Zimy nie będzie, czyli Kańtoch kończy trylogię

Anna Kańtoch zafascynowała wszystkich  kolejnymi porami roku w tytułach książek o losach milicjantki Krystyny oraz zaginionym bratem czy zapomnianymi  morderstwami. Jesienią 1966 roku  wszystko miało się wyjaśnić. Autorka mozolnie brnie przez pierwsze śledztwo jeszcze wówczas studentki prawa, akcja toczy się w denerwującym, ospałym stylu rozkwitającego socjalizmu, a ponieważ jest jesień, jest nam zimno jak bohaterce, która co rusz  ma przemoczone obuwie, a do tego wchodzi w okres młodzieńczych pożądań i choć pisarka oszczędza nam erotycznych fantasmagorii, to jednak hormony w Krystynie buzują – poznaje swojego męża, z którym przedziera się przez zawiłości faktów, które mają wyjaśnić śmierci kilku powieszonych chłopaków.

Ciągnie się ta opowieść bez fajerwerków, detektywi-amatorzy łażą w kółko do tych samych osób, dywagują, a za oknem chlapa, deszcz i słynny wampir Marchwicki, którego Krystyna chce załatwić żelazkiem z duszą.  Nie wiem czy Kańtoch chciała celowo zirytować czytelnika, tym rozwlekłym początkiem, czy też to zamierzony efekt usypiania czytelnika, żeby sam spróbował  łączyć fakty i domyślił się kto jest winny śmierci  przez powieszenie. Uprzedzam, że to niełatwe zadanie, ale nasza dzielna Krystyna rozsupła tę pogmatwaną, szopienicką tragedię, choć winowajcy nawet nieodżałowany Borewicz nie znalazłby  w ponurej śląskiej atmosferze,  a ty czytelniku nawet nie próbuj.

Sednem opowieści szopienicko-katowickiej ( ach te nasze rajdy na przedmieściach Katowic, kiedy trzeba było zdążyć na pociąg – nie udało się) jest ostatecznie wyjaśnienie losów brata Romka w Tatrach i ten motyw kończy cykl, choć nie będę świnią i nie napiszę co wydarzyło się  w górach i dlaczego Romka nigdzie nie ma, to jednak ten najsłabszy fragment książki, Kańtoch zepchnęła na sam koniec  i kiedy zniecierpliwiony czytelnik przebiera nóżkami, bo zaraz wszystko się wyjaśni, to jednak potem wyje z zawodu, bo historia jest banalnie słaba i pozostawia naszą dziewczynkę w stanie oczekiwania i niepewności, bo choć wszystko wyjaśnić się miało, to tak czy siak pozostał niesmak.

Uwiedziony prozą Anny Kańtoch  płakałem po kątach, że ukochana od jakiegoś czasu bohaterka odchodzi w siną dal, choć  tyle fascynujących pór roku mogłoby się wydarzyć  od czasu kiedy wstąpiła  w szeregi milicyjne, tęskniąc nieustannie za zaginionym bratem. Kuszenie Kańtoch  pochwałami za ten cykl, może przyniesie chwilę zastanowienia, żeby odgrzać karbinadle  i podać Krystynę jeszcze raz przy okazji jakiegoś pomysłu na zimę, zwłaszcza, że np. lata 70-te autorka opanowała po mistrzowsku, pisząc  o nich w kryminalnym cyklu  wcześniejszym.

W czym tkwi sukces Kańtoch? Skąd ta proza bierze siłę? Autorka zdaje nam się być swojska i zwyczajna, jest  „nasza” i sięga w otchłanie  mojej przeszłości, pokazuje te szklanki herbaty, jakieś jesionki i całą tę zgniłość socjalistyczną, w której kiedyś tkwiliśmy, ale jednak fajnie było bo dawno zawsze  jest fajne i lepsze od teraz.

Jesienną  Kańtoch trzeba przeczytać, bo autorka okrzepła w tym nowym, kryminalnym a nie fantastycznym stylu i jest to pisarka, której kolejne kryminały będę kupował, tylko żeby już nie traciła czasu na te wymyślne science- fiction, bo odnalazła się jednak w lepszej perspektywie powieści kryminalnych i należy jej się nowy, stały, pojawiający się cyklicznie bohater i z pewnością będzie to lepszy wybór niż ten chmielarzowy Mortka

Zastanawiałem się już po lekturze, a może i w trakcie  jak  wytłumaczyć podejrzenia samobójstw  powieszonych, których ręce były skrępowane z tyłu – to nie daje mi spokoju i jedynie jakieś psychologiczne  przesłanki pozwalają wyjaśnić ten  szkopuł, bo rzecz jasna  na siłę to sam wymyślę kilka uzasadnień.

Jesień zapomnianych wisielców ma doskonały podkład, w postaci rekwizytów codzienności, ale może przede wszystkim zaskakuje szczerością zwyczajności  egzystencji   tych wszystkich postaci, pokazujących się najczęściej w tle opowiadanej historii Ojciec Krystyny z telewizorem i alkoholizmem   do towarzystwa, dzieciarnia wrzucona w ponure podwórka  i okolice trzepaków. Kańtoch  reżyseruje przeszłość, która fascynuje bardziej , bo zapomniana  jest skutecznie i wrzucona na dno wszelakich wspomnień, zwłaszcza, że spora grupa uczestników   piach już gryzie, a nieliczni ocaleni  nie kwapią się do powrotu  myślenia  o niezdrowym dzieciństwie  na katowickich  podwórkach.

I to jest właśnie ta perwersyjna siła prozy Anny Kańtoch, rzeczywistość  przywrócona i oddana wiernie, kiedy  doskonale czujemy ten zapylony smród  śląskiej ziemi, bo autorka zasysa nas  w ten klimat, czasem groźniejszy od najstraszliwszego Marchwickiego szalejącego z młotkiem po okolicznych chaszczach.

Z  nieodpartą przyjemnością zanurzam się w ten świat z prozy czarnowłosej Anny, ale czy chciałbym zamieszkać w Drugich Szopienicach  albo innym Balinie?

Dziękuję  Wydawnictwu Marginesy za egzemplarz książki Anny Kańtoch „Jesień zapomnianych”

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Houellebecq

„Interwencje 2020”  Michela Houellebecqa to oszustwo. Fanatyczni wielbiciele prozy szalonego palacza (podobno już rzucił), dawno już zaopatrzyli się w  „Interwencje2”, nawet je zrecenzowali i poutyskiwali, na niedobór rynkowy poezji ulubionego autora. Tymczasem jak już sobie przyniosłem z pobliskiego Bonito  tom z żółtym pasem na okładce, to  przecież stał już na zakurzonej pyłem piecowym, oczekiwany z utęsknieniem biały jak śnieg egzemplarz „Niepogodzonego”, czyli antologii poezji rozczochranego Francuza.

Te wiersze, jak pisze o poezji sam Michel, należy czytać nieprzerwanie, w jednym ciągu, co też prawie uczyniłem  i  bezwarunkowo spodobała mi się ta liryka, tak odmienna od wyobrażeń o poezji i praktycznej znajomości powiedzmy takiego Brodskiego. Miałem pisać o tej poezji miesiące temu, jeszcze przed kurzeniem się i pandemią, ale stwierdziłem, że będę wyniośle oryginalny, jeśli w jednym tekście pomieszczę zarówno wiersze jak i te różnorodne eseje interwencyjne. I tak sobie stały obok siebie  te dwa tomy i czekały, a tu zmiany, zmiany, życie się zdążyło zapętlić, a wiersze niepogodzonego zaczęły mnie  sprowadzać na ziemię, przytłaczać, natomiast  proza okazała się powtórką z posiadanych już wcześniejszych „Interwencji”, poza kilkoma tekstami, których nie chciało mi się szukać, bo nie przepadam za powtórnym czytaniem  tego co już kiedyś powąchałem, oprócz „Zamku” Kafki rzecz jasna.

Najbardziej to chciało mi się cytować tę siermiężną poezję pisaną jak proza, w odniesieniu do sytuacji osobistej, bo tak zazwyczaj jest , że w wierszach odbija się  rzeczywistość czytającego i nawet jeśli Houellebecq opisuje samotność w supermarkecie, to ja odnajduję tam siebie, niekoniecznie w Auchanie, Ale słowa mnie przejmują bo są umiejętne  i jeśli nawet autor „Cząstek elementarnych” nie jest Mickiewiczem  czy nawet Paulem Celanem, to jednak mnie trafia  jego fraza, jak zazwyczaj trafia fraza Pilcha Jerzego.

Zaczynamy fantastycznie od „Zaraz przy samym wejściu wpadłem na chłodnie” i ten aleksandryn  powala mnie  z miejsca, choć metafizyki w nim tyle co alkoholu w cydrze. Wiersz jest przerażający pewnie stąd, że ukazuje marność naszej egzystencji, tymczasowość i błahość   wszystkiego co nas otacza, obnaża świat bez miłości, obojętność przedmiotów, której nie ustępują  mijający się ludzie.

Przeczytałem gdzieś u mądrzejszych, że Michel pisze ośmiozgłoskowcem lub aleksandrynem, więc zaraz szukam co to jest ten aleksandryn i już widzę, że to iloczasowy  asklepiadiej mniejszy, wiersz sylabiczny, u nas prawie nie używany przez swoją  nienaturalność. Sam Houellebecq wyłożył   swój światopogląd poetycki w „Rester vivant”, takim eseju, jakby przedmowie do własnych wierszy.

To bardzo prosta liryka, niemalże jak proza, czytana w jednym ciągu   daje się mocno we znaki. Jednocześnie  cały czas mam wrażenie, że jest to banalne i dosyć prostackie. Taka prostolinijność   może wprawiać w zakłopotanie, ale z drugiej strony poprzez swoją ironiczność,  zdaje nam się, że odnajdujemy się w prozie autora  „Uległości”.

Houellebecq debiutował wierszami i z miejsca zdobył uwagę krytyków , niekonwencjonalnym podejściem do poetyckiego przesłania. Debiutuje jeszcze jako student  Michel Thomas w latach siedemdziesiątych,  a nawet należy do grupy poetyckiej i czytając swoje wiersze  intryguje słuchaczy  swoim podejściem do poezji. Jest w tym wszystkim jakaś melancholia i zanurzenie się w tej poezji może niebezpiecznie  pogłębić własne stany depresyjne. Kiedy pisze o miłości, to zawsze czuje się zagubienie, odtrącenie, wstyd, żal i codzienność przedmiotów, tych niemych świadków naszej  porażki. Te wiersze to jakby dziennik pisarza, który rejestruje codzienność, on produkuje  wiersze ze strzępów otoczenia, którymi ubarwia myśli i uczucia. Narrator jest niezmiennie żałosnym dupkiem, odtrąconym, nieszczęśliwym, żalącym się  mizoginem, zakompleksionym i skarżącym się  przy każdej okazji. Cielesność napiera z każdej strofy i czujemy niemoc erotyczną  opowiadacza, który przedstawia nam sztukę jednego aktora, zanurzonego tam, skąd jak najszybciej chciałby zbiec. Bo co my tam widzimy: psa zżerającego gołębia czy dzieci plujących na staruszkę?

Przypomina mi się tu Marcin Świetlicki. Opowiadacz  i piosenkarz, który przy akompaniamencie gitary  i saksofonu  wyrzyguje  się na świat, którego nie ma za co docenić. Houellebecq  jest   bardziej zgnębiony, a Świetlicki to ironista, ale ten pierwszy  raczej jest bardziej inteligentny, a obaj opowiadają ten sam świat i jest to mało optymistyczne przedsięwzięcie.

.Jak to piszą różni tacy mądrzejsi, poezja Houellebecqa to  oddech i wyciszenie od jego prozy, politycznie obrzyganej, od tego społecznego gówna którym nas obrzuca, poezja zdaje się być  uwolniona i pisarz daje nam tu siebie obnażonego i choć niepogodzonego to jednak  melancholijnego i mniej zatraconego we wrodzonej kłótliwości.

Weśże dziewczyno poczytaj Michela jak on pisze:

Popołudniowy fałsz radosny

I ciała co się rozplatają:

Ty nie masz na mnie już ochoty,

a nasze oczy nie współgrają.

Och ta rozłąka! Śmierć w spojrzeniach,

Które się skrzyżowały złudnie;

Ciało od ciała się oddziela

W to piękne letnie popołudnie

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Brodski w Paradiso

Króciutkie rozdzialiki przemykają przez naszą pamięć, niczym fale laguny weneckiej i jedynie strach przed tym, że nagle nam się skleją te grube kartki   i przeoczymy uroczy fragment o obrazie Belliniego, przeszkadza w łagodnym unoszeniu się  w towarzystwie tej subtelnej prozy.

Adam Szczuciński rysuje nam chwile, impresje  ulotnej świadomości z bycia w miejscu szczególnym, bo przecież kiedy zdaje nam się, że już nie wyplączemy się z kanałów weneckich, porywa nas  zaskoczonych do Paryża, Rzymu, czy nawet do lasu, właściwie domu w lesie, choć od początku czujemy, ż zanurza nas  w swoich myślach  i wrażeniach, że chce oddać to, co nie da się określić, jak pisał Celan „wywachać to z siebie”. Proza na granicy niewypowiedzianego, wywleczona niechętnie  na papier, bezbronna, obnażona i dla większości za bardzo hermetyczna.

Szczuciński skusił mnie Brodskim i w niedzielne wczesne poranki w pościeli, jeszcze staram się smakować po kilka rozdziałów, racząc sią tą ułudą, omamieniem albo może tęsknotą za chwilą. Im dalej wchodzę w tę  lekkoniebieską książeczkę z czerwoną tasiemką,  tym   więcej wiem o autorze, choć taka informacja, że lubi sobie poleżeć  rano obok żony, nie wiem do czego jest mi potrzebna. Bo Szczuciński  jednak kręci tu dla nas swój pamiętnik z myśli i wrażeń i choć zdaje mu się, że obraca się jedynie wokół  impresji  o sztuce i pięknie, to jednak  proza życia co jakiś czas wkrada się  w ten subiektywny pamiętnik wrażeń, co  czasem odsuwane jest na bok, poprzez niezwykłe losy  Wenecjan, czy też refleksje Brodskiego. Szczuciński  odmroził moje odwieczne pragnienie  wizyty na San Michele   gdzie leży Brodski. Kolekcjonowanie odwiedzin umarłych pisarzy zacząłem oczywiście od paryskiego pochówku Prousta, w marzeniach nieustająco Praga z Kafką, a w 2018 w Palermo  nie bez trudu znaleźliśmy się w pobliżu Giuseppe Tomasi di Lampedusy, którego Il Gattopardo znam jedynie filmowo.

Adam Szczuciński, lekarz neurolog, którego pasją jest sztuka i literatura oraz Włochy, pisywał do Zeszytów Literackich, więc mogłem  go czytać zanim  mógłby mi się przydać ze swoim wyuczonym fachem.

Brodski wyłazi z tej prozy nie tylko poetyczny, natchniony i wrażliwy, ale też ten Rosjanin z krwi i kości, żywotny i butny, Szczuciński marzy o poecie, staje się  nim, śledzi jego ścieżki i jest nabożny, goni za duchem poety, jego wzrokiem i śladem. Wenecja Brodskiego bywa fascynująca, ale choć autor się stara, nie  poczujemy  się tam jak on, dopóki  nie poczujemy zapachów  kanałów, nie dotkniemy murów kościołów.

Adam Szczuciński nawet w Polsce szuka Wenecji, jakby zapraszał nas do tego opisywanego zimnego pokoju, w którym  poeta   losował miejsce przy  zimnej ścianie z kobietą o  musztardowo-miodowych oczach.  Czy potrafimy wyobrazić sobie tę scenę, tę okoliczność, bycia w zimnej Wenecji z ukochaną, albo i nie, spanie w łóżku  z nią i spychanie jej ciała pod zimną ścianę, ze słowami, że jest „ofiarą”. Brodski z krwi i kości, arogancki egoista, palący papierosa za papierosem, pomimo serca bolesnego, choć jak widać, czasem lodowatego.

Smakując powoli  impresje Szczucińskiego, docieramy do rozdzialiku M.B.  A miłośnicy poezji  Brodskiego z miejsca wyjaśnią  wszystkim ignorantom, że  to inicjały największej miłości poety, artystki  Mariny Basmatowej, żyjącej do dziś adresatki największych wierszy poety. Podobno kiedy go zdradziła z przyjacielem, poeta chciał się zabić i tych prób samobójczych z przecinaniem żył w nadgarstkach było kilka. Marina: zimna i nieprzystępna, milcząca, pozornie nieśmiała odmówiła wyjazdu z Rosji , więc kochankowie rozstali się, choć utrzymywali kontakt korespondencyjny. Z tego związku urodził się syn Andriej.

Ostatni wiersz poświęcony M.B. powstał w  1989 roku. Brodski żonaty z młodszą o 30 lat Włoszką Marią Sozzani przeżył podobno kilka najszczęśliwszych lat, co potwierdzają wspólne zdjęcia poety i jego młodej żony, która, jeśli się dobrze przyjrzeć, ma w sobie coś z urody jego największej miłości, czyli M.B. „czystej zimnej wody”, jak mówiła o niej Achmatowa, albo jak to już ujął poeta: tej którą kochał bardziej niż aniołów i Samego.

Moje ulubione ostatnio Wydawnictwo Próby, ma w repertuarze kilka takich wąskich książeczek, o których uwielbiam śnić i wyobrażać sobie swój własny los z Tobą w Palermo, gdzie przed katedrą S.Rosalia, uwięzieni strugami ulewy, czekaliśmy na  nieodwracalny los.,

„Paradiso” to mgiełka  uwolnionej nostalgii, to przygoda poza  rzeczywistością, to  jakby Brodski powrócił w zamyśleniu nad kolejnym wierszem.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

„Gniazdo” Jędrzeja Pasierskiego, czyli rodzinne niesnaski nafciarzy.

Kiedy przypadkowo spotkałem Jędrzeja Pasierskiego w holu radia, trochę awansem pogratulowałem mu „Gniazda”, przeczytawszy ledwo pół kryminału. Losy Niny Warwiłow w nieprzyjaznych Beskidach, zdawały się zapowiadać interesująco – kobieta znalazła się sama w  górach i nie mogła sobie poradzić z obcym środowiskiem  w nowej pracy oraz wszechogarniającym zimnem. Córkę wyprawiła  do miasta na święta a jak wiemy, samotność jej nie służy, stąd raczej błędne decyzje i ucieczka od niekompetentnego prokuratora. Nina postanawia  uwolnić się od kłopotów i zająć sprawą turystów wypędzonych z posiadłości charyzmatycznego  przywódcy rodu Koniarskich i  Święta Bożego Narodzenia Warwiłow zmuszona jest spędzić w dusznej atmosferze  rodzinnych sporów  z familią przodków nafciarzy.

Pasierski  nie daje typowej intrygi kryminalnej, a raczej wiedzie nas poprzez  zagmatwane portrety psychologiczne członków rodu. Morderstwa w tym zaklętym kręgu gdzie zgromadziła się rodzina, pojawiają się przez zaskoczenie i trudno jest czytelnikowi wniknąć w niuanse rodzinnych powiązań. Kluczem zdaje się być tu śmierć  siostry gospodarza, Olgi, ale musimy czekać prawie do końca na wyjaśnienie zagadki, którą autor stara się zagmatwać psychologicznymi sztuczkami, co staje się w pewnym momencie lekko nużące. Warwiłow nie odnajduje się w tej atmosferze i nie potrafi zapobiec kolejnym  morderstwom. Przyznam się, że nie przekonuje mnie wyjaśnienie  motywów zbrodni, a także nie byłem w stanie samodzielnie wskazać winnego. Zagubiony jak Nina,  czułem się niekomfortowo wśród Koniarskich, nie widząc tam pozytywnej  postaci.  W pewnym momencie książka zapada się   w dziurę przegadania i teoretyzowania, co zaczyna nużyć, a wtedy autor wywleka kolejnego trupa, a czytelnik nie ma pojęcia dlaczego on zginął.

Początkowo zdawało mi się, że będę miał do czynienia z klasycznym motywem zamknięcia ofiar i mordercy w pułapce bez wyjścia i choć Pasierski z całych sił  zmierzał do tego układu, to jednak  historia poszła swoją drogą, a to co Warwiłow powinna uczynić   już po pierwszym morderstwie, niektórzy z uwięzionych uczynią na własną rękę, czyli wyrwą się z zaklętego kręgu. To co jest mocne u tego autora, to oczywiście psychologiczne portrety postaci. Rodzina Koniarskich  zdaje się być naznaczona przekleństwem wyjątkowości, a roponośne tereny Gorlic wymuszają pewne rozchwianie charakterów dziedziczone z pokolenia na pokolenie.  Pasierski dokłada  tu jeszcze autystycznego młodzieńca, co jednak nie determinuje zachowań pozostałych członków rodziny.

Warwiłow wyraźnie nie służy beskidzkie powietrze i prawdę mówiąc już pod koniec książki miałem wrażenie, że autor zdecyduje się  na powrót dzielnej policjantki  do Warszawy, ale niestety  taka rejterada nie przystoi charakternej  dziewczynie, a do tego  wyraźnie skłania się ona ku męskim ramionom  uroczego rzeźbiarza, z którym  już romansowała, o czym czytaliśmy we wcześniejszych  tomach przygód pani komisarz.

Gniazdo” jest sprawnie napisaną opowieścią , w której odnajdziemy swoją ulubioną bohaterkę, wrzuconą w poplątaną intrygę rodzinną, jednakże  historia  kuleje  zwłaszcza pod koniec i  daleki byłem jednak od  zachwytów i uznania jak to czyniłem przy okazji wcześniejszych przygód  atrakcyjnej Niny, co  nie oznacza,  że nie będę z wytęsknieniem oczekiwał na kolejny tom przygód, zadomowionej już w gorlickich klimatach policjantki.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za przyjemność lektury „Gniazda” Jędrzeja Pasierskiego.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Mistrzyni Ćwierciakiewiczowa

Gretkowska zaczyna swoją powieść od protestanckich przodków Bachmanów i legendy o Bachu, komponującym z pomocą żony,  wariacje Goldbergowskie,  podczas przejazdu przez rodzinną miejscowość von Bachmanów, Ale Lucy urodziła się już w Warszawie w 1826 roku.Pisarka zdecydowała się na  sprawdzoną, w  historii Osieckiej i Giedroycia, formułę opakowania faktów historycznych własnymi domysłami o życiu Ćwierciakiewiczowej.  A jednak ta metoda mnie nie przekonuje, ponieważ cały czas się zastanawiałem, czy rzeczywiście tak było i czy Gretkowska ma prawo podsuwać nam fabułę, opartą, na czasem nie sprawdzonych faktach, jak ten o gorzkiej miłości  na koniec życia. Autorka  opisała  w „Mistrzyni” upadek   dzielnej kobiety, która przez miłość i zdradę, traci wszystko co wypracowała przez lata ciężkiej pracy.   Czy powodem jej upadku jest niefortunna miłość do młodzieńca, czy może jednak ten paszkwil na swoje panny do towarzystwa, które opisała z najgorszej strony  – 36 panien  przewinęło się przez jej dom  przy Królewskiej 3, przez 16 lat służby – wyzywa  je od głupich, skąpych, nazywa niezgrabnymi, wstrętnymi, starymi pannami, latawcami, złodziejkami, ladacznicami. Protekcjonalnym tonem mściwie komentuje zachowanie tych prostych dziewczyn, co oburzyło czytelników.

I tylko można zadać sobie pytanie, czy autorka polubiła swoją bohaterkę? Wydaje się, że jeśli tak było, to jest to miłość trudna i ukazując epizod  z życia Lucy, Manuela postarała się złagodzić trudny charakter  kobiety, której przeznaczeniem było pouczać i krytykować  co tylko się da.  Ta niezwykła kobieta  wyznaczała standardy  we wszystkich aspektach codziennego życia,  pod koniec XIX  wieku, a niepisanym zwyczajem tamtym czasów w Polsce, było ofiarowanie nowożeńcom „Pana Tadeusza”  wraz z książką Lucyny Ćwierciakiewiczowej „Podarunek ślubny”.

Autorka raczy nas  też wskazówkami i poradami, a to na wybuchający ząb (kapustą obłożyć), a to  przepisem na faszerowanego indyka.

Lucy jest  już niemłodą, wyraźnie otyłą kobietą, uznaną  za wyrocznię w wielu dziedzinach życia, szanowaną i podziwianą, ale czy lubianą? Kobieta w sile wieku zdaje się być zauroczona młodym aktorem Adamem Konckim. Dwukrotnie zamężna, pod koniec życia pragnie  zakosztować jeszcze przywiązania młodego mężczyzny i choć sama czuje  niestosowność własnych pragnień, brnie w uczucie, starając się odpędzić śmieszność i niestosowność całej sytuacji, ale przecież jest kobietą nowoczesną i na tyle sławną i pewną siebie, że przestają ją obchodzić konwenanse. Gretkowska na tym przykładzie, jakby chciała nam powiedzieć, że przecież niezależnie od wszystkich okoliczności, każda kobieta ma prawo decydować o swoich uczuciach i nie powinniśmy oceniać jej postępków. Lucy to prekursorka walki o prawa kobiet, czego autorka  „Mistrzyni”, jest jak wiemy mocną zwolenniczką.

A do tego dostajemy panoramę  życia XIX-wiecznej Warszawy, z rosyjskimi zaborcami,

Modrzejewską i Prusem, który jawi się Gretkowskiej niczym klasyczny dziaders, zachwycony Ćwierczakiewiczową, a z drugiej strony krytykujący jej postępowanie.

Lucy pracowitość i przedsiębiorczość odziedziczyła po swoich protestanckich przodkach. Mając 18 lat wychodzi za mąż za ziemianina Feliksa Staszewskiego, dzięki czemu  od podszewki poznaje realia wiejskiego życia,  brud i brak higieny, jednak zdrady męża szybko zakończyły to małżeństwo. Po raz drugi wychodzi za mąż za Stanisława Ćwierciakiewicza, pracownika biura paszportowego w Warszawie. Pierwszą książkę wydaje w 1858 roku, za pożyczone pieniądze i opisuje tam przepisy na domowe konfitury, ale to wydane dwa lata później „365 obiadów za 5 złotych” są kamieniem milowym jej sukcesu. Lucyna staje się sławna, choć krytykuje wszystko i wszystkich, jest zapraszana na bale, przedstawienia i przyjęcia. Poznajemy ją w rozkwicie  kariery – jest nieznośna, wymagająca, piętnująca brak przedsiębiorczości,  oraz wszechobecną głupotę. Potrafi wywołać skandal w katedrze i postawić się arcybiskupowi Felińskiemu, przeklinając go do trzeciego pokolenia, choć to przedstawienie, jawi się nam jako demonstracja przeciwko przypisywanym jej konszachtom z rosyjskimi zaborcami.

Zakochuje się w aktorzynie i  testując  nastroje otoczenia, brnie w to uczucie , a starając się  wylansować  swojego podopiecznego, pisze sztukę teatralną i nie zważając na krytyczne uwagi fachowców,  oraz koszty, wystawia  swoje dzieło na teatralnych deskach. Adam Koncki  jest młodym aktorem, który daje się wciągnąć w   skandaliczny związek. Lucy szarżuje z tym uczuciem i pomimo że kibicujemy tej wyzwolonej kobiecie, całe życie starającej się  walczyć o niezależność kobiet, to jednak ten epizod  ją ośmiesza, a kupowanie sympatii mężczyzny, temu drugiemu chwały również nie przysparza.

To już druga w krótkim czasie biografia tej dzielnej kobiety. W 2018 roku ukazała się „Pani od obiadów. Lucyna Ćwierciakiewiczowa. Historia życia”  Marty Sztokfisz, co w  czasach walki  o prawa kobiet,  stawia Lucynę w pierwszym rzędzie bojowniczek.

Manuela Gretkowska wykazała się sporą odwagą opierając swoją książkę nie na latach sukcesów i początkach sławy Ćwierczakiewiczowej, lecz  na niefortunnym epizodzie z przystojnym chłopakiem, który nie wiadomo czy w ogóle się wydarzył. Upadek mistrzyni   jest okazją do wykrzyczenia  w ostatnim zdaniu książki ostrzeżenia dla tych wszystkich  współczesnych, lekceważących prawa kobiet.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pora na Kafkę – dzieciństwo i młodość

Biorąc do ręki pierwszy tom biografii Franza Kafki napisanej przez Reinera Stacha, obawiałem się kolejnej pozycji uczonego naukowca, który poda nam doskonale znane fakty, opakowane we własne interpretacje, czyli że będzie to przemądrzałe dzieło , którego czytanie nie przyniesie zbyt wiele radości miłośnikowi prozy  praskiego Żyda. A przecież najbardziej czekamy na  lekturę, która powie nam  jak Kafka zmienił nasze życie, czyli coś w stylu pamiętnej książki Alaina Bottona „ Jak Proust może zmienić twoje życie”. Zetknięcie z tekstami Kafki bywa jak przejście w inny wymiar, jak spotkanie z czymś fascynująco niepojętym  i doskonale skomentowała to Susan Sontag, z którą nie sposób się nie zgodzić:

„Dziś w księgarni, czekając znudzona, aż Philip wybierze nową książkę na prezent urodzinowy, po tym jak okazało się, że Correspondance Kartezjusza wyprzedano – otworzyłam  zbiór opowiadań Kafki; trafiłam na Przemianę. To był jak cios, absolutność jego prozy, czysta rzeczywistość, nic wymuszonego czy niejasnego. Uwielbiam go nad wszystkich innych pisarzy! Obok niego Joyce wydaje się głupi, Gide – tak – słodki, Mann pusty + pompatyczny. Tylko Proust jest równie interesujący – prawie. Lecz u Kafki w każdym, nawet w najbardziej przypadkowym zdaniu ujawnia się magia rzeczywistości, której nie ma u żadnego, z innych współczesnych pisarzy, powodująca dreszcze +zgrzytanie zębów”.W Niemczech ten tom ukazał się jako ostatni  wielkiej biografii Franza Kafki. Poprzednie opublikowano w 2002 i 2008 roku. Reiner Stach – berliński literaturoznawca  pracował nad tymi tomami przez dziesięć lat i był pierwszym, który uzyskał  całkowity dostęp  do materiałów zgromadzonych przez Maxa Broda, a efektem jego poszukiwań  w czeskich i izraelskich archiwach jest publikacja szeregu nieznanych dotąd fotografii, listów i rękopisów, co znacznie poszerzyło   nasze spojrzenie na życie  autora „Zamku”.

Stach w pierwszym wydanym tomie zatytułowanym Die Jahre der Entscheidungen  opisał lata 1910 – 1917. A w drugim  Kafka – Die Jahre der Erkenntnis,  liczącym 700 stron – poznamy  7 kolejnych lat życia pisarza.

Wydany właśnie u nas trzeci tom, obejmuje dzieciństwo i młode lata Franza Kafki.

Kafka niewątpliwie ma w Polsce  rzeszę bezgranicznych wielbicieli, którzy także w ostatnim czasie mogli wzbogacić swoją bibliotekę o takie rarytasy jak np. „Prozy utajone”, obejmujące  mało znane  opowiadania pisarza, czy zupełnie wyjątkowe pozycje jak „Franz Kafka. Encyklopedia”, czy też rewelacyjną pozycję Benjamina Balinta, czyli „Ostatni proces Kafki”, opowieści o długoletniej batalii o rękopisy Kafki.

W „Die frühen Jahre” czyli „Wczesne lata 1883-1911”  , autor  sięga  w głąb historii rodziny, opisując  przodków Hermana oraz  Julii Loewy, czyli rodziców Franza, ale jako pierwszy na scenie pojawia się Josef Kafka, który w 1802 roku, dzięki śmierci niejakiego Fischela, uzyskał szansę gwarantowanego przez państwo  przedłużenia gatunku. Tak więc, jakkolwiek to zabrzmi,  należałoby podziękować Żydowi Fischelowi, że zrobił miejsce pradziadkowi Franza, co  zaowocowało narodzinami  genialnego pisarza. Wprowadzając nas w historię rodziny Kafków, Stach nieustannie podkreśla piętno,  z jakim Żydzi  musieli się zmagać, czego świadomość sam pisarz miał przez całe swoje życie, narażony na dyskryminację związaną z pochodzeniem.

A czytając o tych pierwszych latach urządzania się Kafków w Pradze, nieustannie  stawał mi przed oczami Bruno Schulz oraz jego wizja Ojca, jakże przeciwstawna Hermanowi, oraz zwariowany  Schulzowski sklep  z śpiącymi subiektami.

W jednym z rozdziałów Stach zajmuje się psychologicznym rozbiorem osobowości Kafki, wykorzystując, jakżeby inaczej prace Freuda, z którymi sam bohater, mógł się zapoznać, choć jak pisze Stach, np. „Objaśnianie marzeń sennych” znał jedynie z relacji Broda. Kafka bardzo poważnie traktował sny, a Stach dogłębnie analizuje nie tylko jego „kompleks Edypa”,  ale  rozwodzi się  także nad teoriami Germaine Guexa  i syndromem opuszczeniowym.

Stach bardzo dokładnie potrafi opakować czy to jakiś epizod z życia Franza, pokazać okoliczności  związane z  określonym faktem, jak np.  wyobrażenie o drodze do szkoły malutkiego Franza, wleczonego przez okrutną opiekunkę, straszącą dziecko denuncjacją jego uczynków nauczycielowi. Ta scena  wrażliwemu czytelnikowi zapadnie głęboko w pamięć, a jej konsekwencje autor  wyłoży nam w  błyskotliwym stylu.

Otrzymujemy dokładny opis systemu szkolnego  w czasach edukacji młodego Franza. Czujemy ten strach małego chłopca, przekonanego o własnej nicości  i o tym, że za chwilę wszyscy się przekonają  jakim nieukiem i oszustem jest ten nieśmiały uczeń, przemykający niepostrzeżenie i z obawą, że zaraz zostanie zdemaskowany.

Ten pierwszy tom  biografii Kafki to wydarzenie nie tylko dla miłośników prozy  praskiego Żyda, to  przykład doskonałej pracy biografa, który sięgnął naprawdę głęboko w pokłady historii miasta i literatury wielkiego pisarza.

Czy Franz Kafka jest dziś czytany przez ambitnych licealistów, czy młodzi miłośnicy muzyki Maty czy Krzysztofa Zalewskiego miewają kaprys, żeby przed snem poczytać „Zamek”, albo chociaż „Przemianę”? Obawiam się, że jedynie przypadkowo młodzieniec w klasie maturalnej może posmakować tej prozy, dlatego wydaje mi się, że ta biografia  trafi doskonale jedynie w gust  wysmakowanej literacko publiczności, a młodzi, dla których Kafka mógłby stać się  fascynującym odkryciem, przejdą obok tego dzieła obojętnie, niczym  fan Gwiezdnych wojen wobec przygód Kapitana Klossa. Wrzucenie się w wir  losów młodego Franza bez przygotowania, może zakończyć się  traumą, przez którą naiwny nastolatek nigdy nie pozna prawdy, o tym jak można dostać się na wymarzony Zamek.

Biografia, napisana przez Stacha, dzięki niezmiernie szerokim horyzontom, wspaniale pokazuje jak na bezbronnego Franza napierał dziwny i niezrozumiały, przerażający świat, co później  tak intensywnie odcisnęło się na jego prozie. Praga, język czeski w zmaganiach z niemieckim,  ojciec Herman irytujący się na wciąż wypełzające z młodego pierworodnego naleciałości tych dziwaków Lowych. To wszystko zwaliło się na głowę niewinnego dziecka, powodując wyobcowanie  i samotność, z którą musiał sobie radzić od niemowlęctwa.

Stach potrafi  dopasować się do charakteru i poczucia humoru postaci, którą charakteryzuje i pisząc np. o nowym domu Kafków przy  Zeltnergasse 3, gdzie młody Franz otrzymał własny pokój, puentuje to wydarzenie wymieniając  łóżko, biurko i półkę z książkami, jako prezenty od losu, ale dodaje jeszcze drzwi, które można było zamknąć, jako najważniejszą zdobycz.

Tło tej opowieści biograficznej przytłacza wyraźnie wątłą postać głównego bohatera, jakby Stach chciał zapełnić czarne dziury biografii dookolnym życiem, zwyczajami, filozofią, nauką czy antysemityzmem; biedny Kafka momentami nie może się wydostać spod sterty okoliczności jego wczesnego życia – Z pewnością jest to historycznie ciekawe  i smakowite dla badacza, ale na dłuższą metę wczytywanie się w dokładne opisy systemu edukacyjnego,  w czasach gdy mały Franz uczęszczał do szkoły, staje się nużące.  Jeśli autor zainteresował się wyjazdami sanatoryjnymi Kafki, to zaraz otrzymujemy cały wykład o  zwyczajach zdrowotnych tamtych czasów z oczywistym nawiązaniem do wegetarianizmu bohatera, oraz potwierdzamy narzucające się samo przez się przekonanie Hermana Kafki do diety mięsnej. Wybaczamy to jednak Stachowi widząc jak bardzo przyłożył się, ażeby pokazać nam wszystko, co tylko mogło wpływać na charakter pisarza i przez to na jego prozę.

A więc Praga odkrywa nam swój charakter miasta, gdzie ścierały się  czeskie aspiracje z niemiecką zasiedziałością –  a  kiedy  jesteśmy po lekturze „Pragi” Mariusza Surosza, łatwiej przyswoimy sobie  niuanse związane z mieszkaniem w tym niezwykłym mieście.

Dla żądnych sensacyjnych doniesień, inspirujące może  być to,  że ten chudzielec pobierał nauki konnej jazdy i że zafascynował go motor, a  żeby zaimponować pewnej panience, zabawiał się tym wynalazkiem przez jakiś czas.

Niezwykle odkrywczy zdaje się być rozdział podsumowujący  charakter przyjaźni Franza z Maxem Brodem. Jak wiadomo Brod znany jest dziś tylko z tego, że uczynił się  opiekunem spuścizny Kafki, stąd warto poznać wszystkie motywacje i okoliczności, które do tego doprowadziły. Kim był ten  człowiek zawłaszczający dla siebie   nie tylko przyjaźń z autorem „Zamku”, ale  interpretujący i ingerujący w jego spuściznę.  Stach pokazuje nam nie tylko skomplikowane dzieciństwo Maxa, naznaczone kalectwem ( do późnej młodości  musiał nosić niewygodny gorset, który  korygował  ciężką wadę kręgosłupa), które dzięki uporowi matki i pieniądzom ojca, udało się prawie zupełnie wyeliminować.

O Brodzie myślimy w kontekście spuścizny po Kafce, a wydany u nas niedawno  „  Ostatni proces Kafki” Benjamina Balinta pokazuje, jak nieodpowiedzialnie zachował się ten przyjaciel, obdarowując rękopisami Kafki swoją przyjaciółkę, dzięki czemu rękopis „Procesu”  Esther Hoffe sprzedała za milion funtów, całkiem niedawno bo w roku 1988.

W kolejnym rozdziale Stach bierze się za seksualność Kafki. Niewątpliwie jest to temat fascynujący, a czytelnicy jego prozy a zwłaszcza dzienników mogli wyrobić sobie opinie o pożądliwości tego chudego, mocno opalonego młodzieńca, który  jakby nieustannie walczył z napierającym zewsząd „zewem ciała”. I tu nieoceniony autor biografii, daje nam wykład na temat tych zmagań, przytaczając  jakżeby inaczej wykładnię niejakiego Otto Weiningera  cytując szeroko teorie z jego pamfletu: „Płeć i charakter”. Dwadzieścia pięć wydań tego „dzieła” dyskryminującego kobiety, ukazało się jeszcze za życia Kafki, co w jakimś sensie wyjaśnia podejście Franza do okoliczności w jakich zdobywał swoje pierwsze doświadczenia seksualne. Temat kontynuowany jest w rozdziale, który autor zatytułował „U dziwek” co niech nie zmyli pożądliwych czytelników – żadnych wielkich ekscesów erotycznych nie odkryjemy w umiłowaniu Franza do włóczęg po nocnych knajpach.

Kiedy tak ślamazarnie posuwamy się w życiorysie młodego Franza, to wreszcie mijamy ten lekko szalony młodzieńczy epizod i wpadamy w tryby urzędnicze, o czym Stach informuje nas w swój  skrupulatny sposób, opisując wszelkie niuanse pracy młodego urzędnika, jego pilność i zaangażowanie, pochwały przełożonych i  podróże służbowe,  oraz  próbuje zainteresować czytelnika  z jakimi problemami  sumienny  pracownik Zakładu Ubezpieczeń Robotników od Wypadków przy Pracy dla Królestwa Czech w Pradze miał do czynienia.

I kiedy wreszcie znużeni  wywodami Stacha docieramy prawie  do końca tego tomu,  oto pojawia się Kafka-pisarz, jego pierwsze próby literackie i rzecz jasna dziennik. Jeszcze tylko oglądamy wygrzebane nie wiadomo skąd zdjęcie  z pokazów lotniczych Bleriota, na którym ponoć widać Kafkę, ale pogratuluję każdemu, kto w tym tłumie kapeluszników rozpozna  rozentuzjazmowanego Franza.

Kończymy to  obszerne dzieło Stacha z mieszanymi uczuciami  i pozostajemy z nadzieją że  w drugim tomie odetchniemy,  w końcu  smakując ten życiorys  z bohaterem, który nareszcie będzie takim, jakim go sobie zawsze wyobrażaliśmy.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nasz biedny Fiedia czyli wszystkie kobiety Dostojewskiego

Pisarz tak fascynujący , że aż przerażający, którego proza wprawić potrafi  w stan głębokiej depresji, a z drugiej strony tak czasem nudny i zawiły, że ma się ochotę niczym Żeromski, wywalić te cholerne „Biesy” w kukurydzę lub inne zboże.

Książka o kobietach Fiodora, jest właściwie książką o nim samym i choć miałem jakąś tam wizję  pisarza, ponurego brodacza, wypisującego strasznie gęste stronice o bogu, karze i winie, kobietach, wyrzutach sumienia i tym podobnych  dyrdymałach, w sposób za trudny, żeby zrozumieć o co tu właściwie chodzi. Podziwiałem i kupowałem Dostojewskiego bez wahania, ale jego postać tkwiła we mnie zbyt pomnikowo, natomiast po lekturze  „Naszego biednego Fiedii” mam już wyrobione zdanie o tym człowieku i nie jest to nazbyt przyjemny obraz.

Sylwia Frołow podała nam pisarza poprzez kobiety, które odważnie zbliżyły się do tego człowieka, którego sam wygląd powinien odstraszać te naiwne istoty.

Frołow  wiedzie nas w tej historii od rodziców Fiodora, opisując między innymi sensacyjny wątek  śmierci ojca pisarza, którego zatłukli chłopi za jego   lubieżność oraz okrucieństwo. Charakter ojca zapewne  tkwił też gdzieś w trzewiach autora „Biesów”, stąd niektóre jego postępki,  z tym sumiennie opisanym w ostatnich rozdziałach, gdzie jakoby  lubieżny Dostojewski zgwałcił dziewczynkę. Rozpisywanie się  o tym wydarzeniu to ślepa uliczka,  w tej  zgrabnie podanej opowieści, gdzie przewija się ciąg cały kobiet, które miały nieszczęście stać się obiektem westchnień Fiodora.

Świat XIX wiecznej Rosji to świat przerażająco okrutny. Kobiety uwiedzione przez pisarza i spędzające z nim więcej czasu, poznawały charakter i nałogi  człowieka, który pisaniem chciał zarabiać na życie i mimo, że był już uznanym autorem, skazywał swoje towarzyszki, na uwłaczającą biedę  i nędzną egzystencję.

Panorama przeżyć kobiet, które pisarz przyciągał magnetyzmem, który wyjaśnić potrafi jedynie kobieta, wprawiają naiwnego czytelnika w osłupienie, jak niejednoznaczną postacią był ten „okrutny talent”. Czyż ten jego niepospolity umysł tak bardzo zwodził  piękne i nawet inteligentne dziewczyny, że  godziły się dzielić łoże z tym dziadem  o zmierzwionej brodzie, a w dodatku nie pozwalały  na oczernianie go  i broniły  niczym lwice przed złym słowem. Zapewne pisarz miał w sobie to coś co obezwładnia kobiety.

Kochał, podziwiał ale i nienawidził. Był zazdrosny o sukcesy innych i ta zawiść i wściekłość były motorem jego twórczości.

Kobiety nie były dla niego konkurencją dlatego tak lubił ich towarzystwo, podziwiały  i kochały go, ale zdaje się, że najbardziej mu współczuły.

Polina, córka chłopa pańszczyźnianego, napisała list do Fiodora, a ten wziął ją jak swoją pomimo, że jego żona Maria właśnie umierała, Polina chciała go na własność, groziła i się awnturowała, on grał i pisał „Gracza”, prawdopodobnie go zdradzała – żeni się z Anną.. Polina wiąże się z Rozanowem, którym gardzi, ale to już inna i zapewne równie fascynująca historia zawziętości kobiety, która dopiero w wieku 77 lat daje mężowi rozwód.Dumna i zła kobieta.

Anna znów sama pisze list do pisarza, a jej siostra Sonia to pierwsza kobieta na świecie – profesor matematyki;  w tej historii pojawia się i Nobel, o którym dowiadujemy się, że był uprzedzony do kobiet, które widział najwyżej w roli sekretarek, lub gosposi; był samotnikiem, nigdy się nie ożenił, a kobieta wykładająca na uczelni była niczym prostytutka. Obok tego słynnego Szweda pojawia się  i August Strindberg, który zatrudnianie kobiet w rolach profesorskich uważał za obrzydlistwo.

Przy okazji losów Soni autorka ukazuje zakłamany świat końca XIX wieku, w którym kobiety spychane były do roli kucht.

Nasz biedny Fiedia” to książka fascynująca  i podziwiam autorkę  jak zgrabnie udało jej się połączyć wszystkie wątki,  w bogatym erotycznym pożyciu wielkiego pisarza. Z lektury pozostaje jednak pewien niesmak, związany z  charakterem głównych postaci, a zwłaszcza tego tytułowego Fiedii.

Kim  byłby  ten wspaniały Dostojewski bez kochających go kobiet i jak wiele zaprzepaścił przez swój  pokręcony charakter? Z tymi pytaniami lepiej nie kłaść się spać, bo ciekawiej  zanurzyć się w świat kolejnego Rosjanina, o którym pisała Frołow, czyli przeczytać „Antonówki”, rzecz o kobietach Czechowa.. I tego wszystkim życzę.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość lektury książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Słowacy

Jak zatopić pierwszym zdaniem  recenzję przeczytanej książki? Napisać z miejsca, że jest świetna. A mnie właśnie kusi przewrotnie, żeby zaatakować czytelnika  takim nieznośnie banalnym stwierdzeniem. Weronika Gogola  dała mi coś, czego kompletnie się nie spodziewałem – bo czytać o Słowacji, to przecież wybryk , to lektura skazana na westchnienia i utyskiwanie: po co mi to, nie lepiej wreszcie dokończyć biografii Herberta? Otóż właśnie „UFO  nad Bratysławą” urzeka od samego początku i ta Słowacja przefiltrowana przez Weronikę, z takim osobistym spojrzeniu na naród jest niebywale interesująca i wciągająca. Niedawno zaliczyłem „Pragę” Surosza i to zwrócenie się na południe wreszcie po latach myślenia o Czechosłowacji , zaczyna mi się układać w głowie, że ci od Karkonoszy to Czesi, a Tatry to już Słowacja.

A właśnie Tatry, to jest coś, czego zawsze zazdrościłem południowym sąsiadom, że mają ich dużo więcej niż my, a do tego jeszcze te najwyższe.

I to nagłe wrażenie podczas lektury, że jakoś zalatuje mi tu Kapuścińskim, podczas czytania o tych politycznych przetasowaniach na słowackiej scenie  – to się czyta jak relację z republiki bananowej, a nie małego państwa na wschodzie Europy. Książkę Gogoli pochłania  się z zainteresowaniem, bo autorka zaraża nas swoim entuzjazmem. Ciekawostki o Słowacji nie przysłaniają  tego wszystkiego co chce nam przekazać  pisarka, wyraźnie zafascynowana tym dziwnym krajem. Gogola  „rozbiera” naród słowacki, pokazując wszystkie jego wady , ale to raczej miłość przemawia ze stron  książki. Mieszkanka Bratysławy i żona Słowaka opisuje własną fascynację swoją nową ojczyzną, pisząc zarówno o mniejszościach zamieszkujących Słowację jak i o fenomenie lubianej pani Prezydent Czaputovej. I  do tego ten nieszczęsny Janosik, który okazuje się był Słowakiem  i pospolitym złodziejem.

Gogola wrosła już w tę Słowację na całego, stąd zdaje się że szuka w tym narodzie argumentów, które każą Polce urodzonej w Nowym Sączu, przekonywać Polaków do swojej nowej ojczyzny.

Zastanowiłem się, jakie są moje doświadczenia z tym krajem i złe wspomnienia dotyczą głównie meczów piłkarskich- Słowacy to przecież od zawsze w mojej świadomości słabeusze, których powinniśmy pokonywać grając  w rezerwowym składzie, a jednak w historii, jest kilka spotkań, wliczając to ostanie, kiedy dostawaliśmy od nich baty i nie były to mecze o pietruszkę.

Chodziłem po Tatrach słowackich – nie za dużo, z pewnością mniej niż bym chciał, przejeżdżałem też przez Bratysławę i pamiętam tytułowe UFO, w postaci spodka na wielkim moście – Gogola opisuje ile trzeba było zniszczyć, żeby wybudować ten most.  A więc własnych wspomnień związanych ze Słowacją praktycznie nie posiadam, ale być może przez słowiańskie pokrewieństwo,  mam życzliwe spojrzenie na tych smagłych, trochę śmiesznych Słowaków.

Weronika Gogola  napisała tę książkę dla siebie – chciałbym przeczytać podobną pozycję o Polsce napisaną przez obcokrajowca, który spojrzy na nas   poprzez własne doświadczenia, w kraju  nadwiślańskim, który spojrzy  na Polskę oczami Rosjanina, Niemca, a może Syryjczyka? Gdyby spojrzał dzisiaj ta jego książka o naszym kraju, mogłaby być nawet bardziej zawstydzająca niż faszystowski epizod w historii Słowacji.

Pamiętacie te wszystkie sierpy i młoty tak bogato eksponowane  na południe od Tatr ?  Polskie  wycieczki zawsze  ze zdziwieniem i pogardą notowały te pomniki poddaństwa, ale w świadomości Słowaków,  jest szczera wdzięczność dla Armii Czerwonej, wyzwalającej ich kraj spod faszystowskiej zarazy.

Ufo nad Bratysławą”  to próba przybliżenia nam ducha narodu, z którym obcujemy od wieków, a jednak nie znamy wystarczająco dobrze, żeby zrozumieć.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Śmierć Anglika

Byliście we Florencji? Bezapelacyjnie  to moje ukochane  miasto, choć ta miłość oparta jest  na kilku subiektywnych wrażeniach, mglistych przeczuciach i wspomnieniach, które czasem przywołuję, spoglądając na wiszący nad łóżkiem duży portret  katedry Duomo.

Zupełnie przypadkowo zobaczyłem w sieci kryminał, którego akcja rozgrywa się w tym niesamowitym mieście, przeczytałem fragment, udostępniony przez Wydawnictwo Próby, na swojej stronie i dociśnięty polecającym tekstem  Georgesa Simenona, zaopatrzyłem się w „ Śmierć Anglika” bezzwłocznie, bo niecierpliwość wcale nie zburzyła przyjemności   wejścia w świat karabiniera Bacciego, drzemiącego   na posterunku, jeszcze nieświadomego wydarzeń, dzięki którym nauczy się więcej niż ślęcząc nad podręcznikami.

Nigdy nie przekonają mnie sformułowania typu „czuły portret miasta”, ale w tym przypadku przymknąłem oczy  i zagłębiłem się w wąskie uliczki  w okolicy via Maggio oraz Palazzo Pitti. Już sam początek książki wprowadza aurę takiej oryginalnej tajemnicy. Oto młody i nieopierzony praktykant do zawodu karabiniera,   walcząc z sennością odbiera telefon, z informacją o śmierci Anglika. Magdalen Nabb  rozpoczyna oprowadzanie nas po florenckich ulicach i tak naprawdę ten zastrzelony Anglik mało nas obchodzi, autorka pokazuje  codzienne życie pełnego turystów miasta, borykającego się z ciasnotą ulic i charakterem jego mieszkańców.

Pisarka, która zamieszkała we Florencji w roku 1975, po rozstaniu z mężem, zajmowała się produkcją ceramiki, a pierwszą książkę, właśnie „Death of Englishman”, wydała w roku 1981.

Nieprzypadkowo Simenon  ciepło  ocenił debiut Nabb – oboje  potrafili stworzyć aurę dla swoich opowieści, czujemy tę niezwykłą atmosferę, zagłębiając się  w historię – kto zna kryminały z Maigretem  ten pamięta jakiś mroczny czar oblepiający czytelnika, czy to stworzony dzięki charakterowi komisarza, czy też przez okoliczności  przestępstwa.

U Nabb mamy morderstwo tytułowego snoba, mało interesującego typa i tak naprawdę niewiele obchodzi nas kto go załatwił i choć Włosi  wraz z pomagającymi im Brytyjczykami, czynią  wszystko, żeby  wyjaśnić tę zbrodnię, to jednak  nawet jeśli sprytny czytelnik wysili wszystkie swoje aktywne komórki mózgowe, to ma malutkie szanse na wyświetlenie tajemnicy, która rzecz jasna  wypłynie pod koniec książki, ku zaskoczeniu wszystkich, oprócz dociekliwego sierżanta Guarnaccia, który złożony przez grypę poci się w łóżku, zamiast  aktywnie uganiać się za podejrzanymi. Ten Sycylijczyk z Syrakuz, jest uczulony na światło słoneczne, stąd nieustannie ma załzawione oczy, choć trudno uwierzyć, by  łatwiej mu było w słońcu sycylijskim. Anglika zastrzelono tuż przed świętami Bożego Narodzenia, stąd miasto ogarnięte jest gorączką zakupową i szczególnie rozczulająca jest reakcja młodego Bacciego, na odurzające zapachy mijanych w sklepach kobiet z bogatych domów, choć jak podkreśla Nabb on sam wywodził się z szanowanej i majętnej rodziny, w odróżnieniu od proletariackiego sierżanta.

To klimatyczny kryminał, gdzie pomimo zawirowań towarzyskich, w związku z toczącym się śledztwem, dominuje poczucie samotności  i wyobcowania, jakby miasto odbierało  bohaterom zdolność do empatii – tam wszyscy zdają się obcy  i jedynie trochę szalona panna White odbiega od tego schematu.

Magdalen Nabb dała nam kryminał przyprawiony florencką  rzeczywistością, gdzie turyści i zabytki nie są nawet tłem  dla rozgrywającego się dramatu Anglika. Miasto jest obecne poprzez swoją zwyczajność, gdzie   ubogi zamiatacz Cipolla   zbiera spadające klamerki, a jego żona jest zmuszona do dorabiania  sprzątaniem. Uważny czytelnik powinien dostrzec subtelne wskazówki przemycane czasem przez autorkę, które mogą pomóc w odkryciu prawdy, ale  to raczej nieoczywiste  motywy budują atmosferę, w której mości się zbrodnia, a zagadka swoją banalnością próbuje zniweczyć przyjemność pobytu w tym cudownym mieście, gdzie poranna mgła potrafi odurzyć nawet rodowitego Florentczyka. Przyglądamy  się osobowościom nakreślonym przez autorkę, ale  to  przecież zwykłe rękawiczki z koźlej skóry karabiniera Bacciego, potrafią zafascynować , stając się rekwizytem, na który natykamy się wciąż w różnych niespodziewanych konfiguracjach – pojawiające się już w pierwszym zdaniu białe rękawiczki spotkamy jeszcze wielokrotnie, jakby uzurpowały sobie  dominujące miejsce w całej nieskomplikowanej intrydze. Ten  niejednoznaczny kryminał  to pierwszy z serii  chyba jedenastu, z przygodami sierżanta Guarnacciego, i mam nadzieję, że wydawnictwo nie poprzestanie na tym debiucie i  ucieszy nas kolejnymi  częściami, aż po tę ostatnią „Vita Nuova” ,która ukazała się już po śmierci autorki.

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dybuk Barta

Andrzej Bart mocno zaryzykował, decydując się na taką formę swojej najnowszej powieści „Dybuk mniemany”. Już sam tytuł   sugeruje jakąś niepewność  co do  zamiaru autora, ale metoda opowiadania zaskakuje nawet zagorzałego smakosza jego prozy.

Dybuk w mitologii żydowskiej to dusza zmarłego człowieka, która opanowuje ciało żywego grzesznika.

Dodając słowo „mniemany”, Bart pragnie zamieszać  w świadomości czytelnika, który poznając losy  demona  Daniela Czarewicza, powoli zaczyna się gubić  w zmieszanej trajektorii   historii  opowiadacza  i pisarza.

Dybuk mniemany” jest  autobiografią, w którą wślizguje się demoniczny starzec ze swoimi przeżyciami, wyrzucając poza nawias życie Barta, który ulega  nawale opowieści Czarewicza – ta opowieść jest szkieletem książki i na niej Bart zawiesza  jakby przypadkiem własne losy, nieśmiały diariusz ostatnich miesięcy, gdzie pandemiczne strachy odciskają już swoje piętno.

 

Bart pisze o swoim życiu, przedstawia  znajomych, opisuje spotkania i rozmowy, ale ta biografia  jest odarta z intensywności, może tylko poza wzmiankami o śmierci ukochanej córki, gdzie rzecz jasna brak  szczegółów, a dominujący ból jest rozcieńczany współczuciem otoczenia i uwagami dybuka.

Magdę Bart poznałem jako Fefone, kiedy zaczęła czytać tego bloga, komentując  od czasu do czasu – połączył nas podobny gust literacki i niechęć do Murakamiego. Cieniutka nić porozumienia i sympatii sprawiła, że pisałem z myślą o jej reakcji i w oczekiwaniu na jej komentarz. Zdaje mi się, że o jej śmierci dowiedziałem się  już wcześniej, ale tym razem, odkryłem ten fakt ponownie i sprzężenie tego dramatu z literaturą wydało mi się należnym hołdem dla tej nietuzinkowej osobowości.

Ale wróćmy do Czarewicza, który przychodzi do autora znienacka i opowiadając mu swoje życie  staje się nieodłącznym elementem jego egzystencji.

Bart mógł z historii Daniela uczynić  fascynującą literaturę i dzięki swojej umiejętności inteligentnego opowiadania,  wydać bestseller znakomicie  wbijający się w oczekiwania łasej  na  przyjemności tłuszczy czytelniczej. Ale nie – Andrzej Bart postanowił  się zapętlić i wmówić wszystkim, że to najważniejsza jego książka, i że słowami Czarewicza opowie też  o swoim życiu.

Niewątpliwie Czarewicz ma dar opowiadania i trzymania w napięciu, a jego historia powinna w czytelniku wzbudzić nie tylko zazdrość, ale prędzej podziw. Bo Daniel to erudyta i trochę pozer, megaloman odurzony własną osobowością, to aktor ugniatający rzeczywistość, albo mitoman, który się stworzył na poczet olśnienia wsłuchanych w jego monolog   widzów.

Zaczynamy od przedwojennej Warszawy, gdzie żydowska rodzina Czarewicza bezboleśnie wtopiła się w gojowską Polskę. Wojna przestawia wszystko diametralnie i eksterminacja Żydów  jest naczelnym motywem opowieści. Jednakże dzielny Daniel raczej uczestniczy w przygodowym filmie i nie mamy mu tego za złe, bo lubimy takie losy, gdzie śmierć towarzyszy sprytowi, a do tego  jeśli jeszcze dodamy piękne i bogate kobiety?

Bart czaruje Czarewiczem i z niecierpliwością czekamy na kolejne odsłony tego niebanalnego życiorysu. Czytelnik momentami  jest zagubiony, bo chciałby już wiedzieć jak potoczą się losy tego dziwaka, tymczasem w opowieść wkrada  się współczesność i niepokorny starzec miesza w życiu pisarza, zawłaszcza jego znajomych, wciąż pewny własnego uroku i nieśmiertelności.

Los  i przygody Czarewicza, to doskonały materiał na film, a jak wiemy Bart związany jest z przemysłem filmowym, choćby jako autor scenariusza „Rewersu” Lankosza. A ojciec naszego bohatera w przedwojennej Polsce inwestował odważnie w przemysł filmowy i Daniel opowiada, jak w po wojnie wkręcił się w Łodzi w produkcję filmową.

Dybuk mniemany to świetna przygoda czytelnicza, a kto zna twórczość Andrzeja Barta ten  radośnie odda się lekturze, bo dostanie dokładnie to czego oczekiwał.

Nie ma co szukać recenzji  tej książki, bo o ile jej brak na miłych blogusiach książkowych nie dziwi, to jednak żeby nie było też poważnych reakcji krytyków literackich, to już skandal. Może wszyscy jeszcze czytają tę niebanalną prozę, a może przestraszyli się fragmentów o polskich szmalcownikach?

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz