Harry Hole, lepiej na siebie uważaj

To już dwunasty raz śledziłem losy Harrego Hole, chyba najbardziej ulubionego bohatera, kryminalnych serii powieściowych. ( kiedyś wydawało mi się, że jest nim Kurt Wallander z cyklu Mankella, ale ostatecznie ten zdziadziały policjant, którego zawsze w finale książki ogrywał dynamiczny przestępca, a bohaterski Szwed orientował się, że albo zgubił telefon, albo zapomniał broni,więc szybkom straciłem do Wallandera cierpliwość ).  „Nóż” wydaje się pożegnaniem, choć Nesbo sprawnie zawiesił akcję na końcu książki,  dając nadzieję, że jednak odnajdziemy jeszcze swojego ulubieńca, choć z pewnością nie odbędzie  się to w przyjemnych okolicznościach.

 

Ciężko jest pisać o tym co znajdziemy w tej książce bez zdradzania szczegółów, które pozbawią przyjemności ambitnego czytelnika ale np. ja zawsze lubiłem, jeśli ktoś wcześniej zdradzał mi niektóre szczegóły akcji.

Trochę spoilerów będzie więc, ale postaram się ograniczać.  Jak pamiętamy, Nesbo w każdym swoim  kryminale stawia przed Harrym olbrzymie wyzwania, a to narażając jego najbiższych na wszelakie niebezpieczeństwa,   a to wybierając morderców wśród osób, co do których mamy przekonanie, że z ich strony nie grozi nikomu żadna krzywda.  Tym razem zdaje się, autor lekko przesadził. Przede wszystkim zabił Rakel, największą miłość Harrego, a do tego stopniowo upewnia czytelnika, a przy okazji samego policjanta, że czynu tego dokonał on sam. Jak widać Nesbo wlecze nas po bandzie, wskazując środkowym palcem, że nie będzie to prosta opowieść, a nasza przygoda z wysokim policjantem z Oslo, dobiega końca, bo Harry już się z tego wszystkiego nie wygrzebie. I to właśnie uczucie rozgoryczenia towarzyszy nam od samego początku, a przecież jeśli jesteśmy odrobinę nawet empatyczni w stosunku do bohatera, to czując to co on, zaczynamy złorzeczyć Jo Nesbo.  Tak więc dla miłośników twórczości Norwega, nie jest to lektura łatwa, natomiast  dla debiutantów jest to nie lada gratka.

Jak widać podstęp Nesbo opiera się na takiej zasadzie, że zabije to co bohater najbardziej kocha, a potem wmówi mu, że to on jest wszystkiemu winien.  Granie na emocjach czytelnika to podstawowa zasada pisarstwa  Nesbo i stąd zapewne niebywały sukces jego powieści, a „ Nóż” to bardzo sprawnie poprowadzona intryga, wciągająca każdego, zwłaszcza jeśli wcześniej nie przyzwyczaił się do wyskoków Harrego, a zwłaszcza do jego pijaństwa. Nie rozumiem tylko po co na samym początku próbuje wszystko zagmatwać, jakimiś wynurzeniami staruszka ze sklepu myśliwskiego, żeby opisać i uzasadnić dlaczego ludzie montują kamery leśne. Staruszek widzi to co wydarzy się później a my zostajemy z tymi wizjami, jak przysłowiowy Himilsbach z angielskim.

Nie napiszę na szczęście, jak to się wszystko skończy, choć można się domyślić, że jakoś tam wracamy do początków  kariery Harrego, a nasz wredny autor postara się następnym razem wysłać  Holego w takie przygody, o których nie śniło się nawet największym pasjonatom jego twórczości.

Wszystkie tomy przygód Harrego Hole, wyglądają efektownie na półce, wzbogacone jeszcze kilkoma kryminałami, w których Jo Nesbo nie skorzystał z postaci dzielnego policjanta, więc zawsze można rozpocząć wszystko od nowa sięgając po „ Karaluchy” albo „Człowieka nietoperza”, czego wszystkim debiutantom szczerze zazdroszczę.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Serotonina dla wszystkich

Żółta okładka najnowszej powieści Huellebecqa stała się symbolem, prawie fetyszem dla wielu czytelników, którzy zakup „Serotoniny traktowali jako swoisty przymus przynależności do tej intelektualnej kasty, która przez fakt czytania Huellebecqa manifestowała swój snobizm i przeświadczenie, że wiemy i rozumiemy więcej z dzisiejszego świata niż reszta zatopiona w marazmie zachodniej kultury.

Tymczasem ta powieść niczym praktycznie nie różni się od wcześniejszych produkcji poczytnego Francuza.   Czytanie jego książek to znęcanie się nad typowym przedstawicielem Europy, zanurzonym w konsumpcjonizmie. Niestety dla bohatera Huellebecqa, jest on wyposażony w dosyć przenikliwą inteligencję, podobnie jak pisarz zresztą i z łatwością przychodzi nam wyobrażać sobie, że Florent-Claude Labrouste to sam Michael, absolwent agronomii, podobnie jak niżej podpisany. Dzięki swojej pracy dla ministerstwa rolnictwa zarobił sporo kasy i dzięki temu może oddać się abnegacji, piciu drogich alkoholi, czy zakupowi mercedesa G 350 V6 turbodiesel i wakacjom w Hiszpanii.  Do tego żyje z perwersyjną Japonką i przychodzi nam się zastanowić czego bardziej mu zazdrościmy, dobrze płatnej roboty czy może apartamentu na 29 piętrze wieżowca. Szybko jednak dochodzimy do wniosku, że ten koleś ma generalnie przesrane, ponieważ jego depresja  eliminuje wszystkie przyjemności  wynikające z faktu posiadania-   Florent-Claude jest nieszczęśliwy i wspomina swoje miłości, które zaprzepaścił, stąd niektórzy sądzą, że ta książka to pochwała miłości , a wszystkie nieszczęścia bohatera biorą się z faktu, że zmarnował szansę jaką miał z dziewczyną, którą autentycznie kochał. Będąc w głębokiej depresji ratuje się Captorixem, antydepresantem nowej generacji, który w sztuczny sposób powoduje wydzielanie serotoniny. A czym jest tytułowa serotonina? TO neurohormon odpowiedzialny  za poczucie akceptacji w stadzie i szacunek do samego siebie. Nawet ameby mają takie potrzeby i bohater musi się ratować lekami, które niestety powodują skutki uboczne w postaci impotencji.

Czytanie tej książki wzbudza w nas stopniowo irytację na tego dupka  Florenta, który mając tyle, ile my nie będziemy mieć nigdy, dąży ze swoim  życiem do zatracenia, zostawia wyuzdaną Japonkę i mieszkanie, przenosi się do hoteli i postanawia odwiedzić miejsca związane z młodością, a w końcu dociera nawet do kobiety, z którą mógł się kiedyś związać.

Książki Huellebecqa to doskonałe przewodniki dla różnego rodzaju koneserów – podaje nazwy restauracji gdzie można świetnie zjeść, opisuje turystyczne atrakcje miejscowości, a szczytem perwersji są fragmenty, gdzie stara się znaleźć hotele z pokojami dla palących. Jego depresja zdaje się nam czymś czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, to kaprys rozpieszczonego egoisty, ale z drugiej strony patrzymy na ten wybujały kapitalizm, który niejako uświadamia nam, że bez jakichś wyższych wartości ten świat jest martwy  niczym  Florent, którego jedyną radością staje się strzelanie z karabinu, co mało brakowało a doprowadziłoby go do morderstwa.  Houellebecq uświadamia nam jak może skończyć się  ten niedostatek w nas serotoniny. Przy okazji dostajemy problemy francuskiego rolnictwa, które przez  konkurencję z tańszymi produktami z  Bułgarii, Mołdawii czy Argentyny, nie ma szans na przetrwanie. A więc wolny handel to katastrofa, więc w czym ratunek? Wszyscy w swoich recenzjach omijają ten końcowy fragment, chcąc oszczędzić czytelnikowi wyjawienie sekretu, którym pisarz zaskakuje , albo świadomie prowokuje pisząc w ostatnich zdaniach o Bogu i o tym, że Bóg się nami nieustannie zajmuje i myśli o nas. I żeby było wszystko jasne do końca, nie chodzi mu tu o jakiegoś uniwersalnego boga ale konkretnie o tego chrześcijańskiego właśnie…

Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością, głównie dla tych fragmentów, gdzie pisarz prezentuje swoje przemyślenia na przeróżne sprawy: od opinii na temat przereklamowanego „ głębokiego gardła” czy różnic w przeżywaniu miłości przez mężczyznę i kobietę, mianowicie kobieta stwarza wówczas cały świat, poświęca się całkowicie, podczas gdy facet ma w sobie więcej rezerwy. Niby racja, tylko dlaczego facet dostaje szału, kiedy umówił się na telefon z ukochaną, a ona po prostu o tym zapomniała? Huellebecq jest dowcipny i zabawny w swojej analizie społeczeństwa np.pisząc: „ co socjaldemokracja ma do zaoferowania, oczywiście nic, jedynie trwałość nieobecności i wezwanie do zapomnienia”. Bohater chwali się, że poznał szczęście, ale też wie co następuje potem: „czasem brak jednej,bliskiej osoby sprawia, że świat zdaje się wyludniony, cytuje Lamartine’a, choć słowo wyludniony zdaje się być zbyt słabe i wtedy raczej już wiemy o co chodzi bohaterowi czy tez może autorowi, jeśli dołożymy do tego własne doświadczenia to już gotowi jesteśmy przybić piątkę  Florentowi.

Po raz pierwszy chyba w swojej twórczości Houellebecq analizuje rockowy przebój i nie jest to byle co a kultowe „Child In time” i ciekawe czy wsłuchiwał się w ten klasyk Deep Purple bo autentycznie podziwia Gillana i Lorda, czy też sprokurował tę analizę wyłącznie na potrzeby swojej książki.

Nie wiem kim będzie bohater kolejnej książki autora „ Uległości”, ale módlmy się by raczej przypominał postać z filmu „Porwanie Michela Houellebecqa”, niż tego pogrążonego w marazmie Florenta. Z „Serotoniny”.

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dziewczyna o czterech palcach

Marek Krajewski ponownie odwrócił się od swojego najważniejszego bohatera, czyli Eberharda Mocka i opisał epizod z życia lwowskiego policjanta Edwarda Popielskiego, któremu zamarzyła się kariera w wywiadzie Rzeczpospolitej, podobnie jak pisarzowi napisanie powieści szpiegowskiej.

Wydaje mi się, że tak jak Popielski nie osiągnął spektakularnego sukcesu, tak Krajewski nie dosięgnął poziomu  le Carre’a.

Zadanie przed którym postawiono lwowskiego policjanta różniło się od wcześniejszych jego obowiązków przede wszystkim  rozmachem planowanych zbrodni i zmuszało do poznania zakamarków stolicy i podróży do tak odległego od rodzinnego Lwowa Gdańska. Poza tym  Popielski jak zwykle zmuszony jest do babrania się we wszelakich brudach, do czego przywykł doskonale robiąc karierę we Lwowie

Intryga jest mocno zagmatwana , bo jak to w pracy wywiadów bywa wszyscy się wzajemnie próbują wykołować, a ponieważ Krajewski opisuje tu szpiegów sowieckich, których agentura do dzisiaj uważana jest za najlepszą na świecie, więc  nasz biedny Popielski wodzony jest za nos, a  my w sumie razem z nim i ławo się gubimy. Historycznie jesteśmy zamieszani w próbę zamachu na Piłsudskiego- tu nasz policjant wykazuje się brawurą, dzięki której los kraju nie odmienił się, choć nie  udało się powstrzymać Eligiusza Niewiadomskiego, który 16 grudnia 1922 roku, zastrzelił Prezydenta Narutowicza.  W całej tej szpiegowskiej szarpaninie kluczową rolę odgrywają szachy i motywy z nimi związane, a kobieta o czterech palcach, jak większość niewiast u Krajewskiego nie jest postacią, którą moglibyśmy polubić.

Denerwujące są przeskoki akcji, a zamęt związany z tym, że do końca nie wiemy o co w tym wszystkim chodzi, wprawia czytelnika w rozdrażnienie. Na szczęście Krajewski pisze w swoim stylu, do którego swoich wiernych czytelników dawno przyzwyczaił, więc nie odkładamy na dłużej „ Dziewczyny o czterech palcach”, choć ja momentami miałem już dosyć gmatwania się tej historii, ale wynikało to zapewne z tego , że obok czekał już najnowszy Nesbo.

Na stronach „Dziewczyny..” obok postaci fikcyjnych pojawiają się historyczne – Józef Piłsudski, Feliks Dzierżyński, Marian Swolkień (szef służb specjalnych w II RP), a także malarz i morderca Eligiusz Niewiadomski. Krajewski interesująco charakteryzuje zarówno samego Marszałka i opisuje jego niechętny stosunek do szczególnego zwracania uwagi na własne bezpieczeństwo, oraz pokazuje zachowanie Krwawego Feliksa.  Historia odsłania też zapomnianą postać, jaką był Marian Swolkień, ówczesny szef służb specjalnych, zresztą po zabiciu Narutowicza zdymisjonowany. Organizował służby nie tylko w Polsce, ale także w Rumunii i Finlandii. Zmarł  w 1971 roku, a więc udało mu się przetrwać zarówno hitlerowców jak i komunistów, co świadczyć może o jego doskonałej zdolności przystosowywania się do określonych warunków.

Nawiązania do wydarzeń historycznych to najlepsze co znajdziemy w „Dziewczynie..”, Krajewski w swoim stylu oddaje klimat i atmosferę miejsc, które opisuje- czy to znajdujemy się we Lwowie we wrześniu 1939 roku, w momencie wkraczania tam Armii Czerwonej, czy też wizytując warszawski Grochów międzywojenny, albo spacerując po Gdańsku. Popielski zwany Łyssym wykonuje po prostu swoją robotę, bije, przekupuje i szantażuje, tradycyjnie mając ochotę na te wszystkie łatwe kobiety, które stają mu na drodze, włącznie z tytułową, której nie zalicza jedynie z wyrachowania i w trosce o własne życie, Żona sowieckiego agenta, a potem kochanka największego zbója kresowego, jest niebezpieczną heterą gotową zarówno na otrucie  Marszałka plackiem w kształcie szachownicy, jak i zamordowanie mężczyzny stojącego jej na drodze. Spektakularny finał powieści trochę rozmywa dramaturgię wydarzeń; na szczęście Popielski wraca tam, gdzie jego miejsce, a reszta bohaterów ginie- jedni w historii a reszta w niebycie.

Marek Krajewski na 20-lecie swojej pracy pisarskiej dał nam na wiosnę Popielskiego, niby w nowej formule  szpiegowskiej, a na jesień zapowiedział kolejne przygody Mocka.

Warto zwrócić też uwagę na oryginalną okładkę książki, która nawiązuje do ukazujących się w okresie międzywojennym powieści sensacyjnych, w formie komiksów i w takiej konwencji „pulp”, czyli wydawanych na fatalnej jakości papierze szmirowatych kryminałów, którymi zainspirował się również Tarantino, kręcąc „Pulp Fiction”

„Dziewczyna  o czterech palcach” to próba przejścia od brudnych zakamarków miejskich i rozgrywających się tam małych i oddrażających wypadków do dziejących się z większym rozmachem historii, które  zaznaczyły się wyraźniej w dziejach naszego kraju. I za tę próbę należy się autorowi pochwała

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak Szczepan Twardoch nie został poetą

Tytuł tego zbioru felietonów autor trochę ściągnął z autobiograficznej książeczki Andrzeja Stasiuka„Jak zostałem pisarzem”; ale o ile książka Stasiuka jest dowcipną i błyskotliwą próbą pokazania początków stawania się zawodowym literatem, to starannie wydana, w twardej oprawie pozycja autora „Króla” i „Królestwa” jest zlepkiem felietonów, które wcześniej były publikowane w gazecie „Pani” a tytułowy odcinek został dopisany okazyjnie.

Czytanie hurtem wszystkich tych kawałków jest męczące, ponieważ tak naprawdę nic ich ze sobą nie łączy, poza rzecz jasna wybujałym ego autora, który za wszelką cenę chciał pokazać czytelniczkom prasy kobiecej, jakim jest fajnym facetem i do tego coraz poczytniejszym pisarzem.   Tego rodzaju felietony zdają egzamin tylko wtedy, gdy są czytane regularnie, w stałych odstępach czasu, kiedy są wyczekiwane  i  kiedy gazeta sprzedaje się niejednokrotnie lepiej, bo miłośnicy pisarza Twardocha, pragną co jakiś czas otrzymać kawałek prozy swojego ulubionego autora.

Kiedy już pogodzimy się z formą tych zapisków, poszukamy tam czegoś co może nas zainteresować- chciałem odnaleźć Twardocha pisarza i jego osądu rzeczywistości- tymczasem pisarz zdaje się lawirować, między tym co go fascynuje, czyli literaturą, bronią, samochodami i przeszłością jego małej ojczyzny. Pokazywanie siebie jako samca alfa, który nie stroni od samotności na Spitsbergenie z fuzją na niedźwiedzie, a jednocześnie nieustannie podkreśla jak bardzo miłuje swoje dzieci.

W jednym felietonie  Twardoch pokazuje znakomity temat do wykorzystania przez literata- opisuje historię dziewczyny, która kradła listy miłosne pisane przez żołnierzy do swoich ukochanych. Ta historia o niezwykłym ładunku poetyckim, jest na trochę innym poziomie emocjonalnym, niż opisywane przez Pana Szczepana opowiastki o garniturach Bonda, czy przy okazji podróży do Rzymu, wieszczeniu końca turystyki. Szczepan Twardoch nie został również reporterem o czym pisze bez zażenowania, sprzedając nam opowieść , w której nie sprawdził się jako autor historii wziętych z życia.

A więc czy warto pokusić się na przeczytanie tej cienkiej książeczki?  Dla tych, którzy tak jak ja, z uwagą śledzą rozwój talentu autora, z pewnością będzie to przygoda, której nie pożałują. Twardocha się czyta z przyjemnością, zwłaszcza, że jest to osobowość fascynująca i jego zainteresowania nie są miałkie, choć może lekko próżne. Hedonista Twardoch pobudza nas nie tylko do czytania książek. On pisze o tym jak może smakować życie, przechwala się trochę i kryguje, ale nam to nie przeszkadza, bo mu zazdrościmy  lekko, a ten zbiór felietonów z lat 2015- 2019, nie jest z pewnością tak wystrzałowy, jak publikowane niesystematycznie kawałki Doroty Masłowskiej w Dwutygodniku, ale dają nadzieję na to, że być może autor skusi się jeszcze na tego rodzaju publikacje, w których przeczytamy o tym, jak pisarz nie został np reżyserem…

A może pisarz zabawi się ponowie w wydanie kolejnego tomu dzienników – „ Wieloryby i ćmy”, to był jednak o wiele bogatszy ładunek refleksji, od tych bądź co bądź pisanych jakby na kolanie odłamków literackich, które zebrane razem nie mają zbyt dużej siły przebicia i wydają się jedynie chwytem marketingowym, ułatwiającym sprzedaż innych książek autora.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pilcha dziennik po raz trzeci

Trzeci dziennik” Pilcha skończyłem czytać nagle, dopadł mnie koniec tych zapisków bez ostrzeżenia, około południa w niedzielę wyborczą Nie ukrywam, że przyjemność obcowania z codziennością pisarza Pilcha, chciałem smakować jak najdłużej, tymczasem ciach i skończyło się nagle zapisem, że jego starość to najświetniejszy czas, jaki kiedykolwiek był mu dany. Ten trzeci dziennik nie jest wcale czymś wyjątkowym, można powiedzieć, że autor od lat pisze o tym samym, że międli na okrągło te same zagadnienia – a to rzeczywistość  rodzinnej Wisły, wspomnienia z tym miejscem związane, choroba i utarczki z nią, oczywiście są też refleksje dotyczące aktualnych lektur, protestantyzm oraz sny, w których pojawiają się niedawno zmarli znajomi, co przeradza się niekiedy we wspomnienie i pożegnanie, np. tym razem z redaktorem Pietrasikiem, czy też wspomnienie zmarłego nagle w dalekim Egipcie Janusza Głowackiego, co Pilch żartobliwie podsumowuje kpiąc z oferty  „last minute”, która w kontekście śmierci brzmi wyjątkowo perwersyjnie. Latem 2018 roku ukazała się ostatnia powieść  Mistrza, czyli „Żywego ducha”, o której jesienią już nie pamiętałem i w jakimś zamroczeniu usiłowałem ponownie nabyć. Całe szczęście, że ten stupor pamięciowy spowodowany był  jedynie buntem organizmu, który wymazał lekturę tej słabej książki.

Cieszyły mnie wyjątkowo wzmianki o uwielbieniu pisarza dla prozy Nabokova, a zwłaszcza  jego umiłowaniu „Obrony Łużyna – to była moja pierwsza lektura Nabokova, po której rzeczywistość literacka nabrała kompletnie innego wymiaru.

Polityką generalnie Pilch sobie głowy nie zawraca, ale wiadomo, że kaczorowi zawsze dołoży a głupoty rządzącej kliki bezlitośnie wykpi. Co jakiś czas poutyskuje na formę swojej ukochanej Cracovii i już, cały dziennik, który jednakże czyta się ze smakiem i wyjątkowo żal, że na kolejny odcinek przyjdzie nam poczekać długo.

Rzecz jasna, refleksje dziennikowe Pilcha zahaczają niejednokrotnie o fakty ,z którymi   sam miałem okazję się skonfrontować, co podkreśla jeszcze mocniej moje przyjemności z lektury.  Pilch wspomina w listopadowych wpisach biografię Andrzejewskiego i w związku z tym również pisze o biografii Gombrowicza, zaliczając obie do literatury gejowskiej, co podkreśla stwierdzeniami typu: ”pisarze są, jacy bywali. Świat jest, jaki bywał. Literatura jest, jaka bywała”. Wracają w pamięci, przypomniane zapiski Andrzejewskiego, które czytywałem regularnie w Literaturze, ale do których nie powróciłem później, kiedy zakupiłem je wydane w postaci dwóch tomów, jako ”Z dnia na dzień”, pierwszy tom biały a drugi czarny. Czy te zapiski potrafiłyby jeszcze zainteresować? To jak z dylematem, czy wyrzucać zaraz po przeczytaniu magazyn Książki? Zbieram te gazety i gromadzę nie wiem po co, bo przecież tracą aktualność na drugi dzień po przeczytaniu i jedynie zagracają to pełne papieru mieszkanie. Wracając do Andrzejewskiego Pilch zastanawia się dlaczego czytywał jego książki i wychodzi mu, że obaj pisarze są/byli pasjonatami porządku, zwłaszcza tego na biurku i kwestia zmiany położenia na nim długopisu przeradza się w pełen pasji fragment o pedantyzmie Kiedy Andrzejewski umierał w 1983 roku, jak to pisze Pilch, jako ”alkoholik zupełny”, to Pilch swoje przygody z piciem rozpoczynał. Można powiedzieć, że nastąpiła pisarska zmiana warty, choć stylowo te prozy więcej dzeli niż pijacie rytuały mogłyby łączyć.

Chciałbym czytywać regularnie refleksje Pilcha na temat piłki nożnej i aż dziw, że nikt jeszcze mu tego nie zaproponował; być może wszystko rozbija się o kwestie finansowe – trzeba by mu sporo zapłacić, żeby np. raz w tygodniu w Wyborczej ukazał się felieton podpisany przez pisarza. Robił tak kiedyś chyba pisarz Kuczok i kiedy tylko udało mi się na to trafić, było to bardziej interesujące od fachowych komentarzy specjalistów.

„Trzeci dziennik „ Pilcha  rozczarowująco jest krótki; rozpoczyna się w Wiśle 7 maja 2017 roku, wpisem o tym jak bardzo pisarz czuje się chorym i starym, a kończy 15 lipca 2018 roku, w niedzielę, konstatacją, że jego starość to najświetniejszy czas, jaki kiedykolwiek był  mu dany, A  co będzie dalej być może się dowiemy kiedyś- zwłaszcza, że jak notuje Pilch, czasem bywa chujowo ale bojowo, co wróżyć może kolejną książkę, tylko po lekturze dziennika nie ma szans, żeby dowiedzieć się o czym ona będzie.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ostatni proces Kafki

Przekleństwem zbyt obfitej biblioteki, jest czasem traumatyczna niemożność odnalezienia w niej aktualnie potrzebnej książki. Przy okazji czytania niezwykle interesującej opowieści Benjamina Balinta o długoletniej batalii o prawa do rękopisów Franza Kafki, przypomniałem sobie, że posiadam cienką książeczkę o Maxie Brodzie i teraz, przy okazji   mógłbym ją przewertować. Dodatkowo zapragnąłem sentymentalnie wrócić do „Dzienników” Kafki, a nawet po latach przeczytać znów jego listy i te do  Felicji, i te do Mileny. Niestety, odnalezienie  zarówno dawno nie widzianego  Broda jak i tomów Franza okazało się przedsięwzięciem niewykonalnym.. Rzecz jasna mam pewne podejrzenia na której z wysokich półek Kafka spoczywa, jednakże w obecnym stanie nie jestem zdolny do nich dotrzeć. Poczekajmy więc do lata na lekturę tych mrocznych dzienników Franza  Kafki, zastępując je Pilcha diarystyką. No ale jak wiadomo, tony są tutaj zupełnie inne i o innej rzeczywistości rozmawiamy.

Tymczasem „Ostatni proces Kafki” pobudza do szeregu refleksji – co by pomyślał sam Kafka, dowiadując się ile emocji wzbudzają jego utwory, a zwłaszcza jakie kwoty można za nie uzyskać. Ten niezwykle skromny i nieśmiały człowiek czułby się na pewno niekomfortowo zażenowanym, widząc te wszystkie spory o to czy jego rękopisy powinny powędrować do instytucji niemieckich cz też żydowskich. Zasadniczy dylemat sprowadzał się między innymi do tego, czy Niemcy, którzy zgładzili nie tylko siostry pisarza Gabriele  i Walerie, które wraz z rodzinami zostały wywiezione w październiku 1941roku do łódzkiego getta, skąd zostały wywiezione we wrześniu 1942 do ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem) i tam zginęły., ale również w planie mieli eksterminację całego narodu, włącznie przecież z jego literaturą, w tym dziełami Kafki.

Do kogo należały rękopisy Kafki? Czy do Broda, który ich nie spalił jak tego żądał Franz, czy też potem do obdarowanej nimi przyjaciółki Maxa i jej córek? „Sztuka nie należy do nikogo, ani do mecenasów, ani nawet do samych artystów”- tak pisał Josif Brodski  i w czasie lektury tej książki co chwila zastanawiamy się komu te pamiątki po pisarzu się należą – czy uzasadnione są dociekania sądu nad tym czy Franz Kafka był pisarzem żydowskim czy niemieckim, bo przecież w tym języku pisał swoje utwory.

Sam Kafka nie miał dobrego zdania o  własnej twórczości, stąd polecenia dotyczące spalenia wszystkiego co nazywał „gryzmołami”, bo przecież oprócz rękopisów opowiadań i powieści, były tam też jego niesamowite dzienniki a także rysunki i listy. Brod  wszystko ocalił, bo wyobraźmy sobie co by się działo gdyby po latach przyznał, że zniszczył niedokończoną powieść oraz dzienniki. Czy byłaby to zbrodnia, z której nie mógłby się wytłumaczyć? A może tylko wyraz jego lojalności w stosunku do przyjaciela?

W książce miłośnicy życia i twórczości Franza Kafki. czyli szczególnie ja, odnajdą obok faktów dotyczących sporów o jego rękopisy, szereg interesujących informacji o swoim ulubionym twórcy.  Jeśli mówimy o paleniu rękopisów, to jednak ogień strawił część pism Kafki, a czynności palenia podjęła się, na życzenie pisarza Dora Diamant.  A  to, co Kafka zostawił Dorze w Berlinie zabrało Gestapo w 1933 roku i rzecz jasna te notatniki i listy przepadły na zawsze.

Zasanawiamy się cały czas nad oceną Maxa Broda, nie tylko dziękując mu, że nie posłuchał przyjaciela i nic nie spalił –  z drugiej strony to Brod podał nam Kafkę i wykreował jego twórczość, choć jak mówią niektórzy np. Coetzee, Brod Kafkę podziwiał ale go kompletnie nie rozumiał. Ocalił Kafkę a potem go wylansował. Max Brod jest w pewnym sensie postacią tragiczną – sam będąc pisarzem, swoją sławę zawdzięcza twórczości przyjaciela, podczas gdy jego  twórczość została zapomniana i  niedoceniana. Historia spuścizny Broda zawiera w sobie elementy pisarstwa, które ocalił przed  zagładą i które pozwoliło w jakimś sensie zaistnieć także jemu. Brod nie tylko redagował pozostawione utwory Kafki, często niedokończone i bez tytułów, ale także dokonywał selekcji i cenzury: usunął z dzienników jakieś lubieżne fragmenty o tematyce seksualnej. Brod manipulował tą prozą, łączył fragmenty opowiadań, wykreślał całe kawałki prozy. Brod stworzył dla nas takiego Kafkę jaki jemu odpowiadał, stąd  tak ważne jest dokładne zbadanie wszystkich rękopisów i pozwolenie na pracę nad nimi poważnym literaturoznawcom.

W całe to zamieszanie wokół Kafki, Max Brod wplątał rodzinę Hoffe, zapisując swojej przyjaciółce własne archiwum, którego zasadniczą wartością były rękopisy Kafki. To bezcenne dla literatury skarby, mają też swoja konkretna wartość i można nimi handlować i znacznie się wzbogacić. W 1988 roku Esther Hoffe sprzedała manuskrypt „Procesu” Kafki za równy milion funtów szterlingów. Była to najwyższa suma, jaką osiągnięto kiedykolwiek za rękopis współczesnego pisarza. Niezidentyfikowany nabywca przekazał go nieodpłatnie największemu prywatnemu archiwum literatury niemieckiej w Marbach koło Stuttgartu. W archiwum tym dostępne są już od dawna niektóre listy Kafki do Mileny oraz słynny list autora do ojca.

W jakim stanie są  dziś  te stuletnie rękopisy, przechowywane w zwykłym biurku w wilgotnym klimacie– za jakiś czas mogą już być nieczytelne i tu mamy kolejny dylemat. Czy jest prawo pozwalające odebrać siłą skarby narażone na unicestwienie?

Ostatni  proces Kafki Benjamina Balinta kończy się optymistycznie, być może dla nas, ale na pewno nie dla Evy Hoffe; w sierpniu 2016 roku sąd izraelski orzekł., że cały majątek Broda ma trafić do Biblioteki Narodowej Izraela- bezpłatnie.

Autor podsumowując całą tę sprawę pisze: „być może całą tę naszą historię można najlepiej odczytać- jako szereg wiadomości, które zostały zaginione, utracone, zatarte, zniekształcone, przegapione lub spóźnione: niedostarczony list Kafki do ojca, niewypełnione ostatnie instrukcje Kafki skierowane do Broda …itd.”

To przecież jest cały ciąg niedopowiedzeń i być może najbardziej zawinił tu sam Brod, który znając wartość rękopisów Kafki, nie określił do końca gdzie powinny trafić.

W wyobraźni Kafki nasze wiadomości nie mogą się stać zrozumiałe aż do przybycia Mesjasza. A jednak sam Mesjasz przybywa za późno. „Mesjasz pojawi się, gdy już nie będzie potrzebny Pokaże się dopiero na drugi dzień po przybyciu, nie ostatniego, ale najostateczniejszego dnia” pisze Kafka w jednym ze swoich notatników.”

To właśnie Kafka jest tym pisarzem, który od samego początku, kiedy tylko wziąłem do ręki „Zamek”, stał się najważniejszym twórcą, którego literatura ukształtowała mój literacki gust na zawsze.  „Ostatni proces Kafki” pokazuje jak bardzo opisywany przez Kafkę świat, dosięga nas współcześnie.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Około północy

Na najnowszy kryminał Mariusza Czubaja czekałem niecierpliwie, kuszony  zapowiedziami samego autora, że akcję umieścił w klimatycznych latach sześćdziesiątych, oraz że będzie jazzowo. Sam Czubaj pojawial się z saksofonem pokazujac, że potrafi grać, a do tego  w promocji wspomagal go Marcin Świetlicki

Akcja rozpoczyna się w dniu pogrzebu Krzysztofa Komedy, 28 kwietnia 1969 roku, a książka ma swoją premierę w dniu 50 rocznicy śmierci Komedy; w kwietniu obchodzimy  Światowy Dzień Jazzu i jest to również czas Festiwalu Jazz nad Odrą.  I  w takich jazzowych klimatach dostajemy kryminał Czubaja, którego tytuł stanowi jeden z najbardziej znanych standardów jazzowych napisany przez Theloniusa Monka w latach czterdziestych „ Around Midnight” wykonywali najwięksi z Milesem Davisem na czele, który nawet cały album z 1957 roku zatytułował „Round About Midnight”. Jeden z najlepszych filmów o jazzie ma tytuł  „ Około północy”i- nakręcony przez Bertranda Taverniera  z  Dexterem Gordonem  ukazuje życie genialnego saksofonisty.

Tak więc Czubaj wszedł w klasyczne klimaty jazzowe i postanowił pokazać nam tę niezwykłą atmosferę końca lat sześćdziesiątych, Warszawę oczami jazzowego muzyka, kontrabasisty, który snuje się po mieście, spotyka ludzi, którzy mają swoje odpowiedniki w historii nie tylko muzyki ale i literatury.  Warto przed lekturą zerknąć na koniec książki, gdzie autor dziękuje wielu osobom za inspirację, oraz wyjaśnia czym dla niego jest ta powieść, nie kryminałem wcale a nawet najważmiejszą książką jaką do tej pory napisał. Po kartach książki snują się duchy przeszłości, nastroje tyrmandowskiego  „Złego” i duszna atmosfera klubów jazzowych, zadymionych przybytków muzyki , która tak mocno fascynuje niektórych do dziś. Czubaj chce wypełnić lukę, ponieważ brakuje literatury, która oddałaby  nastroje tamtych lat, ten jazzowy i artystyczny niepokój, który możemy kojarzyć np. z filmem Wajdy „Niewinni czarodzieje”

Bohater jest facetem z mocną, wojenną przeszłością, a śmierć poznanej przypadkowo poznanej dziewczyny każe mu wrócić do wojennych praktyk.   Wydaje nam się z początku, że dostajemy klasyczną intrygę, gdzie sam morderca opowie nam o swojej zbrodni, ale Czubaj w połowie jakby rezygnuje z kryminału i skupia się na wątkach obyczajowych – pokazanie klimatu tamtych dni staje się ważniejszym od zajmowania się mordercą. Kryminał umiera na rzecz opowieści miłosnej oraz wojennej retrospekcji.

Można się zastanowić, czy pisarzowi udało się zrealizować swój zamiar- czy nakreślił nam jazzową atmosferę wiosny roku 1969?  Rezygnacja z kryminału odsłoniła mielizny- Czubaj  urodził się w listopadzie 1969 roku i siłą rzeczy nie poznał smaku tamtych dni – musiał wszystko odtwarzać i choć miał dostęp do wielu źródeł, to jednak nie mógł się osobiście zaangażować w budowanie klimatu. Postanowił to opisać posiłkując się takimi źródłami jak np. proza Andrzeja Brychta czy relacje jazzmanów, którzy w tamtych czasach prowadzili życie w stylu kontrabasisty Tadeusza.

Rozwiązanie zagadki  pozwala Czubajowi przypomnieć historie wojenne i niechlubne wątki polsko- żydowskie. Sprawiedliwość zostaje wymierzona a morderca ukarany.

Lara 60-te to w świadomości wielu, okres  fascynujący, gdzie życie miało specyficzny urok a jazz odgrywał specjalną rolę. Będąc parę lat starszy od Czubaja pamiętam atmosferę tych lat, choć niestety nie z tej najciekawszej, jazzowo-klubowej strony. A jednak we wspomnieniach z dzieciństwa jest coś magicznego z przypominania sobie tamtych czasów, bo w latach sześćdziesiątych jest jakiś urok – czy odnajdziemy go u  Czubaja? – najlepiej odpowiedzą na to pytanie ci wszyscy, którzy pamiętają życie jazzowe stolicy w roku 1969.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Ćwirleja zabawy z historią

Przyznam się, że zdecydowanie wolę milicyjne kryminały Ćwirleja, osadzone w ponurych latach Polski Ludowej. Siłą tych książek są wyraziste postaci na czele   z Teofilem Olkiewiczem. Ćwirlej jakiś czas temu rozpoczął nowy cykl kryminalny, sięgając z akcją bardzo daleko wstecz. Wcześniej  zabrał nas w okolice przewrotu majowego („Już nikogo nie słychać”), a tym razem trafiamy do Poznania zaraz po Powstaniu Wielkopolskim. Ta powieść pokazuje początki pracy w policji Antoniego Fischera. Jest rok 1919. Właśnie zakończyło się jedyne, zwycięskie powstanie w naszych dziejach, czyli Postanie Wielkopolskie. Niemcy  chcą sabotażowymi zamachami, przywrócić swoją władzę. W takich okolicznościach porucznik Fischer zaczyna kierować polską już policją. Na kartach kryminału spotkamy wiele postaci historycznych jak np. generał Dowbor-Muśnicki, czyli mianowany przez Piłsudskiego dowódca powstania, czy wtedy jeszcze porucznik i jego adiutant Władysław Anders jako  Szef sztabu Armii Wielkopolskiej w.

Zaraz po powstaniu rozpoczyna się na tych  terenach praca wywiadów- nie tylko  polskiego. Mamy tutaj trupa francuskiego szpiega a do tego powieszonego stróża. W którego samobójstwo Fisher nie wierzy. W akcje niemieckich prowokatorów wplątuje się przez przypadek Tolek Grubiński, co wywołuje niemało zamieszania kilka trupów. Niemcy dają się wykiwać a przyjazd generała  Hallera do Leszna udaje się bez żadnych prowokacji.

Jak widać Ryszard Ćwirlej w „ Pójdę twoim śladem” poszedł bardzo daleko w opisywanie faktów historycznych i akcja jest mocno zazębiona w odzyskiwanie niepodległości oraz umacnianie polskości w Poznańskiem

A jednak czegoś mi tutaj brak, jakoś emocje nie grają. Przede wszystkim dlatego, że Fisher to jednak nie Teoś Olkiewicz, brakuje tego zawadiackiego humoru z kryminałów milicyjnych. A ta rzeczywistość przedwojenna jest ciekawostką, która fascynuje Poznaniaków bardziej, niż np Dolnoślązaków

Seria z Antonim Fisherem może być niezłym uzupełnieniem twórczości   Ćwirleja, ale sławny to on będzie dzięki historiom, które osadzi w bliższej przeszłości, którą prawe wszyscy jeszcze dobrze pamiętają.

„ Pójdę twoim śladem” liczy ponad pięćset stron i to lekko irytuje niecierpliwego czytelnika – podobnie zresztą jak to było w opisywanej przeze mnie pierwszej opowieści mocno retro, którą przeczytałem prawie dokładnie rok temu: „Już nikogo nie słychać”, gdzie Ćwirlej zabierał nas  do roku 1926i planowanego przyjazdu Piłsudskiego do Poznania.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Szamałek

Książka Szamałka trafiła do  mnie dzięki rekomendacjom.  Przekonywał mnie do niej Marcin Meller    oraz Vincent  V. Severski  i  zawierzyłem ich gustom, a ich zachęty wykorzystał również wydawca, umieszczając te zachwyty na okładce pierwszego tomu trylogii Szamałka. Meller i Severski byli dosyć przekonywujący , w odróżnieniu np. od reklam nowych samochodów, które od początku roku, atakują w telewizji swoją banalnością i przerażającą głupotą,  A przecież wystarczyłoby zatrudnić do reklamy znaną osobowość  i zrobić prosty przekaz: Oglądanie jak Szczepan Twardoch polubił mercedesa albo Janusz Gajos volkswagena, wystarczą ,żeby zachęcić do zakupu aut. Rekomendacje książki Szamałka mogły  wydawać się ryzykowne, ponieważ autor nie jest znany w świecie współczesnychpowieści kryminalnych, choć ma na swoim koncie trzy książki o ateńskim detektywie a nawet nagrodę Wielkiego Kalibru w 2016 roku.

 

 

Książka nie zwal z nóg, ani nie powoduje konieczności zarywania nocy , czyta się ją spokojnie, ma konwencjonalny styl, nie razi debiutancką tremą.  Kryminalny wątek opiera się na śledztwie młodej i ambitnej dziennikarki, w sprawie nagłej śmierci celebryty, mającego własny program telewizyjny z udziałem dzieci- a jeśli pojawiają się dzieci, to będzie o pedofilii, nie tylko w Polsce. Śledztwo Julity Wójcickiej jest pretekstem do pokazania, jak bardzo będąc uzależnieni od nowych technologii, jesteśmy narażeni na przestępstwa cyber-specjalistów.  To już nie tylko skanowanie kart kredytowych, czy wyłudzanie PINów. Szamałek pokazuje, że haker może przejąć sterowanie samochodem i doprowadzić do wypadku, a także ingerować w pracę sprzętu medycznego. Współcześni mordercy niekoniecznie muszą mieć ubrudzone krwią ręce.

Szamałek podobnie jak inni pisarze, opowiadający historie oparte na cyber-przemocy, zapoznaje nas z funkcjonowaniem ciemnej strony Internetu. Darknet czyli ukryta sieć, ma w sobie jakiś magiczny wabik i czytelnikowi wydaje się, że jest to źródło wszelkiego zła. Darknet gromadzi nie tylko przestępców, ale jest także uważnie monitorowany przez wszystkie służby. Jak działa prowokacja wobec pedofilów, dowiadujemy się z książki śledząc wyprawę jednego z policjantów aż do Australii, jednocześnie dowiadując się jaką cenę musza płacić ludzie, uczestniczący w tego rodzaju śledztwach.

Czytelnik z pewnością poczuje się zaniepokojony, zwłaszcza kiedy przeanalizuje w jak  łatwy sposób  może stać się ofiarą przestępstwa internetowego. Scena, w której haker zaczyna ingerować w życie dziennikarki, należy do najbardziej sugestywnych w książce.

Autor opowiadał w jednym z wywiadów jak wpadł na pomysł historii o Julicie Wójcickiej, dziennikarce, która marzy  o dziennikarstwie śledczym a skazana jest na pracę w plotkarskim portalu, gdzie liczy się wyłącznie ilość kliknięć a nie rzetelność i prawda.

Szacunek należy się dla autora, za przygotowanie się do tematu nowych technologii i podanie ich czytelnikowi w dosyć prosty sposób.

Oprócz tych głównych zagadnień, Szamałek kreśli nam historię obsesji związanej z krzywdą, która prowadzi, bohatera do zemsty, przez którą wpada się w sieć bez wyjścia.

Julita Wójcicka jest w tej książce jednocześnie ofiarą hakera i osobą dzięki której udaje się zbrodniarza zdemaskować  Ale to nie koniec historii przewidzianej na trzy tomy. Julita na ostatniej stronie książki musi podjąć decyzję, czy bawi się dalej w tę niebezpieczną grę. Stąd zapewne tytuł pierwszej części”” Cokolwiek wybierzesz”  Kończąc ten tom nie wiemy co Julita wybrała, ale przecież            pisze się już tom drugi, więc?

Mam nadzieję, że kolejne odcinki z życia młodej dziennikarki nie obnażą lichości talentu Szamałka.

Ja jestem przekonany, że warto poczekać na tom drugi. Jednocześnie nabrałem ochoty na antyczne opowieści Pana Jakuba – ten absolwent Oxfordu i Cambridge, archeolog, który napisał  między innymi:  „Kiedy Atena odwraca wzrok”  i „Czytanie z kości”, sprowokował mnie do zapoznania się z jego wcześniejszymi dokonaniami literackimi.

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Nigdy już tu nie powrócę

Tadeusz Kantor to przede wszystkim fascynująca osobowość.  Czytając jego biografię napisaną przez Krzysztofa Pleśniarowicza,szukamy smakowitych faktów, nawet anegdot, które bardzo mocno determinowały postrzeganie jego osoby.  Bardzo celnie Kantora określił Jerzy Nowosielski, pisząc: Kantor to zjawisko, zjawisko niewygodne dla wielu, niekiedy niebezpieczne, nawet dla przyjaciół, ponieważ był to człowiek bardzo wybuchowy, nieobliczalny, ale zawsze lojalny. Kantora po prostu się lubiło, nawet kochało jako osobowość. Społeczeństwo, w którym nikt nie potrafiłby zauważyć Kantora, polubić czy pokochać, byłoby społeczeństwem nader barbarzyńskim.

Pleśniarowicz w latach 1994-2000 był dyrektorem Ośrodka Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora „Cricoteka”. Od wielu lat jest zafascynowany jego twórczością. W biografii systematycznie odsłania losy Kantora, od dzieciństwa artysty w Wielopolu, gdzie wychowywał się w cieniu kościoła katolickiego i synagogi, co tak sugestywnie potem będzie eksponował w swoich sztukach, aż do jego nagłej śmierci 8 grudnia 1990 roku( także 8 grudnia zastrzelony został John Lennon)

Poznajemy Wielopole i jego historię a potem dzieje rodziny  Kantora. Typowe  biedne miasteczko , skierowane ku wieczności, a wszystkie dzieci malowały, bawiły się w teatr i uprawiały sztukę. wcale o tym nie wiedząc”. Kantor przeniósł wszystko to. co zapamiętał z dzieciństwa do swojego teatru, na tym przecież właśnie polegał jego geniusz.

W latach osiemdziesiątych XX wieku  było dużo Kantora w telewizji, to był czas wielkich sukcesów teatru Cricot2 w świecie, stąd eksponowanie artysty i szereg programów opisujących te sukcesy. Pamiętam te filmy Miklaszewskiego, z prób do spektakli, czy też same spektakle, które oglądało się z zapartym tchem. Wreszcie „ Nigdy już tu nie powrócę” zobaczone na żywo na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu- miałem szczęście być na tym przedstawieniu z udziałem Kantora, ponieważ nie zawsze osobiście wychodził na scenę.

Pleśniarowicz bardzo szczegółowo opisuje drogę artystyczną Kantora.

Okazuje się, że w1933 roku zapisał  się na wydział prawa UJ. Po kilku tygodniach już uczęszczał do Prywatnej  Wolnej Szkoły Malarstwa i Rysunków im.   Ludwiki Mehofferowej, którą kierował  Zbigniew Pronaszko (zwolnił go z czesnego), potem dostał się do Akademii.

Już jako siedemnastolatek namalował na tekturze farbami olejnymi mroczny obraz „Ogród strzelecki”, a jego pierwsze próby malarskie były robione pod wyraźnym wpływem  Jacka Malczewskiego.   Od wczesnej młodości fascynowała go twórczość Wyspiańskiego, oglądał też inscenizacje Leona Schillera, oraz scenografie Pronaszki – widział np. słynną inscenizację „ Dziadów” Schillera we Lwowie, a także sam na własny użytek robił adaptacje „Dziadów”

Teatr od samego początku był mocno obecny w jego życiu Poznajemy szczegółowo wszystkie prace plastyczne Kantora, a także spis lektur młodego artysty. Co ciekawe, czytał w młodości Prousta.

Okres wojenny był dla Kantora czasem szczególnym, jak sam pisze:”..świat stał się bliski śmierci i – poprzez parantelę- bliski poezji. Wszystko mogło się zdarzyć. Zatarły się granice czasu. Czas jak gdyby stanął”. To właśnie wtedy został wystawiony  legendarny „Powrót Odysa” z Tadeuszem Brzozowskim w roli głównej.

Po wojnie Kantor nie wpada w socrealizm, a czytając o tych czasach przychodzi nam zazdrościć dynamiki życia kulturalnego w Krakowie- Pleśniarowicz tytułuje ten rozdział z  życia artysty:” Taszyzm i początki Cricot2”.  To czas, kiedy pomieszkiwał kątem w Teatrze Starym, wyjechał do Paryża i związał się z Marią Stangret, malarką i aktorką w jego spektaklach.

To właśnie Kantor był pierwszym po wojnie wskrzesicielem dramatów WIitkacego. Bywał rzecz jasna w Piwnicy pod Baranami, którego współzałożycielem był jego kuzyn Krzysztof Penderecki.

Kolejne lata to  rosnąca sława Kantora za granicą. Sprzedaje swoje obrazy, jest zapraszany na liczne wystawy. Powstaje Grupa Krakowska.

W książce jest szereg wypowiedzi Kantora  np. o Witkiewiczu: „Jego dramaty są bardzo specjalne, nie potrzebują grania. Toteż  gra się nie Witkiewicza, a z Witkiewiczem.

Będąc zafascynowany Witkacym i Schulzem, nie można było przejść obojętnie obok sztuk Kantora. I do tego ten jego charakter, wybuchowość i skandale, które z rozkoszą prowokował. Jak mówi profesor Pleśniarowicz, będąc młodzieńcem wkradał się do kawiarni w Krzysztoforach, żeby podglądać jak Kantor pije kawę  Z rozkoszą oglądało się w telewizji reportaże z  prób do spektakli, gdzie niejednokrotnie widać było zdenerwowanego Kantora rzucającego przekleństwami.

Andrzej Wajda uważał Kantora za najwybitniejszego reżysera powojennej Polski.  Teatr Śmierci Tadeusza Kantora to zjawisko niezwykłe., a książka Pleśniarowicza, to rzetelna kronika losów artysty,  W twardej oprawie i z licznymi fotografiami, stanowi niezbędną pozycję na półce z biografiami.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz