Masłowska o jedzeniu, Krajewski we Wrocławiu.

       Rozczarowanie miłe i rozczarowanie.

          To najpierw to drugie – książka Drotkiewicz czy Masłowskiej, kto jest kierowcą a kto autem, kto prowadzi a kto ucieka? Masłowska dała nazwisko, jej czcionka na okładce jest większa ale przecież to Agnieszka zadaje pytania. Mówi się na to wywiad rzeka, zazwyczaj dotyczy osoby z pokaźnym dorobkiem, o której chcielibyśmy się dowiedzieć więcej niż dostajemy codziennie, dowiedzieć się co jada na kolację, czy kupuje Wyborczą i ogląda M jak miłość. Jakie to prostackie, a jednak kuszące. Przeczytałem, że niedobrze się stało, że odpytującą pisarkę była jej dobra koleżanka, bo mało iskrzyło w rozmowie, bo obie znają się doskonale i raczej nie będą zadawane pytania niewygodne czy zmuszające do czegoś więcej, niż tylko potwierdzenia zawartego w pytaniu. A więc mamy tu trochę o morzu, o mieście, najnowszej książce z kotami w tytule, polityce, feminizmie czy przyjemnościach związanych z podróżowaniem.

        Poruszyłem się dopiero przy jedzeniu, nawet mogłem się pouśmiechać, mogłem się odprężyć. Szczególnie podczas cytowania przepisów z czasopisma „Przyślij Przepis” za 89 groszy, które obie panie kupują z perwersyjną przyjemnością. Przepisy na ciasto Shrek albo sałatkę z makaronu z zupek chińskich wywołują u obu pań entuzjazm niczym dyskusja o zdradzie Anny Kareniny, a my jakbyśmy na to od dawna czekali, wreszcie są jakieś jaja, Masłowska sięga do dowcipów rodem z Wojny polsko-ruskiej, to jest śmieszne, czytamy odprężeni, bo wcześniej wciskano nam jakąś watę mentalną, lekko zahaczając o to co pisarka myśli na tematy, o których mało myślą czytelnicy.

           Upodobania kulinarne Masłowskiej są pewnym zaskoczeniem dla jej fanów, bo przecież ona taka awangardowa a lubi się poświęcić kuchni, lubi gotować obiady itd. Jak zawsze u Masłowskiej spotykamy piękne frazy, takie pilchowskie, doskonałe w swej prostocie jak ta o leżeniu „nad basenem błękitnym jak oczy Judasza” przy okazji opisywania tej radochy dla średnio zamożnych, czyli wczasów all-inclusive. Banalne stwierdzenie, że najbardziej smakuje nam jedzenie, kiedy jesteśmy szczęśliwi przypomina mi zawsze zachwyt nad smakiem herbaty Ahmad w pewne niedzielne poranki; ale tam już nie jeździmy…

Narzekam trochę nad tym rozczarowaniem, ale czego się mogłem spodziewać?  Masłowska ewoluuje, ma wyraźne poglądy, z którymi zgadza się Varga, który podsunął mi tę refleksję, że fajnie się to czyta, ale bez zaskoczenia, bez napięcia między rozmówczyniami, bez pieprzu a wiadomo, że potrawy niedosolone pozostawiają niedosyt.

         Za to Krajewski jest lepszy niż wywiady z nim. Zawsze mam wrażenie, że powie w nich jakąś głupotę, że jest mądrzejszy od tego co mówi – to samo mam ze Stasiukiem, którego zdania w książkach, w pewnym momencie wydają się niczym wypracowania licealne – to kręcenie się wokół siebie, wokół lichości świata, schemat powtarzany na setki sposobów „do wyrzygania”, z konkluzją gimnazjalisty, któremu wydaje się, że jest odkrywczy w swojej naiwności.

           „W otchłani mroku” to najlepsza książka Krajewskiego od lat. Czytałem z przyjemnością zagłębiając się w ulice, wokół których krążę od lat. Topografia i miejsca codziennie odwiedzane zyskują smak powojennej rzeczywistości – niemalże czekałem, aż Popielski trafi na ulicę Waterloo, gdzie mieszkam. Intryga jak zawsze poplątana, wydumana lekko, psychologicznie wątła, ale wyrazistość postaci wciągająca, realia doskonale oddane, świat powojennego Wrocławia przemawia egzotyką a oficerowie radzieccy są usadowieni między naszą do nich nienawiścią a słowiańską brawurą. Krajewski wrócił wreszcie ze Lwowa, szkoda, że bez Mocka – Popielski jest niejako w zastępstwie, on jest Mockiem tak czy inaczej, to ten sam typ psychologiczny, więc niby różnica mała i poplątane już mamy w umyśle te dwie postaci. Dylemat filozoficzny, dyskusje i spory dwóch antagonistów nużą – ja nie wierzę, że ludzie mogliby aż tak oddać się we władanie konkretnej wykładni myślowej, zbudować na tym kanon postępowania, ale może jestem zbyt mało ideowy. Razi mnie jeszcze to, w czym się ostatnio pisarz lubuje, czyli skakanie pomiędzy latami – historia się wówczas potyka, narracja pęka – lubię kiedy wszystko sunie systematycznie, jak nie plączą mi się postaci i lata.

           Pan Marek wydaje książkę raz do roku i niech tak zostanie. Pisarz krzepnie, należy tylko życzyć mu pomysłów i podpowiadać intrygi wiarygodne, historii mu nie braknie byle tylko udoskonalił dar, pozwalający nam uwierzyć, że to wszystko mogło się wydarzyć nie tylko na stronach jego kryminałów.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Masłowska o jedzeniu, Krajewski we Wrocławiu.

  1. ~Jakub pisze:

    A ja uważam, że i wywiady z Panem Krajewskim i jego książki są na bardzo wysokim poziomie.

  2. ~Ebooki4u pisze:

    Uwielbiam twórczość Marka Krajewskiego, ale powieść „W otchłani mroku” jest moim zdaniem jego najsłabszym dziełem. Powinien chyba się zastanowić nad tym aby stworzyć nową serię, bo ta już się zrobiła nudna i przewidywalna.
    Pozdrawiam
    Ebooki4u

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *