Zapachowa symfonia czyli „Przewóz” Andrzeja Stasiuka

Andrzej Stasiuk wreszcie się przełamał i zamiast tych przewidywalnych, marudnych esejów, które przecież i tak się czyta z nieokiełznaną przyjemnością, ale to jest inne zagadnienie, więc zamiast   wynurzeń o tych skrajach świata, jakichś wschodach, bliskich i jeszcze dalszych, tej marności opłotkowej rozsianej od Beskidu do Mongolii, wydobył wreszcie fabułę, do tego wczesnowojenną, kiedy dwa totalitaryzmu zgniatają wąski skrawek naszego przegranego już kraju, ściskają wrogie armie, jak w imadle przyrzeczny odcinek rzeczywistości naszej polskiej; jedni, ci stalowi, kulturalni, dobrze ubrani i bogaci w cukier,  szykują się do skoku  przez rzekę ku stepom i jeszcze nie wiedzą, że czeka tam na nich błoto, bezkres i zagłada tego żelaznego wehikułu, który jeszcze zachwyca maluczkich i obszarpanych  białoczerwonych obywateli kraju dumnego i rozjechanego  przez maszynerię, o której w tej zapuszczonej, zalesionej okolicy nie słyszano i nie widziano podobnej dotąd.

I właśnie ten rozgardiasz związany  z najazdem Niemców w samobójczej misji, wywołuje zdarzenia, które Stasiuk postanowił opisać, pokazując  jak nowa rzeczywistość kieruje ludzkimi instynktami.  A więc mamy i jakieś partyzanckie niedobitki, uciekających  od palonych stodół Żydów, marzących o mitycznej, komunistycznej krainie  bez prześladowań, mamy  kraj z jego kościołami Matką Boską,  chłopami kombinującymi jak przeżyć w nowej sytuacji.

Wszystko w towarzystwie rzeki, którą niektórzy chcą przebyć, żeby po drugiej stronie  zasmakować innego świata. Rzeka  jest ponura i zdradliwa, na obu brzegach  równie niebezpieczna, z trupami spławianymi z prądem, pochłaniająca nieuważnych, śmierdząca mułem i pełna wirów.

Opowieść Stasiuka pachnie,  a częściej śmierdzi zapachami – to zmysł węchu kreuje zdarzenia, pachnie przyroda, a jeśli coś śmierdzi to ludzie ze zmęczenia, nieumycia, strachu, mordu. Książka epatuje sensualnością, rozgrywa się na granicach zmysłowych i wąchanie staje się  przywilejem bohaterów. Mężczyźni węszą nie tylko za żarciem i tytoniem, ale wyczuwają wonie którymi epatują kobiety, wzmagając ich pożądliwość i nawet znikomy ślad warszawskich perfum na żydowskiej dziewczynie, jest w stanie przetrwać tygodnie tułaczki i rozogniać  męskie zmysły.  Stasiuk chyba po raz pierwszy serwuje nam w takim zagęszczeniu erotyczne sceny, opisuje zwierzęce pożądanie, właśnie poprzez zmysły zapachowe, bo ta kobieca woń uwodzi samców, podążających za instynktem,   jak spuszczone ze smyczy zwierzęta. Pachnie rzeka,  niesie się smród niemieckich maszyn,  śmierdzą trupy i szlachtowana świnia – wszystko ma swoje miejsce w tej zapachowej polifonii. Dzięki takiemu mechanizmowi jesteśmy zanurzeni w tamtym świecie, gdzie wojna szykuje wszystkim ich los, a na razie kotłują się na tym skrawku  jeszcze polskiej ziemi, a z tego zamieszania  czasem nie wiemy  na którym  brzegu jesteśmy, bo świat przemieszcza się złowieszczo nie tylko w przód i w tył ale i na boki się kolebie.

Stasiuk nie byłby sobą gdyby w tej relacji nie urywał się czasem do innego świata, nie wrzucał nam, zirytowanym nagłym skokiem, kawałka ze współczesności, gdzie albo sam jedzie do Drohiczyna, gdzie wspomina dzieciństwo i miejsca  związane z ojcem, który jest jakimś podskórnym Demiurgiem tej opowieści i to wcale nie jest schulzowski Ojciec, ale bezradny i zagubiony w starości ojciec Andrzeja Stasiuka, dla którego zapewne tę historię  pisarz stworzył.

A rzeka to niezmienny element krajobrazu wspomnień i wyobraźni autora. Rzeka jest teraz  jak i była wtedy i tak naprawdę ta opowieść Stasiuka o rzece pokazuje banalną prawdę,  nie tylko o przemijaniu. Stasiuk patrzy na swoich bohaterów z nostalgicznym wzruszeniem, tęskni za światem odeszłym, chciałby wrócić  do czasów, kiedy ojciec jeszcze pamiętał co robił w czasie wojny i czyje buty czyścił. Dlatego wraca  nad rzekę swojego dzieciństwa, rejestruje krajobraz, niezmienny od tamtych czasów, gdy Siwy i towarzysze  przemykali, prowadzeni przez Lubko, nie wiadomo dokąd i po co. Czytelnik czasem gubi się w tych peregrynacjach, chodzą  i brodzą, plączą się i nawet popijawa na parafii z księdzem nie wzbudza w nas ekscytacji, bo jest jedynie przerywnikiem w tym kręceniu się dzielnych wojowników, pod nosem zastygłych Niemców  i pilnujących brzegu Rosjan.

„Przewóz” Andrzeja Stasiuka to piękna książka, jak okrutna baśń, zanurzona w swojej nierealności, która jeśli się zdarzyła, to  nie chcemy w nią  wierzyć. Oniryczne sceny mieszają się tutaj  z brutalnością, kiedy mężczyźni zaczadzeni wojną prezentują swój testosteron, a kobiety  instynktownie ulegają, bo  doskonale wiedzą, że  to wszystko przeminie, a Niemcy przejdą  za rzekę na zagładę, zostawią papierosy i kawę, a partyzanci  okrzepną  w okrucieństwie i zaszyją się w lesie.

Historia z „Przewozu” jest  dla autora tylko  pretekstem  do nostalgicznego powrotu w świat dzieciństwa, kiedy  zamiast wsłuchiwać się w opowieści dorosłych, biegało się nad rzekę.

Kochamy niespieszny styl opowiadania Stasiuka i trzeba mieć nadzieję, że już pisze on kolejną powieść przygodową, bo zapewne rozpędzony powodzeniem tej najnowszej nie spocznie na laurach.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lecę

Nie za dużo tego czytania. Reportaż nie był nigdy  moim szczególnie ulubionym  gatunkiem literackim – raczej czytało się to okazyjnie.  Duży Format w Wyborczej, lub  jakieś historie z życia w  przypadkowych gazetach.  Odkrycie Kapuścińskiego przy okazji podróży  do Etiopii czy  Iranu, pozwoliło docenić tę formę zdobywania wiedzy, podanej trochę inaczej niż zwykłe przewodniki turystyczne. Reportaż jako źródło informacji , a może prędzej jako zabicie czasu literaturą na skraju rzeczywistości. Ten bękart literatury pięknej jest bardziej wymagający niż zmyślenie, choć wspomnianemu Kapuścińskiemu zdarzało się konfabulować pisząc o faktach, choć moim zdaniem  miał do tego prawo, ponieważ robił to doskonale i z pożytkiem dla czytelnika. „Szachinszach” czy „Cesarz” to klasyka gatunku, i raczej nie wrócę już do nich, tak jak wracam do „Zamku” Kafki. Polubiłem Grzebałkowską, ale nie o konkurencji jest ten tekst.

Jan Pelczar  nie po to kończył szkołę reportażu, żeby debiutować prozą wyjętą z tego co ma w duszy. Wydał  „Lecę”, opowieści pilotów i pilotek o lataniu, co sądząc po reakcji rynku było strzałem w dziesiątkę, bo każdego  zainteresują ciekawostki zamieszczone w książce.

To pierwszy znany mi osobiście autor, którego książkę recenzuję  i którego mogę codziennie spotkać i zagadnąć. Janek  jest krytykiem filmowym i dziennikarzem  nie kojarzonym  z lotnictwem, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo podobno  o wszystkim można dzisiaj napisać reportaż, zwłaszcza po ukończeniu szkoły reportażu. Ta książka miała swój początek  w tekście, który Janek napisał do Dużego Formatu  i był to na tyle udany występ, że wydawnictwo zaproponowało mu napisanie większej całości, czego rezultatem  jest właśnie „Lecę”

Przeczytałem błyskawicznie i nie powiem, żeby tekst był szczególnie wciągający – to raczej garść ciekawostek  z życia pilotów oraz organizacji latania pasażerskiego. Każdy czytelnik, podobnie jak ja, szuka głównie historii, związanych z bezpieczeństwem  takich podróży, a fragmenty dotyczące lotów bezzałogowych cieszą się szczególnym powodzeniem, o czym wspomina każdy recenzent czy autor rozmowy z Pelczarem.  Wspominamy , nasze pierwsze loty i obawy związane z wsiadaniem do samolotu. Pamiętam swój pierwszy lot i podziw, jakim obdarzyłem  młode towarzyszki mojej podróży, które zaraz po  starcie naciągnęły opaski na oczy usiłując przespać cały lot, kiedy ja nerwowo wyglądałem  przez okienka , zafascynowany widokami i własną odwagą.

Szuka się w tej książce fragmentów dramatycznych, niebezpieczeństw i  tego wszystkiego co podnosi adrenalinę podróżnikom podniebnym. A przecież autor chciał nam pokazać żmudną i często mało atrakcyjną stronę zawodu pilota. Najpierw trzeba zdobyć te wszystkie umiejętności, licencje i przede wszystkim doświadczenie, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za życie ludzi zabieranych na pokład. Poznajemy przeróżne drogi dochodzenia do zawodu- Jan Pelczar nie wyróżnia żadnego ze swoich bohaterów, stąd mam wrażenie pewnego chaosu, bo nie dostaję pełnej opowieści o konkretnej osobie , historii od marzenia do realizacji pasji, lecz  wycinki z których jest zmontowany określony temat. Mamy  poznać różne warianty przygody z lataniem i przekonać że jest to właściwie zawód  jakich wiele, gdzie boli rozłąka z rodziną, a stres związany z odpowiedzialnością  wypala  fascynację, choć nadal jest to robota z najlepszym widokiem – oczywiście potrafimy docenić trudy  tych wszystkich wspaniałych pilotów, których bohaterskie czyny nie przesłaniają jednak przebijającego wciąż z książki pytania: czy nie byłoby bezpieczniej latać bez nich na pokładzie?, bo przecież jak wynika z przykładów, większość znanych katastrof lotniczych spowodowanych było błędem ludzkim. Czy wsiadłbyś czytelniku do  samolotu, wiedząc, że za sterami nie będzie pilota, a wszystkim  sterować będzie automat? Największą obawę odczuwam w momencie wchodzenia po schodkach do wnętrza samolotu  – nie opuszcza mnie wtedy wrażenie, że powinienem ostatni raz rozejrzeć się dookoła, docenić urok życia, gdyż za chwilę znajdę się w sytuacji bez wyjścia. Każdy kto przeżył silne turbulencje w powietrzu, zna to uczucie bezradności, kiedy wśród krzyków towarzyszy podróży, musi sobie uświadomić, że mogą to być nasze ostatnie chwile przed końcem. Ta książka powinna odsunąć refleksje związane z grozą latania i pokazać wszystkie aspekty pracy pilota, którego wyszkolenie  i mądrość powinny uratować nam życie.

To było najdotkliwsze, kiedy czytam o analizie poszczególnych przypadków katastrof lotniczych; te okrzyki przedśmiertne pilotów, gdzie ostatnim słowem wykrzyczanym w przerażeniu nieuchronności jest „kurwa”. I ten morał, że w lotnictwie jak przyznasz się do błędu, nikt  nie zabierze ci premi. To kwestia zwykłej ludzkiej przyzwoitości, żeby przyznać się do błędu, czyli zrobić donos na siebie samego, a wiadomo co leży w naturze ludzkiej – raczej chronić własną dupę, niż przyznać się do winy. Teraz  kiedy to wszystko już wiemy trudniej będzie znosić długie godziny lotu, analizując  sytuację, kiedy za sterami nie siedziałby już człowiek.  Bo  jak relacjonuje Pelczar, zadaniem pilotów nie jest  przelot z punktu A do punktu B, ale bezpieczne przetransportowanie ludzi.

Wyłuskujemy z tych opowieści kwestie bezpieczeństwa, szukamy zagrożeń i argumentów, że jednak  przeżyjemy kolejną podróż, a gdzieś w tle, obok tego niebezpiecznego nurtu, są historie poszczególnych ludzi, strzępy ich drogi zawodowej, pasji i przygód.; Ludzie gubią się w tej  przypowieści z morałem, a szkoda, bo byłoby ciekawiej i mniej gorzko.

Książka daje względnie pojemny wykład o pracy pilotów, ale jak już przepełni nas ten zasób informacji   i wątpliwości,  to jednak zamarzy nam się jakaś romantyczna historia związana  z zawodem pilota.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania „Lecę piloci mi to powiedzieli

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Irytujące, czyli czytać czy słuchać? Niespokojna krew i Nabór

Nigdy bym nie przypuszczał, że w klasyfikacji największych irytacji tego czasu zawirusowanego, niespodziewanie na czoło wysunie się emerytowany szpieg bawiący się w literaturę, czyli Vincent V.Severski ze swoją powieścią „Nabór”, przebijając  nawet tę nieznośną paniusię przerywającą muzykę w Spotifaju, choć zdawało się, że  o palmę pierwszeństwa  powalczy raczej Maciej Stuhr  czytający najnowszą część przygód Cormorana  Strike’a.

To po kolei: paniusie  wzywającą nas do wykupienia płatnej wersji serwisu muzycznego, zostawmy samej sobie, natomiast nie jestem w stanie wybaczyć Severskiemu, że tak skopał  zupełnie przyzwoity thriller sensacyjny, zmuszając czytelnika pod koniec lektury, do zniecierpliwionego mlaskania z irytacji, kiedy to  akcja tej fascynującej historii, nagle osiada na mieliźnie, a ostatnie rozdziały ciągną się jak oczekiwanie, że Cormoran  już w  „ Niespokojnej krwi” przeleci uroczą Robin, a więc  beznadziejność końcowych rozdziałów „Naboru”, to przedłużenie tego samego błędu, który autor popełnił w „Zamęcie” otwierającym cykl.

Przygody bohaterów znanych z debiutanckich książek autora, czyli  cyklu z Konradem i Sarą, którzy łączą siły z grupą Leskiego, żeby zapobiec akcji irańskich terrorystów w Warszawie, śledzimy w kilku lokalizacjach, od Moskwy, przez Ateny aż do stolicy. Nie zabrakło ulubionego przez czytelników Jagana, którego los wrzuci w wir polskich interesów, co nie wyjdzie temu patriocie ruskiemu na dobre, czego niestety także autorowi nie zapomnimy.

Świetna historia,  jak to u Severskiego  doskonale prezentowana, bo przecież ten szpieg wie o czym pisze i wie jak to się robi, żeby trzymać czytelnika w napięciu, kiedy śledzimy jak Dima spełnia swoją misję w Rosji, jak brata się z Jaganem i kozakami donieckimi, jak toczą się gierki ateńskie, a potem widzimy jak Irańczycy szykują się do  upokorzenia polskich służb. Wszystko rozgrywa się tak, żeby wciągnąć czytelnika „na całego” do  przygodowego życia bohaterów i rzeczywiście byłem zaangażowany w te zabawy wywiadowcze i z napięciem śledziłem  jak rosyjska agentura rozgrywa polskie sprawy w  celu skompromitowania nadwiślańskiego kraju na arenie międzynarodowej. Severski podsuwa nam do przemyślenia opcje w jaki sposób agentura rosyjska może nam wstawić swojego człowieka  na decyzyjne stanowiska nie tylko w wywiadzie, ale nawet w rządzie, co  niektórzy podejrzewają że już się dzieje, (pozdrowienia dla Tomasza Piątka).Ciągnące się jak flaki z olejem zakończenie intrygi  nie jest na szczęście w stanie zniweczyć przyjemności  obcowania z bohaterami „Naboru”. Autor pokazuje  z pozycji własnych doświadczeń, jak niebezpieczne mogą być gierki nieudaczników-amatorów kontrolujących nasze służby. Książka trzyma w napięciu i gdyby tylko wydawca postarał się bardziej czuwać nad procesem twórczym, uniknęlibyśmy  irytujących, kompletnie bezpłciowych dłużyzn w ostatnich rozdziałach, kiedy to trzymamy kciuki za Dimę i Jagana, oraz zastanawiamy się jak nasza sympatyczna grupa przyjaciół powstrzyma zdesperowanych Irańczyków.

Audiobooki z przygodami Cormorana Strike’a  czyta od zawsze Maciej Stuhr i do tej pory wychodziło mu to doskonale, natomiast ostatni tom, choć reklamowany jako kolejne przygody kryminalne tytułowego detektywa i jego uroczej wspólniczki, to już powieść obyczajowa, jakby Rowling chciała nam powiedzieć, że od samego początku planowała raczej zająć się losami pary głównych bohaterów i opisać historię ich zbliżania się do siebie. Lektor Stuhr dostał zadanie przeczytania opowieści, gdzie nie ma praktycznie  wątku kryminalnego, ponieważ doktor Margot zaginęła czterdzieści lat wcześniej, a detektywi idąc jej tropem, zmuszeni są rozmawiać z wszystkimi świadkami tamtych wydarzeń. No i tu Maciej Stuhr ukazuje  swój kunszt polegający na usiłowaniu naśladowania głosów postaci , które mają coś do powiedzenia, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet i czyni to z lubością, niestety  ku rozpaczy słuchacza, ponieważ  przybiera to okropne formy, a teatralność  jego umizgów  i modulacje głosu, przyprawiały mnie o dreszcze zniechęcenia.

Niespokojna krew”, czyli już piaty tom sygnowany nazwiskiem Robert Galbraith, choć wszyscy już wiemy, że pisze te przygody J. K.  Rowling, to próba wyjaśnienia zniknięcia w 1974 roku młodej lekarki; a kiedy para detektywów rozpoczyna przeczesywanie tła tamtej historii, dowiadujemy się sporo  o brytyjskim społeczeństwie, bo autorka zwodzi nas, myli tropy i każe bohaterom babrać się w życiorysach wielu pospolitych  ludzi, a jak wiadomo,  każdy ma coś na sumieniu, o czym nie za bardzo chciałby opowiadać obcym ludziom.  Pamiętajmy jednak, że to losy Cormorana  i Robin stanowią główną oś wydarzeń i wszyscy czekamy aż wreszcie  pisarka zdecyduje się połączyć ich przyjaźń, bardziej intymnym węzłem. Jednocześnie wiemy, ze cała zabawa polega na tym, że detektywi nie są jeszcze parą, a jeśli trafią w końcu do łóżka, to Rowling zakończy czym prędzej tę sagę. Irytujący   w swojej manierze Stuhr starając się nadać każdej postaci charakterystyczny styl i brzmienie głosu, skrzeczy i piszczy nie szczędząc nam nawet naśladowania głosików dziecięcych.

Sama historia wciąga niepostrzeżenie, bo  o ile od początku wydaje nam się, że doktorkę załatwił seryjny morderca, to jednak sposób opowiadania autorki Harrego Pottera  jest na tyle absorbujący, że godzimy się na poznanie w szczegółach  losów tych wszystkich postaci z drugiego planu.  Słucham Macieja Stuhra czytającego „Niespokojną krew” i jest to moje sobotnio-niedzielne zajęcie w czasie trzykilometrowych spacerów wokół Stadionu Olimpijskiego, którego okolica już na zawsze będzie mi się kojarzyła ze skrzeczącym głosem aktora, naśladującego jakąś angielską paniusię.

Gdyby Severski pisał „Niespokojną krew” musiałby powściągnąć męczącą manię rozciągania każdego rozdziału, gdyż wówczas powieść stałaby się kompletnie niestrawną i czytelnik porzuciłby  ją w krzaki, nawet rezygnując z finałowych rozwiązań.   A Rowling nigdy nie podjęłaby się nawet pisania  o szpiegach, choć jestem ciekawy co wymyśli autorka po skończeniu z losami  połączonych już Cormorana i Robin.

Kiedy  zastanowiłem się głębiej nad historiami opisywanymi przez Roberta Galbraitha, to olśniło mnie nagle, że tak właściwie nigdy nie polubiłem tego egoisty Cormorana, upartego palacza papierosów Benson& Hedges. Do tego Robin, która sama nie wie czego chce, już w dniu ślubu zdaje sobie sprawę, że pociąga ją ten były żołnierz  z protezą. Oboje nie mogą bez siebie żyć, ale robią wszystko, żeby nie doszło do skonsumowania tego uczucia. Być może to jest najbardziej irytujące w tej powieści, bo kiedy już jest blisko, żeby Robin wpadła w ramiona Strike’a, kiedy praktycznie wyznają sobie  wszystko, autorka przerywa tę sielską scenę i każe nam czekać na kolejne tomy wzbogacające  i tak już niemały kapitał zbity na dziecięcej naiwności. Pisarka podpadła ostatnio krytyką kobiet transpłciowych, przez zamieszczenie kontrowersyjnych wpisów na twitterze – niektórzy przypuszczają, że było to zamierzone, żeby pomóc w promocji „Niespokojnej krwi”, jakby  nie można było mieć własnego zdania na dany temat. Rowling w tej powieści bardzo dużo miejsca poświęca   tzw „sprawie kobiecej”, od  manifestacji  kobiet wyzwolonych , przez molestowanie w pracy lub  napastowaniu seksualnemu, któremu pada też Robin, co kończy się wylaniem  z pracy jednego z pracowników agencji Cormorana.  Kobiety znajdą w książce  wiele scen, ukazujących ”prześladowania” kobiet  zarówno  w latach, kiedy zaginęła Margot Bamboruogh, jak i współcześnie. Ta prawie tysiącstronicowa powieść  jest świetnie skonstruowana i podziwiam Rowling, że udało jej się  pokazać jak żmudną pracę wykonała para detektywów, odtwarzając wszelkie niuanse losów zaginionej  kobiety i choć  zdaje nam się od początku, że zadanie postawione przez córkę Margot,   jest z góry skazane na porażkę i jeśli nawet wyłaniają się potencjalni  sprawcy, to jednak cały czas drzemie w nas przekonanie, że lekarka padła ofiarą Dennisa Creeda. Do tego prowadząc śledztwo trafiają na   szalonego policjanta, zafascynowanego, horoskopami, tarotem czy astrologią, co wprowadza na karty pewien chaos i komplikuje , tak mi się wydaje, spokojną dedukcję pary  detektywów.

Jakby tego było mało, Rowling daje nam scenki obyczajowe z życia Cormorana – śmierć jego ukochanej ciotki, zamieszanie z byłą miłością, czy usiłowania wciągnięcia Cormorana  w pojednanie z ojcem, co potrafi  naszego bohatera doprowadzić do szału.  A Robin  rozwodzi się w końcu ze swoim niewiernym mężem i przeżywa gorycz  upokorzonej kobiety.  Tysiąc stron czytania i obcowania z ulubioną parą bohaterów   jest z pewnością lepszą opcją niż słuchanie  jak Maciej Stuhr odgrywa  poszczególne osoby dramatu, jakby wydawało mu się, że jest w teatrze i ma  się wcielić w  każdą postać.   I jeszcze inne sprawy, prowadzone przez agencję dopełniają to gęste dzieło , tak więc  naprawdę jest co czytać i choć czasem  czujemy się zagubieni  w gąszczu postaci krążących wokół zaginięcia sprzed 40 lat, to jednak wszystkie poboczne wątki wynagradzają niecierpliwemu czytelnikowi  chwile znużenia.

Czytelnik ma w ogóle prawo do irytacji? Lepiej jest  odrzucić  w cholerę dręczący tekst i nie wracać do zmanierowanego głosu lektora, ale są to metody drastyczne i nie dające nadziei, na poznanie całej historii  wymyślonej przez autora. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko przecierpieć te kilka chwil zniecierpliwienia, co być może później odbije się na naszych decyzjach czytelniczych.  W  przypadku Rowling  prędzej obejrzę kolejny odcinek serialu Cormoran Strike z Tomem Burke  i uroczą  Holliday Grainger, niż zakupię audiobook kolejnej powieści z Maciejem Stuhrem w roli lektora. Z Severskim nie jest taka prosta sprawa ponieważ pisarz ten  na końcu „Naboru”, likwidując  kluczowe postacie, dał jednak   nadzieję  na ciąg w jakimś sensie dalszy, tylko  w innym składzie osobowym, ku uciesze kobiet.

.Rowling raczy nas jeszcze staroangielskim  poematem Edmunda Spensera, przed każdym rozdziałem serwując nam urywek z „ Faerie Queene” i nie wiem, czy te kawałki mają swoje odniesienia do treści książki.  W każdym razie jesteśmy faszerowani  słynną strofą Spensera i alegorycznymi scenkami co wygląda jakby Wojciech Chmielarz cytował nam na kartach swoich kryminałów  Norwida lub co gorsza Hieronima Morsztyna. Nie jest to irytujące na szczęście, choć kompletnie niezrozumiałe.

W przypadku „Naboru”  tak bardzo wciągnąłem się w akcję ateńską, że odnalazłem na googlowskich mapach uliczki, na których rozgrywają się wydarzenia i pospacerowałem wirtualnie po Pindarou, śladami Dimy i Moniki. Swoją przygodę z Severskim rozpocząłem dawno temu biegając z audiobookami  Niepokornych, Nelegalnych i Nieśmiertelnych  w doskonałej interpretacji Krzysztofa Gosztyły. To niewątpliwie ulubiony lektor audiobooków , gdzie nawet Mrozowe  produkcje dawało się polubić.  W tej ostatniej trylogii, którą kończy „Nabór” mam lukę w postaci ominiętego „Odwetu”  i planuję powrót do Severskiego właśnie,  oddając się słuchaniu Gosztyły, co uzupełni moją wiedzę o grupie Leskiego.

Z tego marudzenia podszytego irytacją,  wyłaniają się jednak dwie książki, które  warto przeczytać lub nawet wysłuchać, a narzekania nad ich wadami niech nie przesłonią faktu, że są to doskonale wymyślone intrygi, z którymi spędziłem trochę czasu, czego wcale nie żałuję.

A dla wszystkich niecierpliwych dobra rada na koniec,  z „Naborem” musicie się przemęczyć do samego końca, a w przypadku  „Niespokojnej krwi” jest to wręcz konieczne, bo jeśli po pół tysiącu przeczytanych stron macie ochotę wywalić Rowling w diabły, to zróbcie sobie jeszcze dobrze i przeczytajcie końcowe rozdziały. Tam nie dość, że dochodzi do błyskotliwej rozmowy Cormorana z seryjnym  mordercą,  to jeszcze wyjaśnia się zagadka Margot Bamborough i można powiedzieć, że pisarka  przygotowała  rozwiązanie, którego chyba nikt się nie spodziewał. „Nespokojna krew” to cierpienia i upokorzenia kobiet, jakby autorka chciała pokazać, że nie tylko psychopatyczni mordercy  potrafią krzywdzić kobiety, a tak naprawdę wciąż muszą się one zmagać z męską napastliwością, a finał książki przewrotnie zaprzecza tym wszystkim wyraźnym poszlakom. Przy „Naborze”  jest szansa ,że odetchniemy od tych prześladowań, choć jak już wspomniałem, i Severski  przygotuje kontynuację, w której to kobiety będą grały pierwsze skrzypce.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Mirek Nahacz

Z tym Nahaczem to jest tak, że oczywiście słyszałem, że jest taki młody, który podobno napisał  rewelacyjne rzeczy, ale potem się powiesił, więc patrzyłem na to   trochę przez tę  romantyczną perspektywę młodej nadziei literackiej , która rozbłysła, ale zaraz  stopiła się we własnym talencie, przekonany, że prędzej czy później wpadnie mi w ręce coś ze spuścizny tego utalentowanego Łemka, kolegi Doroty Masłowskiej. I doczekałem się wydania przez Czarne  tomiku z trzema pierwszymi utworami Mirka Nahacza, które miłe Panie z Wydawnictwa przesłały mi do przeczytania i nie czekając nawet na koniec pandemii, zapoznałem się najpierw  z powieścią, którą Stasiuk z miejsca,  jak tylko młody Mirek nieśmiale mu ją podrzucił, zakwalifikował do druku, oddychając z ulgą, że  ten zostawiony do oceny pakiet nie okazał się poezją. Taka to legenda, że rozklekotanym maluchem Stasiukowi  tę „Osiem cztery” podrzucił licealista.

A  więc  „ Osiem cztery”, ten narkotyczny wykwit talentu młodzieńca,  jest bardzo dobrym wprowadzeniem w prozę Nahacza i pozwala z miejsca  docenić talent pisarza, którego proza wsysa czytelnika, nie tylko  przygodami paczki chłopaków, którzy trafiają na plenerową imprezkę  z grillem, dziewczynami, alkoholem i zebranymi wcześniej grzybkami halucynogennymi, ale przede wszystkim stylem opowiedzenia tej krótkiej przygody, którą narrator wyrzuca z siebie  lekko chaotycznie, ale jednak z całym zaangażowaniem.

Narkotyczne wizje już wcześniej pojawiały się w literaturze, choć w polskiej tradycji za fachowca w tej materii uważa się Witkacego, który nie dość, ze popełnił tekst, który zatytułował „Narkotyki”, to w swojej twórczości często nawiązywał do wizji czy to peyotlowych, czy alkoholowych. A jednak proza młodego Nahacza nie sięga tradycji witkacowskich „popojek”, bo i czasy inne i osobowości odmienne.  Chłopaki  od Nahacza to zagubieni w beskidzkiej prowincji koledzy, szukający w świecie wrażeń wyrzucających ich z tej pospolitej rzeczywistości, w której przyszło im żyć, podobnie zresztą jak szukający w używkach oderwania zbuntowani  licealiści  upijający się  tanim alkoholem,  Nie ma co rozgryzać motywacji chłopaków  zbierających grzybki na łące, lecz  warto się skupić na stylu i języku młodego debiutanta, bo jak pisał Andrzej Stasiuk  Nahacz  jest wybrańcem, który ten tekst po prostu miał w sobie  i po prostu nam go przekazał. „Rzeczywistość nabrała ochoty na wypowiedź i wybrała Mirka, a on zgodził się wysłuchać i nam przekazać”. Bo właśnie ten przekaz się liczy, ta forma już dojrzała  i kompletna – inaczej ten tekst nie można było  opowiedzieć, wiec „Osiem cztery” płynie w nas czytających, łagodnie łaskocze nasze neurony i to jest tekst rozedrgany, a jednak uspokajający, przez to, ze jest doskonały i skończony.

Pokolenie 1984 roku jakże odległe od mojego, ale przecież dla urodzonych już w XXI  wieku,  to pokolenie z lat osiemdziesiątych XX wieku, jeszcze boleśniej odstaje, jednakże pewne zachowania i uczucia łączą wszystkie roczniki, którym przychodzi zmierzyć się z nastoletnia rzeczywistością napierającego świata.  Kumplowali się z Masłowską i przychodzi nam sobie zadać pytanie kim byłby dzisiaj Mirek Nahacz, w wieku bliskim czterdziestki, a jest to pytanie niedorzeczne dla nas dzisiaj, a tym bardziej dla niego, który  jeszcze w przeddzień samobójstwa   poprawiał swoją kolejną prozę i planował imprezę techno w Lubiążu, a powiesił się w piwnicy przy Hożej 39 i  wcale nie został  szybko znaleziony . Szczegóły umykają pamięci, a jednak to one decydują o naszym losie. Zmarnował nam się talent, nie pierwszy i nie ostatni,  jednak szkoda, że nie poznamy prozy, którą mógłby napisać dzisiejszy  Mirek Nahacz i choć w  jego stylu  da się wyczuć  tę nutkę dekadencką, która  tkwi od zawsze równie silnie u  jego rówieśniczki: Masłowskiej, to jednak jakby poszukać nieco intensywniej, to przecież i Stasiuka tam czuć, bo ten beskidzki gen dominuje, choć np. u takiego Jędrzeja Pasierskiego wyemancypował się ładnie  i zatracił, dzięki temu Nina Warwiłow jeszcze nie zwariowała. A mnie wciąż przychodzi do głowy kolejna ćma polskiej literatury, czyli Rafał Wojaczek, równie szalony i utalentowany kaskader, którego nicość przyciągnęła prędzej od Mirka.

Niestety w obecnym wydaniu, mamy zaraz po tej boskiej kontemplacji  rzeczywistości z dachu jakiegoś budynku,  przy wschodzącym słońcu,  opowieści tytułowego „Bombla”, co czytelnika wprawia w niepokojący dysonans, bo „Bombel” jednak nie jest kontynuacją, jest  wyrzutkiem z omamów i spowiedzią menela przystankowego, który ma nam do opowiedzenia kilka przypadków ze swojego marnego żywota, oraz garść przemyśleń, które może i nas śmieszą, ale częściej je ignorujemy.  Bomblowe opowieści niczym strumień świadomości, zalewają nas pospolitością, co nie może być zarzutem, a jedynie rozczarowaniem, że już nie obcujemy z tymi młodymi , co to  wszystko mogą, a jedynie wgłębiamy się w psychikę i przygody tytułowego bohatera i jego kumpla Pietrka.

Bombel, ten nawet kiedyś sfilmowany  osobnik, miłośnik prezenterek telewizyjnych, papierosów i tanich win, snuje swoją opowieść, jakby ktoś chciał go słuchać – my musimy, niczym przygodni wędrowcy mijający przystanek autobusowy, gdzie od rana rozsiada się  nałogowy opowiadacz swojego życia.  Czy nas to ciekawi, co mówi trochę zamroczony  własną elokwencją  mężczyzna? Średnio raczej ciekawi, bo i co ma nam do przekazania ten mądrala, oprócz przypadków ze swojego życia. Bredzi i się popisuje, a dla nas  interesujące są te historie raczej przez sposób opowiadania, przez tę swoją prostacką błyskotliwość, jakby młody Mirek nie miał już o czym pisać, jakby z tej studenckiej Warszawy nie potrafił chłonąć  esencji pisarskiej, jakby tylko w nostalgicznym powrocie do dzieciństwa zdołał odnaleźć natchnienie, które kazało mu stworzyć  przyjacielski portret Bombla, który nawet nie przypuszczał, że jest słuchany przez nadzieję polskiej literatury, bo przecież Nahacz  musiał się przysłuchiwać temu potokowi opowieści, zanim wylęgły się one od nowa w jego talencie.  Wspomniany tu Pasierski wykorzystał lekko motyw paplającego wyrzutka i w swoim najnowszym kryminale  pokazał takiego bełkoczącego menela  nazywając go kłamczuchem, choć taki Bombel  o ile prawdy nie powie, to raczej podkoloruje swoją opowieść, opisując niekoniecznie przyzwoite i bardziej wymarzone  relacje z kobietami  o cygańskiej urodzie.

Jak już poznamy charakter Bombla, to czeka nas emigracja w świat Bociana i Loli i tutaj już Nahacz jeńców nie bierze, a ja poczułem się pewnie jak Kazimiera Szczuka, która podobno zaprosiła  do programu o książkach Wydanie drugie i poprawione Mirka Nahacza i napominała go, że powinien pisać jak Prus a nie tylko ćpać i chlać. A on zapewne chlał wtedy podobnie jak wielki Pilch, co nie jest żadnym usprawiedliwieniem. „Bocian i Lola” to miała być jego najlepsza rzecz jaką napisał, uniwersalna, trudna, dotykająca ważnych rzeczy, nie tylko psychodeliczna; i myśmy , ja i Szczuka zapewne nie dosięgnęli wielkości tej prozy, co Pani Kazimierze można wybaczyć, ale mnie już nie. Może powinienem wejść na inny poziom percepcji dzieła literackiego, zwłaszcza kiedy autor uważa, że napisał cos wielkiego, a ja nieustannie ślizgam się po tej prozie?

Przyznaję, że zachwyca mnie czasem Nahacz wcale nie jakimś wyrafinowaniem, a raczej banalnością, że zdania mogą być  po prostu dobrze napisane   i trafić  tam gdzie powinny:

”Znowu się zaczęło, ciągle się coś zaczynało. Ktoś zaczynał coś mówić, ktoś zaczynał coś pić albo palić papierosa, ktoś zaczynał przestawać palić, pić czy cokolwiek. Pamiętaliśmy tylko początki, wszystko się zaczynało, końce zawsze były daleko, nikt ich nie zauważał”

I o to właśnie chodzi, tak zwięźle podsumować młodość, potrafi tylko doskonały stylista o wyrobionej frazie, a przecież  Mirek Nahacz  nie miał gdy to pisał nawet zaliczonej matury z polskiego.

A na koniec tego niegrubego tomiku twórczości Mirosława Nahacza nie dostajemy „Niezwykłych przygód Roberta Robura”, ale podobno lepiej było je zobaczyć w teatrze, gdzie w  dziewięć lat po śmierci autora,  wystawił  tę prozę Krzysztof  Garbaczewski.

Kończąc te krótką przygodę z pisarstwem  Nahacza, zastanawiam się jak i kiedy kolejny raz przyjdzie mi  wgłębić się  w ten oniryczny świat, bo jestem przekonany, że  taka literatura czasem gdzieś eksploduje zupełnie nieoczekiwanymi  efektami.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne  za egzemplarz  książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Monty Python w Korei Północnej

Michael Palin  po wciąż chętnie odkurzanych skeczach w grupie Monty Pythona,  poświęcił się kręceniu filmów podróżniczych z  niezwykłych miejsc naszego globu, jednocześnie pisząc książki z tych peregrynacji, o czym z przyjemnością przekonywałem się, czytając jego refleksje o  Himalajach, lub towarzysząc mu w podróży dookoła świata.

Palina możemy pamiętać z roli w filmie ”Rybka zwana Wandą”, ale chyba większą karierę zrobił nie jako aktor, lecz podróżnik. I taką podróż śledzimy czytając dziennik podróży z Korei Północnej. Przyznaję, że miałem okres przemyśleń nad sensownością udania się do tego komunistycznego państwa, zapewne z powodu ciekawości jak funkcjonuje  ten zamknięty kraj, żeby zobaczyć  świat  kompletnie odmienny  od dotąd poznawanych. Myśli o wyprawie do Korei  przybladły w momencie uświadomienia sobie, że tego rodzaju zorganizowane wycieczki do KRLD, to forma wspomagania reżimu, a oglądanie zniewolenia nie musi stanowić  przyjemności splątanej ze zwiedzaniem. Podróż do Korei to lawirowanie pomiędzy tym co wolno robić, a tym jak można oszukać  wszelkiej maści opiekunów i służby, których zadaniem jest nie dopuścić do zobaczenia jak bardzo totalitarna jest władza rodu Kimów.

Ta niedostępność i folklor związany z biedną egzystencją mieszkańców to taka niezdrowa fascynacja, prowadząca do „zaliczenia” tego państwa i dumnego chwalenia się z pobytu tam, gdzie mało kto trafia.

Michael Palin zaliczył ten kraj z ekipą filmową i w mocno  dżentelmeński sposób opisał perypetie, związane z prezentowaniem filmowcom, wybranych kawałków egzystencji   Korei Północnej. Palin w swojej ugrzecznionej relacji nie krytykuje, a jedynie czasem bąka coś o wolności, jakby bał się, że pomimo powrotu do ojczyzny, nadal jest inwigilowany przez aparat represji koreańskiej.  Z sympatią opisuje swoich opiekunów, stara się by nie wprawiać ich w zakłopotanie, jakby nie  wierzył, że mogą być tak potwornie zmanipulowani, że już nie tylko strach kieruje ich postawami.

Relacja Palina w dzienniku z podróży po Korei Pólnocnej rozczarowuje, być może dlatego, że tak naprawdę chłopaki pojechali tam żeby nakręcić film, a ja tego filmu nie oglądałem, a relacja pisana  przez Michaela, jest powierzchowna, jakby Monty Python stracił wszystkie zęby oraz dowcip, gdyż czyta się te zapiski  z narastającą nudą, już po  kilku pierwszych rozdziałach tracąc nadzieję, że wydarzy się w tej podróży coś fascynującego, a dostajemy silącego się na uprzejmości cyrkowca, który nie potrafi dotrzeć do sedna tego kraju.

Książka oddaje klimat niezrozumiałego ocieplenia się stosunków amerykańsko-koreańskich, który przygotowywał wizytę Trumpa w KRLD. Zmanipulowany Trump dał się wciągnąć w grę, dzięki której reżim propagandowo pokazał, jak bardzo trzeba się liczyć z tymi szalonymi, klaszczącymi aparatczykami.

Przygotowania do wyjazdu rozpoczęły się w 2016 roku i nie przeszkadzały w tym nawet  złowrogie informacje o amerykańskim studencie Otto Wambieru, który za zerwanie propagandowego plakatu w Pjongjangu, został skazany przez koreański sąd na 15 lat ciężkich prac, a następnie został zamęczony przez reżim i w stanie krytycznym odesłany łaskawie do domu, gdzie zaraz zmarł. Może o te wydarzenia powinien pytać swoich rozmówców Palin, a nie  żałośnie udawać jak bardzo szanuje  stosunki panujące w tym państwie. Z drugiej strony mógł się spodziewać, że wówczas zostanie spławiony ogólnikami i ta delikatna nić sympatii, którą utkał ze swoimi przewodnikami zostanie brutalnie  przerwana.  Czy Palin miał moralny obowiązek poruszać drażliwe tematy i manifestować swój bunt skierowany przeciwko dyktaturze? Może zdawał sobie sprawę, że i tak niczego nie wywalczy, a powstanie filmu stanowiło cel nadrzędny – z tych dylematów Palin nie tłumaczy się – jest raczej zadowolony, że ta podróż w jakimś sensie się udała.

Pozostając z pewnym niesmakiem nie żałuję, że przeczytałem o kraju, który  tak czy inaczej wzbudza moją ciekawość i pomimo, że nic tego nie zapowiada, to jednak mam nadzieję, że w jakiś dziwny sposób reżim Kima upadnie i kiedy oba państwa koreańskie się połączą, będzie okazja na wylot do Seulu, skąd tak blisko do Pjongjangu.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kolory ognia, czyli słodki smak zemsty

Pierre Lemaitre napisał kilka świetnych książek z kurduplowatym Camille Verhovenem i nie sposób było nie polubić tego bohatera. Po zaliczeniu  kilku kryminałów,   nie bez obaw sięgnąłem  po zdobywczynię Nagrody Gouncourtów, czyli powieść „ Do zobaczenia w zaświatach” i nagle okazało się, że Lemaitre potrafi  zaczarować czytelnika  klasyczną prozą, wciągającą historią niekoniecznie z podtekstem kryminalnym – raczej obyczajowym.   I choć czekałem  raczej na ciąg dalszy  przygód małego Camilla, to pisarz postanowił zabawić się w kontynuację swojego poważnego dzieła , które w międzyczasie  zostało sfilmowane.

Kolory ognia” to losy   rodziny bohaterów  „Do zobaczenia w zaświatach”, a główną postacią jest Madaleine, córka bankiera Marcela Pericourta,  która zmuszona jest zmierzyć się z nieszczęściami, które spadają na nią, jak w pierwszej scenie książki, mały Paul, który  otwiera akcję brawurowym skokiem na trumnę dziadka. Wykończona finansowo i psychicznie Madeleine poradzi sobie wyśmienicie  i nie tylko dopadnie wszystkich swoich adwersarzy, ale też zapewni sobie satysfakcjonujące pożycie erotyczne z przemiłym panem Dupre,pracującym dla niej prostym facetem od czarnej roboty – i tego typu smaczkami co rusz autor zachwyca zdumionego czytelnika. Podkreśla się zawsze jaka to biedna ta wyrolowana przez wszystkich Madeleine, ale mnie się wydaje, że  ta zadufana w sobie mieszczanka dostała okrutną nauczkę przez swoją beztroskę – dziedzicząc ogromny majątek nie zadała sobie trudu, żeby   choć przez chwile pojąć, że te pieniądze to także odpowiedzialność,  a świat dookoła nie służy wyłącznie do zapewniania jej komfortowej egzystencji.  To najbliżsi   uczynią z niej żebraczkę, a  przecież gdyby  zdobyła się odpowiednio wcześnie na trochę refleksji, uniknęłaby upokorzenia. Można stąd wywnioskować, że nie warto młodej kobiecie powierzać odpowiedzialności za poważne interesy i choć w finale, dzięki sprytowi   i pomysłowości, odbierze co swoje, karząc grzeszników i odczuje wreszcie słodki smak zemsty.

To  książka niby  o zemście i funduje nam ona poczucie satysfakcji, kiedy szubrawcy dostają za swoje, to jednak widzę też w niej nauczkę, dla naiwnych i łatwowiernych lekkoduchów, którym się wydaje, że  należy im się  więcej z racji pozycji czy majątku. Książka przyciąga szeregiem smaczków godnych wielkich pisarzy, uderza   pewną prostolinijnością, a przecież odnosi się do najlepszych tradycji wielkiej literatury francuskiej, spod znaku Dumasa czy Zoli. Nigdy nie byłem fanem  Balzaka czy Zoli, to jednak przestrzeń odmalowana przez Lemaitre,  tak bogata w realizm historyczny Francji  lat dwudziestych  XX wieku,  kusi  i przyciąga raczej wyrobionego czytelnika, choć prosty poszukiwacz sensacyjnych opowieści znajdzie tu dla siebie dużo dobrego i być może doceni ten mistrzowski  koncept literacki, tę mieszaninę fascynującej intrygi  i  doskonałego warsztatu.

Autor maluje portrety swoich bohaterów nie szczędząc szczegółów i niuansów, przez co każda postać żyje własnym życiem, a jej losy splatają się z historią rodu Pericourt. Aż chciałoby się poznać dokładniejszą wersję historii polskiej służącej Vlady, której ogromne oddanie dla małego Paula dorównuje jej apetytowi seksualnemu, w czym nie przeszkadza jej nie tylko brak znajomości francuskiego, zwłaszcza, że postanawia czytać po polsku małemu kalece „Króla Maciusia”. A do tego ta śpiewaczka operowa, która pojawia się w życiu Paula nie wiadomo po co, chyba jedynie dlatego, żeby utrzeć nosa hitlerowskim notablom.

Francja w kryzysie  to nie tylko łotry, którzy wykorzystują naiwną Madeleine, żeby wydrzeć jej majątek, to również głupi politycy, jak ten Charles Pericourt, który choć spokrewniony, nie zawaha się pogrążyć   córki   Marcela dla własnych ambicji, chciwej żony i brzydkich córek-bliźniaczek, których wątek wzbudza  w nas politowanie. I ta piękna dziewczyna,  bigamistka  Leonce, uwodząca swoją panią, by w rezultacie ją okraść, jej mąż Robert, idiota, który świetnie sprawdza się  jako wykonawca  najbardziej  brudnych zadań. I wreszcie  ten   Dupre pokrywający panią z wyższych sfer w sposób mechaniczny, ale jakże skuteczny, oddany sprawie prostak, dzięki któremu Madeleine nie przestaje być kobietą.

Cały ten szpaler postaci – nie zapominajmy o nauczycielu małego Pula, pedofilu  a jednocześnie kochanku pani i ambitnemu dziennikarzowi, więc cały ten melanż tworzy kolorowa perspektywę francuskiego życia sprzed stu lat, który Lemaitre opisał brawurowo, co z pewnością właśnie  przede wszystkim francuskiemu czytelnikowi odmaluje klimat  tych dziwnych lat rodzącego się faszyzmu , co w Polsce próbowali opisywać autorzy tacy jak Choromański czy Dołęga Mostowicz, ale nigdy nie osiągnęli finezji współczesnego  Lemaitre,

Kolory ognia” to sprawnie napisana powieść o zemście i choć można czasem narzekać, ż autor prowadzi nas zbyt czytelną linią i szybko domyślamy się jak przewrotna i skuteczna wydaje się być główna bohaterka, to jednak i tak kibicujemy małemu Paulowi, kiedy postanowił wzbogacić się na produkcji pachnącego kremu, co już może wydać nam się zbyt naciąganym happy endem.

Coś czuję, że pisarz nie zamknie wątku rodziny Pericourtów i jeszcze raz skorzysta z wyobraźni  podpowiadającej jak dalej potoczą się losy nieszczęsnego Paula i jego matki – być może trzeba się będzie skusić na poznanie  przygód  wybranej postaci drugoplanowej – obstawiałbym  patriotycznie Władysławę Ambroziewicz, której temperament  pozwoliłby nam przeżyć niejedną  fascynującą   przygodę. Ale to już będzie zupełnie inna opowieść.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wczesny, homoerotyczny Proust

Krakowskie wydawnictwo „Ostrogi” wydało właśnie  niezwykły tomik z nigdy nie publikowanymi opowiadaniami  Marcela Prousta, pod intrygującym tytułem „Tajemniczy korespondent” I już sam tytuł wzbudza w potencjalnym czytelniku ekscytację, gdyż zapowiada z jednej strony literacki geniusz młodego Marcela  i sygnał, że autor   opisze własne homoerotyczne skłonności, co kiedyś przysporzyło by mu wyłącznie kłopotów, a teraz stanowi jedynie ciekawostkę , kiedy wydawca umieści na okładce  taki anons:”Nieznane opowiadania homoerotyczne młodego Prousta, rok po pierwszym wydaniu francuskim”.

Przeleżały się te zapiski sto lat – odnalezione w latach 50-tych XX wieku przez Bernarda de Fallois, zostały wydane dopiero po jego śmierci, choć jako właściciel wydawnictwa, odkrywca mógł  pokusić się o  ich wcześniejsze wydanie, zwłaszcza, że to jemu zawdzięczamy  ukazanie się choćby „Jana Santuila”.

To lektura dla miłośników stylu Prousta i nie powinni po nią sięgać debiutanci, którzy choćby nie liznęli kawałka przygód Swanna uganiającego się za Odetą.

Sięgając po „Tajemniczego korespondenta”, przypominam sobie własne przeżycia proustowskiej literatury – o ile nigdy nie sięgnąłem po „Jana Santeuila”, zmęczony lekturą „W poszukiwaniu straconego czasu”, to jednak ten biały tom, zawsze stał u mnie  na centralnej półce, jakby w oczekiwaniu na swój czas. Natomiast główne dzieło Marcela przeczytałem z perwersyjną przyjemnością i choć trochę to trwało, to jednak  do dzisiaj czuję tę niezwykłą aurę, która otacza   czytelnika, zagłębiającego się w otchłań proustowskich zdań. Nie jestem odosobniony w tym dziwnym poczuciu obcowania z czymś magicznym, czytając  te tomy,  oferujące  nieuchwytne i trudne do zdefiniowania   poczucie wyjątkowości.  Dziewięć opowiadań w tym obecnie wydanym cienkim tomiku, prezentuje dokładnie to samo, subtelne wrażenie, mgiełkę uczuciową, zachwyt, rozczarowanie, uczucia przelane na papier przez nadwrażliwego, dwudziestoletniego młodzieńca, odkrywającego   pożądanie i zauroczenie własną płcią.  A jednak jak zaznacza Krzysztof Warlikowski   w motcie przed wstępem tłumaczki:”To bardzo perwersyjna literatura, która mydli czytelnikowi oczy”.  Młody Marcel nie pisze wprost o skłonnościach erotycznych swoich bohaterów, a jednak  daje obraz ich zmagań i uczuciowego zamieszania, które zapewne sam przeżywał. Tytułowe opowiadanie  daje najlepszy obraz  tej literatury. Oto dwie przyjaciółki, z których jedna otrzymuje list z wyznaniem miłosnego pożądania – tym tajemniczym korespondentem okazuje się być właśnie najbliższa przyjaciółka, co zdumiona Francoise odkrywa dopiero chwilę przed śmiercią, wiecznie melancholijnej Christiane.

Homoerotyzm jest zawieszony nad tymi tekstami niczym wzrok nagiego młodzieńca zerkającego  na stojącego przed nim towarzysza , którego nagość szacuje jednocześnie płynący w ich stronę trzeci chłopak. To obraz Henryego Scotta Tuke’a  „Lovers of the Sun”,  i Proust z pewnością ucieszyłby się z takiego wyboru okładki  malarza i fotografa męskich aktów i prekursora gejowskiej kultury, cokolwiek to znaczy…

Interesującym  jest przeczytać przed lekturą tekst Anastazji Dwulit, tłumaczki, która sumuje  doświadczenie w prezentacji homoerotyzmu w literaturze i nie tylko .Ten wstępny esej to nie tylko ciekawostki, typu: kto pierwszy użył terminu „homoseksualizm”, ale również  przeanalizowana droga literacka proustowskiego dzieła i bardzo interesujące sprzężenia dyskryminowania nie tylko  ze względu na orientację seksualną, ale też powiązanie tego z antysemityzmem. Dlatego dobrze jest wiedzieć jak kochał baron Charlus  i co musiał znosić Swann.   Jak traktował homoseksualizm Proust,  i czy rzeczywiście jest „botanikiem”, który obserwuje zjawisko z pozycji naukowca?

Czy w czasie obecnej nagonki na osoby o innej orientacji, lektura „Tajemniczego korespondenta” może przynieść jakieś oczyszczenie mentalne dla wszelkiego rodzaju homofonów i obrońców tradycyjnej rodziny? Nie liczyłbym na to, że osoby tego pokroju czytają tę wysublimowaną i bardzo perwersyjną literaturę.  Odrzucając wszelkie konotacje obyczajowe znajdziemy w tym wysmakowanym zestawie, bardzo dobrą literaturę, z którą nie tylko w Walentynki warto mieć  styczność. Niedawno wróciłem do „Sodomy i Gomory”,  czwartego tomu  „W poszukiwaniu…”, który przynosi  opisy ekscesów i poglądy, najbardziej interesującej postaci   cyklu czyli barona Charlusa, którego w filmieSchlöndorffa  zagrał niezapomniany Alain Delon. Chciałoby się wierzyć, że takie publikacje jak „Tajemniczy korespondent”, czy projekty filmowe( jak pomysł nakręcenia serialu na podstawie całego cyklu, co deklaruje Guillaume Gallienne, w formie trzech sezonów po osiem odcinków, niczym jakiś Wiedźmin na Netflixie) przyczynią się do popularyzacji  tej literatury która  zdaje się taka hermetyczna, a jest jedynie wysublimowana i pełna namiętności.

Ten wydany właśnie tom  opatrzono zdjęciami rękopisów Marcela co zawsze niesłychanie zbliża nas do autora, zwłaszcza, że nie żyje już od tak dawna, że niemożliwym jest zbliżenie się do pamiątek po nim., chyba że uda nam się trafić na jego grób.

Polecam ten rodzaj literatury, jakże inny od współczesnych stylistów, wysmakowany i tajemniczy  niczym, tytułowy korespondent, bo przecież nie wypada nam, nie zgodzić się z opinią Warlikowskiego, zwłaszcza, że wydawnictwo już szykuje nam kolejne tomy , w których znajdziemy   nie tylko eseje” O czytaniu”, czy  „Pisma estetyczne”, ale przede wszystkim bogatą kolekcję listów, gdzie z pewnością Marcel  potrafił się bardziej odkryć, czego nie śmiał uczynić w swojej literaturze, zasłaniając się narratorem i ukrywając  własne poglądy w postaciach  swoich bohaterów.

Czytajmy Prousta, bo to literatura najwyższych lotów, może lekko  nudnawa  i odstająca od dzisiejszych  standardów, ale dająca niezwykłe przeżycia estetyczne, o które w tych czasach dość trudno.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Mock pożarty przez Molocha Breslau

A więc tak Eberhardzie, wracamy do mrocznego Breslau, gdzie  w burdelu przy Białoskórniczej odbywają się seansy, których  nie chcielibyśmy oglądać, a  tobie dają wyobrażenie  gdzie mieści się sedno zła, które twój autor  wyświetla nam sugestywnymi opisami, zaczynając od  misterium grozy na cmentarzu przy ulicy  Ślężnej, który od teraz, przejeżdżając dwukrotnie w ciągu jednego dnia, wizualizuję sobie na miejscu nowoczesnej szkoły  naprzeciwko starego cmentarz żydowskiego. Wyobrażam sobie , sceny jak z filmu „Duch”, kiedy np. w czasie lekcji matematyki,  spod podłogi, przewracając szkolne ławki, wydostają się truchła zapomnianych  pochowanych tam  mieszkańców Breslau. Ta okolica –  zgromadzenie cmentarzy, dziś już odmieniona,  jest tłem przygód Mocka i choć tylko okoliczny Park Skowroni, czyli dawny Neuer Friedhof St. Salvator und St. Johannes, po którym kiedyś tam regularnie biegałem, kojarzyć tu się może z miejscem pochówków. Praktycznie większość parków w okolicy centrum miasta to dawne cmentarze.

Marek Krajewski wrzuca w najnowszej powieści, swojego ulubionego bohatera w rok 1928, kiedy to siłą woli porzucił nałóg alkoholowy  i powoli zapomina o żonie Sophie, która okrutnie go zostawiła. Eberhard  dzięki wrodzonemu pedantyzmowi, obowiązkowości  i umiłowaniu  starożytności, skutecznie może pędzić  żywot szanowanego radcy kryminalnego, przed którym los  postawił zadanie odnalezienia porwanych  bliźniąt byłej kochanki, teraz zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym przy Kraszewskiego. Historia, jaką serwuje nam Krajewski obfituje, jak to zwykle u tego autora w sceny drastyczne i obrzydliwe  – to charakterystyczny  element  tej prozy – wydobycie z trzewi miasta,   całej  skrytej  perwersji, przesiąkającej z murów kamienic Nadodrza czy okolic Rynku. Wrocławianin uwielbia śledzić peregrynacje Mocka, przemierzającego czasem nieistniejące już ulice przedwojennego Wrocławia, nierzadko odszukując  na  specjalnych stronach ich  widoki sprzed stu lat. Wymarzone wydanie „Molocha”, powinno być uzupełnione o fotografie tych miejsc Breslau, gdzie Mock, chleje i chędoży, gdzie pracuje   i gdzie mieszka. Obok starych fotografii, powinny się znaleźć współczesne odpowiedniki tych miejsc – i wtedy książka byłaby idealnym konglomeratem treści i formy.

A o co chodzi w tej opowieści, oprócz poszukiwania porwanych dzieci? Pierwotny tytuł  książki miał nawiązywać do Metropolis, słynnego filmu Fritza Langa z 1927 roku, lecz autor stwierdził, że tytuł„Mock. Metropolis”, będzie miał słabą siłę rażenia jako kryminał i zdecydował się na „Molocha”. Moloch jako twór miejski, pożerający swoich mieszkańców, którzy tradycyjnie u Marka Krajewskiego, obciążeni są   całą paletą przywar i zboczeń. Autor stara się nawiązać do  koncepcji słynnego w mieście  architekta Maxa Berga , który wymyślił projekt wieżowców dla administracji miejskiej w miejscu dawnej gazowni na Lessingsplatz, gdzie dzisiaj znajdują się beznadziejne i stopniowo wyburzane wiadukty drogowe, umożliwiające przedostanie się   do centrum miasta z okolic Placu Grunwaldzkiego, a  sam Plac Powstańców Warszawy jest dziś  mało wyróżniającym się skwerkiem. Projekt Berga nie zyskał uznania, zapewne ze względu na koszty co przyczyniło się do rezygnacji Berga ze stanowiska radcy budowlanego. Wydarzenia historyczne  miały  miejsce w roku  1920, choć Berg miejskim architektem został  rok później, a wydarzenia u Krajewskiego przesunęły nas  do 1928 roku.

Można fantazjować jak wyglądałoby miasto, gdyby wspomniane wieżowce Berga wybudowano, choć  jak wiadomo wojna potrafiła zmieść z powierzchni ziemi, nie takie budowle Breslau, wspominając na przykład  zrównany z ziemią pobliski wielki kościół, tylko po to, żeby zbudować pas startowy dla samolotu, który nigdy stamtąd nie wystartował. Marek Krajewski doszedł do perfekcji w budowaniu  powieści –  dzięki swojej konstrukcji  potrafią trzymać w napięciu i nie pozwalają  grymasić wymagającemu miłośnikowi kryminałów. Jedna rzecz  zawsze mnie irytuje  w tych opowieściach: mnożenie prologów i epilogów, które zmuszają  niecierpliwego czytelnika do  analizowania uzasadnienia powstania tych rozdzialików, które z powodzeniem dałoby się wkomponować w treść powieści. Mam wrażenie, że te dwa prologi i epilogi autor skomponował dla własnej przyjemności i pozwoliły mu one  oderwać się trochę od głównego nurtu  narracji., gdzie z kolei pełno okultystycznych i satanistycznych motywów, zaczerpniętych z gnostyckich sekt od starożytności poczynając a na XIX  wiecznych praktykach sekciarskich kończąc. Obrzydliwe praktyki seksualne, odkrywane przez Mocka w burdelu Sodoma i Gomora, ofiary z ludzi, podczas orgii na cmentarzu, czy bezkarność elitarnych przedstawicieli miasta, oddających się zaspokajaniu własnych popędów – wszystko to  budzi w naszym bohaterze mocny sprzeciw i za wszelką cenę, nie szczędząc  zdrowia  i  sił, nie bacząc na rangę przeciwników, postanawia  wyjaśnić zagadkę zniknięcia dzieci, co rzecz jasna musi mu się udać, dzięki czemu na koniec, już nieomal we współczesności dana mu będzie  przyjemność, którą niektórzy przedkładają ponad wszystko – będzie mógł się okrutnie zemścić.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nina Warwiłow na tropie

Najpierw zabrał nas do szpitala psychiatrycznego, potem w Beskid Niski, a w ubiegłym roku na hipsterską, warszawską Pragę – wszędzie towarzyszyła nam charyzmatyczna Nina Warwiłow, której życie osobiste interesowało nas nawet bardziej niż zagadki, które rozwiązywała.

W najnowszej książce, Jędrzej Pasierski, bo to o nim mowa,  ponownie serwuje nam beskidzkie klimaty i wraz z Niną, której towarzyszy córka Mila, wrzuca nas w lokalną atmosferę, podszytą dawnymi tajemnicami i konfliktami. Warwiłow przyjeżdża na wakacje do małej wioski z ambicjami, bo Pyrowa kryje pod zasłoną z przedsiębiorczych lokalnych krezusów i rozwłóczonych po wiosce pijaków i leserów, szereg niewyjaśnionych zagadek, a Warwiłow jak wiadomo, gdzie tylko się pojawi, tam zaraz wywołuje zdarzenia niekoniecznie zgodne z prawem.  I w tej spokojnej wsi, wszystko było poukładane i choć oparte na krzywdzie jednych, dało szczęście innym, lecz Nina samą swoja obecnością doprowadziła do dramatycznych wydarzeń, zapoczątkowanych morderstwem.

Tytułowy „Kłamczuch” wygaduje niepokojące rzeczy, które  wypoczywającą w Pyrowej policjantkę, zmuszają do węszenia, choć wstępne ustalenia nie potwierdzają tych wszystkich rewelacji wykrzykiwanych w pijackim widzie. Ziarno niepokoju zostało zasiane, więc Warwiłow próbuje sondować miejscową społeczność.

 

Pasierski wprowadza nas w kryminał zwolna i początkowo usypia sielankową atmosferą wypoczywającej z córką Niny.  Dopiero od połowy lektury, kiedy nad Beskidami rozpościera się deszczowy niż, powieść rusza do biegu, jakby koniec wakacji i pięknej pogody, zmusił policję do intensywnej pracy.

Warwiłow nie węszy sama, powoli wychylają się  znane z „Roztopów” postaci zamieszkujące okolicę. Jak w każdym porządnym kryminale osobiste problemy stróżów prawa są  jak niezbędna przyprawa w egzotycznym daniu. Kiedy dobrniemy do finału, może się okazać, że beskidzkie przygody Warwiłow  potoczą się w dalszym ciągu w obecności  Karpiuka, który  zachęca ją do pozostania w górach.

A już miałem nadzieję na spacery Niny po okolicznym parku Tołpy we Wrocławiu. Stąd uczucie zawodu, towarzyszące niespiesznej lekturze. Pasierski jak rasowy pisarz kryminałów potrafi nie tylko stworzyć otoczenie zbrodni, opisać  świat wokół  przestępstwa i zaintrygować postaciami, które  choć sympatyczne, to jednak skrywają pod powierzchnią  osobiste smutki  i urazy.

Autor „Kłamczucha” staje się już przewidywalny – po „Roztopach”, wiedziałem, że winnych powinienem szukać wśród najbliższych Niny, tych sympatycznych i ciepłych, którzy nawiązali bliższą relację z policjantką, a podsuwane nam co rusz tropy, mają zmylić wnikliwego czytelnika i nie pozwolić na rozszyfrowanie zagadki kto zabił. Tutaj  zwodzenie Pasierskiego   udaje się rewelacyjnie, bo kiedy wydaje się, że już wszystko wiemy,  autor rozgrywa swoją klasyczną, jak z Agathy Christie, scenę, gdzie cały kolektyw musi wysłuchać błyskotliwej przemowy Warwiłow, która podaje mordercę  ku zaskoczeniu wszystkich.

Jędrzej Pasierski  utrzymał  wysoki poziom swojej prozy, napisał powieść  wokół zagadki kryminalnej, ale jednak brakowało mi czegoś, co wcześniej  tak intrygowało w jego książkach. Osobiste życie Niny  zawisło w próżni, nie ma już ojca  i jego radzieckiej przeszłości, co pobudzało czytelnika i dawało okazję do niezwykłych dygresji. Faceci  unikają Niny, jakby niosła ze sobą  wyłącznie aurę  nieprzystępnej i drażliwej. Skoncentrowanie się na córce, też nie wychodzi jej zbyt dobrze i afiszowana nadopiekuńczość nie do końca jej się udaje. Sentymentalny powrót do  egzotycznego rzeźbiarza nie wydaje się najlepszym rozwiązaniem, stąd trzeba znaleźć Warwiłow nowego przyjaciela i  dajmy sobie spokój z tymi góralskimi, ogorzałymi chłopami, bo wcale nie są w jej typie. Tylko przystojny, starszy prokurator z Wrocławia, zaintryguje ją na tyle, że wybije z głowy  plany przenosin  na zapadłą górską prowincję. Tak, tak usiłuję wybić z pióra autorowi pomysł  na kolejne beskidzkie kryminały i wplątanie się w te lokalne, wiejskie niesnaski. Nie każdy jest  Robertem Małeckim, potrafiącym   zagnieździć się w jednym miejscu  i nie pozwolić   wyobraźni wypaść na manowce  nudnych relacji miedzyludzkich.   A do tego jeszcze ten Karpiuk, który zdecydował zniszczyć nie tylko sobie przyszłość osobistą i nie wydaje się być odpowiednim partnerem zawodowym dla Niny, ale próbuje zwabić Warwiłow  do pracy  w okolicy, jakby za wszelką cenę parł do zmuszenia autora do zajęcia się jego smutnym losem, poszkodowaną żoną i odtrąconą kochanką.

Jak zwykle próbuję narzekaniem, zamaskować rozczarowanie i wymyślać za pisarza nowe przygody bohaterki.   Z niecierpliwością czekam na kolejny tom z Niną w roli głównej i wierzę jednak w wyobraźnię autora, który sugeruje się prędzej własnymi przeczuciami, niż  podpowiedziami skonsternowanego czytelnika.

Premiera książki już 27 stycznia.

Dziękuje Wydawnictwu Czarne za przedpremierowe zapoznanie się z  „Kłamczuchem

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Gorzko, gorzko czyli magiczna Joanna Bator

Historie czterech kobiet, wyskakujących jak matrioszki, jedna po drugiej na linii czasu, a właściwie jedna z drugiej, bo kobiety począwszy od niemieckiej Berty, a skończywszy na współczesnej Kalinie, to spokrewnione ze sobą matki, córki i wnuczki, których losy Bator kreśli osobnymi rozdziałami, przeplatając zamierzchłe czasy splecione z Bertą Koch, z rzeczywistością Kaliny, ostatniej z rodu, która to właśnie plącząc pierwszą z trzecią osobą, podaje nam nieszczęścia kobiet, jakby w tych genach nie było miejsca na odrobinę choćby radości i stabilizacji.

Joanna Bator  napisała gruby tom, niczym czytadło z serii wielkich powieści, które przechodzą do historii literatury, polskiej z pewnością, a jeśli niesiony podziwem przesadziłem w zachwycie, to jednakże przeczytana w końcówce roku, tego przeklętego 2020, zaskarbiła sobie niepodważalne pierwsze miejsce w literackim podsumowaniu mojej listy tegorocznych lektur.

Czy to na fali kobiecych protestów, które niedawno przetoczyły się przez nasze ulice, czytanie „Gorzko gorzko” nabiera innego wymiaru, gdyż pokazane w niej przypadki udręki kobiet, stanowią przyczynek do uważniejszego spojrzenia na traktowanie płci przeciwnej przez niektórych  ojców i mężów.

Berta Koch staje się naturalną kandydatką do tego , żeby jej losy  i ją samą polubić szczególnie, bo i jej miłosna przygoda,  oraz krzywda wyrządzona tej córce rzeźnika, zdają się najbardziej romantycznymi i to jej historia  jest podwaliną  kolejnych perturbacji następnych z rodu, ustawiających się w kolejce po swoją porcję zawodów  i rozczarowań.  A jednak to losy Violetty, przez V i dwa t, wydały mi  się szczególne, i to ta rozkapryszona, miotająca się po życiu  niczym Maciej Kot  na skoczni w Ga Pa, kobieta, stała mi się najbliższą mentalnie  i z łatwością odnajduję  w sobie te wszystkie jej  przywary i wady, dzięki którym  tak skutecznie komplikowała sobie życie, a przecież to chyba ona jedyna miała wizje kim chce być, tylko nie potrafiła wybrać skutecznej  metody realizacji. A więc Violetta z tym swoim poczuciem wyjątkowości wzbudzi w czytelniku  poczucie  wspólnoty, bo ileż to razy czuliśmy się zawiedzeni, że przecież  to my jesteśmy wspaniali, tylko los nie potrafi napisać scenariusza, który nam się naprawdę należał.

Gorzko, gorzko, krzyczą wystraszone dziewczynki widząc nadlatujące pszczoły, próbując tymi magicznymi słowami przekonać  napastliwe owady, że wcale nie są takie słodkie na jakie wyglądają. Czyż te batorowe kobiety próbują kogoś przekonać, że jednak  ta ich słodycz to jedynie  pozór, że to mężczyźni widzą w nich jedynie rozkoszny materiał, który będą mogli użyć według własnego widzimisie, a tak naprawdę to i Berta i Barbara, nie mówiąc już o Violettcie, to  osobowości jedyne w swoim rodzaju, a ich los to zwyczajna gehenna, jaka jest udziałem milionom im podobnym.

W tle losów czterech kobiet przesuwa się Dolny Śląsk, ta dziwaczna kraina, choć lepiej napisać  magiczna, co i lepiej brzmi i dużo więcej obiecuje czytelnikowi. To tereny naznaczone wciąż obecną przeszłością niemiecką, która wypełza na każdym kroku, jak  te napisy na wrocławskich kamienicach, z którymi nie wiadomo co robić, zamalowywać, czy raczej odrestaurować, co nadaje budynkom  jakiejś magii i smaku spływającego ze świata, który choć miniony, to przecież tak fascynujący.

Podróż w czasie rozpoczynamy w niemieckim Görbersdorf, obecnie Sokołowsko, gdzie w wielkim uzdrowisku dla gruźlików,  nie brakuje amatorów salcesonów i czarnej kiszki od  Franza Kocha, któremu pomaga córka Berta, zdradliwie uwiedziona w tych okolicznych lasach, gdzie grozę budzą zagryzające ludzi wilki. Przenosimy się, a jakże, do rodzinnej miejscowości autorki, czyli na Plac Górnika do Wałbrzycha z Barbarą,  adoptowaną przez dziwne małżeństwo o nazwisku jeszcze bardziej niezwykłym, bo jak tu nazywać się Serce,  przygarniętą przez Serców, gdzie przeobraża się, przepoczwarza boleśnie z niemieckiej znajdy w polską dziewczynkę, która musi nauczyć się od nowa mówić.

Z Wałbrzycha próbuje, jak się domyślamy, bezskutecznie, uciec do Wrocławia Violetta, ale historia płata wszystkim figla, bo w ostateczności historia zatacza koło i wszyscy wracany do Sokołowska, dotąd znanego właściwie dzięki temu, że trochę mieszkał tu Krzysztof Kieślowski.

To właśnie  ten magiczny Dolny Śląsk, przyprawia powieść Bator nieznanym gdzie indziej smakiem, który wyczuwa każdy mieszkaniec tej krainy, choćby został tu przywleczony z daleka, to jednak wiecie o czym mówię , jeśli tylko wyjedziecie z Wrocławia, do Kłodzka, lub lepiej w kierunku Wałbrzycha, gdzie te dawne uzdrowiska, lasy i góry łagodne i ziemia zaklęta w magię przeszłości.

Joanna Bator zaczerpnęła z sedna niezwykłości tej ziemi i dlatego ta gruba powieść zachwyca swoim klimatem, bo geny tych czterech kobiet nadają historii, wymiaru  lokalnego, choć  zdaje się, że  można by ich losy przyporządkować kobietom  na całym świecie.

„Gorzko, gorzko” to świetne czytadło, to  książka na zimowe wieczory, a może i noce, bo trudno się od niej oderwać, a przeplatanka losów  bohaterek, może jedynie  rozbudzić w nas ochotę do jak najszybszych powrotów do losów ulubionych  pań z rodu Serce. Do tego otrzymujemy świetne tło opowiadanych przygód, zarówno przedwojenne, trochę nieziemskie towarzystwo Kochów, zanurzonych w lasach  i wyrabiające takie przysmaki przedwojennych stołów jak kiełbasa z nutrii, szalejące w okolicy wilki czy ten obwoźny  handlarz , czyli Wędrowny Bułgar Krum, zwany Turkiem Nasrallachem, wraz z synem, Młodym, tworzą tajemnicze i baśniowe tło  doskonale wpisujące się w magię okolic. A potem to już powojenny Wałbrzych  i towarzystwo w kamienicy  na placu Górnika, wspólnota  w socjalistycznej rzeczywistości, gdzie dorasta Barbara wraz z tymi którzy użyczyli nazwiska dla kolejnych kobiet z piętnem Berty Koch.

Ciężko jest się rozstać z losami kobiet, które Joanna Bator wydobyła nie wiadomo skąd, pewnie z własnych trzewi i jeśli w „Gorzko, gorzko” wrzuciła cały swój gniew czy też całą wyobraźnię, to nie jestem optymistą oczekując kolejnej książki ulubionej autorki. To nie serial na Netflixie i nie będzie kolejnego sezonu, jak to Kalina przekazuje geny ludożerstwa kolejnemu pokoleniu pań Serce.

Książka roku, jeśli nie dekady i szkoda, że przez tę pandemię Pani Joanna nie mogła podpisać mi egzemplarza do kolekcji ulubionych książek z autografem.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz