Historie czterech kobiet, wyskakujących jak matrioszki, jedna po drugiej na linii czasu, a właściwie jedna z drugiej, bo kobiety począwszy od niemieckiej Berty, a skończywszy na współczesnej Kalinie, to spokrewnione ze sobą matki, córki i wnuczki, których losy Bator kreśli osobnymi rozdziałami, przeplatając zamierzchłe czasy splecione z Bertą Koch, z rzeczywistością Kaliny, ostatniej z rodu, która to właśnie plącząc pierwszą z trzecią osobą, podaje nam nieszczęścia kobiet, jakby w tych genach nie było miejsca na odrobinę choćby radości i stabilizacji.
Joanna Bator napisała gruby tom, niczym czytadło z serii wielkich powieści, które przechodzą do historii literatury, polskiej z pewnością, a jeśli niesiony podziwem przesadziłem w zachwycie, to jednakże przeczytana w końcówce roku, tego przeklętego 2020, zaskarbiła sobie niepodważalne pierwsze miejsce w literackim podsumowaniu mojej listy tegorocznych lektur.
Czy to na fali kobiecych protestów, które niedawno przetoczyły się przez nasze ulice, czytanie „Gorzko gorzko” nabiera innego wymiaru, gdyż pokazane w niej przypadki udręki kobiet, stanowią przyczynek do uważniejszego spojrzenia na traktowanie płci przeciwnej przez niektórych ojców i mężów.
Berta Koch staje się naturalną kandydatką do tego , żeby jej losy i ją samą polubić szczególnie, bo i jej miłosna przygoda, oraz krzywda wyrządzona tej córce rzeźnika, zdają się najbardziej romantycznymi i to jej historia jest podwaliną kolejnych perturbacji następnych z rodu, ustawiających się w kolejce po swoją porcję zawodów i rozczarowań. A jednak to losy Violetty, przez V i dwa t, wydały mi się szczególne, i to ta rozkapryszona, miotająca się po życiu niczym Maciej Kot na skoczni w Ga Pa, kobieta, stała mi się najbliższą mentalnie i z łatwością odnajduję w sobie te wszystkie jej przywary i wady, dzięki którym tak skutecznie komplikowała sobie życie, a przecież to chyba ona jedyna miała wizje kim chce być, tylko nie potrafiła wybrać skutecznej metody realizacji. A więc Violetta z tym swoim poczuciem wyjątkowości wzbudzi w czytelniku poczucie wspólnoty, bo ileż to razy czuliśmy się zawiedzeni, że przecież to my jesteśmy wspaniali, tylko los nie potrafi napisać scenariusza, który nam się naprawdę należał.
Gorzko, gorzko, krzyczą wystraszone dziewczynki widząc nadlatujące pszczoły, próbując tymi magicznymi słowami przekonać napastliwe owady, że wcale nie są takie słodkie na jakie wyglądają. Czyż te batorowe kobiety próbują kogoś przekonać, że jednak ta ich słodycz to jedynie pozór, że to mężczyźni widzą w nich jedynie rozkoszny materiał, który będą mogli użyć według własnego widzimisie, a tak naprawdę to i Berta i Barbara, nie mówiąc już o Violettcie, to osobowości jedyne w swoim rodzaju, a ich los to zwyczajna gehenna, jaka jest udziałem milionom im podobnym.
W tle losów czterech kobiet przesuwa się Dolny Śląsk, ta dziwaczna kraina, choć lepiej napisać magiczna, co i lepiej brzmi i dużo więcej obiecuje czytelnikowi. To tereny naznaczone wciąż obecną przeszłością niemiecką, która wypełza na każdym kroku, jak te napisy na wrocławskich kamienicach, z którymi nie wiadomo co robić, zamalowywać, czy raczej odrestaurować, co nadaje budynkom jakiejś magii i smaku spływającego ze świata, który choć miniony, to przecież tak fascynujący.
Podróż w czasie rozpoczynamy w niemieckim Görbersdorf, obecnie Sokołowsko, gdzie w wielkim uzdrowisku dla gruźlików, nie brakuje amatorów salcesonów i czarnej kiszki od Franza Kocha, któremu pomaga córka Berta, zdradliwie uwiedziona w tych okolicznych lasach, gdzie grozę budzą zagryzające ludzi wilki. Przenosimy się, a jakże, do rodzinnej miejscowości autorki, czyli na Plac Górnika do Wałbrzycha z Barbarą, adoptowaną przez dziwne małżeństwo o nazwisku jeszcze bardziej niezwykłym, bo jak tu nazywać się Serce, przygarniętą przez Serców, gdzie przeobraża się, przepoczwarza boleśnie z niemieckiej znajdy w polską dziewczynkę, która musi nauczyć się od nowa mówić.
Z Wałbrzycha próbuje, jak się domyślamy, bezskutecznie, uciec do Wrocławia Violetta, ale historia płata wszystkim figla, bo w ostateczności historia zatacza koło i wszyscy wracany do Sokołowska, dotąd znanego właściwie dzięki temu, że trochę mieszkał tu Krzysztof Kieślowski.
To właśnie ten magiczny Dolny Śląsk, przyprawia powieść Bator nieznanym gdzie indziej smakiem, który wyczuwa każdy mieszkaniec tej krainy, choćby został tu przywleczony z daleka, to jednak wiecie o czym mówię , jeśli tylko wyjedziecie z Wrocławia, do Kłodzka, lub lepiej w kierunku Wałbrzycha, gdzie te dawne uzdrowiska, lasy i góry łagodne i ziemia zaklęta w magię przeszłości.
Joanna Bator zaczerpnęła z sedna niezwykłości tej ziemi i dlatego ta gruba powieść zachwyca swoim klimatem, bo geny tych czterech kobiet nadają historii, wymiaru lokalnego, choć zdaje się, że można by ich losy przyporządkować kobietom na całym świecie.
„Gorzko, gorzko” to świetne czytadło, to książka na zimowe wieczory, a może i noce, bo trudno się od niej oderwać, a przeplatanka losów bohaterek, może jedynie rozbudzić w nas ochotę do jak najszybszych powrotów do losów ulubionych pań z rodu Serce. Do tego otrzymujemy świetne tło opowiadanych przygód, zarówno przedwojenne, trochę nieziemskie towarzystwo Kochów, zanurzonych w lasach i wyrabiające takie przysmaki przedwojennych stołów jak kiełbasa z nutrii, szalejące w okolicy wilki czy ten obwoźny handlarz , czyli Wędrowny Bułgar Krum, zwany Turkiem Nasrallachem, wraz z synem, Młodym, tworzą tajemnicze i baśniowe tło doskonale wpisujące się w magię okolic. A potem to już powojenny Wałbrzych i towarzystwo w kamienicy na placu Górnika, wspólnota w socjalistycznej rzeczywistości, gdzie dorasta Barbara wraz z tymi którzy użyczyli nazwiska dla kolejnych kobiet z piętnem Berty Koch.
Ciężko jest się rozstać z losami kobiet, które Joanna Bator wydobyła nie wiadomo skąd, pewnie z własnych trzewi i jeśli w „Gorzko, gorzko” wrzuciła cały swój gniew czy też całą wyobraźnię, to nie jestem optymistą oczekując kolejnej książki ulubionej autorki. To nie serial na Netflixie i nie będzie kolejnego sezonu, jak to Kalina przekazuje geny ludożerstwa kolejnemu pokoleniu pań Serce.
Książka roku, jeśli nie dekady i szkoda, że przez tę pandemię Pani Joanna nie mogła podpisać mi egzemplarza do kolekcji ulubionych książek z autografem.