Brudne wojny.

         „Brudne wojny” Drony. Służby specjalne. Szwadrony śmierci. Książka, która wstrząsnęła sumieniem Amerykanów. Tak stoi na okładce, czerwone litery tytułu wbijają się w zielonkawy odcień obrazu z noktowizora.

W oryginale powinna liczyć ponad tysiąc stron – my otrzymujemy wersje okrojoną. Książka narobiła już wiele szumu w ojczyźnie największego mocarstwa, a do tego film na jej podstawie wygrywa festiwale i był nominowany do Oscara. Kim jest autor? W przypadku tego rodzaju książek powinniśmy najpierw uwiarygodnić autora, bo nie jesteśmy w stanie sprawdzić samodzielnie wszystkich faktów, które nam serwuje i zastanawiamy się, czy w dobrej wierze i rzetelnie to robi. Pierwszym sygnałem jest objętość przypisów – 2303 i zajmują one prawie 80 stron. Jeremy Scahill zajmuje się od lat tematyką bezpieczeństwa narodowego USA, a także był korespondentem wojennym, czyli oceniał rzeczywistość na miejscu. Mówi się, że książka jest bardziej uzupełnieniem filmu – jak wiadomo ludzie wolą oglądać niż czytać.

Scahill bardzo mocno akcentuje fakty i to się czyta powoli i z uwagą, jeśli mamy się wgryźć w ocenę rzeczywistości przedstawionej, co może okazać się lekko nużące dla amatora, a fascynujące dla zaciekawionego tematem, dla kogoś interesującego się polityką światową czy walką z terroryzmem. A może głównie dla tych wszystkich miłośników akcji specjalnych, komandosów, elitarnych jednostek czy najnowszych zdobyczy do walki z terroryzmem.

Ogólne przesłanie książki jest takie: na świecie trwa wojna z użyciem metod nie do zaakceptowania przez społeczeństwa demokratyczne, a jednak władze godzą się na to w imię bezpieczeństwa i skuteczności zwalczania terroryzmu. To wojna także przeciwko własnym obywatelom, gdzie nie można czuć się bezpiecznym, wojna z użyciem najnowszej techniki, wojna pomyłek, przypadkowych śmierci, także kobiet i dzieci, wojna przy użyciu szwadronów śmierci i z wykorzystaniem tajnych więzień, gdzie torturuje się ludzi (autor wymienia też Polskę).

To naprawdę książka przepełniona informacjami i faktami – a jednak ciężko się od niej oderwać – czytamy o wojnie, w której przestają walczyć żołnierze, a do akcji specjalnych wynajmuje się najemników z prywatnych firm, którzy z kolei mają mniej skrupułów przy zabijaniu, częściej popełniają żałosne pomyłki, są autorami skandali, bo po prostu lubią sobie postrzelać. Samych Amerykanów pewnie wstrząsa fakt, że za prezydentury Obamy wdrożono plan, pozwalający zabijać własnych obywateli, bez sądów, jeśli pojawi się podejrzenie, że są zaangażowani w terroryzm – a jeśli nagle pojawiają się wątpliwości, nie ujawnia się dowodów.

Oglądam Homeland i po lekturze tej książki widzę jak różne są to światy. Z drugiej strony jak wiele jesteśmy w stanie wybaczyć politykom, byle by tylko zapewnili nam bezpieczeństwo. Wojna to zawsze brudna rzecz, ale dzisiaj nie przypomina ona romantycznej przygody na czołgu Rudy 102 –  w tej wojnie wykorzystuje się siły specjalne i rozlicza je ze skuteczności.

31 rozdział zatytułowany jest: „Mamy go. Mamy go” – są to słowa Prezydenta Obamy na wieść o zabiciu zwierzyny nr 1, na którą Ameryka polowała od 11 września, a dokonała tego po 10 latach. Jakiś czas temu oglądałem film pokazujący zabicie najsłynniejszego terrorysty i przyznam, że te dwie wersje różnią się od siebie, choć bardziej skłonny jestem wierzyć książce niż filmowi, gdzie do uciekającego Osamy żołnierze szepczą: „Osama.Osama” i jest to dosyć niesamowite.

Tutaj mamy awarię helikoptera, który omal nie rozbił się lądując, zdenerwowanie w Białym Domu, śledzącym całą akcję na bieżąco, bezlitosne egzekucje na pojawiających się osobnikach płci męskiej, a w końcu dokładny opis strzałów oddanych do celu, zmasakrowaną twarz, pobieranie DNA do badań, wypytywanie dzieci i kobiet, czy osoba zabita, to Osama. Na koniec zwłoki przewieziono do Afganistanu a następnie, jak to podaje autor, zgodnie z rytuałem islamskim, odprawiono modły. Przed wrzuceniem ciała do Morza Arabskiego z platformy okrętu USS Carl Vinson, obmyto je oraz owinięto w białe prześcieradło a następnie obciążono worek i wrzucono do wody ze specjalnej platformy. Cała te celebracja zdaje mi się z gruntu fałszywa i obłudna, ale mieścić się musi w poprawności politycznej Amerykanów, nawet jeśli cała ta książka jest jej zaprzeczeniem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.