Król Szczepan Twardoch

Rozpieszczany przez krytyków i czytelników Szczepan Twardoch, pisarz o pięknym imieniu i wyzywającym wyglądzie, zyskał już sobie status literata ważnego, sprzedającego się wystarczająco obficie, żeby jego najnowszą powieść „Król”, zrecenzowali wszyscy. W końcu padło i na mnie, co przyjąłem z radością, bo Twardocha polubiłem – głównie za ekstrawagancje w wywiadach, ale przecież także za prozę, od „Morfiny” poczynając.

Twardoch kusi oryginalną okładką „Króla”, znajomością boksu, wszelkiego rodzaju broni, samochodów, samolotów, kobiet sprzedajnych czy perwersyjnych technik erotycznych. Ale to wszystko nie jest ważne, albo ważne jest mniej, przy jego sprawności poruszania się po przedwojennej Warszawie, orientacji w meandrach ówczesnej polityki polskiej,  czy też rozpoznania powszechnego wówczas antysemityzmu. Zresztą nasza świadomość na powyższe tematy nie ma tu żadnego znaczenia – przyjmiemy wszystko bezkrytycznie, bo chcemy poznać historię żydowskiego boksera Jakuba Szapiro.

Powieść skonstruowana jest w typowej dla Twardocha technice, gdzie magia szamańskich powtórzeń ma nas wciągnąć w wir narracji, stworzyć jakieś inkantacyjne delirium, wzmocnione obecnością siły wyższej, tej „istoty” magicznej, która zawsze u Twardocha musi się pojawić, tutaj w postaci olbrzymiego kaszalota, wiszącego nad miastem. No niech sobie ma Twardoch swoje Drachy, czy Litani, niech recenzenci plączą się i interpretują, wywodząc Litani od Lewiatana, skąd już prosta droga do Jonasza. Ale jak to wszystko połączyć w jakąś logiczną całość, żeby nie spełznąć w banalność?

Studio_20170103_211427_resized

Twardoch nie uwiódł mnie szczególnie opowiedzianą historią. Poplątanie losów biednego Mojżesza Bernsztajna, którego ojca Jakub Szapiro poćwiartował „jak ciało koguta na kaparot”, a potem przygarnął chłopca do własnego domu i nauczył boksować, wprowadza do powieści jakiś porządek, który podbudowany jest relacją spisywaną przez kogoś, kto ma być na początku Bernsztajnem, który stał się Inbarem, by w końcu rozpłynąć się w niebycie, zginąć z rąk samego Jakuba. Autor przenosi się dość płynnie z jednej postaci do drugiej, a pod koniec książki akcja przyspiesza i trup kładzie się gęsto, co jednakże nie jest w stanie przebić strat, które czekają żydowską Warszawę, za niedługi czas po roku 1937, w którym toczy się akcją „Króla”.

O ile Jakub Szapiro miał być takim ekscytującym bohaterem, to w rezultacie Twardoch zrobił z niego głupiego romantyka, niezdecydowanego prostaka, który zawraca samolot do Palestyny, skazując dzieci na Holocaust, puszcza się z bezczelną Polka, siostrą swojego największego wroga, który zabił mu brata, pokazuje swoją bezradność i z pierwszej sceny, kiedy to w ringu wygrywa swój najważniejszy mecz, nie zostaje pod koniec książki prawie nic.

O wiele ciekawsze zdają się postaci drugoplanowe: demoniczny Pantaleon, Kum Kaplica czy Ryfka Kij. Każdą ze swoich postaci Twardoch oddaje nam uzupełnioną o przeszłość i przyszłość, każda ma swoje pięć minut. Kobiety Twardocha to osobny rozdział – może poza żoną, zamordowanego przez Szapirę, starego Bernsztajna, wszystkie pozostałe mają w sobie seksualną, demoniczną siłę przyciągania: nawet porządna Emilia, żona Jakuba, perfidnie kusi młodego Mojżesza, nie mówiąc już o wykorzystywanej od dzieciństwa Ryfce, czy opętanej seksualną namiętnością do Jakuba, Annie Ziembińskiej.

Los Jakuba Szapiro, to chaotyczna wyprawa w rzeczywistość Warszawy roku 1937, to meandry politycznego zamachu stanu, szykowanego przez skrajną prawicę, to opis obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie zsyłano politycznych przeciwników i gdzie panował znienawidzony komendant Józef Kamala-Kurhański. Przyznam, że opis pobytu Kuma Kaplicy w tym obozie to wstrząsający zapis bestialstwa, jakie polskie władze stosowały wobec przeciwników politycznych. Obóz wzorowany na hitlerowskim obozie koncentracyjnym Dachau, utworzono rozporządzeniem prezydenta Mościckiego. Komendant Kamala-Kurhański występuje u Twardocha jako demoniczny sadysta – tutaj autor nie wymyśla – Kamala rządził okrutnie i przez to skończył rozszarpany przez rodaków w Auschwitz, gdzie trafił na dziewięć miesięcy, bo tylko tyle udało mu się przeżyć, płacąc za swoje przedwojenne dowodzenie w Berezie.

Czy powinniśmy czuć sentyment do tych wszystkich kryminalistów, których Twardoch podaje nam jak na tacy, do morderców obdzierających ze skóry biednych Żydów, boksera zbierającego haracze, Kaplicy i Radziwiłka, gustujących w nieletnich dziewczynkach i reszty bandy, która rządziła w odseparowanej od reszty, żydowskiej części miasta? Szapiro musi skończyć marnie, o czym się dowiadujemy na końcu, ale to nie jest koniec honorowy – Twardoch unurzał swojego bohatera, przekreślił cały ten romantyczny etos króla, każąc mu na koniec cierpieć, zapominać kim jest i mylić się w określeniu własnej tożsamości. Gwałtowne przyspieszenie w ostatnich rozdziałach spowodowane jest tym, żeby autor zdążył opowiedzieć nam o dalszych  losach bohaterów – a jakie one mogły być, jeśli było się Żydem w roku 1939?

„Król” na liście bestsellerów Taniej Książki w atrakcyjnej cenie 33,68 zł.

Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Król Szczepan Twardoch

  1. Jak tam zawsze miałem problem z twardochowymi opowieściami, nie uwodzą mnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *