Ludzkie zoo.

Tradycyjnie w drugiej połowie roku, Marek Krajewski wydaje swój kryminał, którego nie można przeoczyć, nie można zignorować, bo jest jak nałóg papierosowy, nawracający i uciążliwy, bo choć chcielibyśmy rzucić, to jednak czy warto?

„Ludzkie  zoo” to ósma książka o Eberhardzie Mocku, a osiemnaście lat minęło od wydania „Śmierci w Breslau” –  wydaje się, że jeszcze tak niedawno widziałem Pana Marka, jak był atrakcją na uroczystości  związanej z inwestycją deweloperską, a tu już moja półka ugina się od przygód Popielskiego (tomów siedem) i Mocka (tomów osiem). Przewaga Mocka cieszy mnie podobnie jak awans naszych piłkarzy na mistrzostwa świata, ale niech te radości nie przysłonią mankamentów. Świat idealny nie istnieje, podobnie jak nie można stworzyć czegoś porównywalnego do klasy kryminałów Chandlera albo Simenona, które są jak wzór z Sevres pod Paryżem. Marek Krajewski próbuje i powiedzmy sobie szczerze, coraz lepiej mu idzie.

Najnowsza książka tego miłośnika Seneki i Marka Aureliusza, zabiera nas do Breslau roku 1914, gdzie trzydziestojednoletni Eberhard odbywa szkolenie wywiadowcze, a jednocześnie zastanawia się, czy związać się silniejszy węzłem z młodziutką sprzedawczynią ze sklepu z jedwabiami, słyszącą w nocy jakieś jęki, które tylko jej spać nie dają, w odróżnieniu od głuchej matki, której nic w nocy nie przeszkadza.

9788324049684

Spotykamy więc Mocka, w tym przepięknie napisanym początku historii, jak udaje się niespiesznie w odwiedziny do swojej Marii, po drodze wspominając wcześniejsze fascynacje erotyczne, a to uroczą fryzjereczkę, a to perwersyjną Charlottę Bloch von Bekessy. Wstępuje do kwiaciarni, od ślepego Żyda kupuje jabłka i postanawia się oświadczyć, bo nagle wydaje mu się, że życie to nie tylko przyjemności, ale i decyzje, które silny mężczyzna powinien umieć podejmować. Jak wiadomo z kolejnych lat życia Mocka, które poznawaliśmy mało chronologicznie, nic z tych deklaracji filozoficznych Mockowi nie wyszło.

Marek Krajewski potrafi w wyrafinowany sposób, prostymi zdaniami, bez zbędnych fajerwerków, wrzucić nas w klimat przedwojennego Wrocławia, a do tego opisując Mocka, ma jakąś lubieżną przyjemność, w epatowaniu nas jego zaletami i przywarami; a to rozpisuje się o jego butach, które muszą być najlepszego sortu, ale zazwyczaj uświnią się i ubłocą w trakcie przeróżnych eskapad, bijatyk czy upokorzeń, których Krajewski nie szczędzi swojemu Mockowi, a to z kolei dostajemy wykład o tym, co przychodzi policjantowi zjeść w podejrzanych szynkach i barach, gdzie zamiast niesmacznych potraw, serwuje się gorące serdelki o przyjemnie trzeszczącej skórce oraz sałatki ziemniaczane, dobrze doprawione octem.

Hedonista Mock wzbudza w nas zazdrość, bo tęsknimy do jego wyrafinowania i łapczywości nie tylko na dziwki, ale i na jedzenie i picie. W „Ludzkim zoo” przygody Mocka i jego determinacja w złapaniu organizatorów sprowadzania do Breslau mieszkańców Afryki, śledzimy z wypiekami na twarzy – akcja jest wciągająca, a Mock wystarczająco naiwny. Nie obejdzie się bez trupów, a i matka pięknej narzeczonej zginie śmiercią tragiczną. Mnożenie przeróżnych dewiacji i perwersji nie jest niczym nowym w książkach doktora nauk humanistycznych i filologa klasycznego – po to właśnie kupujemy te kryminały, żeby zaczerpnąć trochę tego zatęchłego powietrza, gdzie obrzydzenie miesza się z fascynacją, jak podczas obserwowania sekcji zwłok.

Jak zwykle Mock ma godnego przeciwnika, ale i równie oddanego sojusznika, wszystko sprawnie się toczy, aż do momentu, kiedy Mocka wysyłają do Afryki. Jak sam Pan Marek przyznał, nigdy tam nie był, a  o przedwojennej Afryce mógł jedynie poczytać. Przygody Mocka w południowej Nigerii czytałem nieuważnie, bo i prześlizgujemy się tam jedynie nad afrykańską rzeczywistością, gdzie tylko robactwo i pot. Ściganie się ze śmiercią, chorobami, pasożytami i owadami wypada blado, jeśli porównamy to do mrocznego Wrocławia, w którym to mieście Krajewski czuje się jak ryba w wodzie lub Krychowiak w West Bromwich Albion.

„Ludzkie zoo”, z jeszcze młodym, ale już w pełni ukształtowanym Mockiem, to jeden z lepszych kryminałów Marka Krajewskiego. Mock współczuje czarnoskórym, sprowadzanym do Europy w celach erotycznych, naukowych czy wystawowych, wzrusza go mała, afrykańska dziewczynka bardziej nawet, niż własna, nieszczęśliwa narzeczona. Ludzkie uczucia Mocka wiodą go w otchłanie piekielne, ale my i tak wiemy, że Mock przetrwa, że nauczy się czegoś, że nawiąże przyjaźnie ale i podpadnie przełożonym.

Nie da się nie lubić Mocka, bo choć jest hedonistą, to jednak nie można mu zarzucić niesprawiedliwości, rasizmu ani antysemityzmu; nie można też nie lubić Marka Krajewskiego, który z systematycznością, podobną do wykonującego rzuty karne Lewandowskiego, każdego roku, po trzy godziny trzydzieści minut dziennie, przez trzy miesiące w roku, pisze swoje powieści.  I oby tak dalej…

Nowość: „Ludzkie zoo do kupienia w Taniej Książce.

TK_male

Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *