Wyspiański.

Wyspiański jako artysta fascynował mnie od dawna, szczególnie przy peregrynacjach krakowskich, wędrówkach chaotycznych po mieście, tych letnich sobotnich czy zimowych przez Szpitalną, gdzie Hotel Pollera z secesyjnymi witrażami malarza.  Witraże Wyspiańskiego w kościele franciszkanów, z najsłynniejszym „Bóg ojciec” zawsze będą stanowić legendarny punkt na mapie Krakowa, ale przecież jest to artysta bardzo mocno osadzony w klimacie miasta, pochowany na Skałce i obecny w muzeach krakowskich, a teraz uhonorowany wielką wystawą w Muzeum Narodowym, która potrwa aż do stycznia 2019 roku.

Książkę Moniki Śliwińskiej otrzymałem w prezencie, a lekturę skończyłem jeszcze w styczniu, po czym zastanawiałem się długo, czy w ogóle o niej pisać. Autorka pokazała mi życie ulubionego malarza, odsłoniła jego biografię dosyć szczegółowo, ale z drugiej strony podała te wszystkie informacje w dosyć specyficzny, dla mnie denerwujący sposób. Książka składa się z ogromnej liczby cytatów, prezentacji oryginalnych tekstów, jakby Śliwińska bała się interpretować przekazy po swojemu. Wybór bibliografii obejmuje kilka stron i świadczy o ogromie pracy, ale Śliwińskiej zabrakło jakoś odwagi,  żeby napisać tę książkę po swojemu.

Był artystą bezkompromisowym, o niezwykłej wrażliwości i dziwacznym sposobie patrzenia na życie, które to rzucało mu nieustannie kłody pod nogi, sprowadzało nieszczęścia ważące o całym życiu, z których najważniejszymi były:  weneryczna choroba, oraz gorsza od niej żona, Teodora Teofila Pytkówna. Gdyby choć jedno to brzemię zdjąć z barków artysty, mielibyśmy życie szczęśliwsze i dorobek bogatszy.

Teodora byłą posługaczką w domu opiekunki Stanisława, Joanny (po śmierci męża Janiny) Stankiewiczowej. Prała bieliznę i nosiła węgiel, zaczepna i wyzywająca, nieurodziwa chłopka o czym przekonują rysunki Wyspiańskiego. Całe otoczenie malarza odradzało mu ten ślub, włącznie z proboszczem kościoła św. Floriana,, który wielokrotnie namawiał go do zmiany decyzji, ale w końcu ślubu udzielił. Jak wyglądało by to życie bez ordynarnej, samolubnej, rozpasanej chłopki, którą sobie wziął, żeby zadośćuczynić fakt, że zrobił jej dziecko.

Już za młodu celował w uczynkach niekonwencjonalnych, jak wówczas, kiedy z gromadą chłopaków rozhuśtali dzwon Zygmunta, który będzie mu grał w dniu pogrzebu, wybaczając szczeniackie figle.

Projektuje tak wiele jednocześnie użerając się z wszystkimi, którzy nie rozumieją jego sztuki, choć przecież pod koniec życia, mnóstwo jego zamierzeń doczeka się realizacji. Pasjami chciał przekształcać Wawel, który był jego ukochanym miejscem, gdzie chciałby dokonać najwięcej – niestety kazał przed śmiercią spalić wszystkie projekty.

Kandyduje do objęcia dyrekcji Teatru Słowackiego, ale przegrywa, choć miał poparcie wielu – bano się powierzyć taki teatr niekonwencjonalnej figurze, niedocenianej za życia. To była groteskowa sytuacja, ponieważ kandydatura pisarza była z jednej strony uzasadniona jego osiągnięciami jako autora „Wesela”, ale z drugiej strony nikt nie wyobrażał sobie Wyspiańskiego na tym stanowisku, jednocześnie nie mając odwagi mu tego powiedzieć. Za to wybrano go do Rady Miasta i tutaj nie opuścił ani jednego posiedzenia, a jako członek sekcji szkolnej, wizytował szkoły wiejskie.

Projektuje meble dla Boya- Żeleńskiego i zaznacza, że meble w salonie nie mogą być wygodne, bo inaczej goście za długo siedzą i zabierają czas przeznaczony na pracę. Taki to był oryginał, w każdej kwestii z własnym zdaniem, dziwak i szalony artysta, trawiony przez chorobę, z nierozgarniętą żoną i dziećmi, które kochał szalenie, malując i szkicując je nieustannie.

Śliwińska pokazała nam życie tragiczne, zmagające się z okropną chorobą, która odbierała mu wszystko i obiecywała jedynie upokorzenie. A jednak wciąż tworzył, malował i pisał, leżał i kreślił, często zaniedbany rzez Teosię, która wiedząc, że Stanisław nie może pić alkoholu, kupowała likiery, wlewała mu je do gardła, a resztę sama wypijała. Chciwa i nieczuła a jednak jakby ją kochał…

Pogrzeb miał wystawny. Zrobiony został kilkuminutowy film z tego wydarzenia, pokazywany potem w cyrku Edison, a fotografie pośmiertne można było nabyć w zakładzie przy Karmelickiej 5. Szara masa dobrała się do artysty od razu po śmierci, a cierpiący przez całe życie na brak gotówki artysta, stał się doskonałym produktem, na którym zarabia się do dziś.

Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *