Listy do Teresy i nie Rafał Wojaczek

T a wielka i ciężka księga z grubymi, solidnymi kartami i niebieską okładką w formie koperty, zawiera prawie wszystkie listy pisane przez Wojaczka, ale największe wrażenie robią te wysłane do Teresy Ziomber. Bolesne jest  czytanie tych listów, bo widać w nich jak bardzo nadwrażliwość poety konstruowała jego wiersze… Zakochany poeta o takim talencie,  wyraził w listach do Teresy rozedrganą tęsknotę, o której niektórzy wiedzą tak dużo, ale jedynie takim artystom jak Wojaczek udaje się ją przełożyć  na  poezję niezwykłą, a inni wrażliwcy tylko cierpią. Cały czas zastanawiałem się jaka była ta Teresa Ziomber, w książce jest brak  jakichkolwiek zdjęć, a jedynym śladem fotograficznej jej obecności jest film „Wojaczek” Lecha Majewskiego, gdzie prawie sześćdziesięcioletnia Teresa zagrała bezdomną z dworca, a i tak oglądając film trudno jest ustalić, w którym momencie pojawia się na ekranie. Jaką była kobietą, jak fizycznie działała na Rafała? Z jej wypowiedzi wynika,  że prezentowała się skromnie, ale seksi. Miała skośne oczy i ciemne włosy. Ten związek, choć tylko trzyletni również na niej odbił się bardzo mocno. Wojaczek za nią szalał, pisał wciąż listy i wyznawał miłość, Te listy są czystą poezją  a jego ówczesna twórczość dedykowana jest tej wielkiej miłości.

Teresie zapisał prawa do swojej twórczości, nigdy z tego nie skorzystała.  Umarła kilka lat temu, być może gdzieś się kiedyś minęliśmy na ulicy we Wrocławiu, a na pewno zdarzyło się to z jej mężem, specjalistą od muzyki jazzowej, którego widywałem w pracy. Związek z  Wojaczkiem mocno zaważył na jej życiu, ale dzięki niej poeta napisał kilka niesamowitych wersów i to właśnie przez tę poezję warto patrzeć na Rafała, którego przedstawia się jako awanturnika, poetę   przeklętego, samobójcę i niepoważnego w relacjach ze swoją żoną, którą porzucił zaraz po ślubie, a własnej córki nigdy nie zobaczył.

Uważnie czytając listy Rafała do kolejnych kobiet, czy do ojca, odkrywa się smaczki, przelotne dreszcze pozwalające choćby minimalnie zjednoczyć się z tym potarganym duchem poety, przypominającym trochę kafkowskie dylematy , wyjęte jakby z dzienników autora „Procesu”, co nie powinni dziwić, ponieważ młody Rafał zaczytywał się dziennikami Franza, którego czasem cytuje w listach: „ weź mnie, weź, splot błazeństwa i bólu”.  Kiedy teraz patrzymy na życie Wojaczka, te słowa o błazeństwie splątanym z bólem, wydają się najtrafniej oddawać sedno tej egzystencji.  W innym miejscu Rafał zanotował: „Moje życie jest tylko wahaniem przed urodzeniem się”.

W listach do Teresy są też gotowe już, albo właśnie rodzące się wiersze, wiersze miłosne, bo jakże inaczej mogłoby być w listach, które poeta zaczyna od słów” „Kochana”, albo” Teresa kochana”

Mówię do ciebie tak cicho jakbym świecił

I kwitną gwiazdy na łące twojej  krwi

Kwitnie mi w oczach  gwiazda twojej krwi

Mówię do ciebie cicho aż mój cień jest biały

Jestem chłodną wyspą dla twojego ciała

Które upada w noc gorącą kroplą

Mówię do ciebie cicho jak przez sen

Płonie twój pot na mojej skórze

Mówię do ciebie jak o świcie poranny ptak

Upuszcza słońce w niebo twoich oczu

Mówię tak cicho jak łza

rzeźbi zmarszczkę

Mówię do ciebie tak cicho

Jak ty do mnie

Można cytować jak wiersze  ustępy z tych listów, odnajdując tam całe przestrzenie wyrzeźbione z tęsknoty i żarliwej miłości, a my to czytamy po latach i nic nie da się już zrobić, żeby to sobie wyobrazić, ujrzeć Teresę, jej skośne oczy, zobaczyć wreszcie ten obiekt, który zbudował takie subtelne linijki wierszy, w których każda wrażliwa dziewczyna będzie chciała odnaleźć siebie – stąd zapewne te pielgrzymki nastolatek do grobu poety i zostawiane tam nie tylko karteczki z wyznaniami, ale również fragmenty bielizny. „ jakie to jest czekanie, jaki brak Twojej obecności – bliskiej, żywej. Odtwarzam Cię we wszystkim, w słowach –wierszach, wspomnieniu, ale to nie zastąpi przecież ciepła żywego ciała. Teresa –

Kończę się w twoich oczach

Umiem być ciszą

Kończę się w twoim śnie

Ostatnie echo jest ciszą

To miejsce

Gdzie kończy się twoje spojrzenie

Przez sen

Donoszę siebie

Do twojej śmierci

Oślepią mnie sen, biała noc,

Rozjarzona iskrą twojego serca

Kończę się w twoim sercu

 

To jedna z pierwszych wersji wiersza, który znajdzie się finalnie w tomiku „ Sezon”

 

Wojaczek pisze do Teresy nieustannie, w dzień i w nocy, porankami, kiedy już list jest gotowy do wysłania, dopisuje jeszcze , jakby słowa zbliżały go do ukochanej i choć wydarte z samych trzewi zdania o tęsknocie czasem nas zawstydzają, to nie wiemy do końca, jak czytała je adresatka, co wtedy czuła i jak kochała. Gdzieś spisane są jej wspomnienia z tego związku – nie traktowała Rafała poważnie, Wszystko miało być jedynie chwilą, ułudą, bez przyszłości. Pisał wiersze na jej plecach (skąd my to znamy?) Popełnił samobójstwo w wieku 26 lat a Teresa żyła z tymi listami i wierszami, które musiała znać na pamięć, nierzadko będąc obecną w czasie ich pisania. Oglądając film „Wojaczek” Lecha Majewskiego, chciałoby się być tam z Teresą, w tym filmie czuć to co ona i zastanawiać się jak można byłoby uratować Wojaczka, ale czy wtedy mielibyśmy poetę o tej skali talentu i sławę poety wyklętego. Zapewne można było jakimiś radykalnymi środkami zmusić Rafała do innego życia, przywiązać go do żony i dziecka i przedłużyć ten żywot, ale kim wówczas byłby Rafał Wojaczek i jakie pisałby wiersze, o ile by jeszcze pisał…

Na końcu dostajemy kilka listów krytyków literackich, komentujących poezje Rafała  i padają tam mądre analizy i sformułowania typu turpizm, murzyńskość składni, wrzaskliwy erotyzm, ale jest też szereg przychylności i nadziei na przyszłość. Tymczasem  poeta zabił się, czym zbudował sobie legendę o jakiej może pomarzyć  np. mój ulubiony poeta wrocławski, wcale nie Tadeusz Różewicz, ale Janusz Styczeń, który z Wojaczkiem balował w tych szarych latach sześćdziesiątych we Wrocławiu, gdzie stoją jeszcze te obskurne kamienice, świadkowie ekscesów pijackich ale i tych poetyckich też.

Janusz Styczeń do dzisiaj jest spotykany na mieście, kiedyś regularnie widywałem go w oknie kawiarnianym na ulicy Wita Stwosza, a dawno temu odwiedzałem  koleżankę, wynajmującą pokój w willi na ulicy Kochanowskiego, gdzie mieszkali rodzice Stycznia, za każdym razem z dumą wspominający twórczość syna.

Wojaczek zerwał z Teresą we wrześniu 1969 roku. W maju 1971 roku  już nie żył. Willa przy Lindego12 jeszcze stoi. A ten ciężki tom listów odkrywa prawdziwego do samych trzewi jednego z naszych  największych poetów, którego życie pozwoliło  napisać takie niesamowicie  prawdziwe miłosne wiersze do Teresy, która żyła z tymi listami  zamieszczonymi teraz w  niebieskim tomie wydanym przez Wydawnictwo Warstwy z Wrocławia

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Amazonka na rowerach i skazany Urubko

Dwie książki, na które ostrzyłem sobie czytelnicze zęby. Rok temu odkryłem Dawida Andresa, oglądając  na Discocvery jego program „ Cięzarówką przez Stany, a potem kolejne „ciężarówki”, przez Wietnam i Indonezję, a ponieważ polubiłem tego faceta, a on wciąż chwalił się, że przejechał Amazonkę na rowerze, zamówiłem „Rowerem po Amazonce”, książkę, która miała być relacją z tej dziwnej wyprawy na rowerach wodnych, a okazała się zlepkiem wspomnień Dawida i jego brata Huberta, które  zebrał  Piotr Chmieliński, będący takim nieformalnym opiekunem całego przedsięwzięcia.

Już od samego początku książka zaczyna irytować, ponieważ dostajemy lekko bezładną szamotaninę organizacyjną związaną z przygotowaniem podróży, perypetie związane z wycofaniem się towarzysza Dawida i zdecydowanie się na podróż z młodszym o osiem lat przyrodnim bratem Hubertem, ten cały początek rozmydlający fascynację samym pomysłem przepedałowania Amazonki, należałoby wyrzucić do kosza, a rozpocząć relację nawet nie od lądowego etapu w Peru, kiedy bracia przemierzają górskie odcinki od Camana nad oceanem aż do Atalaya przez Cuzco. To Chmieliński relacjonuje wyprawę, na podstawie wspomnień braci i ich notatek, dlatego ta opowieść pozbawiona jest  osobistych refleksji i brzmi sucho i monotonnie Piszący stara się oddać ducha i nastrój uczestników, ale widać, że z nimi nie jechał, a jedynie spisuje ich opowieść.   I to jest niestety podstawowa wada tej książki, na dodatek w przygody podróżników wplecione są również wątki osobiste bohaterów i poznajemy dramatyczną historię Huberta, zmagającego się z uzależnieniami, a podane jakby z drugiej ręki, tracą swoją wymowę pozbawione osobistych refleksji. Dawid Andres jest ciekawa osobowością i brakowało mi w tej relacji  takich subiektywnych codzienności, związanych z wyprawą.  Relacja mnie nie wciąga, pomimo kilku dramatycznych przygód, które czyta się na chłodno, bo brakuje tam tego „pieprzu” i adrenaliny słownej, która pojawiłaby się, gdyby sytuacje opowiadał uczestnik – zapewne zabrakło mi wyniesionych z oglądania Discovery subiektywnie podanych historyjek z codzienności pływających rowerzystów.

Zastanawiając się czego brakuje drugiej opowieści przygodowej, tym razem związanej z górami wysokimi, doszedłem do wniosku, że zarówno chłopaki z Amazonki jak i Denis Urubko, nie dostarczyli nam „mięsistych” emocji opisując swoje zmagania a to z rzeką, a to z Himalajami. Urubko to też niezwykła osobowość, stąd moje życzenie poznania jego relacji z wypraw, niestety związane z dużym rozczarowaniem, bo jak napisał Artur Hajzer, recenzując pierwsze wydanie książki: „przypadkowy zlepek ni to opowiadań, ni to felietonów, o różnej stylistyce, tempie, nerwie. Raz celny dowcip, to znowu patos. Ciężko się połapać.” No właśnie, to jest mdłe i nie ma emocji, Urubko opsuje kilka swoich dokonań, także tych sportowych, bo wspinaczka to dla niego wyzwanie sportowe i rywalizacja i być może stąd się bierze jego konflikt z polskimi wspinaczami, którzy raczej owładnięci są taką narodową pasją grupowych zwycięstw i dużych wypraw, choć przykład Adama Bieleckiego pokazuje, że nie zawsze musi tak być i właśnie z Bieleckim Urubko odnalazł wspólny język.

Skazany na góry” to dobre określenie dla Denisa oraz dość banalny tytuł dla książki w której jeden z najlepszych himalaistów pokazuje nam swoją drogę zdobywcy ośmiotysięczników, a wchodził na nie już 21 razy, mając już rzecz jasna koronę Himalajów, teraz wyzwaniem dla niego jest wchodzenie tam zimą.  Obecnie szykuje się do samotnego wejścia na Broad Peak i miejmy nadzieję, że jutro, czyli 17 lutego2020, zdobędzie górę i zgodnie z jego przekonaniami, będzie to pierwsze naprawdę zimowe wejście na ten szczyt. Denis nic w swojej książce nie pisze o tym jak został Polakiem – stało się to przed pięcioma laty i dzięki temu mamy w swoich barwach naprawdę dzielnego wojownika, którego zmagania górskie chciałoby się poznawać w znacznie lepszej formie niż ta pozlepiana z przypadkowych tekstów książka o drodze, ale napisana bez większej pasji i refleksji. Przed Denisem jeszcze kilka wyzwań i być może po zdobyciu K2 zimą otworzy się w nim większa pasja do napisania lepszych niż te wspomnień – a może wystarczy  jak trafi na mądrzejszego wydawcę?

Dwie jakże odmienne książki,  ale identyczne rozczarowanie, co nie oznacza utraty mojej sympatii, dla ich autorów. Chłopaki płynące po Amazonce przypomnieli mi  te chwile na łodzi  amazońskiej, kiedy siedzący na rufie Indianin daje subtelne znaki rękami sterującemu, którego zadaniem jest bezpiecznie omijać przeszkody, które na tej rzece pojawiają się niespodziewanie.  A Urubko przypomniał zarówno chwile rywalizacji , opisując zawody we wspinaczce na szybkość w Kazachstanie, jak i przede wszystkim uczucia towarzyszące obecności w gorach najwyższych.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zadra Robert Małecki

Robert  Małecki ponownie wciągnął mnie w świat  i rzeczywistość miasteczka niedaleko Torunia, gdzie rozgrywa się akcja trylogii o komisarzu Bernardzie Grossie. Zaintrygowała mnie ta Chełmża do tego stopnia, że pobłądziłem trochę jej uliczkami w okolicy Rynku, wykorzystując do tego Street view, co każdemu gorąco polecam, bo warto przyjrzeć się miejscom rozgrywania akcji tego kryminału, zwłaszcza rozpocząć spacer od posterunku policji, w którym pracuje Gross i Skalska, umiejscowionego obok symbolu miasta czyli konkatedry  Świętej Trójcy.

Intryga kryminału jest mocno skomplikowana,  a Małeckiemu udaje się nas wodzić za nosy, ponieważ nawet jeśli staramy się samodzielnie łączyć fakty i staramy wydedukować, kto jest w  tej opowieści sprawcą całego zamieszania, ze zniknięciem dwojga kochanków, oraz śmierci brata zaginionej, to jednak zakończenie przyniesie  niespodziankę, pokazując jak małą posiadamy wyobraźnię. Proponuję nie skupiać się na poszukiwaniach winnego, ale wciągnąć w atmosferę , która determinuje zachowanie, próbującego wszystko wyjaśnić komisarza, którego los zdaje się przypominać szwedzkiego śledczego Wallandera z powieści nieodżałowanego Mankella.  I tu i tam mamy przytłaczającą atmosferę, potęgowaną jeszcze przez  nieustannie padający w Chełmży deszcz,  oraz przeziębienie Grossa.  Codzienność policjanta to nie tylko  żmudne rozwiązywanie zagadki śmierci powieszonego chłopaka z lasu, ale głównie zmaganie się z traumą niewyjaśnionego napadu na jego żonę Agnieszkę, po którym zapadła w śpiączkę, wywołując w komisarzu poczucie winy, zwłaszcza kiedy z poznaną bibliotekarką Malwiną zaczyna go łączyć coraz mocniejsze uczucie.

Zmagamy się z wyjaśnieniem zagadki zaginięcia pary kochanków, razem z zakatarzonym Grossem, oczywiście Skalska pomaga  jak może, choć nagle okazuje się, że w sprawę zaginięcia zaangażowany był jej  żonaty kochanek Grzegorz Otremba, którego samobójczą śmierć Skałka nadal opłakuje, ale teraz musi się dodatkowo zmierzyć z obecnością w śledztwie Eweliny Otremby.

Małecki podrzuca nam coraz to nowe tropy do rozwiązania zagadki, ale tak naprawdę bardziej przejmujemy się jego sytuacją uczuciową, jego chorobą i zmęczeniem. Gross chce odejść na emeryturę, ale to by oznaczało koniec serii książek chełmżyńskich, więc Małecki w zakończeniu szykuje niespodziankę, która zapewne  pozwoli na jeszcze jeden tom przygód w tym deszczowym miasteczku.

Dobrą powieść poznaję po tym, że tęsknię do niej gdy nie czytam, kiedy myślę o bohaterach, a w tym przypadku, kiedy zastanawiam  się, że albo zdecyduję się zapoznać z pierwszą częścią trylogii czyli „ Skazą”, albo rozpocznę przygodę z Markiem Benerem, dziennikarzem, którego Małecki zrobił bohaterem serii, którą można porównać z sagą o Chełmży.

„Zadra ma też wątek muzyczny i jeśli ktoś jest fanem Marka Knopflera, to będzie miał okazję przypomnieć sobie jedną z jego nostalgicznych piosenek.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Żółte światło

Co należy zrobić , kiedy jadąc samochodem zapali się żółte światło? Czy jechać dalej z nadzieją, że jeszcze się zdąży, czy gwałtownie zahamować?

W najnowszej książce Jerzego Pilcha, należy ten dylemat potraktować metaforycznie, przymierzając jazdę autem do uciekającego niczym krajobraz za oknem, życia. Pilch jak zwykle pisze głównie o sobie i choć spróbował zmącić to wrażenie, wprowadzając na karty książki niespełnionego pisarza Ariela Poschukala, to opisywany żywot ma w sobie tak wiele z Pilcha, że od początku wiemy o kogo chodzi, zwłaszcza, że obok tych rozdziałów poschukalowych, mamy niczym nieskrępowane fragmenty autobiograficzne pisane w pierwszej osobie.

Forma w jakiej Pilch podał nam „ Żółte światło” zdawała się być rozczarowaniem, zwłaszcza kiedy to sobie obiecywałem powieść fabularną z pilchowymi meandrami, a tu dostałem niemal same meandry, godne kilku co najmniej esejów, publikowanych w gazetach.  Kupione w tym samym czasie co „Widok z mojego boksu”, odłożyłem na później, z nadzieją smakowania prozy wyjątkowej, historii  niebanalnej z pilchową frazą, gdy tymczasem opowieść o pisarzu Arielu to przemycane pod obcym nazwiskiem wynurzenia samego pisarza, co w gruncie rzeczy nie jest wcale takie złe, ale nie tego się spodziewaliśmy i nie na to liczyłem najbardziej. Utyskiwania pozostawmy innym, bo przecież proza ta daje tak wiele przyjemności, do rozsmakowania się zwłaszcza miłośnikom Jerzego Pilcha, że pozostawia nas z marzeniami o czwartym dzienniku.

I są tu rzecz jasna fragmenty oszałamiające, smaczki i do rozmarzenia się i do wyobrażenia, choć blask żółtej poświaty, czytelnika w pewnym wieku zmusi do refleksji nad tym,  że wszystko płynie, ale choć o tym wiemy, to jednak taki pisarz jak Pilch, potrafi napisać o tym przejmująco.   Można się pasjonować opisanymi z werwą perypetiami ślubnymi pisarza, albo i nie, bo do końca nie wiemy czy Pilch opisuje własny ślub z czterdzieści lat młodszą kobietą, cz też jest to rodzaj prowokacji lub próba wzbudzenia zazdrości u młodszych kolegów po piórze, kiedy to mimochodem wspomina jak to podczas porannego dosiadania autora, chwytając się wiszącej nad łóżkiem półki, młodziutka kochanka wykrzykuje nazwiska pisarzy w lubieżnym szale; a Pilch jak wiemy jest mocno bezpruderyjnym autorem i motywy erotyczne wplata w swoje książki z przyjemnością, ku uciesze czytelników.  Ten lubieżny pisarz posiada także niewątpliwy talent raczenia nas momentami anegdotycznymi, jak ta z ostatniego rozdziału, pokazująca w jaki sposób Ariel czy też może sam Pilch powściągnął swoją manię oprawiania książek. W historię wplątany został sam Franz Kafka, więc warto doczytać do końca, zwłaszcza że tytułowy rozdział pozwala  najpełniej rozsmakować  się w tej prozie, a zakończenie z tym metafizycznym patrzeniem przez judasza na żółte światło na klatce schodowej   jest niepokojącym zamknięciem wszystkiego co nam pisarz chciał powiedzieć, zaczynając od rozdziału o samobójcach.

Pilch nie wspomina tu raczej o rzeczywistości politycznej w kraju, ale prawicowi komentatorzy i tak sarkają, czepiając się fragmentu, w którym pisarz napomknął jedynie o sparszywiałej doszczętnie Polsce, a trudno oczekiwać od sarkastycznej osobowości wiwatów nad „dobrą zmianą” – na szczęście Pilch zanurzył się we własnych myślach  i raczej sprawia sobie przyjemność  snując tę autobiograficzną dywagację, gdzie trudno odróżnić fikcję od biografii- najlepiej przyjąć, że wszystko to są wyznania najprawdziwsze , nawet wówczas, kiedy pisze: „ Ariel Poschukal pisał słabo, ale o pisaniu wiedział niejedno”  Bez trudu zdanie to do ust autora możemy włożyć, bo Pilch do siebie dystans mieć musi, a my niekoniecznie będziemy tu przytakiwać.

„Żółte światło” to jak piszą niektórzy gęsta proza, to w czystej postaci ten sam Pilch z Wisły, ten sam pijak z „Pod Mocnym Aniołem” i ten, który sięga stale w historie swojej rodziny, tym razem wywlekając wojenne losu ojca, przypominając te niełatwe relacje z nieżyjącym już  dwadzieścia lat ojcem.

Gdzie umiejscowić tę książkę, te wyznania autora już nie tylko pokątnej literatury erotycznej, ale pisarza ze świetnym dorobkiem, raczej kończącego swoją przygodę z literaturą, bo ja się zwierzył niedawno w radiu pisze właśnie książkę o pożegnaniu z Warszawą.

„Żółte światło to esencja pilchowskiej literatury to monolog wcale nie z lisiej jamy, to refleksje kogoś, kogo dobrze znamy i podziwiamy i którego pisania zawsze wyglądać będziemy z niecierpliwą nadzieją.

A może tu nie o sygnalizację świetlną chodzi, nie o ten przejściowy moment w podróży, a o ten metafizyczny moment , z który pisarz zostawia nas w ostatnim zdaniu książki? Ale o tym może zdecydować już sam czytelnik..

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzie się podziali ci wszyscy Żydzi, czyli rodzina Stramerów.

„Stramer” to chyba najgłośniejszy tytuł końca roku 2019, a czerwona okładka książki Mikołaja Łozińskiego, pojawiała się we wszystkich możliwych miejscach związanych z literaturą. I już to wszystko zdawało się lekko podejrzane, trochę na wyrost, jakby sugestie, wskazujące na konieczność przeczytania „Stramera”, budziły wątpliwości, które na nic się zdały, ponieważ będąc na targach książki w wielkiej Hali Stulecia, błądziłem między stoiskami szukając Wydawnictwa Literackiego, a dopchawszy się do lady z miejsca rzuciłem pytanie: czy jest Łoziński?. Rzecz jasna był i wtedy mogłem już wydostać się z zatłoczonej hali, po drodze jeszcze trafiwszy na przecenionego „ Czapkinsa”, którego odruchowo nabyłem, choć historia spod Nanga Parbat już dawno przestała fascynować.

Literacko wiedziałem, że będzie dobrze, gdyż „ Reisefieber”, którego przeczytałem parę lat temu  to gwarantował; obawiałem się jakiegoś napuszenia, poważnego opisu życia przedwojennego Tarnowa z okolicznościami, które doprowadziły ten świat do wiadomego końca. Łoziński jednakże rozczarował, przede wszystkim tym, że pozwolił się wciągnąć w tę rodzinną sagę, że dał bohaterów, którym podświadomie kibicujemy. Krótkie rozdziały mają imiona członków rodziny, od Nathana i Rywki poczynając a na malutkiej wnuczce Róży kończąc. Poznajemy losy żydowskiej rodziny, gnieżdżącej się w osiem osób w jednej izbie, w wynajętym pokoju na ulicy Goldhammera 20 w Tarnowie. Łoziński nie narzuca nam specjalnie jakiegoś wybujałego antysemityzmu tamtych czasów – on się rzecz jasna pojawia, ale jako raczej coś koniecznego, nieodłącznego w opisie międzywojennej rzeczywistości, a groźba Holocaustu tkwi raczej w świadomości czytelnika, a nie w głowach bohaterów,  i koniec jaki ich czeka nie przeszkadza autorowi w pokazaniu fascynującego folkloru tamtych czasów. Łoziński bardzo sumiennie przygotował się do pisania ”Stramera”, studiując  archiwa i literaturę, stąd opis egzystencji jego dziadka Salka Stramera oraz jego braci i sióstr wypada bardzo sugestywnie. Faszyzm i komunizm przeplatają się w przedwojennym Tarnowie, zabierając nas również do Krakowa a nawet na hiszpańską wojnę domową  To życie rodziny Stramerów śledzimy z uwagą i sympatią, przywiązując się do poszczególnych bohaterów, czy to do pięknej Reny, uwiedzionej przez polskiego adwokata, czy najmłodszego Nuska.

„Stramer” to historia rodzinna i można ją potraktować uniwersalnie, jak opis szczególnych więzów łączących wszystkich członków, jako ciepłą, cokolwiek to znaczy, oraz pełną humoru, jak to w życiu, opowieść o losach z zaginionego już czasu, którą należy odkopać i opisać , bo jeden utalentowany potomek mieszkańców  Goldhammera20 w Tarnowie, poczuł nagle konieczność zatroszczenia się o pamięć rodzinną, stąd wykorzystując swoją umiejętność opowiadania, przedstawił światu historię swojej żydowskiej rodziny, wiedząc, że jeśli zrobi to umiejętnie, to odniesie literacki sukces. Bo „Stramer” to  niewątpliwy sukces, a Mikołaj Łoziński pokazał jak to kiedyś żyliśmy wspólnie, ale głównie opisał zwyczajne życie rodzinne a całe to żydostwo jest jedynie pretekstem i smaczkiem historii uniwersalnej, która tutaj ma ten straszliwy koniec, o którym my czytelnicy od początku wiemy, a oni wszyscy Stramerowie nawet się nie domyślają, śpiąc w jednej izbie.  I tylko to gorzkie zakończenie i ostatnie myśli  Rywki, czekającej na śmierć w morzu, nad które obiecywał ją zabrać Nathan, a zamiast tego urodziła sześcioro dzieci, których losy po wielu latach odtworzył jej potomek, więc tylko te ostatnie strony dopowiadają to wszystko, czego się dmyślaliśmy.

Bo „Stramer” to jednak powieść nostalgiczna, naznaczona tęsknotą nie tyle za tamtymi ludźmi, co światem, ze swoimi kolorami i zapachami, za tą różnorodnością, od której teraz niektórzy się odżegnują, a przecież jakże ta jednakość bywa nudna i smutna – na szczęście czasem odnajdujemy w sobie jakieś zaginione geny i wtedy może się urodzić taka literatura jak „Stramer

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

The best of 2019.

To zawsze jest niezmiernie kuszące, żeby podsumować przeszłość i  ją uporządkować, wybrać tę jedyną a potem dopasować resztę książek przeczytanych przez minione 12 miesięcy, a ponieważ wcześniejszy rok okazał się  być życiowo do zapomnienia, to lektury wówczas zaliczone też jakoś odrzuciłem i nie wybrałem książki roku 2018.  W tym roku też jakoś bez szaleństw, ale jednak da się wybrać tę jedyną, najlepszą, subiektywnie książkę roku 2019. Oto moje zestawienie z założeniem, że tak naprawdę liczy się tylko zwyciężczyni, a pozostałe ustawiłem w mocno przypadkowej kolejności:

  1. Ale z naszymi umarłymi Jacek Dehnel
  2. Jacek biografia Jacka Kuronia Anna Bikont Helena Łuczywo
  3. Serotonina Michael Houellebecq
  4. Ostatni proces Kafki Benjamin Balint
  5. Nie ma Mariusz Szczygieł
  6. Ukryta sieć Jakub Szamałek
  7. Wada Robert Małecki
  8. Trzeci dziennik Jerzy Pilch
  9. Królestwo Szczepan Twardoch
  10. Tadeusz Kantor Krzysztof Pleśniarowicz

 

Zapewne nie przeczytałem wielu docenianych teraz przez innych pozycji, zawsze łapię się na ty, że jest cała masa książek, o których się mówi i które wszyscy polecają, ale grunt to nie ulegać presji i czytać jedynie to, sam uznam za wartościowe . We wszystkich zestawieniach dostrzegam jak bardzo krytycy ekscytują się „Stramerem” Łozińskiego – czytam właśnie i nie śmiałbym postawić jej na pierwszym miejscu, co poniektórzy uczynili. Jest jeszcze kilka zaległości, mogących zamieszać w tym zestawieniu, jak np. „ Żółte Światło” Pilcha czy „Listy miłosne i nie” Wojaczka… ale to już pojawi się w następnym zestawieniu.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Dodaj komentarz

Podróż w czasie.

Ile jest tych książek, do których obiecywaliśmy sobie kiedyś wrócić? Nieskończenie wiele, natomiast nie wiemy niestety jak to zrobić, co dobitnie podkreśla jeszcze ilość użytych w tym zdaniu słów z „nie”. Stanisław Dygat to autor, którego czytałem w takim przejściowym okresie między dzieciństwem a dorosłością, kiedy jeszcze nie wiadomo jaką literaturę będziemy cenić,  a na co wybrzydzać, zwłaszcza, że był to też czas Tołstoja, Manna czy Flauberta.  Dygat w tym towarzystwie był pewną odskocznią pośród napuszonych tonów czy finezyjnych stylistyk, Dygat był swój, żeby nie powiedzieć swojski, łatwy w przyswajaniu, ciekawy i na miarę oczekiwań.

A teraz wywleczony z jakichś zapomnianych czeluści, tych półek pod oknem, gdzie się chowa egzemplarze mało widowiskowe, jak ten, nie wiadomo jak zdobyty, zapewne w jakimś antykwariacie w szalonych latach osiemdziesiątych, albo na straganie ze starymi książkami. Podarta obwoluta i pożółkły, gruby papier przypominają bezlitośnie lektury z czasów bibliotecznych, gdzie nie było się czytelnikiem, który miał wyłączność na zaginanie kartek i brudzenie stron resztkami jedzenia, bo przecież w tamtych czasach czytało się z lubością podczas jedzenia. Nakład nie jest zbyt imponujący, bo cóż to było zaledwie dziesięć tysięcy egz. ale jeśli odkryjemy, że to już czwarte wydanie, a rok mamy 1963, to jednak domyślać się trzeba, że tych „Podróży” nadrukowano zapewne co najmniej ze sto tysięcy.

Dygat swoją książkę zadedykował Gustawowi Gottesmanowi i kto chce może sobie poszukać kim był ten pan GG, co też uczyniłem, ale nie o tym jest ten tekst.

Czy warto było wrócić do  Dygata? Na pewno warto tego autora polecić młodym czytelnikom, tym wszystkim zaczytującym się współczesną pulpą  literacką, dać posmakować tej ironicznej, z nutką romantyczności klasy pisarskiej w odrobinę staroświeckim stylu. W tych latach zaraz powojennych zaczytywano się nie tylko Dygatem ale jak pokazuje notka na obwolucie wydawano wówczas i Andrzejewskiego i Rudnickiego obok jest ”Pożegnanie z Marią” Borowskiego czy książka Jastruna „Piękna choroba”.

Zaczynamy czytać, jak autor, bo bardzo szybko przyznaje się, że to on osobiście, Stanisław Dygat, wyjeżdża rozczarowany z Rzymu i już te pierwsze zdania uświadamiają nas, że będzie to rzecz o rozczarowaniu właśnie o zawodzie i smutku egzystencji,. Do tego Dygat stosuje tu chwyt literacki polegający na tym, że raczy nas nie własną historią włoską, lecz przytacza relację napotkanego w warsie rodaka, niejakiego Henryka Szalaja, powracającego z Rzymu, gdzie udał się na zaproszenie brata, słynnego reżysera. Opowieść Szalaja jest opowieścią totalną, ponieważ dokładnie opisuje losy jego rodziny zaczynając od czasów przedwojennych, a więc dostajemy historię dzieciństwa bohatera  a następnie smutny epizod, kiedy poznaje on swoją żonę, co rzecz jasna w tej przesyconej goryczą opowieści  nie kończy się dobrze, jakby każda poznana wówczas przyszła żona musiała rozczarować w efekcie  tego Polaka malkontenta. Tak, Szalaj to marzyciel nieustannie tęskniący do  lepszego życia. Taki typ, który będzie obwiniał wszystkich za swoją banalność.  Tytułowa podróż do legendarnych Włoch może spełnić jego marzenia i dać choć na chwilę posmakować tego wszystkiego, co nie jest dane mieszkańcom za Żelazną Kurtyną. Jak się możemy domyślić i te mityczne Włochy okażą się jednym wielkim rozczarowaniem i nawet wymyślona przez Henryka  przygoda miłosna, zawodzi go na całej lini.

Ta rozpadająca się pożółkła książka jest powrotem do romantycznej przeszłości moich wczesnych lektur, ale przede wszystkim jest przykładem na bardzo polski  obraz inteligenta tamtych czasów oraz jakimś tam rozliczeniem romantycznych mrzonek człowieka, który wiecznie niezadowolony szuka czegoś czego sam nie potrafi zdefiniować, miotając się i narzekając na zmarnowane życie. Dygat nie stroni od filozofowania i dawania dobrych rad i to są najsłabsze momenty tej bardzo łatwej w czytaniu książki. Znajdziemy tu banalne pouczania i sentencje, ubrane w przemądrzałą retorykę – te fragmenty można opuszczać, jeśli tylko autor zaczyna się wymądrzać i wpadać w jakichś patetyczny ton, to najlepiej zignorować te wynurzenia, bo  i one mało dzisiejsze i mało inspirujące.

 

Czytanie dziś Dygata to romantyczny powrót do przeszłości i jeśli „Podróż” się spodoba, to szukając podobnych klimatów można zanurzyć się z lubością w „ Disneylandzie”czy w „Jeziorze Bodeńskim, choć ja akurat wolę filmową wersje tej ostatniej książki.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W końcu „Nie ma”

Książkę Szczygła dostałem w prezencie prawie dokładnie rok temu, przed tymi najgorszymi w życiu świętami Bożego Narodzenia i  pomyślałem wtedy, że pochłonę ją błyskawicznie, gdyż bardzo odpowiadał mi styl i ton „szczygłowych” opowieści, tych publikowanych w Dużym Formacie, od których zawsze zaczynam czytanie tego magazynu. Oczywiście mam za sobą „Gottland”, wysłuchany jako audiobook w tracie mojego pierwszego półmaratonu ślężańskiego. Z Mariuszem Szczygłem rozmawiałem tylko raz, kiedy to podczas targów książki w Hali Stulecia zapytałem go czy był ostatnio na lotnisku w Amsterdamie, gdzie wydawało mi się, że go mijałem. Zaprzeczył mówiąc, że często mu się zdarza, że ludzie go mylą z innymi, ale to dlatego, że ma tak pospolitą twarz; nieopatrznie czy też niegrzecznie przytaknąłem…

A więc „Nie ma” zostało szybko napoczęte, ale potem jakoś odsunąłem tę książkę, być może przez okoliczności życiowe, no i tę głębię refleksyjną, z którą trzeba się mierzyć czytając, a w moim przypadku, raczej nie chciałem dodatkowo rozmyślać o życiu, w którym „ nie ma” nie da się uniknąć.

Dopiero Nike wyrzuciła na wierzch ponownie ten egzemplarz i przypomniała o niedokończonym procesie. Zacząłem kibicować Mariuszowi, żeby po czytelnikach, docenili go też krytycy, co się udało i z prawdziwą satysfakcją śledziłem jak wzruszony autor odbiera nagrodę. Ta radość była wspólna wielu osobom, bo Mariusz Szczygieł jest generalnie lubiany i akceptowany jako człowiek i jako reporter, co widać np. w mediach społecznościowych.

Nie ma” jest zbiorem tekstów, gdzie dosięga nas refleksja ostateczna i czasem zbyt ciężka, żebyśmy chcieli ją analizować do końca – prędzej zatrzymam się w pół drogi zanim zrozumiem ostateczną prawdę, może zbyt okrutną, a może za banalną.  Tak właśnie próbowałem rozprawić się z myślą, która się do mnie przyczepiła, po przeczytaniu tekstu „Wybuch bomby czasu”, o sklepie po umarłych, który jest w Budapeszcie, gdzie zgromadzono przedmioty po ludziach, który odeszli, a są to ich rzeczy osobiste, nie tylko ubrania, ale np. zdjęcia czy listy Moja myśl po tym tekście była taka, że kompletnie nie potrafię sobie wyobrazić, co stanie się z moją kolekcją książek, po tym jak już nie będę w stanie czytać, czyli wiadomo kiedy…  Niepokoje myślowe po „Nie ma” nie są niczym szczególnym, bo każdy myśli czasem o tym, co zainspirowało Szczygła do pisania, kiedy w pewnym wieku pomyślał, że nie jest nieśmiertelny. I książka zaczyna się listą umarłych, którym chciał kiedyś sprezentować książkę.

Trzeba się bronić przed myślą, że to jest książka o nieubłaganej śmierci. Nie ma to może raczej wyznanie, że nie ma Boga? Ale z tym to autor by się nie chciał zgodzić, choć gdzie był On, kiedy matka katowała swoje dziecko, o czym jest zamieszczony tutaj reportaż, który przyniósł  Szczygłowi szereg nagród i stanowił inspirację do zebrania kolejnych tekstów w jeden tom.

Reportersko Szczygieł  jest nienaganny, ale wolę jak przez konkretny temat pisze o sobie, bo taki styl opowieści przemawia do mnie najbardziej i tak bym sam pisał, gdyby to robił zawodowo.

Kiedy Szczygieł odbierał Nike, mało kto spodziewał się, że tydzień później spadnie na nas ten Nobel  dla Olgi Tokarczuk. To przebąkiwanie od kilku lat o tym, ż jest kandydatką do tej nagrody, nie traktowałem poważnie, podobnie jak wieści, że kolejnym poetą po Miłoszu i Szymborskiej będzie Zagajewski;   Czy kiedyś dopadnie mnie ta jej proza, czy będę czytał Tokarczuk z przyjemnością, czy skończy się podobnie jak z Myśliwskim, który wielkim pisarzem jest, ale nie potrafię go czytać. Nie popełnię tej zbrodni, do której przyłoży się teraz chmara czytelników, którzy postanowią „zmęczyć” „Księgi Jakubowe” za wszelką cenę, tak jak kiedyś robiło się z „ Ulissesem” Joyce’a; (co ciekawe ja przeczytałem Ulissesa z prawdziwą przyjemnością).

W ”Nie ma” Mariusz Szczygieł podaje nam prostymi środkami opowieści reporterskie  dotykając naszej wrażliwości na losy jednostek, bo właśnie osoba jest tu najważniejsza, a nie np. opisywana willa w Pradze, dom o oryginalnym wystroju dokładnie sportretowany, a przecież tak bardzo związany z właścicielami i ich tragicznymi losami. Bo czytanie Szczygła to taka podróż jak słuchanie tragicznego głosu Morrisseya i całej płyty „Strangeways, Here We Come”  Ma się wrażenie, że obcujemy z czymś wyjątkowym,  a jednocześnie jest to jakieś smutne i tragiczne, jakby przypominało nam wciąż”: Memento Mori.

W książce jest tyle przesłań i prawd, że możemy czasem poczuć przesyt, ale przecież warto to przeżyć, choć „Nie ma” nie jest łatwą lekturką, bo nagle czytamy: „… do tych słów, które robią więcej szkody niż pożytku, czyli „nigdy” i zawsze” dodałbym również słowo „Bóg”.

Tak więc doczytałem dziś  „Nie ma” do końca, mierząc się nie tylko z myślą o losach moich książek, które mój syn sprzeda, prawdopodobnie w całości ( jest taka księgarnia, antykwariat Tezeusz i oni przyjeżdżają i skupują całe księgozbiory), ale również o zamieszczonym prawie na końcu tym okrutnym reportażu: „Śliczny i posłuszny”, którego zresztą  pamiętam jak ukazał się w gazecie sześć lat temu. I robi to wrażenie jako perfekcyjnie skonstruowana opowieść z tym pytaniem na koniec, czy warto było dzieciobójczynię karać powtórnie i czy autor poradził sobie z tym dylematem, że spowodował przypomnienie tej zbrodni i napiętnowanie kobiety, która mimo to, że zakatowała własne dziecko to dostała pracę w oświacie.

Reportaże o prawdach ostatecznych, ale podane umiejętnie i z klasą, przy dobrym warsztacie Szczygła sprawiają, że „Nie ma” odniosło kolosalny sukces czytelniczy, a każda następna jego książka  spotka się z życzliwym przyjęciem, bo jakby nie patrzeć,               słowem, które może dobrze określić Mariusza Szczygła jest: „życzliwy”, co chyba jest komplementem dla człowieka, ale także dla pisarza może być źródłem satysfakcji.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

W imię natury

Jędrzej Pasierski, prawnik, który zajmował się zawodowo ochroną środowiska, zbudował swoją najnowszą książkę na zagadnieniach, które ostatnio stały się niezmiernie aktualnymi i niejednemu spędzają sen z powiek, kiedy zaczyna rozważać scenariusze zagłady środowiska. Spotkamy w tym zręcznie podanym kryminale zarówno problemy z energią pozyskiwaną niekonwencjonalnie a nade wszystko poznamy organizacje zajmujące się walką z niszczeniem środowiska, ich niepewny byt związany z  finansowaniem opartym głównie na kaprysach możnych.

„W imię natury”to trzymająca w napięciu przygoda, o  której można napisać wiele dobrego, tymczasem na początku chciałbym wyrzucić z siebie to wszystko, co mnie w tym kryminale irytowało.

Po pierwsze bohater nie jest postacią, którą polubimy; Mateusz Chabrowski przez wielu zwany pieszczotliwie Mati, jest dosyć mdłą postacią i choć zmuszony jest walczyć na śmierć  życie, to jednak jakoś słabo mu kibicowałem, dosyć obojętny na jego przeżycia.  Co sądzić o facecie, który zdaje się wciąż użalać nad swoim losem – rezygnuje z wykańczającej go pracy w korporacji na rzecz własnej fundacji związanej z ochroną środowiska. Koncentruje się na zdobywaniu funduszy dla swojej firmy a jednocześnie skupia się na rodzinie, czyli żonie, która jest malarką oraz dwójce dzieci. Od zaginięcia żony rozpoczyna się ciąg  sensacyjnych wydarzeń w jego poukładanym i dostatnim życiu.   No i tutaj mi zgrzyta, bo nasz Mati tak naprawdę nic nie wie o swojej żonie, którą poznał w dalekiej Brazylii i z miejsca poślubił, nie znając jej przeszłości, a nawet rodziny – oczywiście może się tak zdarzyć, że poznacie kobietę swojego życia i nigdy nie dowiecie się, czy ma ta naprawdę tylko jedno dziecko i czy wszystko co opowiada jest prawdą? Mateusz Chabrowski po zaginięciu żony musi zająć się dziećmi i odkrywa kim jest w rzeczywistości jego żona i  jaką tajemnicę skrywała.

A więc nie polubiłem bohatera, który jest jakoś mało  przekonywujący. Autor  nie prowadzi swej opowieści  przyjaźnie dla czytelnika –najpierw Mati opowiada swoją historię w pierwszej osobie, ale potem dostajemy wątek płatnego zabójcy Żeni, który zdradza nam, co doprowadziło go do sytuacji, w której musi podejmować się kryminalnych zadań dla wynajmujących go osobników; wreszcie sama zaginiona żona Chabrowskiego relacjonuje swoje przejścia i nie skupia się tylko na teraźniejszości, ale opowiada nam też o sprawie morderstwa z przeszłości, które teraz wypełzło i rozwaliło życie nie tylko jej ale całej rodziny. To mi przeszkadzało, narracja z kilku źródeł, zaburzała linearność historii a do tego wyczyny tego superbohatera-Mateusza, którego nie podejrzewalibyśmy o to wszystko do czego był zdolny  u Pasierskiego.

Wydarzenia i akcja, choć zaburzana retrospekcjami, mknie żwawo i choć jest to dosyć przewidywalne, to jednak czyta się przyjemnie. Od początku wiemy, że wszystko musi się dobrze skończyć, ale ten sielankowy finał trochę mi zgrzyta; autor mógł pokusić się o bardziej przewrotne zakończenie. Nasz Mati zdaje się nie wyciągnie żadnych wniosków z tej historii i oprócz zyskania uznania w oczach nastoletniej córki, która wcześniej nim gardziła, pozostanie biernym uczestnikiem gry, którą zafundowała mu żona. Jedynym plusem może być uratowanie fundacji, której funkcjonowanie przynosi tyle dobrego dla środowiska.  Chabrowski jest bezgranicznie zapatrzony w swoją żonę, choć prawda, która wyszła przy okazji, wskazuje, że jest to kobieta zdolna do wszystkiego i słabo pasująca do swojego przeciętnego małżonka.

Zdaje się, co widać po ich wzajemnych stosunkach, że Chabrowski będzie miał trzy światy w przyszłości ze swoją córką, z którą Mateusz nieudolnie próbuje nawiązać jakieś relacje, ale nie bardzo mu wychodzi nawet przekonanie jej do muzyki Dawida Bowiego.

Intryga kryminału jest mocno zagmatwana i wymaga od autora wielu zwrotów akcji i niespodziewanych wyborów, choć wszyscy miłośnicy klasycznych powieści sensacyjnych wiedzą, ż prześladowany bohater zawsze trafia albo do swojego największego wroga, który nieomieszka zaoferować mu swą pomoc, albo do współpracowniczki, która jest zawsze gotowa na każde poświęcenie; tutaj te scenariusze się realizują  i jedyne czego  zabrakło, to romansu i zdrady, którą poszującemu tajemniczej żony byśmy z miejsca wybaczyli.

Historia właściciela fundacji W imię natury  wtopiona jest w funkcjonowanie tejże fundacji i przy okazji poznajemy problemy z finansowaniem takiej działalności, a także spotykamy zagadnienia, którymi się zajmuje, czyli zastępowanie elektrowni węglowych wiatrowymi.   Dotykamy tu pytań rodzaju, czy władza popiera likwidowanie zatruwających powietrze węglówek i czy społeczeństwo jest za ekologią, czy raczej woli tradycyjny przemysł energetyczny.

Zapewne można odnaleźć w książce nawiązania do naszej krajowej rzeczywistości i w pojawiających się tu postaciach prominentnych biznesmenów rozpoznać  cele brytów z czołówki najbogatszych Polaków, choć ja nie potrafiłem, to jednak bardziej obeznani zapewne dobrze sobie przyporządkują te postaci.

Pasierski odstawił tym razem podkomisarz  Ninę Warwiołow , a szkoda, bo wniosłaby zapewne trochę więcej życia w postępowanie dwójki policjantów, którzy zamiast pomagać Chabrowskiemu wikłają się w jego historię, a finałowe sceny z udziałem Listka wymagały nie lada błyskotliwości z mojej strony, żeby pojąć co się właściwie wydarzyło i na czym polega happy end w ogólnym zamieszaniu.Łudząc się , że Nina jednak będzie bohaterką kolejnej opowieści Pasierskiego, ze spokojnym sumieniem mogę polecić wszystkim „W imię  natury”, jako krwisty kryminał, w którym czasem główna akcja jest tylko pretekstem do wywleczenia na światło dzienne innych problemów i to nie zawsze świata, ale może też i czytelników?

Dziękuję wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Pokuta Kańtoch

Kończąc czytanie  „Pokuty” Anny Kańtoch, zastanawiałem się obsesyjnie, gdzie autorka popełniła błąd i z czym sobie nie poradziła, oddając czytelnikom kryminał, który nie potrafi poruszyć w nas emocji. Pisarka, której „Wiara” spodobała mi się na tyle, że wiedziałem, że kolejne jej kryminały przeczytam z radością i nadzieją na dobrą przygodę, tym razem zabrnęła w ślepy zaułek, ofiarowując nam produkt, z którego nawet sama nie może być zadowolona. Zanim zacznę się znęcać i wyliczać minusy tej opowieści,  napiszę dlaczego jednak „Pokuta” ma w sobie jakiś urok, który zapewne wielu skusi. Kańtoch konsekwentnie cofa się w czasie ze swoimi opowieściami:

„ Wiara”, to powrót do bezpłciowych lat osiemdziesiątych,  a w „Łasce” cofaliśmy się nawet do roku 1955. Tym razem autorka dokładnie podaje dzień oraz godzinę, w której rozgrywają się wydarzenia, a więc wrzesień i listopad roku 1986. Czytelnik mógłby siłą woli  wrócić pamięcią do tych dni, ale tak naprawdę to wówczas bardzo mało wydarzeń mogło wyrwać nas z marazmu, w którym tkwiliśmy. We wrześniu podrożała wódka, a dla równowagi można było się wybrać na „CK Dezerterów” – pamiętam ten seans w kinie „Warszawa, który miał na celu zabić weekendową nudę – siedziałem obok  entuzjastycznie nastawionego Wietnamczyka, którego film niezwykle śmieszył, podczas kiedy mnie nie bardzo. Politycznie był to czas, kiedy Aleksander Krawczuk został ministrem kultury. Kańtoch wprowadza nas raczej w codzienność pospolitych obywateli malej miejscowości nadmorskiej i raczej przeczytamy o brakach aprowizacyjnych niż o zmianach politycznych.  A więc nutka sentymentu za dawnymi latami, kiedy jeszcze byliśmy młodzi i przywrócenie tego klimatu , jaki panuje w miejscowości turystycznej poza sezonem, może nam się spodobać, Anna Kańtoch potrafi pisać zajmująco i nie spotkamy tu fragmentów z nudnymi opisami przyrody, a raczej autorka będzie starała się oddać  jałową atmosferę  mieściny, w której  nic poza deszczem, nie może się przydarzyć. Do tego nudnego krajobrazu, dopasowała nam pisarka bohaterów. I tutaj niestety pierwszy zgrzyt dla czytelnika. Starszy sierżant Krzysztof  Igielski jest postacią mdłą i nie daje się do niego przywiązać ani nawet go polubić. Od pięciu lat pracuje w Przeradowie i jedyne na czym się zna, to rodzaje deszczu, który umila dni służby milicyjnej sierżanta , stąd nie dziwimy się wcale, że zostawiła go żona, którą nieustannie wspomina, nie będąc nawet zdolnym do flirtowania z napotykanymi w trakcie śledztwa paniami.

Igielski prowadzi śledztwo w sprawie zamordowanej młodej dziewczyny i choć milicja ma już sprawcę, to jednak kiedy w listopadową   noc  zjawia się  niczym duch niejaki Kowalski, przyznając się do tej zbrodni, wszystko zdaje się zapowiadać zagmatwaną intrygę, zwłaszcza, że Kowalski twierdzi, że zabija dziewczyny od lat, a ta ostatnia Regina Wieczorek jest jego kolejną ofiarą. Początek zapowiada śledztwo na tyle intrygujące, że potem w miarę przewracania kolejnych stron narasta w nas zniecierpliwienie.  I żeby chociaż ten Igielski okazał się bardziej interesującym gliną, żeby może miał jakieś poglądy na rzeczywistość polityczną w kraju. Albo okazał się dziwkarzem uwodzącym podstarzałe i rozczarowane życiem przesłuchiwane panie – niestety jest mdłym, szarym i nudnym  milicjantem z pustą lodówką i nieistniejącymi pasjami.

Czytelniczki odnajdą być może ukojenie w losach nastoletniej Poli, której zmagania z własną cielesnością, przeplatają się z konfliktami z zaborczą matką. Tych dwoje bohaterów próbuje rozwikłać zagadkę śmierci dziewczyny. Do tego pojawia się szereg postaci drugoplanowych z bardzo tajemniczą Szwedką na czele. Dostajemy historię, która zagęszcza się w miarę czytania i nie sądzę, żeby ktokolwiek miał pomysł jakie może być rozwiązanie tej zagadki- kiedy na ostatnich stronach  dostajemy wyjaśnienie intrygi, autorka jest w stanie wmówić nam  wszystko. Nawet tytułowa pokuta wydaje nam się mało przekonywującym wyjaśnieniem historii.

Niewątpliwie  jest tu jakiś neurotyczny urok opowieści z mordowanymi regularnie co siedem lat dziewczynami, ale Kańtoch nie zdołała tej historii doprawić czymś, co stanowiłoby o sile opowiadania. Brak tu pieprzu,  czy czegoś co uatrakcyjniłoby tę zagmatwaną powieść. Anna Kańtoch powróci z nowymi kryminałami, ale zapewne zacznie nas przyzwyczajać do swoich nowych postaci i zagwarantuje ciągłość tych samych detektywów – na szczęście nie będzie to sierżant Igielski, który przez swoją bezpłciowość, pomimo rozwiązania tej karkołomnej zagadki z dziewczynami,, zostaje przeniesiony na podrzędną placówkę i Kańtoch zapewne już o nim zapomniała.

„Łaska” „Wiara” i „Pokuta” układają się tytułami w taki ciąg katolicki, jakby autorka próbowała stworzyć cykl opowieści, gdzie kościół i religia decydują o postępowaniu bohaterów. W tym ostatnim przypadku religijność może stanowić o losach niektórych mieszkańców Przeradowa, ale raczej nie determinuje losów głównych postaci. Tytuł jest nośny i ładnie się układa z poprzednimi kryminałami autorki.

„Pokuta” pomimo rozczarowania, nie zniechęciła mnie do prozy Anny Kańtoch – nadal będę wyczekiwał na obiecany nowy cykl , który pisarka zapowiedziała, zwłaszcza, że akcja ma toczyć się w Katowicach, a jest to z pewnością miejsce, gdzie dużo może się wydarzyć, zwłaszcza w okolicach dworca PKP albo na deptaku ku niemu prowadzącym, gdzie można kupić stare kryminały.  Przyglądając się autorce, mam nieodparte wrażenie, że trochę własnych doświadczeń, pożyczyła Poli, czyli dziewczynie  zagubionej w przeradowskiej, zaściankowej rzeczywistości i pisząc o dziewczynach pragnących wyrwać się z pozbawionych przyszłości opłotków nadmorskich lat osiemdziesiątych doskonale wczuwała się w ich wyobrażenia. Czyżby Kańtoch  zaczęła pisać, żeby czymś się wyróżnić?- odniosła sukces, w odróżnieniu od powieściowej Poli, która lubi rysować, ale brakuje jej siły, żeby powalczyć o siebie, a nie tylko buntować się przy użyciu żyletki, którą nacina sobie nadgarstki. Szkoda, że Kańtoch nie skupiła się bardziej na tej postaci i nie dostaliśmy więcej dramatycznych przygód węszącej Poli- pikantnie byłoby ją zabić w finale, bo przecież na to się zanosiło, ale pisarce zabrakło odwagi, żeby wykończyć dziewczynę. Można tez było załatwić tego mdłego starszego sierżanta i zakończyć książkę  niejednoznacznym finałem. I właśnie przez ten brak odwagi, „Pokuta” zostawia niedosyt, co nie przeszkadza, żeby będąc w Jastrzębiej Górze  po sezonie, wyobrazić sobie, że gdzieś w pobliskim lasku można się natknąć na zwłoki nastolatki.

Kańtoch wymyśliła całą tę intrygę będąc na Islandii. Mam nadzieję, że nowe kryminały autorki przyniosą zarówno pełnokrwistego bohatera i rzeczywistość, w której każdy odnajdzie coś dla siebie,

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania książki.

 

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz