Dawno temu pewnie w tym wielkim antykwariacie na Kuźniczej, gdzie obecnie wyżerka, zakupiłem od niechcenia dość potargane listy, przerzuciłem z uwagi na snobizm na Franza, a potem matka niegrzecznego chłopaka z ósmej klasy, pracująca w introligatorni przy Nankiera, oprawiła mi to w brązową okładkę – za darmo.
Z Mileną mijaliśmy się latami, wyparta przez Felice, choć zgrabniejsza, inteligentniejsza, bardziej napalona, ale czy skonsumowana?
Tegoroczne wydanie z hukiem przetoczyło się po mediach, a ta kawowa? okładka na długo przykuwała moją uwagę, bo spokojnie i długo wczytywałem się w losy tej dziwnej pary.
Czytałem te „nowe” listy Franza do Mileny i pomimo całkowicie odwrotnej sytuacji z Felice, to jednak ten Kafka ukryty jest w słowach, niedopowiedzeniach, ten sam skurczony chudzielec, niepewny siebie, zawstydzony, przerażony, ukryty w sobie, spragniony czegoś, czego sam nie potrafi ogarnąć. Z początku oficjalne pisma, ton podniosły jak to u Franza, rozpoznania, na ile może sobie pozwolić w wyznaniach, rozpędza się miarowo niczym lokomotywa, bucha momentami parą obficie, ale widać nie przestraszył Mileny, odważnie stawiającej czoła coraz bardziej zapalczywemu prażaninowi. Nie wiemy jak bardzo Milena była zafascynowana Kafką i co w niej wzbudzał ten dziwak, ale była inna niż Bauerówna, odważniejsza i wdzięczniejsza. Kiedy w końcu piszą sobie Ty, coś się rozluźnia i Franz śni o niej, tym rodzajem marzeń, które zawsze kończą się rozdzierającym rozstaniem i niezrozumieniem. Kafka jest tradycyjnie zrozpaczony i pesymistyczny, żali się i opisuje swoje życie, a jednocześnie jest troskliwym doradcą – to jest ta pozycja faceta z daleka, który stara się wymądrzać, a tak naprawdę jest zawieszony w innym wymiarze.

I ten kolega wypisujący banialuki, do zafascynowanej jego umysłem Czeszki, nagle musi się zmierzyć face to face z kobietą, która prowokuje chorego chudzielca do spotkania w Wiedniu. Przerażony pisarz kręci i zwodzi, raz jedzie, potem odwołuje, podpuszcza, bawi się listami, przeżywa, śni, aż wreszcie są razem: mężatka z nieśmiałym autorem, którego podziwiała na odległość, a tu ma go pod ręką i łażą po tych parkach wiedeńskich cztery dni i jakiś kontakt fizyczny pewnie zaistniał, ale czy go zauważyli? To musiało być straszliwie męczące dla Franza, te codzienne spotkania i rozstania wieczorne, potem wspomina jak mu się podobała ostatniego dnia tej przygody od środy do soboty.

Kiedy wraca do Pragi ma na głowie narzeczoną Julię, której z wrodzonej przyzwoitości wszystko mówi, a ta chce walczyć, ale jak wygrać z tym chorowitym cieniem. Zapomniana jakoś jest ta Julie Wohryzek, ładna taka nieuporządkowana, zakochana w pudrze i welonach, zagazowana w Auschwitz, dziewczyna, którą wyparła z literatury Milena, do której Julie nawet pisała, a przygody z tym listem zakochany Franz z humorem relacjonował do Wiednia.

Pisał do niej z Merano, jak zwykle ze swadą opisując miejscowe zwyczaje, co zapamiętali mu tubylcy, całkiem niedawno nazywając placyk w Merano imionami kochanków.
Kafka kochał bezpiecznie na odległość, bez strachu o codzienność kontaktów, listownie się angażował, kochał pisząc, a bardziej, oczekując listów. Wyobrażał sobie miłość, konstruował ją w głowie, trzymał się doskonalej formy miłości do idealnej dla niego, bo odległej kobiety. Seksualność Franza Kafki to temat na niezły doktorat.
Sam określił tę miłość – w jednym z listów napisał:”… nie kocham przecież wcale Ciebie, lecz coś więcej – moje własne przez Ciebie, podarowane istnienie”
Dlatego te jego miłości są wymyślone, sprokurowane, wylęgają się w rozgorączkowanej głowie, nigdy nie wiadomo na kogo trafi – losowanie z Felice Bauer było pechowe i przypadkowe, nietrafione. Z Mileną trafił lepiej, choć to także był strzał ślepakami, bezpieczny, bo ta mężatka nie zagrażała jego systemowi i wyobrażenie o tym kochaniu, mógł więc sobie pisać listy, myśleć, angażować się cały, na odległość, bo ta miłość pożywiła się już przez cztery dni w Wiedniu.

Uszczęśliwiłyby więc naszego kawalera, okoliczności zniknięcia definitywnego korespondencji jego kochanek, przesyłanych regularnie do tego pedanta, czytającego wszystko po kilka razy, analizującego a następnie niszczącego wszystko w piecu – a może te listy panien przechowywał starannie przewiązane wstążeczkami, a zazdrosna Dora je wywaliła, co mało prawdopodobne, prędzej skonfiskowali je gestapowcy razem z innymi skarbami, które czekają w archiwach, nie wiadomo na co?
A jednak znowu się spotkali i ta organizacja skrupulatnego prawnika, prowadziła do absurdalnych konstatacji, jak możliwość spotkania na cztery godziny czarnej nocy, potem modyfikacje z liczeniem wspólnych chwil, godzin – jakże to jest surrealistyczne, a jednak to jest prawdziwy dowód miłości, te chwyty wymyślanych momentów, kiedy można być razem. W umęczonej głowie chorego już Franza rodzą się możliwości i jeśli kochacie na odległość, to znacie rojenia, fantazje, wymyślania opcji spotkania. Milena, mężatka uwiązana w Wiedniu i ten potrzebujący paszportu urzędnik, którego praca jeszcze trzyma przy życiu, ale wszyscy idą mu na rękę i pozwolą umrzeć.
Szalona Milena nie pasuje to Franka którego znamy. Jak ona go widziała, przez prozę inaczej niż na żywo, w Wiedniu chodzonym, a potem to wymęczone Gmund, gdzie nie wiadomo co się wydarzyło. Jeśli Milena rzeczywiście chciała się przebić fizycznie do Pisarza, pewnie kusiła go jakoś, a widząc jego bierność i strach, nabierała dystansu. Nigdy nie dowiemy się jak przebiegały ich spotkania – te intensywne w Wiedniu i Gmund, te schadzki mężatki z nieśmiałym chudzielcem, chorym, kaszlącym, bezradnym przy kobiecie, którą kochał listownie.
Jesenska to szalona wersja podziwianej za pedantyzm Felice, o ile Bauer była sztywna i zasadnicza, to Milena wariowała, niepokorna, uciekająca z domu, po aborcjach, studiach medycznych, które tylko zaczęła, z ojcem, który nie akceptował jej wyborów, wysłał ją do wariatkowa, kiedy wyszła za seksoholika Pollaka, do tego Żyda, to dziewczę zaledwie 24 letnie, było najmniej spodziewaną miłością-przywiązaniem Kafki, którego z pasją sportretowała w liście do Maxa Broda, gdzie pojawiają się słynne anegdoty: Kafka i żebraczka, Kafka na poczcie. Tylko Milena potrafiła oddać charakter kochanka, choć zapewne nawet się nie całowali. Miłość niemożliwa, listowne zauroczenie tym wszystkim co młodziutka kobieta, mogła dać choremu intelektualiście. Portret Franka, jak go nazywała, oddaje w listach do Broda, których nie było we wcześniejszym wydaniu.
Margarete Buber-Neumann, jej przyjaciółka z Ravensbruck, napisała biografię Mileny, którą chętnie bym przeczytał, ale nie ma na to wydawcy, choć Czarne wydało wybór jej publicystyki; jeszcze lepsza byłaby sfilmowana jej biografia, gdzie Kafka byłby epizodem.
Czy Milena kochała Franka, czy on kochał ją? Możesz wywnioskować sama, choć meandrów tu mnóstwo i nierówności sporo, bo jak założę, że on ją teoretycznie w listach kochał, to ona może jego czasem z podziwem i z przekonaniem o jego dobroci i wyjątkowości. Oni się nie dogadali przez oddalenie, co jest zabójcą każdej miłości, listownej, mailowej, czatowej – bez rozmowy i ciepła oddechu nie ma uczucia, o czym przekonało się wielu, a jednak w głębi serca Franz potrzebował Mileny, a ta dziewczynka zauroczyła się w jego kryształowej duszy. Listy Kafki mogą irytować, są manieryczne ale czułe, zaangażowane ale na poziomie powierzchownym, mam wrażenie że Franz nie chce grzebać głębiej w tym uczuciu, bo widzi, że z tego małżeńskiego łoża nie będzie bo Milena już w nim sypia. Wszyscy piszą, że spotkali się tylko dwa razy, ale przecież później widzieli się kilka razy, choć już na innej stopie, a Kafka tak bardzo jej ufał, że ofiarował jej swoje dzienniki i rękopisy.

Powierzchowne mam wrażenia po lekturze, jakbym chciał wejść tam mocniej, z butami, z pytaniami o tę relację o szczegóły o fizyczność, jakby Kafka skrywał się podstępnie za treścią tych uprzejmych listów, jakby nie wierzył w ten związek, jakby widział dystans zarówno wiekowy jak i towarzyski. Milena i jej tajemnice to najmocniej ukryty aspekt tej korespondencji. I to właśnie Milena wydaje mi się ważniejsza i nieodkryta.