Zyta 02

Jakoś tak późno zachciało mi się  sumować zeszły rok i przeglądam tytuły, nawet już mam tekst skończony i nagle – przecież jasna cholera uciekła  mi Zyta gdzieś ta Rudzka mi zaginęła, a była już przeczytana i napisana i porównana do pierwszej  podobnej.

Olśniony odnalazłem zagubiony tekst gdzieś pomiędzy Chagallem a  Kafką, była ta niepokorna kobieta Przytaczam:

Wskoczyłem w swoją drugą Rudzką z niecierpliwością, przygotowany na wszelakie odloty, bo na debiutanta nie trafiło, a „Ten się śmieje kto ma zęby”, zaliczone były  po ukazaniu się wkrótce, nawet przed Nike.

Z wyglądu Rudzka może być własną bohaterką i czy ją widzę czytając „Tylko durnie żyją do końca”? Czuję z miejsca, że Rudzka chce nam coś powiedzieć o życiu i jest to ciąg dalszy mojego debiutu z nią – jakby ta sama kobieta, żaden demon intelektu i urody, nawet gorzej, mało atrakcyjna i przyziemna lewaczka, pokazuje jak się to robi. Na własnych warunkach ustawia sobie świat i gnije w nim ku utrapieniu otoczenia. Nie ma tu żadnej ciągłości, akcji, wydarzeń, dzieje się mało, przebłyski jakieś, dygresje, opisy, przyroda, rzeka i dwaj partnerzy, którzy plączą się jak smród po gaciach.

Zyta płynie prozą w sprawdzony już sposób, bezczelnie, bez ogłady, z wyższością, w języku własnym, ironicznie, ordynarnie. Ten sposób pokazywania rzeczywistości nigdy się nie nudzi, bo Rudzka barwi go humorem, zbitką słów, degeneracją powiedzeń, wygłupem. Jak dotąd nie wykoleiło to jej prozy, ale jak pójdzie w zaparte dalej tak samo, to się zakopie, jak czterej pancerni w schemacie własnego błocka.

Wuefistka z cycem , czyli jedyną atrakcją, mężczyzn traktuje wybiórczo. Tych dwóch co ma, nie wybierała- sami się napatoczyli. Chleją razem bimber i śpią.

Lida nie kocha, Lida pływa w rzece, codziennie. Rzeka jej towarzyszką. Inne chłopy z nią nie po drodze. Ojciec czasem zawita, ale ku niezadowoleniu, jakby jedynie Lidę umieścić w geneaologii, córka bogatego adwokata, nie poszła w ślady. Trafił się nawet znany kiedyś aktor z potrzebą zaliczenia cyca Lidy, ale go rozczytała i znudzona uciekła na motorze. Tak że chłopy marnie się prezentują u Zyty,  wybrakowane modele, choć kobietom Rudzkiej pasują. Jest to jakiś jednak przekaz literacki  czy życiowy autorki, żeby facetów tak z kopa tratować. Z drugiej strony te jej panie też cudownością nie grzeszą, te pokraki życiowe choć mają się dobrze, tęsknią za czymś czego nie potrafią wyrazić – wszystkie te opowieści Lidy to jedynie maska, pozór, w środku Lida chciałaby rzucić tych pijaków i popłynąć z rzeką na skraj. Rudzka wymyśliła Lidę jako prowokację, pokazała ją jako karykaturę, żebyśmy się śmiali, a właściwie mamy ją podziwiać, za beztroskę w przegrywanej egzystencji. Każdy może urządzić się jak mu się podoba i nawet jak nie wyjdzie filmowo, to jednak ma się to na własność, swój świat, w którym umoszczona Lida próbuje być szczęśliwa.

Zyta Rudzka wpadła w pułapkę kolein stylistycznych, uczyniła z tego  swój znak rozpoznawczy, ale  nie pożyje z tym  długo, bo już i teraz od połowy czytania, chce się zmiany, wyjścia z tej ironii, z tej kpiny z wszystkiego i nawet o zgrozo, przestaje się lubić Lidę, zanurzoną we własnym sosie, jak Zyta we własnej manierze literackiej.

Rudzka pisze się sama, płynie wartko, ponosi Zyte zdaniami, gdzie czasem  pobudka, ładne skojarzenie, jak to w stylu spojrzał na mnie jakby w telefon zerkał i potem znów trafione skojarzenia, cudne zdanka , figlarne, bezmyślne sploty, budujące klimat, oparte na tym wszystko w tej prozie i nawet zdechły Elvis nie przeskoczy stylistycznej układanki z Lidą w roli, w lesie, z tymi dwoma łajzami  w tle. Wuefistka nie do tańca do bimbru lepiej, przekreślona  gimnastyczka, cyckami naznaczona, twór nie kobieta, a jednak…

Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.