Miało tego nie być. A tu nominacja do Nike – a jeśli cholera, dostanie?
Przekładam „Ludzi z nieba” od miesięcy, nawet mi się z Jarno pokiełbasił ten Karpowicz, że nie wiedziałem co czytam.
Eksperymentator Ignacy wyrzucił z siebie dziwadło, którego filisterskim umysłem nie dogonię, ale ma to siłę przyciągania, jak najlepsze wino wytrawne.
Nie ma co wchodzić w plan akcji, ciągłość, co do siebie ma przystawać, a co się oddzielić? Ponoć to Żwirko i Wigura, taki park znam, gdzie mi rower Sokół podwędzili, ale nie znajdziesz biografii w tym splątaniu, to błyskotliwa proza, wyjęta dla radości konsumpcji.
Gubiłem się pierwszymi rozdziałami, smakowałem momenty, przerywałem, zapominałem. Potem po Moskwie nastała Kora i tu już było fajnie. Dziwaczka, wulgarna, wariatka – rozśmieszyła wykładem dla panien o poezji, aż żal, że nie chce mi się cytować, a warto by było.
Karpowicz w tym swoim kolorowym swetrze przyćmił nawet okładkę zwyciężczyni, zadumał zgarbiony Michnik a Ignacy zniósł ceremonię dzielnie, jakby wiedział z miejsca, że nic nie dostanie, bo kto to przeczytał do końca – ja jeszcze mam kawałek i odliczam strony.
To proza pozująca, manieryczna i popisowa, można lekko posmakować, pośmiać się z dziwacznej rodziny Kory i jej brata bliźniaka. Ignacy zapowiadał się do tego od pierwszych swoich książek, czaił z prozą poboczną, próbował uciec z :”Sońką” albo „ Miłością”, lecz natura przezwyciężyła wszystko i mamy Karpowicza jakiego sobie wymarzył.
Pisanie dla samego stylu nie kończy się szczęśliwie – można jednorazowo coś ugrać, ale na dłuższą metę to się nie opłaca. Nie chcą czytać. Podobnie ma Zyta Rudzka, wpadła w manierę i jak teraz z tego wyczołgać się?
Karpowicz dobrym pisarzem jest i szkoda, że wpadł w koleiny, z których musi się sam wyciągnąć za włosy jak baron Münchhausen.
Nie popełnił błędu tego Mikołaj Łoziński, którego debiut wywlokłem z tylnych rzędów, cudem nie wiem jakim i wróciłem po latach od zaliczenia i jeśli czasem zastanawiam się do których książek trzeba wracać, to teraz już wiem, że do tej warto było. 25 lat i wystrzelić z taką dojrzałością – to chyba jedynie Engelking zdawał mi się zawsze młodym pisarzem wyrzucającym z siebie dorosłe dzieła.
Po 20 latach „Reisefieber” smakuje jeszcze lepiej, a późniejsze Stramery jedynie potwierdziły umiejętności. Los matki i syna przypomina mdłości podczas oglądania Bergmana. Łoziński opisuje stany uczuciowe i myśli, jakby to on był Danielem zmagającym się pamięcią po zmarłej matce. Jesteśmy też w myślach Astrid, wiedzącej, że umrze, porządkującej się i zamykającej życie na własnych warunkach. Jest zimno a zbyt krótko obcięte paznokcie są niczym wobec przyłapania starej matki z kochankiem z blizną na brzuchu. Uwiera ta proza w ostateczności, jest obrzydliwie naturalistyczna i ma z drugiej strony posmak, który przyciąga, jak stanie twarzą w twarz ze śmiercią.
Po Łozińskim Karpowicz smakuje jak tiramisu po grochówce


