Pachnąca kurzem i stęchlizną czarna książeczka z wielką literą K, przynosi mamrotania Maxa o swoim przeznaczeniu jakim w końcu został pisarz Franz Kafka.
Znajdziemy tam na przykład opis pokoju, w którym studiowali Platona, żeby nie zapomnieć greki, ścianę, która wbiła się Maksowi w pamięć. Wyjaśnienie dlaczego Franz rozpoczął studiowanie chemii i szereg szczegółów, za które Brodowi należy się order.
Kafka przez Broda, przepuszczony, jego oczami, Franz jest Maxem, nie ma innej opcji. Przyjaciel ulepił sobie Kafkę na własny użytek, bo przecież Brod istnieje tylko dlatego, że poznał Franza.
Ta pierwsza biografia pisarza, zawiera szereg faktów, sytuacji, epizodów, doskonale znanych każdemu miłośnikowi, ale to tutaj właśnie Max przytacza te ikoniczne wspominki, jak ta niewiarygodna, kiedy na wystąpieniu ważnego urzędnika Franz zaczyna się szaleńczo śmiać, co dziwiło mnie i w serialu o pisarzu, czy u Holland, a jednak ponoć to fakt, o którym Brod napomina.
Kawałki z życiorysu wchodzą z tej książeczki do kanonu literackiego, stąd uważnie czytam nawet pisane przez Kafkę instrukcje dla pracowników będące częścią pracy pisarza w towarzystwie ubezpieczeniowym.
Paradoksem tej biografii jest to, że wcześniej poznałem wszystkie anegdoty, które znajduję u Broda. To on ukształtował wizerunek Franza, będąc jego przyjacielem widział proces stawania się udręczonym pisarzem, którego pokazał nie tylko w tej biografii, ale przez całe swoje życie dbał o pośmiertną sławę Kafki.
Brod pisał tę biografię od serca, nie da się kwestionować jego oddania przyjacielowi, ale czasem zdawało mi się, że zbyt przesadnie skupia się na tragedii uwięzionego w codzienności autora – Brod widzi Kafkę przez jego narzekające na obowiązki, dzienniki i wspomnienia rozmów z przyjacielem. A wiadomo z innych źródeł, że ci młodzi jeszcze mężczyźni potrafili się nieźle zabawić, wypić i prowadzać z dziwkami, co Max preferował a Franz zapewne wstydliwie akceptował. Chciałoby się wysupłać z tej opowieści trochę smaczków, które niestety Max zabrał do grobu, a niewątpliwie będąc tak blisko przyjaciela wiedział więcej niż Kafka zanotował w dziennikach.
Klasyczne anegdoty, powiedzenia i sytuacje przeplatane tu są tymi innymi, które nie weszły do kanonu, lub które samodzielnie moglibyśmy wyłuskać z dzienników lub listów, a tu u Maxa jawią się niczym meteory nowości, wydobyte tylko dla nas. Widzę więc wyraźnie tę scenę zachwycającą, kiedy poważni panowie w garniturach sadowią się z namaszczeniem w oczekiwaniu na czytanie kafkowskiego „Procesu”, co z pewnością jest wydarzeniem dla tej kliki. Franz zaczyna czytać i my wiemy jak wygląda ten początku koszmaru Józefa K. I co następuje? Rozpoczyna się rechot – sytuacje są tak przerażająco absurdalne, że słuchacze się zaśmiewają, a w końcu i sam autor, nie potrafi się powstrzymać i śmieją się wszyscy. Jakże to jest filmowa scena i szkoda, że nie mogłem zasugerować tego np Agnieszce Holland.
Brod stara się opisać przyjaciela chronologicznie, opierając się na wzajemnych relacjach, kiedy Max śledził nastroje Kafki, zapisywał w swoim dzienniku, przypominał sobie sytuacje i sceny wynikające z humoru lub stanu zdrowia Franza. Trochę zabrakło mi epizodu z poznania Felice i późniejszych kontaktów z nią, opinii o tej kobiecie mogącej odmienić literaturę XX wieku, co częściowo jej się udało za sprawą choćby „Wyroku”.
Interpretacje Broda wprowadzają lekki chaos, nie wiem jak traktować te wnioski recenzenckie i wyjaśnianie kontekstów w pisarstwie Franza. Szczególnie uderza szeroki zamach na „Zamek” i wtłoczenie w sens powieści losów narodu wybranego. To się zazębia, Brod ładnie przekonuje przykładami do swojej teorii, zwłaszcza, że wiadomo jak poważnie Kafka traktował swoje żydostwo.
Nie da się jednoznacznie ocenić Maxa Broda – mógłby to uczynić jedynie sam Franz, w jakimś eseju o Maxie przyjacielu, którym niewątpliwie był, albo o tym, jak zdradził i jak bardzo zawstydzony jest obecnie Kafka, obserwując szaleństwo z suwenirami z jego życia.
Wstrząsające są te końcowe opisy odchodzenia Kafki, jego choroba i przerzucanie tego kruchego ciała z Pragi do sanatoriów, ta podróż odkrytym autem w deszcz i wichurę, kiedy Dora zasłania Franza swoim ciałem, heroizm przyjaciół czym jest przy cierpieniu pisarza, nie mogącego nawet się skarżyć, bez głosu, bez sił. Umieranie Kafki stara się Brod odtworzyć szczegółowo i z pewnością jest to najbardziej wiarygodne świadectwo i tylko Dora dałaby relację mocniejszą emocjonalnie. Brod podkreśla oddanie nie tylko Dory, ale wszystkich najbliższych pragnących ulżyć cierpieniu przy nieuchronnym końcu, o którym Franz wiedział, że szybko nadejdzie.
Końcowy rozdział dopuszcza inne osoby, które znając Kafkę, mogłyby dodać więcej do relacji Maxa. Brod wspomina Janoucha, który notował rozmowy z Franzem w tym dziwnym czasie, kiedy trwała wymiana korespondencji z Mileną, której Brod przypisuje rolę kochanki, z którą Franz chciał zmienić swoje życie, a która ostatecznie go rozczarowała, porównując tę miłość do związku K z Friedą w „Zamku” i sugerując wpływ otoczenia jak to było w powieści, na losy tego związku.
Zawsze mi się zdawało, że to Milena nie udźwignęła wymagań Franza co do ich przyszłości, ale nie wierzyłem w zaangażowanie Kafki, podobnie jak to było przy Felice. Franz raczej fantazjował o związkach, wiedząc, że nie jest zdolny do wspólnego życia – dopiero Dora go „przyszpiliła” swoim oddaniem i miłością, że nawet chciał się żenić.
Książka Broda skłania do wielu przypuszczeń i fantazji – jak to naprawdę mogło być z tym Kafką, który obrósł taką legendą, że gdyby zmartwychwstał musiałby uciekać na Księżyc przerażony swoim życiem utkanym przez krytyków całego globu. Przyjaciel stara się szczerze komentować życie Franza, ale nadaje wspomnieniom mocno osobisty, nostalgiczny wyraz. Kafka jest tu pomnikowy, a Brod odsuwa najmniejsze choćby skazy na jego charakterze.


