako imperium – nie było tak łatwo, bo wokół straszliwi sąsiedzi z Babilonem i plemionami  perskimi, lokalni władcy, podstępni i z ambicjami. Pojedynczy królowie wszczynali wojny z sąsiadami, mordowali, obdzierali ze skóry, narzucali podatki i przesiedlali swoich na nowe tereny, stopniowo parli na boki aż stali się imperium.

Schodzimy w dół całymi wiekami i wkrótce historia zaczyna się zazębiać. Jest już Babilon i rodzi się Persja, zaczynają się stykać interesy i ambicje.

Jakaż szkoda, że tereny te obecnie tak niedostępne, bo chciałoby się pojechać tam i rzucić wzrok na resztki tego co kiedyś tętniło cywilizacją. Gdy patrzy się na zdjęcie współczesnego Aszur, albo na Niniwe, to  aż żal, że nie da się cofnąć o tysiąclecia, żeby ujrzeć te pałace i ludzi wokół. Jakieś ślady przetrwały, reliefy, listy na tabliczkach, raporty, meldunki, wykopane , połamane, niekompletne – sklejają to wszystko mądrale i jakże mogą się mylić w interpretacjach…

Fascynujące przepowiednie i modlitwy. Za króla Asarhaddona,  wsadzono na zastępstwo niewolnika, bo przepowiednia  po zaćmieniu księżyca głosiła rychłą śmierć króla. Nieszczęsnemu zastępcy dano nawet dziewicę i ciekawe byłoby poznać jego wrażenia z tych dni, kiedy czuł się królem, ze świadomością, że za chwilę i tak go zabiją, żeby wróżba się spełniła bezpiecznie dla prawdziwego władcy. Jaki to świetny scenariusz dla filmu o starożytności, z dylematami i zwrotami akcji, godnymi  Pasikowskiego.

Asyria zdaje się być bardziej tajemnicza i posępna niż Persja, choć wiele historii łączy te imperia – podboje i kult Marduka, najazdy  i marzenia o Egipcie.

Asyria” zdaje się być bardziej podręcznikowa, napisana szorstko i jest tu mniej  możliwości snucia wyobrażeń o losach poszczególnych osób. Władcy mieli identycznie trudno, chroniąc  swoich najbliższych, ale autor bardziej jednak skupia się na ogólnych warunkach kształtowania się imperium.

W tej kolebce cywilizacji tkwi jak diament Babilon, łupiony, niszczony, odbudowywany, ze swoimi bogami, wywożonymi posągami, mordowanymi królami, narzucanymi religiami między Elamem a Aszurem, w dzisiejszym Iraku, zniszczonym wojnami.

Poznajemy starożytnego bibliofila  Aszurbanipala gromadzącego tabliczki do czytania, tworzącego wielkie biblioteki, odnalezione po wiekach, połamane, zabierają czas specjalistom od składania i odczytywania. Wyobrażanie sobie przeszłości historycznej  to efekt kartkowania tego dzieła, a zastanawianie się  nad losem Szamasz- szumu-ukina, którego imię jest na tyle fascynujące, że postanowiłem o nim wspomnieć.

O ileż ciekawsze byłyby lekcje historii, gdyby nie kazano nam wkuwać faktów, a operowano historiami z takich dzieł, fascynowano  i zadziwiano  metafizyką postaci zapisanych w dziejach – tak właśnie pamiętam meteora na zastępstwie w liceum, który wciąż powtarzał imię Marka Tuliusza Cycerona i dzięki temu, mogę podkładać jego tomisko pod chwiejące się krzesło.

Asyria”  Eckarta  Frahma pokazała mi jak mało nauczyłem się w szkole o Mezopotamii i dlaczego chciałbym tam pojechać zobaczyć ruiny Aszur.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Milena

Dawno temu pewnie w tym wielkim antykwariacie na Kuźniczej, gdzie obecnie  wyżerka, zakupiłem od niechcenia dość potargane listy, przerzuciłem z uwagi na snobizm na Franza, a potem matka niegrzecznego chłopaka z ósmej klasy, pracująca w introligatorni  przy Nankiera, oprawiła mi to w brązową okładkę – za darmo.

Z Mileną mijaliśmy się latami, wyparta przez Felice, choć zgrabniejsza, inteligentniejsza, bardziej napalona, ale czy skonsumowana?

Tegoroczne wydanie z hukiem przetoczyło się po mediach, a ta kawowa? okładka  na długo przykuwała moją uwagę, bo spokojnie i długo wczytywałem się w losy tej dziwnej pary.

Czytałem te „nowe” listy Franza do Mileny i pomimo całkowicie odwrotnej sytuacji z Felice, to jednak ten Kafka ukryty jest w słowach, niedopowiedzeniach, ten sam skurczony chudzielec, niepewny siebie, zawstydzony, przerażony, ukryty  w sobie, spragniony  czegoś, czego sam nie potrafi ogarnąć. Z początku oficjalne pisma, ton podniosły jak to u Franza, rozpoznania, na ile może sobie  pozwolić w wyznaniach, rozpędza się miarowo niczym lokomotywa, bucha momentami parą obficie, ale widać nie przestraszył Mileny, odważnie stawiającej czoła coraz bardziej zapalczywemu  prażaninowi. Nie wiemy jak bardzo Milena była zafascynowana Kafką i co w niej wzbudzał ten dziwak, ale była inna niż Bauerówna, odważniejsza i wdzięczniejsza.  Kiedy w końcu piszą sobie Ty, coś się rozluźnia i Franz śni o niej, tym rodzajem marzeń, które zawsze kończą się rozdzierającym rozstaniem i niezrozumieniem. Kafka jest  tradycyjnie zrozpaczony i pesymistyczny, żali się i opisuje swoje życie, a jednocześnie jest troskliwym doradcą – to jest ta pozycja  faceta z daleka, który stara się wymądrzać, a tak naprawdę jest zawieszony w innym wymiarze.

I ten kolega wypisujący banialuki, do zafascynowanej jego umysłem Czeszki, nagle musi się zmierzyć face to face z kobietą, która prowokuje chorego chudzielca do spotkania w Wiedniu. Przerażony pisarz kręci i zwodzi, raz jedzie, potem odwołuje, podpuszcza, bawi się listami, przeżywa, śni, aż wreszcie są razem: mężatka z nieśmiałym autorem, którego podziwiała na odległość, a tu ma go pod ręką i łażą po tych parkach wiedeńskich cztery dni i jakiś kontakt fizyczny pewnie zaistniał, ale czy go zauważyli? To musiało być straszliwie męczące dla Franza, te codzienne spotkania i rozstania wieczorne, potem wspomina jak mu się podobała ostatniego dnia  tej przygody od środy do soboty.

Kiedy wraca do Pragi ma na głowie narzeczoną Julię, której z wrodzonej przyzwoitości wszystko mówi, a ta chce walczyć, ale jak wygrać z tym chorowitym cieniem. Zapomniana jakoś jest ta Julie Wohryzek, ładna taka nieuporządkowana, zakochana w pudrze i welonach, zagazowana w Auschwitz, dziewczyna, którą wyparła z literatury Milena, do której Julie nawet pisała, a przygody z tym listem zakochany Franz z humorem relacjonował do Wiednia.

Pisał do niej z Merano, jak zwykle ze swadą opisując miejscowe zwyczaje, co zapamiętali mu tubylcy, całkiem niedawno nazywając placyk w Merano imionami kochanków.

Kafka kochał bezpiecznie na odległość, bez strachu o codzienność kontaktów, listownie się angażował, kochał pisząc, a bardziej, oczekując listów. Wyobrażał sobie miłość, konstruował ją w głowie, trzymał się doskonalej formy miłości do idealnej dla niego, bo odległej kobiety. Seksualność Franza Kafki to temat  na niezły doktorat.

Sam określił tę miłość – w jednym z listów napisał:”… nie kocham przecież wcale Ciebie, lecz coś więcej – moje własne przez Ciebie, podarowane istnienie”

Dlatego  te jego miłości są wymyślone, sprokurowane, wylęgają się w rozgorączkowanej głowie, nigdy nie wiadomo na kogo trafi – losowanie z Felice Bauer było  pechowe  i przypadkowe, nietrafione. Z Mileną trafił lepiej, choć to także był strzał ślepakami, bezpieczny, bo ta mężatka nie zagrażała  jego systemowi i wyobrażenie o tym kochaniu, mógł więc sobie pisać  listy, myśleć, angażować się cały, na odległość, bo ta miłość pożywiła się już przez cztery dni w Wiedniu.

Uszczęśliwiłyby więc naszego kawalera, okoliczności zniknięcia definitywnego korespondencji jego kochanek, przesyłanych regularnie do tego pedanta, czytającego wszystko po kilka razy, analizującego a następnie niszczącego wszystko w piecu – a może te listy panien przechowywał starannie przewiązane wstążeczkami, a zazdrosna Dora je wywaliła, co mało prawdopodobne, prędzej skonfiskowali je gestapowcy razem z innymi skarbami, które czekają w archiwach, nie wiadomo na co?

A jednak znowu się spotkali i ta organizacja skrupulatnego prawnika, prowadziła do absurdalnych  konstatacji, jak możliwość spotkania na cztery godziny czarnej nocy, potem modyfikacje z liczeniem wspólnych chwil, godzin – jakże to jest surrealistyczne, a jednak to jest prawdziwy dowód miłości, te chwyty wymyślanych momentów, kiedy można być razem. W umęczonej głowie chorego już Franza rodzą się  możliwości i jeśli kochacie na odległość, to znacie rojenia, fantazje, wymyślania opcji spotkania. Milena, mężatka  uwiązana w Wiedniu i ten  potrzebujący paszportu  urzędnik, którego praca jeszcze trzyma przy życiu, ale wszyscy idą mu na rękę i pozwolą umrzeć.

Szalona Milena nie pasuje to Franka którego znamy. Jak ona go widziała, przez prozę inaczej niż na żywo, w Wiedniu chodzonym, a potem to wymęczone Gmund, gdzie nie wiadomo co się wydarzyło. Jeśli Milena rzeczywiście chciała się przebić fizycznie do Pisarza, pewnie kusiła go jakoś, a widząc jego bierność i strach, nabierała dystansu. Nigdy nie dowiemy się jak przebiegały ich spotkania  – te intensywne w Wiedniu i Gmund, te schadzki mężatki z nieśmiałym chudzielcem, chorym, kaszlącym, bezradnym przy kobiecie, którą kochał listownie.

Jesenska to szalona wersja podziwianej za pedantyzm Felice, o ile Bauer była sztywna i zasadnicza, to Milena  wariowała, niepokorna, uciekająca z domu, po aborcjach, studiach medycznych, które tylko zaczęła, z ojcem, który nie akceptował jej wyborów, wysłał ją do wariatkowa, kiedy wyszła za seksoholika  Pollaka, do tego  Żyda, to dziewczę zaledwie 24 letnie, było najmniej  spodziewaną miłością-przywiązaniem Kafki, którego  z pasją sportretowała w liście do Maxa Broda, gdzie pojawiają się słynne anegdoty:  Kafka  i żebraczka, Kafka na poczcie. Tylko Milena potrafiła oddać charakter kochanka, choć zapewne nawet się nie całowali. Miłość niemożliwa, listowne zauroczenie tym wszystkim co młodziutka kobieta, mogła dać choremu intelektualiście. Portret Franka, jak go nazywała, oddaje w listach do Broda, których nie było we wcześniejszym wydaniu.

Margarete Buber-Neumann, jej przyjaciółka z Ravensbruck, napisała biografię Mileny, którą chętnie bym przeczytał, ale nie ma na to wydawcy, choć Czarne wydało wybór jej publicystyki; jeszcze lepsza byłaby sfilmowana jej biografia, gdzie Kafka byłby epizodem.

Czy Milena kochała Franka,  czy on kochał ją? Możesz wywnioskować sama, choć meandrów tu mnóstwo i nierówności sporo, bo jak założę, że on ją  teoretycznie w listach kochał, to ona może jego czasem z podziwem i z  przekonaniem o jego dobroci i wyjątkowości. Oni się nie dogadali przez oddalenie, co jest zabójcą każdej miłości, listownej, mailowej, czatowej – bez rozmowy i ciepła oddechu nie ma  uczucia, o czym przekonało się wielu, a jednak w głębi serca Franz potrzebował Mileny, a ta dziewczynka  zauroczyła się w jego kryształowej duszy. Listy Kafki mogą irytować, są manieryczne ale czułe, zaangażowane ale na poziomie powierzchownym, mam wrażenie że Franz nie chce  grzebać głębiej w tym uczuciu, bo widzi, że z tego małżeńskiego łoża nie będzie bo Milena już w nim sypia. Wszyscy piszą, że  spotkali się tylko dwa razy, ale przecież później  widzieli się kilka razy, choć już na innej stopie, a Kafka tak bardzo jej ufał, że ofiarował jej swoje dzienniki i rękopisy.

Powierzchowne mam wrażenia po lekturze, jakbym chciał wejść tam mocniej, z butami, z pytaniami o tę relację o szczegóły o fizyczność, jakby Kafka skrywał się  podstępnie za treścią tych uprzejmych listów, jakby nie wierzył w ten związek, jakby widział dystans zarówno wiekowy jak i towarzyski. Milena i jej tajemnice to  najmocniej ukryty aspekt tej korespondencji. I to właśnie Milena wydaje mi się ważniejsza i nieodkryta.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Hańba znów

Zafascynowany Noblistą Maxwellem wszedłem na krzesło i odkurzyłem górne półki, gdzie obok zaginionego dawno Stramera, sadowił się zielono-żółty Coetzee. Pamiętam to pierwsze czytanie wstrząsające i musiało minąć dwadzieścia lat, żeby przez „Polaka”,  nadziać się ponownie na  dreszcze prozy, której konstrukcja wyzwala  mieszane uczucia.

Nie lubię tego profesorka, a jego wywyższanie się, rasizm i snobizm, nie usprawiedliwiają pogardy dla świata. Ukaranie bohatera przychodzi nam znosić spokojnie, z lekkim współczuciem można zrozumieć jego wywody o pożądaniu, zwłaszcza zestawione z pożądaniem gwałcicieli jego córki.

Stosunki miejscowych z białymi, sprawiedliwość dziejowa, wyrównywanie  rachunków, bierność i poddanie się fali odzyskiwania godności, przekraczają moje chęci interpretacji – widocznie tak musi być  i za wszystko kiedyś przyjdzie nam zapłacić. „Hańba” jest zwyczajnym losem pogubionego  faceta, wrzuconego w wir, którego nie pojmuje. Początkowo zbuntowany i obstający przy swoim  profesor, z czasem pada na kolana  i czołga się skruszony, jakby przygoda  na prowincji, nauczyła go pokory. Niesmaczność niezrozumienia  się ofiary i  sprawcy,  wzbudzało zażenowanie czytelnika. Zażenowanie to cecha tej prozy i misja Coetzeego.

„Hańba” uwiera, nie mobilizuje do interpretacji, odrzuca, obrzydza. Nie ma tam kogo polubić – tylko psy są akceptowane, zwłaszcza te usypiane, lądujące w czarnych workach i palone w piecu, niczym nasz los, los profesora piszącego operę o Byronie, co już nam zdaje się ekscentrycznym dziwactwem, a gwałcicielom  z RPA, nie chciałoby się nawet przez to stuknąć w głowę.

„Hańba” jest pozycją do zmierzenia się z własnymi poglądami. Usprawiedliwiam jakoś profesorka  napastującego  smakowitą afrykankę – jej bierność zdaje się być przyzwoleniem,  dopiero kiedy zmierzamy się z przyzwoleniem  córki na pożądanie zawodowych gwałcicieli, pojmujemy sytuację studentki, jej bierność staje  się odpowiedzią  rozumowania córki.

W  tej powieści autor umieścił wszystkie motywy swojej twórczości, którymi zamęcza nas już tyle lat: przemoc, rasizm, prawa zwierząt, pożądanie, dyskryminacja kobiet.

Nie współczuję temu zamkniętemu w swoim świecie mężczyźnie – końcówka jego życia zapowiada się tragicznie smutnie.  Jest bezbronny wobec zmian zachodzących w kraju gdzie żyje – mógłby się uratować przystając na kompromis w pracy, ale nie rozumie swojej sytuacji a głupio pojmowana godność wyrzuca go za nawias.

Przegrywa także z własną córką, która postępuje całkowicie odwrotnie niż ojciec – ona poddaje się losowi, a jej bierność wkurza  bohatera, który chciałby walczyć i pogarszać sytuację, bo bitwa już dawno jest przegrana, a córka, która to rozumie, poddaje się   i otwiera na zmiany, co denerwuje także czytelnika, który jest jednak po stronie wkurzonego ojca. Hańba córki czemuś służy, daje jej szansę na życie w miejscu, które wybrała. Ojciec nigdy tego nie zrozumie, a własny los traktuje  pobłażliwie, pogodzony z czymś czego nie zrozumiał.

Wbrew pozorom nie mam go jeszcze dość – jeśli  coś jeszcze wyda, na pewno przeczytam.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Coetzee po raz dugi, albo nawet trzeci

Przyszła do mnie nareszcie, zapakowana, skromna  w wielkości, żółto czarna.

Zimna, oziębła, snobka, nie daje się lubić Elizabeth, nie zabiega o to, trzyma dystans, najbardziej lubi być ze sobą sam na sam. Ludzie są irytujący, złości się łatwo, pogardza. Wszystko to mamy w sobie, a ona wywleka  te ukryte w trzewiach uczucia do świata. Wszyscy jesteśmy nią, ale boimy się do tego przyznać, że pogardzamy, bo to takie niekulturalne, nieempatyczne, bez zrozumienia. Tolerancja to słowo, które nie działa na Costelllo, ale  jest ona już na tyle stara, że zdanie innych ma trywialnie w dupie.

Dyskusje zawiłe na temat zabijania zwierząt, w pewnym momencie zaczynają drażnić, choć kiedy się w to wczytać, to wyłoni się racjonalne rozwiązanie, które zaakceptujemy. Przekomarzania Elizabeth o zwierzętach, męczy nie tylko samą pisarkę, a argumenty oponentów potrafią nas zaprowadzić w uliczkę, którą zrozumiemy, pomimo wrzasków Costello.

Syn John stara się chronić matkę, nie tylko przed własną żoną, która za wszelką cenę chce racjonalizować, co znacznie rozdrażnia starą kobietę, która nie ma już nic do stracenia, poza świętym spokojem.

Kiedy pociesza matkę rozhisteryzowaną dyskusjami o zwierzętach, odruchowo mówi:” Już już. Już niedługo wszystko się skończy.”  Okrucieństwo w stylu  Elizabeth, broń, której sama używa.

Czy obrońcy zwierząt kochają Costello? Nie ma na to żadnych dowodów. Jest  częściej nienawidzona, choć jej poglądy podziela większość. Może to metoda, sposób bycia, pewna wyniosłość odstręcza. Z Elizabeth nie  można się przyjaźnić – można się nią opiekować.

Jątrzy na każdym kroku, jedzie do Afryki żeby spotkać się z siostrą i rzecz jasna nie byłaby sobą, gdyby nie wywołała zamieszania – spory intelektualne to jej domena i tu nie wybacza nawet rodzonej siostrze. Przy okazji dyskusje o tym czym jest humanizm, dywagacje  i odniesienia, spory filozoficzne nie ułatwiają lektury, ale to są doskonałe wprawki dla nastolatków wkraczających w świat poważnych lektur – lubiłem takie przeintelektualizowane teksty.

Czy Elizabeth Costello to sam Coetzee – pytanie retoryczne – pisarz dyskutuje sam ze sobą, to jest walka z góry przegrana, bo jak wygrać z samym sobą?

Chciałoby się mieć taką ciotkę Elkę, przyjeżdżającą  raz do roku z Bydgoszczy, robiącą zamieszanie na każdym polu, a potem zwijającą swoje zabawki wyruszając na kolejną wojnę.

Literacko jest to proza zachwycająca, prosta i odważna. Nie wszystko jest jasne dla przeciętnego czytelnika – mnóstwo odniesień do literatury i filozofii, greckie mity i chrześcijaństwo z obrazoburczymi niepokalanymi poczęciami.

Czasem opuszczam zbyt zawiłe dywagacje, koncentrując się  nad samą Costello, jej dniem i nocami, niewyspaniem i podróżami na konferencje gdzie wygłasza swoje kontrowersyjne referaty.

W Amsterdamie widzę ją jak łazi wzdłuż kanałów trawiona wątpliwościami wokół książki, która ją oburzyła, o czym autor może przekonać się osobiście. Przypomina listy Kafki, wdrąża się w samo sedno problemu opisywania zła. Zarzuca pisarzowi, wiwisekcję mordowania,  wciąga ją okrucieństwo prozy, kwestionuje sens przedstawiania  egzekucji. Stawia autora pod ścianą odpowiedzialności, za własne odurzenie opisami obrzydliwości. Próbuje wytłumaczyć obecnemu pisarzowi swoje przemyślenia na temat jego odwagi w opisywanie zdarzeń, których Costello nie akceptuje, ale które ją wstrząsają. Elizabeth zaprzecza sama sobie jako bezkompromisowej pisarce – czyż nie taka jest rola autora, żeby książka przemówiła? Całe opowiadanie amsterdamskie zabija Costello jako krytyczkę i pisarkę. Zagubiona  niczym Franz, bełkocze, choć nikt jej nie słucha. Coetzee niszczy mit Costello, która występuje przeciwko całemu światu i musi przegrać, bo nikt nie chce jej słuchać.

Ta książka jest zbyt skomplikowana, miejscami przeintelektualizowana. Sama postać  bohaterki   fascynuje i bardziej chciałbym wniknąć w jej życie niż poglądy. Odsłania się ostrożnie, nie lubi wścibstwa, wydziela nam siebie, swoją fizyczność i  przygody, które jak brutalny gwałt, woli zachować dla siebie, co daje jej  wreszcie namiastkę satysfakcji.

Elizabeth Costello jest w gronie ulubionych postaci literackich, może obok  chorowitego Marcela i odważnego mierniczego.

Zakochać się w Eli nie radzę, bo to  śmiertelna fascynacja. Lepiej już docenić kunszt Maxa. Czy jeszcze coś napisze?

Na koniec czyściec na miarę Costello, czyli upalne włoskie miasteczko, gdzie leniwie siedzi się w kawiarni i czeka, nie wiadomo na co? Kafkowska scena z bramą, przez którą Ela chce przejść, choć tam nie wiadomo jak jest. Kobieta poddaje się absurdalnej procedurze, czeka i stara się zadowolić komisję, którą pogardza. Wrzucona w kafkowską  atmosferę czuje się dobrze, niedogodności  tylko podkreślają jej słabości i snobizm. Wiadomo, że nigdy jej nie wpuszczą, a to czekanie w upale jest karą za jej pełne pogardy życie. Zresztą wiadomo, że każdy ma taką jedną bramę, tylko dla niego. Kafka wyłazi z tej Costello jak Huellebecq z Vargi.

I jeszcze ten list  do Bacona podpisany Elizabeth C. przenosi nas  w literackość roku

  1. Znajdźmy więc portret pani Chandos, a ten list to wielka zmyłka, podpisany

Elisabeth C.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz