Żółte światło

Co należy zrobić , kiedy jadąc samochodem zapali się żółte światło? Czy jechać dalej z nadzieją, że jeszcze się zdąży, czy gwałtownie zahamować?

W najnowszej książce Jerzego Pilcha, należy ten dylemat potraktować metaforycznie, przymierzając jazdę autem do uciekającego niczym krajobraz za oknem, życia. Pilch jak zwykle pisze głównie o sobie i choć spróbował zmącić to wrażenie, wprowadzając na karty książki niespełnionego pisarza Ariela Poschukala, to opisywany żywot ma w sobie tak wiele z Pilcha, że od początku wiemy o kogo chodzi, zwłaszcza, że obok tych rozdziałów poschukalowych, mamy niczym nieskrępowane fragmenty autobiograficzne pisane w pierwszej osobie.

Forma w jakiej Pilch podał nam „ Żółte światło” zdawała się być rozczarowaniem, zwłaszcza kiedy to sobie obiecywałem powieść fabularną z pilchowymi meandrami, a tu dostałem niemal same meandry, godne kilku co najmniej esejów, publikowanych w gazetach.  Kupione w tym samym czasie co „Widok z mojego boksu”, odłożyłem na później, z nadzieją smakowania prozy wyjątkowej, historii  niebanalnej z pilchową frazą, gdy tymczasem opowieść o pisarzu Arielu to przemycane pod obcym nazwiskiem wynurzenia samego pisarza, co w gruncie rzeczy nie jest wcale takie złe, ale nie tego się spodziewaliśmy i nie na to liczyłem najbardziej. Utyskiwania pozostawmy innym, bo przecież proza ta daje tak wiele przyjemności, do rozsmakowania się zwłaszcza miłośnikom Jerzego Pilcha, że pozostawia nas z marzeniami o czwartym dzienniku.

I są tu rzecz jasna fragmenty oszałamiające, smaczki i do rozmarzenia się i do wyobrażenia, choć blask żółtej poświaty, czytelnika w pewnym wieku zmusi do refleksji nad tym,  że wszystko płynie, ale choć o tym wiemy, to jednak taki pisarz jak Pilch, potrafi napisać o tym przejmująco.   Można się pasjonować opisanymi z werwą perypetiami ślubnymi pisarza, albo i nie, bo do końca nie wiemy czy Pilch opisuje własny ślub z czterdzieści lat młodszą kobietą, cz też jest to rodzaj prowokacji lub próba wzbudzenia zazdrości u młodszych kolegów po piórze, kiedy to mimochodem wspomina jak to podczas porannego dosiadania autora, chwytając się wiszącej nad łóżkiem półki, młodziutka kochanka wykrzykuje nazwiska pisarzy w lubieżnym szale; a Pilch jak wiemy jest mocno bezpruderyjnym autorem i motywy erotyczne wplata w swoje książki z przyjemnością, ku uciesze czytelników.  Ten lubieżny pisarz posiada także niewątpliwy talent raczenia nas momentami anegdotycznymi, jak ta z ostatniego rozdziału, pokazująca w jaki sposób Ariel czy też może sam Pilch powściągnął swoją manię oprawiania książek. W historię wplątany został sam Franz Kafka, więc warto doczytać do końca, zwłaszcza że tytułowy rozdział pozwala  najpełniej rozsmakować  się w tej prozie, a zakończenie z tym metafizycznym patrzeniem przez judasza na żółte światło na klatce schodowej   jest niepokojącym zamknięciem wszystkiego co nam pisarz chciał powiedzieć, zaczynając od rozdziału o samobójcach.

Pilch nie wspomina tu raczej o rzeczywistości politycznej w kraju, ale prawicowi komentatorzy i tak sarkają, czepiając się fragmentu, w którym pisarz napomknął jedynie o sparszywiałej doszczętnie Polsce, a trudno oczekiwać od sarkastycznej osobowości wiwatów nad „dobrą zmianą” – na szczęście Pilch zanurzył się we własnych myślach  i raczej sprawia sobie przyjemność  snując tę autobiograficzną dywagację, gdzie trudno odróżnić fikcję od biografii- najlepiej przyjąć, że wszystko to są wyznania najprawdziwsze , nawet wówczas, kiedy pisze: „ Ariel Poschukal pisał słabo, ale o pisaniu wiedział niejedno”  Bez trudu zdanie to do ust autora możemy włożyć, bo Pilch do siebie dystans mieć musi, a my niekoniecznie będziemy tu przytakiwać.

„Żółte światło” to jak piszą niektórzy gęsta proza, to w czystej postaci ten sam Pilch z Wisły, ten sam pijak z „Pod Mocnym Aniołem” i ten, który sięga stale w historie swojej rodziny, tym razem wywlekając wojenne losu ojca, przypominając te niełatwe relacje z nieżyjącym już  dwadzieścia lat ojcem.

Gdzie umiejscowić tę książkę, te wyznania autora już nie tylko pokątnej literatury erotycznej, ale pisarza ze świetnym dorobkiem, raczej kończącego swoją przygodę z literaturą, bo ja się zwierzył niedawno w radiu pisze właśnie książkę o pożegnaniu z Warszawą.

„Żółte światło to esencja pilchowskiej literatury to monolog wcale nie z lisiej jamy, to refleksje kogoś, kogo dobrze znamy i podziwiamy i którego pisania zawsze wyglądać będziemy z niecierpliwą nadzieją.

A może tu nie o sygnalizację świetlną chodzi, nie o ten przejściowy moment w podróży, a o ten metafizyczny moment , z który pisarz zostawia nas w ostatnim zdaniu książki? Ale o tym może zdecydować już sam czytelnik..

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzie się podziali ci wszyscy Żydzi, czyli rodzina Stramerów.

„Stramer” to chyba najgłośniejszy tytuł końca roku 2019, a czerwona okładka książki Mikołaja Łozińskiego, pojawiała się we wszystkich możliwych miejscach związanych z literaturą. I już to wszystko zdawało się lekko podejrzane, trochę na wyrost, jakby sugestie, wskazujące na konieczność przeczytania „Stramera”, budziły wątpliwości, które na nic się zdały, ponieważ będąc na targach książki w wielkiej Hali Stulecia, błądziłem między stoiskami szukając Wydawnictwa Literackiego, a dopchawszy się do lady z miejsca rzuciłem pytanie: czy jest Łoziński?. Rzecz jasna był i wtedy mogłem już wydostać się z zatłoczonej hali, po drodze jeszcze trafiwszy na przecenionego „ Czapkinsa”, którego odruchowo nabyłem, choć historia spod Nanga Parbat już dawno przestała fascynować.

Literacko wiedziałem, że będzie dobrze, gdyż „ Reisefieber”, którego przeczytałem parę lat temu  to gwarantował; obawiałem się jakiegoś napuszenia, poważnego opisu życia przedwojennego Tarnowa z okolicznościami, które doprowadziły ten świat do wiadomego końca. Łoziński jednakże rozczarował, przede wszystkim tym, że pozwolił się wciągnąć w tę rodzinną sagę, że dał bohaterów, którym podświadomie kibicujemy. Krótkie rozdziały mają imiona członków rodziny, od Nathana i Rywki poczynając a na malutkiej wnuczce Róży kończąc. Poznajemy losy żydowskiej rodziny, gnieżdżącej się w osiem osób w jednej izbie, w wynajętym pokoju na ulicy Goldhammera 20 w Tarnowie. Łoziński nie narzuca nam specjalnie jakiegoś wybujałego antysemityzmu tamtych czasów – on się rzecz jasna pojawia, ale jako raczej coś koniecznego, nieodłącznego w opisie międzywojennej rzeczywistości, a groźba Holocaustu tkwi raczej w świadomości czytelnika, a nie w głowach bohaterów,  i koniec jaki ich czeka nie przeszkadza autorowi w pokazaniu fascynującego folkloru tamtych czasów. Łoziński bardzo sumiennie przygotował się do pisania ”Stramera”, studiując  archiwa i literaturę, stąd opis egzystencji jego dziadka Salka Stramera oraz jego braci i sióstr wypada bardzo sugestywnie. Faszyzm i komunizm przeplatają się w przedwojennym Tarnowie, zabierając nas również do Krakowa a nawet na hiszpańską wojnę domową  To życie rodziny Stramerów śledzimy z uwagą i sympatią, przywiązując się do poszczególnych bohaterów, czy to do pięknej Reny, uwiedzionej przez polskiego adwokata, czy najmłodszego Nuska.

„Stramer” to historia rodzinna i można ją potraktować uniwersalnie, jak opis szczególnych więzów łączących wszystkich członków, jako ciepłą, cokolwiek to znaczy, oraz pełną humoru, jak to w życiu, opowieść o losach z zaginionego już czasu, którą należy odkopać i opisać , bo jeden utalentowany potomek mieszkańców  Goldhammera20 w Tarnowie, poczuł nagle konieczność zatroszczenia się o pamięć rodzinną, stąd wykorzystując swoją umiejętność opowiadania, przedstawił światu historię swojej żydowskiej rodziny, wiedząc, że jeśli zrobi to umiejętnie, to odniesie literacki sukces. Bo „Stramer” to  niewątpliwy sukces, a Mikołaj Łoziński pokazał jak to kiedyś żyliśmy wspólnie, ale głównie opisał zwyczajne życie rodzinne a całe to żydostwo jest jedynie pretekstem i smaczkiem historii uniwersalnej, która tutaj ma ten straszliwy koniec, o którym my czytelnicy od początku wiemy, a oni wszyscy Stramerowie nawet się nie domyślają, śpiąc w jednej izbie.  I tylko to gorzkie zakończenie i ostatnie myśli  Rywki, czekającej na śmierć w morzu, nad które obiecywał ją zabrać Nathan, a zamiast tego urodziła sześcioro dzieci, których losy po wielu latach odtworzył jej potomek, więc tylko te ostatnie strony dopowiadają to wszystko, czego się dmyślaliśmy.

Bo „Stramer” to jednak powieść nostalgiczna, naznaczona tęsknotą nie tyle za tamtymi ludźmi, co światem, ze swoimi kolorami i zapachami, za tą różnorodnością, od której teraz niektórzy się odżegnują, a przecież jakże ta jednakość bywa nudna i smutna – na szczęście czasem odnajdujemy w sobie jakieś zaginione geny i wtedy może się urodzić taka literatura jak „Stramer

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

The best of 2019.

To zawsze jest niezmiernie kuszące, żeby podsumować przeszłość i  ją uporządkować, wybrać tę jedyną a potem dopasować resztę książek przeczytanych przez minione 12 miesięcy, a ponieważ wcześniejszy rok okazał się  być życiowo do zapomnienia, to lektury wówczas zaliczone też jakoś odrzuciłem i nie wybrałem książki roku 2018.  W tym roku też jakoś bez szaleństw, ale jednak da się wybrać tę jedyną, najlepszą, subiektywnie książkę roku 2019. Oto moje zestawienie z założeniem, że tak naprawdę liczy się tylko zwyciężczyni, a pozostałe ustawiłem w mocno przypadkowej kolejności:

  1. Ale z naszymi umarłymi Jacek Dehnel
  2. Jacek biografia Jacka Kuronia Anna Bikont Helena Łuczywo
  3. Serotonina Michael Houellebecq
  4. Ostatni proces Kafki Benjamin Balint
  5. Nie ma Mariusz Szczygieł
  6. Ukryta sieć Jakub Szamałek
  7. Wada Robert Małecki
  8. Trzeci dziennik Jerzy Pilch
  9. Królestwo Szczepan Twardoch
  10. Tadeusz Kantor Krzysztof Pleśniarowicz

 

Zapewne nie przeczytałem wielu docenianych teraz przez innych pozycji, zawsze łapię się na ty, że jest cała masa książek, o których się mówi i które wszyscy polecają, ale grunt to nie ulegać presji i czytać jedynie to, sam uznam za wartościowe . We wszystkich zestawieniach dostrzegam jak bardzo krytycy ekscytują się „Stramerem” Łozińskiego – czytam właśnie i nie śmiałbym postawić jej na pierwszym miejscu, co poniektórzy uczynili. Jest jeszcze kilka zaległości, mogących zamieszać w tym zestawieniu, jak np. „ Żółte Światło” Pilcha czy „Listy miłosne i nie” Wojaczka… ale to już pojawi się w następnym zestawieniu.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Dodaj komentarz

Podróż w czasie.

Ile jest tych książek, do których obiecywaliśmy sobie kiedyś wrócić? Nieskończenie wiele, natomiast nie wiemy niestety jak to zrobić, co dobitnie podkreśla jeszcze ilość użytych w tym zdaniu słów z „nie”. Stanisław Dygat to autor, którego czytałem w takim przejściowym okresie między dzieciństwem a dorosłością, kiedy jeszcze nie wiadomo jaką literaturę będziemy cenić,  a na co wybrzydzać, zwłaszcza, że był to też czas Tołstoja, Manna czy Flauberta.  Dygat w tym towarzystwie był pewną odskocznią pośród napuszonych tonów czy finezyjnych stylistyk, Dygat był swój, żeby nie powiedzieć swojski, łatwy w przyswajaniu, ciekawy i na miarę oczekiwań.

A teraz wywleczony z jakichś zapomnianych czeluści, tych półek pod oknem, gdzie się chowa egzemplarze mało widowiskowe, jak ten, nie wiadomo jak zdobyty, zapewne w jakimś antykwariacie w szalonych latach osiemdziesiątych, albo na straganie ze starymi książkami. Podarta obwoluta i pożółkły, gruby papier przypominają bezlitośnie lektury z czasów bibliotecznych, gdzie nie było się czytelnikiem, który miał wyłączność na zaginanie kartek i brudzenie stron resztkami jedzenia, bo przecież w tamtych czasach czytało się z lubością podczas jedzenia. Nakład nie jest zbyt imponujący, bo cóż to było zaledwie dziesięć tysięcy egz. ale jeśli odkryjemy, że to już czwarte wydanie, a rok mamy 1963, to jednak domyślać się trzeba, że tych „Podróży” nadrukowano zapewne co najmniej ze sto tysięcy.

Dygat swoją książkę zadedykował Gustawowi Gottesmanowi i kto chce może sobie poszukać kim był ten pan GG, co też uczyniłem, ale nie o tym jest ten tekst.

Czy warto było wrócić do  Dygata? Na pewno warto tego autora polecić młodym czytelnikom, tym wszystkim zaczytującym się współczesną pulpą  literacką, dać posmakować tej ironicznej, z nutką romantyczności klasy pisarskiej w odrobinę staroświeckim stylu. W tych latach zaraz powojennych zaczytywano się nie tylko Dygatem ale jak pokazuje notka na obwolucie wydawano wówczas i Andrzejewskiego i Rudnickiego obok jest ”Pożegnanie z Marią” Borowskiego czy książka Jastruna „Piękna choroba”.

Zaczynamy czytać, jak autor, bo bardzo szybko przyznaje się, że to on osobiście, Stanisław Dygat, wyjeżdża rozczarowany z Rzymu i już te pierwsze zdania uświadamiają nas, że będzie to rzecz o rozczarowaniu właśnie o zawodzie i smutku egzystencji,. Do tego Dygat stosuje tu chwyt literacki polegający na tym, że raczy nas nie własną historią włoską, lecz przytacza relację napotkanego w warsie rodaka, niejakiego Henryka Szalaja, powracającego z Rzymu, gdzie udał się na zaproszenie brata, słynnego reżysera. Opowieść Szalaja jest opowieścią totalną, ponieważ dokładnie opisuje losy jego rodziny zaczynając od czasów przedwojennych, a więc dostajemy historię dzieciństwa bohatera  a następnie smutny epizod, kiedy poznaje on swoją żonę, co rzecz jasna w tej przesyconej goryczą opowieści  nie kończy się dobrze, jakby każda poznana wówczas przyszła żona musiała rozczarować w efekcie  tego Polaka malkontenta. Tak, Szalaj to marzyciel nieustannie tęskniący do  lepszego życia. Taki typ, który będzie obwiniał wszystkich za swoją banalność.  Tytułowa podróż do legendarnych Włoch może spełnić jego marzenia i dać choć na chwilę posmakować tego wszystkiego, co nie jest dane mieszkańcom za Żelazną Kurtyną. Jak się możemy domyślić i te mityczne Włochy okażą się jednym wielkim rozczarowaniem i nawet wymyślona przez Henryka  przygoda miłosna, zawodzi go na całej lini.

Ta rozpadająca się pożółkła książka jest powrotem do romantycznej przeszłości moich wczesnych lektur, ale przede wszystkim jest przykładem na bardzo polski  obraz inteligenta tamtych czasów oraz jakimś tam rozliczeniem romantycznych mrzonek człowieka, który wiecznie niezadowolony szuka czegoś czego sam nie potrafi zdefiniować, miotając się i narzekając na zmarnowane życie. Dygat nie stroni od filozofowania i dawania dobrych rad i to są najsłabsze momenty tej bardzo łatwej w czytaniu książki. Znajdziemy tu banalne pouczania i sentencje, ubrane w przemądrzałą retorykę – te fragmenty można opuszczać, jeśli tylko autor zaczyna się wymądrzać i wpadać w jakichś patetyczny ton, to najlepiej zignorować te wynurzenia, bo  i one mało dzisiejsze i mało inspirujące.

 

Czytanie dziś Dygata to romantyczny powrót do przeszłości i jeśli „Podróż” się spodoba, to szukając podobnych klimatów można zanurzyć się z lubością w „ Disneylandzie”czy w „Jeziorze Bodeńskim, choć ja akurat wolę filmową wersje tej ostatniej książki.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W końcu „Nie ma”

Książkę Szczygła dostałem w prezencie prawie dokładnie rok temu, przed tymi najgorszymi w życiu świętami Bożego Narodzenia i  pomyślałem wtedy, że pochłonę ją błyskawicznie, gdyż bardzo odpowiadał mi styl i ton „szczygłowych” opowieści, tych publikowanych w Dużym Formacie, od których zawsze zaczynam czytanie tego magazynu. Oczywiście mam za sobą „Gottland”, wysłuchany jako audiobook w tracie mojego pierwszego półmaratonu ślężańskiego. Z Mariuszem Szczygłem rozmawiałem tylko raz, kiedy to podczas targów książki w Hali Stulecia zapytałem go czy był ostatnio na lotnisku w Amsterdamie, gdzie wydawało mi się, że go mijałem. Zaprzeczył mówiąc, że często mu się zdarza, że ludzie go mylą z innymi, ale to dlatego, że ma tak pospolitą twarz; nieopatrznie czy też niegrzecznie przytaknąłem…

A więc „Nie ma” zostało szybko napoczęte, ale potem jakoś odsunąłem tę książkę, być może przez okoliczności życiowe, no i tę głębię refleksyjną, z którą trzeba się mierzyć czytając, a w moim przypadku, raczej nie chciałem dodatkowo rozmyślać o życiu, w którym „ nie ma” nie da się uniknąć.

Dopiero Nike wyrzuciła na wierzch ponownie ten egzemplarz i przypomniała o niedokończonym procesie. Zacząłem kibicować Mariuszowi, żeby po czytelnikach, docenili go też krytycy, co się udało i z prawdziwą satysfakcją śledziłem jak wzruszony autor odbiera nagrodę. Ta radość była wspólna wielu osobom, bo Mariusz Szczygieł jest generalnie lubiany i akceptowany jako człowiek i jako reporter, co widać np. w mediach społecznościowych.

Nie ma” jest zbiorem tekstów, gdzie dosięga nas refleksja ostateczna i czasem zbyt ciężka, żebyśmy chcieli ją analizować do końca – prędzej zatrzymam się w pół drogi zanim zrozumiem ostateczną prawdę, może zbyt okrutną, a może za banalną.  Tak właśnie próbowałem rozprawić się z myślą, która się do mnie przyczepiła, po przeczytaniu tekstu „Wybuch bomby czasu”, o sklepie po umarłych, który jest w Budapeszcie, gdzie zgromadzono przedmioty po ludziach, który odeszli, a są to ich rzeczy osobiste, nie tylko ubrania, ale np. zdjęcia czy listy Moja myśl po tym tekście była taka, że kompletnie nie potrafię sobie wyobrazić, co stanie się z moją kolekcją książek, po tym jak już nie będę w stanie czytać, czyli wiadomo kiedy…  Niepokoje myślowe po „Nie ma” nie są niczym szczególnym, bo każdy myśli czasem o tym, co zainspirowało Szczygła do pisania, kiedy w pewnym wieku pomyślał, że nie jest nieśmiertelny. I książka zaczyna się listą umarłych, którym chciał kiedyś sprezentować książkę.

Trzeba się bronić przed myślą, że to jest książka o nieubłaganej śmierci. Nie ma to może raczej wyznanie, że nie ma Boga? Ale z tym to autor by się nie chciał zgodzić, choć gdzie był On, kiedy matka katowała swoje dziecko, o czym jest zamieszczony tutaj reportaż, który przyniósł  Szczygłowi szereg nagród i stanowił inspirację do zebrania kolejnych tekstów w jeden tom.

Reportersko Szczygieł  jest nienaganny, ale wolę jak przez konkretny temat pisze o sobie, bo taki styl opowieści przemawia do mnie najbardziej i tak bym sam pisał, gdyby to robił zawodowo.

Kiedy Szczygieł odbierał Nike, mało kto spodziewał się, że tydzień później spadnie na nas ten Nobel  dla Olgi Tokarczuk. To przebąkiwanie od kilku lat o tym, ż jest kandydatką do tej nagrody, nie traktowałem poważnie, podobnie jak wieści, że kolejnym poetą po Miłoszu i Szymborskiej będzie Zagajewski;   Czy kiedyś dopadnie mnie ta jej proza, czy będę czytał Tokarczuk z przyjemnością, czy skończy się podobnie jak z Myśliwskim, który wielkim pisarzem jest, ale nie potrafię go czytać. Nie popełnię tej zbrodni, do której przyłoży się teraz chmara czytelników, którzy postanowią „zmęczyć” „Księgi Jakubowe” za wszelką cenę, tak jak kiedyś robiło się z „ Ulissesem” Joyce’a; (co ciekawe ja przeczytałem Ulissesa z prawdziwą przyjemnością).

W ”Nie ma” Mariusz Szczygieł podaje nam prostymi środkami opowieści reporterskie  dotykając naszej wrażliwości na losy jednostek, bo właśnie osoba jest tu najważniejsza, a nie np. opisywana willa w Pradze, dom o oryginalnym wystroju dokładnie sportretowany, a przecież tak bardzo związany z właścicielami i ich tragicznymi losami. Bo czytanie Szczygła to taka podróż jak słuchanie tragicznego głosu Morrisseya i całej płyty „Strangeways, Here We Come”  Ma się wrażenie, że obcujemy z czymś wyjątkowym,  a jednocześnie jest to jakieś smutne i tragiczne, jakby przypominało nam wciąż”: Memento Mori.

W książce jest tyle przesłań i prawd, że możemy czasem poczuć przesyt, ale przecież warto to przeżyć, choć „Nie ma” nie jest łatwą lekturką, bo nagle czytamy: „… do tych słów, które robią więcej szkody niż pożytku, czyli „nigdy” i zawsze” dodałbym również słowo „Bóg”.

Tak więc doczytałem dziś  „Nie ma” do końca, mierząc się nie tylko z myślą o losach moich książek, które mój syn sprzeda, prawdopodobnie w całości ( jest taka księgarnia, antykwariat Tezeusz i oni przyjeżdżają i skupują całe księgozbiory), ale również o zamieszczonym prawie na końcu tym okrutnym reportażu: „Śliczny i posłuszny”, którego zresztą  pamiętam jak ukazał się w gazecie sześć lat temu. I robi to wrażenie jako perfekcyjnie skonstruowana opowieść z tym pytaniem na koniec, czy warto było dzieciobójczynię karać powtórnie i czy autor poradził sobie z tym dylematem, że spowodował przypomnienie tej zbrodni i napiętnowanie kobiety, która mimo to, że zakatowała własne dziecko to dostała pracę w oświacie.

Reportaże o prawdach ostatecznych, ale podane umiejętnie i z klasą, przy dobrym warsztacie Szczygła sprawiają, że „Nie ma” odniosło kolosalny sukces czytelniczy, a każda następna jego książka  spotka się z życzliwym przyjęciem, bo jakby nie patrzeć,               słowem, które może dobrze określić Mariusza Szczygła jest: „życzliwy”, co chyba jest komplementem dla człowieka, ale także dla pisarza może być źródłem satysfakcji.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

W imię natury

Jędrzej Pasierski, prawnik, który zajmował się zawodowo ochroną środowiska, zbudował swoją najnowszą książkę na zagadnieniach, które ostatnio stały się niezmiernie aktualnymi i niejednemu spędzają sen z powiek, kiedy zaczyna rozważać scenariusze zagłady środowiska. Spotkamy w tym zręcznie podanym kryminale zarówno problemy z energią pozyskiwaną niekonwencjonalnie a nade wszystko poznamy organizacje zajmujące się walką z niszczeniem środowiska, ich niepewny byt związany z  finansowaniem opartym głównie na kaprysach możnych.

„W imię natury”to trzymająca w napięciu przygoda, o  której można napisać wiele dobrego, tymczasem na początku chciałbym wyrzucić z siebie to wszystko, co mnie w tym kryminale irytowało.

Po pierwsze bohater nie jest postacią, którą polubimy; Mateusz Chabrowski przez wielu zwany pieszczotliwie Mati, jest dosyć mdłą postacią i choć zmuszony jest walczyć na śmierć  życie, to jednak jakoś słabo mu kibicowałem, dosyć obojętny na jego przeżycia.  Co sądzić o facecie, który zdaje się wciąż użalać nad swoim losem – rezygnuje z wykańczającej go pracy w korporacji na rzecz własnej fundacji związanej z ochroną środowiska. Koncentruje się na zdobywaniu funduszy dla swojej firmy a jednocześnie skupia się na rodzinie, czyli żonie, która jest malarką oraz dwójce dzieci. Od zaginięcia żony rozpoczyna się ciąg  sensacyjnych wydarzeń w jego poukładanym i dostatnim życiu.   No i tutaj mi zgrzyta, bo nasz Mati tak naprawdę nic nie wie o swojej żonie, którą poznał w dalekiej Brazylii i z miejsca poślubił, nie znając jej przeszłości, a nawet rodziny – oczywiście może się tak zdarzyć, że poznacie kobietę swojego życia i nigdy nie dowiecie się, czy ma ta naprawdę tylko jedno dziecko i czy wszystko co opowiada jest prawdą? Mateusz Chabrowski po zaginięciu żony musi zająć się dziećmi i odkrywa kim jest w rzeczywistości jego żona i  jaką tajemnicę skrywała.

A więc nie polubiłem bohatera, który jest jakoś mało  przekonywujący. Autor  nie prowadzi swej opowieści  przyjaźnie dla czytelnika –najpierw Mati opowiada swoją historię w pierwszej osobie, ale potem dostajemy wątek płatnego zabójcy Żeni, który zdradza nam, co doprowadziło go do sytuacji, w której musi podejmować się kryminalnych zadań dla wynajmujących go osobników; wreszcie sama zaginiona żona Chabrowskiego relacjonuje swoje przejścia i nie skupia się tylko na teraźniejszości, ale opowiada nam też o sprawie morderstwa z przeszłości, które teraz wypełzło i rozwaliło życie nie tylko jej ale całej rodziny. To mi przeszkadzało, narracja z kilku źródeł, zaburzała linearność historii a do tego wyczyny tego superbohatera-Mateusza, którego nie podejrzewalibyśmy o to wszystko do czego był zdolny  u Pasierskiego.

Wydarzenia i akcja, choć zaburzana retrospekcjami, mknie żwawo i choć jest to dosyć przewidywalne, to jednak czyta się przyjemnie. Od początku wiemy, że wszystko musi się dobrze skończyć, ale ten sielankowy finał trochę mi zgrzyta; autor mógł pokusić się o bardziej przewrotne zakończenie. Nasz Mati zdaje się nie wyciągnie żadnych wniosków z tej historii i oprócz zyskania uznania w oczach nastoletniej córki, która wcześniej nim gardziła, pozostanie biernym uczestnikiem gry, którą zafundowała mu żona. Jedynym plusem może być uratowanie fundacji, której funkcjonowanie przynosi tyle dobrego dla środowiska.  Chabrowski jest bezgranicznie zapatrzony w swoją żonę, choć prawda, która wyszła przy okazji, wskazuje, że jest to kobieta zdolna do wszystkiego i słabo pasująca do swojego przeciętnego małżonka.

Zdaje się, co widać po ich wzajemnych stosunkach, że Chabrowski będzie miał trzy światy w przyszłości ze swoją córką, z którą Mateusz nieudolnie próbuje nawiązać jakieś relacje, ale nie bardzo mu wychodzi nawet przekonanie jej do muzyki Dawida Bowiego.

Intryga kryminału jest mocno zagmatwana i wymaga od autora wielu zwrotów akcji i niespodziewanych wyborów, choć wszyscy miłośnicy klasycznych powieści sensacyjnych wiedzą, ż prześladowany bohater zawsze trafia albo do swojego największego wroga, który nieomieszka zaoferować mu swą pomoc, albo do współpracowniczki, która jest zawsze gotowa na każde poświęcenie; tutaj te scenariusze się realizują  i jedyne czego  zabrakło, to romansu i zdrady, którą poszującemu tajemniczej żony byśmy z miejsca wybaczyli.

Historia właściciela fundacji W imię natury  wtopiona jest w funkcjonowanie tejże fundacji i przy okazji poznajemy problemy z finansowaniem takiej działalności, a także spotykamy zagadnienia, którymi się zajmuje, czyli zastępowanie elektrowni węglowych wiatrowymi.   Dotykamy tu pytań rodzaju, czy władza popiera likwidowanie zatruwających powietrze węglówek i czy społeczeństwo jest za ekologią, czy raczej woli tradycyjny przemysł energetyczny.

Zapewne można odnaleźć w książce nawiązania do naszej krajowej rzeczywistości i w pojawiających się tu postaciach prominentnych biznesmenów rozpoznać  cele brytów z czołówki najbogatszych Polaków, choć ja nie potrafiłem, to jednak bardziej obeznani zapewne dobrze sobie przyporządkują te postaci.

Pasierski odstawił tym razem podkomisarz  Ninę Warwiołow , a szkoda, bo wniosłaby zapewne trochę więcej życia w postępowanie dwójki policjantów, którzy zamiast pomagać Chabrowskiemu wikłają się w jego historię, a finałowe sceny z udziałem Listka wymagały nie lada błyskotliwości z mojej strony, żeby pojąć co się właściwie wydarzyło i na czym polega happy end w ogólnym zamieszaniu.Łudząc się , że Nina jednak będzie bohaterką kolejnej opowieści Pasierskiego, ze spokojnym sumieniem mogę polecić wszystkim „W imię  natury”, jako krwisty kryminał, w którym czasem główna akcja jest tylko pretekstem do wywleczenia na światło dzienne innych problemów i to nie zawsze świata, ale może też i czytelników?

Dziękuję wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Pokuta Kańtoch

Kończąc czytanie  „Pokuty” Anny Kańtoch, zastanawiałem się obsesyjnie, gdzie autorka popełniła błąd i z czym sobie nie poradziła, oddając czytelnikom kryminał, który nie potrafi poruszyć w nas emocji. Pisarka, której „Wiara” spodobała mi się na tyle, że wiedziałem, że kolejne jej kryminały przeczytam z radością i nadzieją na dobrą przygodę, tym razem zabrnęła w ślepy zaułek, ofiarowując nam produkt, z którego nawet sama nie może być zadowolona. Zanim zacznę się znęcać i wyliczać minusy tej opowieści,  napiszę dlaczego jednak „Pokuta” ma w sobie jakiś urok, który zapewne wielu skusi. Kańtoch konsekwentnie cofa się w czasie ze swoimi opowieściami:

„ Wiara”, to powrót do bezpłciowych lat osiemdziesiątych,  a w „Łasce” cofaliśmy się nawet do roku 1955. Tym razem autorka dokładnie podaje dzień oraz godzinę, w której rozgrywają się wydarzenia, a więc wrzesień i listopad roku 1986. Czytelnik mógłby siłą woli  wrócić pamięcią do tych dni, ale tak naprawdę to wówczas bardzo mało wydarzeń mogło wyrwać nas z marazmu, w którym tkwiliśmy. We wrześniu podrożała wódka, a dla równowagi można było się wybrać na „CK Dezerterów” – pamiętam ten seans w kinie „Warszawa, który miał na celu zabić weekendową nudę – siedziałem obok  entuzjastycznie nastawionego Wietnamczyka, którego film niezwykle śmieszył, podczas kiedy mnie nie bardzo. Politycznie był to czas, kiedy Aleksander Krawczuk został ministrem kultury. Kańtoch wprowadza nas raczej w codzienność pospolitych obywateli malej miejscowości nadmorskiej i raczej przeczytamy o brakach aprowizacyjnych niż o zmianach politycznych.  A więc nutka sentymentu za dawnymi latami, kiedy jeszcze byliśmy młodzi i przywrócenie tego klimatu , jaki panuje w miejscowości turystycznej poza sezonem, może nam się spodobać, Anna Kańtoch potrafi pisać zajmująco i nie spotkamy tu fragmentów z nudnymi opisami przyrody, a raczej autorka będzie starała się oddać  jałową atmosferę  mieściny, w której  nic poza deszczem, nie może się przydarzyć. Do tego nudnego krajobrazu, dopasowała nam pisarka bohaterów. I tutaj niestety pierwszy zgrzyt dla czytelnika. Starszy sierżant Krzysztof  Igielski jest postacią mdłą i nie daje się do niego przywiązać ani nawet go polubić. Od pięciu lat pracuje w Przeradowie i jedyne na czym się zna, to rodzaje deszczu, który umila dni służby milicyjnej sierżanta , stąd nie dziwimy się wcale, że zostawiła go żona, którą nieustannie wspomina, nie będąc nawet zdolnym do flirtowania z napotykanymi w trakcie śledztwa paniami.

Igielski prowadzi śledztwo w sprawie zamordowanej młodej dziewczyny i choć milicja ma już sprawcę, to jednak kiedy w listopadową   noc  zjawia się  niczym duch niejaki Kowalski, przyznając się do tej zbrodni, wszystko zdaje się zapowiadać zagmatwaną intrygę, zwłaszcza, że Kowalski twierdzi, że zabija dziewczyny od lat, a ta ostatnia Regina Wieczorek jest jego kolejną ofiarą. Początek zapowiada śledztwo na tyle intrygujące, że potem w miarę przewracania kolejnych stron narasta w nas zniecierpliwienie.  I żeby chociaż ten Igielski okazał się bardziej interesującym gliną, żeby może miał jakieś poglądy na rzeczywistość polityczną w kraju. Albo okazał się dziwkarzem uwodzącym podstarzałe i rozczarowane życiem przesłuchiwane panie – niestety jest mdłym, szarym i nudnym  milicjantem z pustą lodówką i nieistniejącymi pasjami.

Czytelniczki odnajdą być może ukojenie w losach nastoletniej Poli, której zmagania z własną cielesnością, przeplatają się z konfliktami z zaborczą matką. Tych dwoje bohaterów próbuje rozwikłać zagadkę śmierci dziewczyny. Do tego pojawia się szereg postaci drugoplanowych z bardzo tajemniczą Szwedką na czele. Dostajemy historię, która zagęszcza się w miarę czytania i nie sądzę, żeby ktokolwiek miał pomysł jakie może być rozwiązanie tej zagadki- kiedy na ostatnich stronach  dostajemy wyjaśnienie intrygi, autorka jest w stanie wmówić nam  wszystko. Nawet tytułowa pokuta wydaje nam się mało przekonywującym wyjaśnieniem historii.

Niewątpliwie  jest tu jakiś neurotyczny urok opowieści z mordowanymi regularnie co siedem lat dziewczynami, ale Kańtoch nie zdołała tej historii doprawić czymś, co stanowiłoby o sile opowiadania. Brak tu pieprzu,  czy czegoś co uatrakcyjniłoby tę zagmatwaną powieść. Anna Kańtoch powróci z nowymi kryminałami, ale zapewne zacznie nas przyzwyczajać do swoich nowych postaci i zagwarantuje ciągłość tych samych detektywów – na szczęście nie będzie to sierżant Igielski, który przez swoją bezpłciowość, pomimo rozwiązania tej karkołomnej zagadki z dziewczynami,, zostaje przeniesiony na podrzędną placówkę i Kańtoch zapewne już o nim zapomniała.

„Łaska” „Wiara” i „Pokuta” układają się tytułami w taki ciąg katolicki, jakby autorka próbowała stworzyć cykl opowieści, gdzie kościół i religia decydują o postępowaniu bohaterów. W tym ostatnim przypadku religijność może stanowić o losach niektórych mieszkańców Przeradowa, ale raczej nie determinuje losów głównych postaci. Tytuł jest nośny i ładnie się układa z poprzednimi kryminałami autorki.

„Pokuta” pomimo rozczarowania, nie zniechęciła mnie do prozy Anny Kańtoch – nadal będę wyczekiwał na obiecany nowy cykl , który pisarka zapowiedziała, zwłaszcza, że akcja ma toczyć się w Katowicach, a jest to z pewnością miejsce, gdzie dużo może się wydarzyć, zwłaszcza w okolicach dworca PKP albo na deptaku ku niemu prowadzącym, gdzie można kupić stare kryminały.  Przyglądając się autorce, mam nieodparte wrażenie, że trochę własnych doświadczeń, pożyczyła Poli, czyli dziewczynie  zagubionej w przeradowskiej, zaściankowej rzeczywistości i pisząc o dziewczynach pragnących wyrwać się z pozbawionych przyszłości opłotków nadmorskich lat osiemdziesiątych doskonale wczuwała się w ich wyobrażenia. Czyżby Kańtoch  zaczęła pisać, żeby czymś się wyróżnić?- odniosła sukces, w odróżnieniu od powieściowej Poli, która lubi rysować, ale brakuje jej siły, żeby powalczyć o siebie, a nie tylko buntować się przy użyciu żyletki, którą nacina sobie nadgarstki. Szkoda, że Kańtoch nie skupiła się bardziej na tej postaci i nie dostaliśmy więcej dramatycznych przygód węszącej Poli- pikantnie byłoby ją zabić w finale, bo przecież na to się zanosiło, ale pisarce zabrakło odwagi, żeby wykończyć dziewczynę. Można tez było załatwić tego mdłego starszego sierżanta i zakończyć książkę  niejednoznacznym finałem. I właśnie przez ten brak odwagi, „Pokuta” zostawia niedosyt, co nie przeszkadza, żeby będąc w Jastrzębiej Górze  po sezonie, wyobrazić sobie, że gdzieś w pobliskim lasku można się natknąć na zwłoki nastolatki.

Kańtoch wymyśliła całą tę intrygę będąc na Islandii. Mam nadzieję, że nowe kryminały autorki przyniosą zarówno pełnokrwistego bohatera i rzeczywistość, w której każdy odnajdzie coś dla siebie,

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania książki.

 

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Ale z naszymi umarłymi. Jacek Dehnel

Jacek Dehnel oparł swoją powieść na bardzo modnym ostatnio motywie „zombie”. Kim są ci nie do końca umarli ludzie, żywiący się ludzkim mięsem i wyżerający nam mózgi? Po lekturze Dehnela dostrzegamy, jak bardzo to konsumowanie mózgów jest niebezpieczne dla wszystkich bez wyjątku.

Zombie to „żywe trupy”, wywodzące się z voodoo i wcielone do masowej kultury głównie przez film Romera „Noc żywych trupów, a także np. przez gry komputerowe Resident Evil.

Pomysł Dehnela sprowadza się do tego, że pewnego dnia polscy umarli postanawiają wyleźć ze swoich grobów. O  dziwo, wyłażą tylko nasi rodacy i co ciekawe, jeśli już zaczynają kąsać, to gryzą obcokrajowców, którzy następnie według reguły, zmieniają się w zombiaków, ale, są to już zombie polskie. Wiadomo o co chodzi, Dehnelowi – Polacy, jako naród wybitnie nietolerancyjny i rasistowski, chcieliby podświadomie, żeby nie było obcych i innych wokół, stąd nasze polskie zombie, mają za zadanie cały świat zamienić w Polskę, co udaje im się wyśmienicie. Najoryginalniej wygląda tu pomysł, polegający na tym, że z grobu wstają również, a może przede wszystkim, nasi waleczni wodzowie i królowie, udając się w swoje zombiastyczne misje: Sobieski rzecz jasna na Turków kąsanie, Jagiełło, generał  Berling i Bolesław  Chrobry na Niemców, Batory i Kościuszko na Rosję, w tym samym kierunku pędzi na nadgniłej kasztance  Marszałek Piłsudski, po drodze zakąsił w Wilnie, żeby odebrać z rąk matki swoje serce; Nie może także zabraknąć Romana Dmowskiego, który zgodnie ze swoimi przekonaniami, pogryzie w Izraelu. W kraju panuje euforia, bo wreszcie wszędzie będzie Polska ,a o to przecież naszym prawdziwym patriotom chodzi. Te zombie, które zostały w kraju, zdają się być nastawione pacyfistycznie i media z pogardą donoszą że np. powstali z martwych Skamandryci próbują odzyskać swój stolik w nieistniejącej kawiarni pod Picadorem. Wszystko to oczywiście czyta się z uśmiechem i tutaj autor mógł fantazjować do woli i bawić nas jeszcze oryginalniej, ale przecież nie o to chodzi. Dehnel przestrzega tych wszystkich przekonanych o naszej wyjątkowości, pokazując, że w końcu te nasze poczciwe trupy, dobiorą się również do nas, a wtedy to już musi się zakończyć końcem świata.

Te trupie przygody pokazane są oczami mieszkańców krakowskiej kamienicy.  Próbujący się ratować przedstawiciele różnych grup społecznych, wśród których nie brakuje pary gejów ,trafiają do klasztoru na Jasnej Górze, przekonani, że cudowny obraz Matki Boskiej może ich obronić przed pokąsaniem. Co na to ksiądz Kordecki, przekonają się wszyscy ci, którzy doczytają do końca.

Tytuł książki Jacek Dehnel zaczerpnął z wydanej przez Znak książki Marii JanionDo Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi”. Janion pokazuje w niej zmiany w mentalności Polaków, po odzyskaniu niepodległości w roku 1989.  Pisarka skupiła się głównie na Żydach, ale w przypadku książki Dehnela, ten tytuł zdaje się być jak najbardziej trafiony.  Spróbujmy sobie wyobrazić wszystkie nasze narodowe przywary, wywleczone przez zombich na cały świat i brak jakiegokolwiek punktu odniesienia, w postaci refleksji: „co by na to powiedział  Niemiec albo Rumun”? Dookoła sami Polacy i wszędzie  biało –czerwone flagi, plaże z parawanami i białe skarpety do sandałów. Nie sięgam tą refleksją za daleko, bo kiedy cały świat byłby polski, to trzeba by wrogów wyznaczyć wśród swoich, co zresztą nawet bez udziału żywych trupów realizuje się w naszym zaścianku, na całe szczęście  jeszcze odgrodzonym od reszty.

Jeśli spróbujemy potraktować książkę Dehnela jak dowcipną próbę pożartowania sobie z naszych ułomności, to czytając, będziemy wymyślać kolejne warianty losów zmartwychwstałych przodków, co dla obeznanych z historią rodaków, może stać się doskonałą rozrywką; można też spróbować zastanowić się do czego te nasze narodowe fobie prowadzą nas tu i teraz. Nie gryziemy jeszcze obcych zbyt nachalnie, choć są i tacy, którzy nie używają zębów lecz pięści. Obcy dla Polaka –Patrioty, to źródło  wszelkiego zła, więc najlepiej jeśli po naszej świętej ziemi będą chodzić jedynie biali chrześcijanie mówiący po polsku.

Bohaterowie z krakowskiej kamienicy, na pozór normalni, reprezentują bardzo dobrze naszych rodaków z ich życiowymi rozterkami i poglądami. Tragiczny los narodu wybranego dotyka ich stosunkowo łagodnie, dopiero w ostatniej fazie zmuszając do walki o przetrwanie, wśród ogólnoświatowego spolszczenia wszystkiego. Dzięki temu autor ma szansę przypatrzeć się z bliska parze sympatycznych gejów, wymyślić im życie i uczucia- gdyby nie te powstałe z grobów trupy, dostalibyśmy sympatyczną powieść obyczajową, gdzie pani Lola uczęszcza na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a nastoletnia Kamila w swojej homofobii tworzy wlepki z gejowskiej pornografii i nie może już znieść ciągle kłócących się rodziców, a mieszkający w suterenie kaleka, pan Włodek lubuje się w swojej samotności.

Zombie nazywane są u nas antenatami  i dopóki stanowią atrakcję turystyczną nic nie zapowiada dramatycznych wypadków. Jedyne co nas może uratować to fakt, że nie będziemy przez innych traktowani poważnie- rezerwat Polska należy ogrodzić szczelnie i czuwać, żeby te przywary czyli „zombie”, nie wypełzły zaraźliwie na zewnątrz Zresztą świat może zastosować taktykę polegającą na tym, że pozwoli nam się nawzajem pozagryzać i wtedy zupełnie bez żadnych strat nasza cywilizacja przetrwa.

Jak wygląda szarża zombiaków, wszyscy spragnieni efektów wizualnych, mogą zobaczyć w kinie, wybierając się na najnowszy film Jima Jarmuscha The Dead Don’t Die”,co  bardzo dobrze udowadnia, że korzystając z motywu zombie, można dzisiaj działać na wielu polach. A przecież już nieodżałowana Dolores wykorzystała ich w swoim protest songu, śpiewając cała pomalowana złotą farbą,  w proteście po zabiciu przez IRA w bombowym zamachu dwojga dzieciaków w Cheshire, w 1993 roku.

Jak widać zombie, pomimo dosyć odrażającego wyglądu, spełniają w pop kulturze ważną rolę i z pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Harry Hole, lepiej na siebie uważaj

To już dwunasty raz śledziłem losy Harrego Hole, chyba najbardziej ulubionego bohatera, kryminalnych serii powieściowych. ( kiedyś wydawało mi się, że jest nim Kurt Wallander z cyklu Mankella, ale ostatecznie ten zdziadziały policjant, którego zawsze w finale książki ogrywał dynamiczny przestępca, a bohaterski Szwed orientował się, że albo zgubił telefon, albo zapomniał broni,więc szybkom straciłem do Wallandera cierpliwość ).  „Nóż” wydaje się pożegnaniem, choć Nesbo sprawnie zawiesił akcję na końcu książki,  dając nadzieję, że jednak odnajdziemy jeszcze swojego ulubieńca, choć z pewnością nie odbędzie  się to w przyjemnych okolicznościach.

 

Ciężko jest pisać o tym co znajdziemy w tej książce bez zdradzania szczegółów, które pozbawią przyjemności ambitnego czytelnika ale np. ja zawsze lubiłem, jeśli ktoś wcześniej zdradzał mi niektóre szczegóły akcji.

Trochę spoilerów będzie więc, ale postaram się ograniczać.  Jak pamiętamy, Nesbo w każdym swoim  kryminale stawia przed Harrym olbrzymie wyzwania, a to narażając jego najbiższych na wszelakie niebezpieczeństwa,   a to wybierając morderców wśród osób, co do których mamy przekonanie, że z ich strony nie grozi nikomu żadna krzywda.  Tym razem zdaje się, autor lekko przesadził. Przede wszystkim zabił Rakel, największą miłość Harrego, a do tego stopniowo upewnia czytelnika, a przy okazji samego policjanta, że czynu tego dokonał on sam. Jak widać Nesbo wlecze nas po bandzie, wskazując środkowym palcem, że nie będzie to prosta opowieść, a nasza przygoda z wysokim policjantem z Oslo, dobiega końca, bo Harry już się z tego wszystkiego nie wygrzebie. I to właśnie uczucie rozgoryczenia towarzyszy nam od samego początku, a przecież jeśli jesteśmy odrobinę nawet empatyczni w stosunku do bohatera, to czując to co on, zaczynamy złorzeczyć Jo Nesbo.  Tak więc dla miłośników twórczości Norwega, nie jest to lektura łatwa, natomiast  dla debiutantów jest to nie lada gratka.

Jak widać podstęp Nesbo opiera się na takiej zasadzie, że zabije to co bohater najbardziej kocha, a potem wmówi mu, że to on jest wszystkiemu winien.  Granie na emocjach czytelnika to podstawowa zasada pisarstwa  Nesbo i stąd zapewne niebywały sukces jego powieści, a „ Nóż” to bardzo sprawnie poprowadzona intryga, wciągająca każdego, zwłaszcza jeśli wcześniej nie przyzwyczaił się do wyskoków Harrego, a zwłaszcza do jego pijaństwa. Nie rozumiem tylko po co na samym początku próbuje wszystko zagmatwać, jakimiś wynurzeniami staruszka ze sklepu myśliwskiego, żeby opisać i uzasadnić dlaczego ludzie montują kamery leśne. Staruszek widzi to co wydarzy się później a my zostajemy z tymi wizjami, jak przysłowiowy Himilsbach z angielskim.

Nie napiszę na szczęście, jak to się wszystko skończy, choć można się domyślić, że jakoś tam wracamy do początków  kariery Harrego, a nasz wredny autor postara się następnym razem wysłać  Holego w takie przygody, o których nie śniło się nawet największym pasjonatom jego twórczości.

Wszystkie tomy przygód Harrego Hole, wyglądają efektownie na półce, wzbogacone jeszcze kilkoma kryminałami, w których Jo Nesbo nie skorzystał z postaci dzielnego policjanta, więc zawsze można rozpocząć wszystko od nowa sięgając po „ Karaluchy” albo „Człowieka nietoperza”, czego wszystkim debiutantom szczerze zazdroszczę.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Serotonina dla wszystkich

Żółta okładka najnowszej powieści Huellebecqa stała się symbolem, prawie fetyszem dla wielu czytelników, którzy zakup „Serotoniny traktowali jako swoisty przymus przynależności do tej intelektualnej kasty, która przez fakt czytania Huellebecqa manifestowała swój snobizm i przeświadczenie, że wiemy i rozumiemy więcej z dzisiejszego świata niż reszta zatopiona w marazmie zachodniej kultury.

Tymczasem ta powieść niczym praktycznie nie różni się od wcześniejszych produkcji poczytnego Francuza.   Czytanie jego książek to znęcanie się nad typowym przedstawicielem Europy, zanurzonym w konsumpcjonizmie. Niestety dla bohatera Huellebecqa, jest on wyposażony w dosyć przenikliwą inteligencję, podobnie jak pisarz zresztą i z łatwością przychodzi nam wyobrażać sobie, że Florent-Claude Labrouste to sam Michael, absolwent agronomii, podobnie jak niżej podpisany. Dzięki swojej pracy dla ministerstwa rolnictwa zarobił sporo kasy i dzięki temu może oddać się abnegacji, piciu drogich alkoholi, czy zakupowi mercedesa G 350 V6 turbodiesel i wakacjom w Hiszpanii.  Do tego żyje z perwersyjną Japonką i przychodzi nam się zastanowić czego bardziej mu zazdrościmy, dobrze płatnej roboty czy może apartamentu na 29 piętrze wieżowca. Szybko jednak dochodzimy do wniosku, że ten koleś ma generalnie przesrane, ponieważ jego depresja  eliminuje wszystkie przyjemności  wynikające z faktu posiadania-   Florent-Claude jest nieszczęśliwy i wspomina swoje miłości, które zaprzepaścił, stąd niektórzy sądzą, że ta książka to pochwała miłości , a wszystkie nieszczęścia bohatera biorą się z faktu, że zmarnował szansę jaką miał z dziewczyną, którą autentycznie kochał. Będąc w głębokiej depresji ratuje się Captorixem, antydepresantem nowej generacji, który w sztuczny sposób powoduje wydzielanie serotoniny. A czym jest tytułowa serotonina? TO neurohormon odpowiedzialny  za poczucie akceptacji w stadzie i szacunek do samego siebie. Nawet ameby mają takie potrzeby i bohater musi się ratować lekami, które niestety powodują skutki uboczne w postaci impotencji.

Czytanie tej książki wzbudza w nas stopniowo irytację na tego dupka  Florenta, który mając tyle, ile my nie będziemy mieć nigdy, dąży ze swoim  życiem do zatracenia, zostawia wyuzdaną Japonkę i mieszkanie, przenosi się do hoteli i postanawia odwiedzić miejsca związane z młodością, a w końcu dociera nawet do kobiety, z którą mógł się kiedyś związać.

Książki Huellebecqa to doskonałe przewodniki dla różnego rodzaju koneserów – podaje nazwy restauracji gdzie można świetnie zjeść, opisuje turystyczne atrakcje miejscowości, a szczytem perwersji są fragmenty, gdzie stara się znaleźć hotele z pokojami dla palących. Jego depresja zdaje się nam czymś czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, to kaprys rozpieszczonego egoisty, ale z drugiej strony patrzymy na ten wybujały kapitalizm, który niejako uświadamia nam, że bez jakichś wyższych wartości ten świat jest martwy  niczym  Florent, którego jedyną radością staje się strzelanie z karabinu, co mało brakowało a doprowadziłoby go do morderstwa.  Houellebecq uświadamia nam jak może skończyć się  ten niedostatek w nas serotoniny. Przy okazji dostajemy problemy francuskiego rolnictwa, które przez  konkurencję z tańszymi produktami z  Bułgarii, Mołdawii czy Argentyny, nie ma szans na przetrwanie. A więc wolny handel to katastrofa, więc w czym ratunek? Wszyscy w swoich recenzjach omijają ten końcowy fragment, chcąc oszczędzić czytelnikowi wyjawienie sekretu, którym pisarz zaskakuje , albo świadomie prowokuje pisząc w ostatnich zdaniach o Bogu i o tym, że Bóg się nami nieustannie zajmuje i myśli o nas. I żeby było wszystko jasne do końca, nie chodzi mu tu o jakiegoś uniwersalnego boga ale konkretnie o tego chrześcijańskiego właśnie…

Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością, głównie dla tych fragmentów, gdzie pisarz prezentuje swoje przemyślenia na przeróżne sprawy: od opinii na temat przereklamowanego „ głębokiego gardła” czy różnic w przeżywaniu miłości przez mężczyznę i kobietę, mianowicie kobieta stwarza wówczas cały świat, poświęca się całkowicie, podczas gdy facet ma w sobie więcej rezerwy. Niby racja, tylko dlaczego facet dostaje szału, kiedy umówił się na telefon z ukochaną, a ona po prostu o tym zapomniała? Huellebecq jest dowcipny i zabawny w swojej analizie społeczeństwa np.pisząc: „ co socjaldemokracja ma do zaoferowania, oczywiście nic, jedynie trwałość nieobecności i wezwanie do zapomnienia”. Bohater chwali się, że poznał szczęście, ale też wie co następuje potem: „czasem brak jednej,bliskiej osoby sprawia, że świat zdaje się wyludniony, cytuje Lamartine’a, choć słowo wyludniony zdaje się być zbyt słabe i wtedy raczej już wiemy o co chodzi bohaterowi czy tez może autorowi, jeśli dołożymy do tego własne doświadczenia to już gotowi jesteśmy przybić piątkę  Florentowi.

Po raz pierwszy chyba w swojej twórczości Houellebecq analizuje rockowy przebój i nie jest to byle co a kultowe „Child In time” i ciekawe czy wsłuchiwał się w ten klasyk Deep Purple bo autentycznie podziwia Gillana i Lorda, czy też sprokurował tę analizę wyłącznie na potrzeby swojej książki.

Nie wiem kim będzie bohater kolejnej książki autora „ Uległości”, ale módlmy się by raczej przypominał postać z filmu „Porwanie Michela Houellebecqa”, niż tego pogrążonego w marazmie Florenta. Z „Serotoniny”.

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz