W stronę Julii.

Czas wreszcie dobrać się do Rylskiego, którego skończyłem w pociągu relacji Warszawa – Wrocław, a potężną jego dawkę przyjąłem w busie polskim jadąc w przeciwną stronę i wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że „Obok Julii” można łatwo zaliczyć, przebiec się po niej szeleszcząc kartkami, (zastanowić czemu „obok”, może lepiej byłoby skorzystać z wujka Prousta i napisać „W stronę Julii”), że to może być jednorazowa przygoda i że zagubiłem w sobie gdzieś dawnego Rylskiego i powinienem cofnąć się aż do Stankiewicza, żeby zrozumieć.

W promocyjnych wywiadach autor wciąż mówił to samo, ale co niby miał mówić – marketing sprowadza się jak zawsze do obecności; należy zmusić pisarza, żeby wykorzystał każdą sposobność do zakomunikowania światu, że napisał książkę, sprzedać trochę siebie, poopowiadać o łące pod Drohiczynem, Hemingwayu i Hłasce, pojawić się we wszystkich możliwych programach literackich, których znowu nie jest tak dużo, a jak się uda, to wkręcić do Wojewódzkiego. No tu rzeczywiście przesadziłem, ale pieniądz nie śmierdzi i tez uważam, że należy promować coś więcej niż grafomańskie historie fantazy, którymi fascynują się autorzy blogów, zalewani przez wydawców książkami do zrecenzowania.

Jedyny interesujący wywiad z Rylskim przeczytałem w Gazecie Wyborczej, bo sięgnął jakoś tam do biografii pisarza, do jego dzieciństwa i młodości, do opowieści o tym, jak został wychowany bez matki, która zostawiła go a właściwie porzuciła, do śmierci bohaterskiej ojca, którego nie znał i o tym, że pretensji do matki nie ma, bo dzięki temu przeżył to co przeżył. Ciekawe byłoby teraz porozmawiać z matką, żyjącą jeszcze na emigracji o jej stosunek do znanego bądź co bądź syna – czy czytała jego książki i co o tym wszystkim sądzi, ale to już zbyt ekstrawaganckie założenie, na które pewnie nie stać naszych dziennikarzy.

„Obok Julii” jest jak powieść sensacyjna unurzana w psychologicznym sosie i ten sos niestety przeszkadza, bo przesolony. Oczywiście chciałbym wiedzieć dlaczego bohater postępuje tak a nie inaczej ale czasem gubię się w odcieniach patosu, nie rozumiem tej całej głębi, a właściwie to ją rozumiem, bo nie jest wcale tak wyzywająca, ale dostaje za dużo meandrycznych dywagacji, niecierpliwię się co dalej, chciałbym, żeby historia się zazębiła, żeby się sama napędziła, popchnęła, żeby nabrała soczystości. A ona się rozłazi, kluczy, potem przyspiesza, pogardliwie komentuje rzeczywistość, nasz macho naznaczony piękną Julią radzi sobie w życiu bardzo dobrze, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego uwiedziony przez cyniczną nauczycielkę, do końca życia jest pod jej wpływem. Jakby Julia była jedynie tęsknotą do cudownej młodości, jakby jego dalsze życie nie dało mu już nic ponad to, nic wartego poświęcenia.

Ten męski patos przeszkadza, choć jest też łagodzony przez ironiczne traktowanie, sam bohater wyrastając na lokalnego mafiosa, rozumie jak bardzo złudna jest jego sytuacja, mamy tu do czynienia z klasycznym, małomiasteczkowym układem władzy, potem bajkową pracą we Francji dla rosyjskiej mafii, miłosną perturbacją, mętnym uzasadnieniem wydarzeń i krwawą wendettą nad zabójcami Julii. I o ile pierwsza część książki, obfitująca w zmagania się bohatera z własnym ja potrafi oczarować choćby tym obrazem upalnego lata, to dalej już nie jest tak słodko, choć dzieje się więcej. U Rylskiego trzeba się wiele domyślać, pomimo analiz duszy bohatera, czasem nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi i w czym tkwi problem. Ale czy Rylski za trudny, czy zbyt powierzchownie „przeleciany”, czy zaplątany we własne myśli nie potrafił „przemówić”, momentami udaje się wychwycić perełki stylu, jakby autor siedząc na tej swej łące pod Drohiczynem, doznawał olśnienia i jego proza przybierała na smaku i znaczeniu.

Stary Rylski sarkastycznie mówi o sobie, że już nic nie musi, ale ja za bardzo mu nie wierzę. On wydaje się zaplątany we własną sieć swoich książek a tak naprawdę musi być inny, jak wieloznaczni są bohaterowie rosyjskich klasyków – gdzieś tam widać tęsknotę do ukraińskich stepów, a nad wszystkim góruje wszechobecna melancholia.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na W stronę Julii.

  1. ~Pchła pisze:

    Trudny język trochę odstrasza, ale z chęcią sięgnęłabym po Rylskiego.

    P.S.
    Chcę pomóc koleżance. Niesamowicie utalentowana bloggerka wydała książkę, ale w naszym kraju nie wspiera się debiutantów. Książka ma same pozytywne recenzje, więc na pewno spodoba się ludziom, jeśli ją przeczytają. Może i Ty się skusisz?
    Chociaż sprawdź: http://www.o-k.xn.pl

  2. ~Jadwiga pisze:

    Skończyłam czytać „Obok Julii” i nasunęła mi sie taka myśl, że w naszej literaturze, to przeważnie kobiety wspominały swojego ukochanego w każdej chwili życia; Cudzoziemka, Barbara Niechcicowa. U Rylskiego Janek Ruczaj ogarnięty jest obsesyjną myślą o Julii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *