Wielki pustynny szlem.

Dla biegacza amatora czytanie o ekstremalnych biegach, ultra maratonach albo wymyślanych coraz częściej egzotycznych wycieczkach biegowych, jest zajęciem mocno pobudzającym do zintensyfikowania treningu lub nieświadomie dołującym przyczynkiem do zastanowienia się nad celowością dalszego kontynuowania zabawy w bieganie. Kiedy dostałem książkę od wydawnictwa, zastanawiałem się kiedy ją przeczytać i co zrobić, żeby ją w ogóle ukończyć. Zapakowana do podręcznego bagażu w czasie lotu do Madrytu i z powrotem, miała zdać egzamin w przestworzach – mogłem zagłębić się w przeżywanie losów bohaterów albo zasnąć z książką na kolanach.

Studio_20161017_220437_resized

Cztery pustynie, czyli 4 Desert Grand Slam, to elitarny cykl czterech biegów, składający się na tysiąckilometrowy wyścig w najbardziej ekstremalnych miejscach na ziemi. To wieloetapowe zawody pod Saharze, Gobi, Atakamie i Antarktydzie.  Andrzej Gondek, Daniel Lewczuk i Marek Wikiera, jako pierwsi Polacy ukończyli cykl 4 Deserts Grand Slam. Nie tylko przebiegli 1000 km przez pustynie, zamykając symboliczną pętlę wokół Ziemi, ale kończąc jeden z najtrudniejszych wieloetapowych, ekstremalnych ultrabiegów świata, weszli do elitarnego grona Grand Slam, czyli znaleźli się w międzynarodowej grupie 47 biegaczy, którzy skompletowali medale uczestnictwa w czterech biegach w jeden rok. Ich relacje zebrał Paweł Oksanowicz, a wydawnictwo nie żałowało pieniędzy na błyszczący papier i bogaty zestaw kolorowych zdjęć. Książka wyróżnia się starannym wyglądem i daje nadzieję na ekscytującą lekturę. Czy do końca jesteśmy usatysfakcjonowani? Zależy czego szukamy w tego rodzaju pozycjach: jedni preferują reporterską relację z opisami zmagań, a dla innych to metafizyczna strona walki z samym sobą stanowi o atrakcyjności lektury.

W książce trzech herosów mamy to wszystko przemieszane. Kiedy wciągamy się w zmagania Daniela, którego sukces wydawał się najmniej prawdopodobny, ocieramy się bardziej o walkę z samym sobą, kiedy czytam Andrzeja, wchodzę na ścieżkę sportowej rywalizacji. Marek wraca do nas przy okazji ostatniego wyścigu po Antarktydzie, ale wtedy ja już tęsknię za Danielem, który zafascynował mnie podejściem do tego wyzwania, którego tak naprawdę nie miał prawa ukończyć z racji swojej fizyczności i przygotowania, a jednak dokonał tego dzięki sile woli i samozaparciu. Mówi się, że najlepsi biegają głową, a nie nogami i jest w tym bardzo dużo prawdy – swój wyczyn Daniel zawdzięcza właśnie silnej psychice.

Tego rodzaju wyprawy biegowe zarezerwowane są nie tylko dla herosów wytrzymałości, ale przede wszystkim dla ludzi z dużą rezerwą finansową. Nasi bohaterowie to biznesmeni: Andrzej Gondek jest dyrektorem firmy farmaceutycznej, Daniel Lewczuk prezesem firmy w branży executive search       (cokolwiek to znaczy), a Marek Wikiera przedsiębiorcą w branży ochroniarskiej. Ich wyjazdy w ciągu jednego roku wiązały się również z wyrzeczeniami związanymi z pracą zawodową, a jednocześnie dawały niezwykłego kopa ich wyobraźni i modelowały od nowa podejście do pracy zawodowej.

Czytając o zmaganiach śmiałków z Polski docieramy również do dramatycznej historii czwartego uczestnika, którego realizację planów zdobycia wielkiego szlema przerwała śmierć. Marcin Żuk miał być jeszcze jednym bohaterem tego wyczynu, ale ukończył jedynie pierwszy etap. Trochę go brakuje w tej książce, jakby koledzy zapomnieli z kim zaczynali, trochę brakuje nam wyjaśnień i przyznaję, że szukałem na kartach książki szerszej informacji o tym jak koledzy zareagowali na śmiertelną chorobę Marcina. Być może gdzieś tam czai się podskórny wątek, o którym nie chcieli pisać ani mówić – pewnie to ich prawo. Czytelnik zapewne będzie się zastanawiał nerwowo i szukał tej czwartej sylwetki na zdjęciach.

Książka szczęśliwie przetrwała lot do Madrytu i z powrotem – ukończyłem ją tuż przed lądowaniem w Polsce. Pozostawia pewien niedosyt z racji swojej chaotyczności, ale może to wynik relacji, która jest połączeniem trzech „tenorów”, gdzie każdy interpretuje zdarzenia po swojemu. Na końcu ma się wrażenie, że jeśli zechcemy, jesteśmy w stanie również to zrobić – nic bardziej mylnego. Wczytując się w te relacje napotkamy dramaty wytrawnych biegaczy, historie udręki ale i ekstazy, bólu i krwi wylanej na trasie. Biegnie się na własną odpowiedzialność i nic nie uchroni tych słabszych od tragedii. Ludzie podejmują się ekstremalnych wyzwań nie dlatego, że są silni, ale po to, żeby pokonywać własne słabości. Dlatego właśnie historia Daniela jest tutaj sednem, przynajmniej dla mnie. Reszta to codzienność, choć nie dla wszystkich jednakowa.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *