Morderstwo przy Rue Dumas

Mam kłopot z takimi kryminałami, bo z jednej strony zachwycają swoją erudycją, klimatem i wątkami pobocznymi, a z drugiej intryga jest na tyle banalna i pozbawiona napięcia, że wykrycie mordercy wydaje się sprawą przesądzoną, a krąg podejrzanych mizerny. Klasyczny, wzięty z Agathy Christie, sposób opowiadania, dosyć duszna atmosfera miejscowych stosunków, jakiś rodzaj zmanierowania bohaterów, ich wykwintność i snobizm – wszystko to sprawia, że książki Mary Lou Longworth, nie zapewnią czytelnikowi ekscytacji i nie przyprawią o palpitację serca, jak np. mroczne opowieści i zbrukane krwią stronice autorów skandynawskich. Już bardziej drapieżne są książki z włoskim snobem w roli głównej, czyli opisane przez Manziniego przygody wice kwestora  Rocco Schiavone.

Ale jak się powiedziało A to trzeba dodać też B, stąd po „Śmierci w Chateau Bremont”, przeczytałem również drugą z kolei zagadkę kryminalną M.L. Longworth, zwłaszcza, że będąc miłośnikiem serii, jednolitość okładek wydawanych książek, zawsze skusi mnie do kontynuacji gromadzenia ich na półkach.

Mary mieszka w Aix-en-Provence i tam umieszcza akcję swoich powiastek kryminalnych, choć sama urodziła się w Kanadzie, ale zachwycona okolicą, przeniosła się do Francji. Przypomina dobrą znajomą, przez te swoje okularki, włosy niedbale spięte i życzliwy uśmiech klasowej kujonki. Longworth niewątpliwie jest smakoszką, o wyrafinowanym guście literackim, znającą się na sztuce, rozkochaną w okolicy, o której pisze.

Przy tytułowej Rue Dumas zabito dziekana (albo jak kto woli doyena), czyli doktora Georga Moutte,  który w tej powieści za dużo sobie nie pohasał, bo uderzony XIV wieczną rzeźbą w głowę, zakończył życie we własnym apartamencie, który był marzeniem wielu jego potencjalnych następców, wśród których szukamy zabójcy. No nie my szukamy, ale znana nam już wcześniej parka, czyli sędzia Verlaque, oraz jego kochanka, piękna Marine Bonnet. Ten cały Verlaque nie wzbudza jakoś mojej sympatii, zdaje się być dupkiem, snobistycznym palantem, smakoszem, obżartuchem, wydającym państwowe pieniądze na podróże do Włoch, po to tylko, żeby zabrać ze sobą Marine i posmakować miejscowego żarcia. Ta francuska arystokracja, bogata od pokoleń, smakująca życie, polskiego czytelnika może zniesmaczyć; nas, tak wrażliwych na nierówności społeczne, a jeszcze bardziej zazdrosnych o to wyrafinowanie, które oni mają we krwi od pokoleń, a my jedynie to nasze szlacheckie pieniactwo.

Zwłoki znajduje śmieszna parka studentów, którzy chcą się dowiedzieć, kto dostał niezwykle prestiżowe stypendium , włamują się do mieszkania doyena i są oczywiście głównymi podejrzanymi, ale nie o to tu przecież chodzi. Już na starcie tej opowieści dostajemy przykłady czym autorka będzie nas raczyła: paszteciki z ciasta francuskiego, sery i oczywiście wina, o których tutaj będzie sporo. Przy każdej okazji dostajemy coś do zjedzenia, każda, trzeciorzędna nawet postać, pojawia się w kontekście jedzenia, zastanawia się, co za chwilę zje, albo wspomina co już zjadła i na co teraz ma ochotę. Oprócz jedzenia mamy dużo wykładów o sztuce, choć najbardziej polubiłem Mary-Lou, za te wtręty o literaturze, cytaty z poezji, egzotyczne przypomnienia np.”Listów perskich” Monteskiusza, czy zabłąkany gdzieś tomik Rimbauda, albo cytowany przez nielubianego Verlaque’a, fragment z Larkina.

Tego rodzajów smaczków w książce jest co niemiara. Nawet podwładny sędziego, policjant Paulik, jest koneserem opery – nie ma tu postaci banalnych, są jedynie typowo francuskie typy, do których ciężko jest się przywiązać. Ten stary dziad dziekan, którego autorka przedstawia z trzęsącymi się rękami, uwiódł przyjaciółkę Mariny i podobno był niezły w te klocki. Przy okazji zadziwiający jest fakt, że mający za kochankę atrakcyjną dziewczynę starzec, upokarzał ją, systematycznie zmniejszając komfort ich spotkań – od pięciogwiazdkowych Spa do tanich hotelików z trzeszczącymi łóżkami.

Mary-Lou ma talent opowiadaczki dygresyjnej, dlatego warto jej kryminały smakować, do czego zachęcam, zwłaszcza miłośników francuskich klimatów, ziół, win, mięsiwa, średniowiecznych zabytków i snobizmu w najczystszej postaci, co czasem razi nasz proletariacki gust, ale na szczęście autorka, albo pani tłumaczka, Małgorzata Trzebiatowska, zrezygnowała z tych pretensjonalnych bises, pocałunków na powitanie, którymi tak obficie nas raczyła w pierwszej odsłonie przygód sędziego i jego pięknej czarnulki.

A niedługo zapewne dostaniemy trzecią część kryminalnych opowieści z dalekiej i pachnącej żarciem Prowansji, o czym informuje nas wydawnictwo, zdradzając nawet tytuł. Oczywiście nie odmówię sobie postawienia na półce „Morderstwa w winnicy”, bo tym razem będziemy się raczyć winami i nie będą to płaskie wina z Biedronki za 19,90, ale na pewno drogie i stare trunki z jakiejś średniowiecznej piwniczki.

Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *