Jesse Ball „Kiedy zapadła cisza”.

O 9:45 zacząłem czytać w towarzystwie małej kawy w białej filiżance a o 12:15, przed dużą kawą Carte Noir, było już po wszystkim. W międzyczasie udało mi się zjeść śniadanie, wykorzystać pralkę, oraz zrobić szereg nieprzydatnych rzeczy. A to się rzadko zdarza, takie szybkie przejście od startu mety. Do tego książka ukaże się dopiero w poniedziałek, ale dzięki uprzejmości wydawnictwa, miałem ją już w piątek. I nie ma jeszcze żadnych recenzji. Tak więc szybko skonfrontowałem informacje z okładki z własnym doświadczeniem, ufny jak zwykle pierwszemu wrażeniu.

Niewątpliwie Murakami maczał w tym palce. Te same zimne zdania, reporterskie i krótkie; ten charakterystyczny wgląd w rzeczywistość, dystans, pierwsza osoba, świat, który czyha ze swoimi niespodziankami, martwa natura, która w każdej chwili może wyciąć ci jakiś numer. I obsesja, która spada z nagła i nie jesteś w stanie się od niej uwolnić.

Jak wejdziemy na facebookowy profil autora, z łatwością znajdziemy zdjęcie, opublikowane 15 marca 2013 roku, na którym Ball w towarzystwie Jonahana Franzena, chyba słynniejszego niż Ball pisarza, wpatrują się w obiektyw, a na stole, podobno, bo ciężko odczytać tytuł, leży książka Murakamiego. I niewykluczone, że fragment twarzy, który zwrócony jest w kierunku pisarzy, należy do najsłynniejszego, w ostatnich czasach, japońskiego kandydata do Nobla.

Daleki jestem od stwierdzenia, że przeczytałem dziś rano kryminał. Bardzo daleko. Właściwie mógłbym się założyć o każdą sumę, że ta książka kryminałem nie jest, ale kto podejmie wyzwanie? W skrócie, choć można też inaczej, akcja skupia się na sprowokowaniu wydarzenia, mającego na celu skompromitowanie ustroju politycznego. Na dwusetnej stronie można przeczytać przypis, charakteryzujący tzw. sytuacjonistów, czyli grupę ludzi, których celem było konstruowanie „sytuacji”, przekraczających logikę i wyzwalających w jednostce „energię niezwykłego”. Taką „sytuacją” jest sprokurowanie zniknięcia ośmiorga staruszków z japońskiego miasteczka, znalezieniu winnego, który przyzna się do ich zamordowania, a kiedy ów nieszczęśnik zawiśnie na szubienicy, zrobienie demonstracji politycznej z udziałem rzekomo zamordowanych.

Akcja skupia się na dochodzeniu prawdy przez bohatera, występującego zresztą pod nazwiskiem autora, relacjach ludzi wplątanych w tę prowokację, którą zresztą wyjaśnia ostatni przepytywany, który całą misterną intrygę wymyślił i zrealizował, dzięki niezwykłemu darowi przekonywania. Na wstępie autor wyjaśnia, że historią Oda Sotatsu zainteresował się po tym, jak jego ukochana żona, przestała z nim rozmawiać, jakby przeniosła się w inny wymiar, by po pewnym czasie kompletnie zniknąć z jego życia.

Nie ukrywam, że wydarzenia mają posmak metafizyczny, że wiele ukryte jest w naszych głowach i interpretacjach, co niezwykle łatwo podsuwa nam historie dziejące się w książkach Murakamiego, że odczytywać tę prozę możemy wielorako, że przyznanie się Oda uruchamia cały szereg reakcji rodziny, że wiele relacji zwodzi, że dajemy się prowadzić także w ślepe uliczki, że odkrywanie motywacji bohatera jest mozolne i że za dużo zostawia się nam do własnych przemyśleń. I podobno można odnaleźć tam miłość, choć jakże niekonwencjonalną, raczej perwersyjną, ale w tym temacie wolałbym się nie wypowiadać.

Nie odkryłem tam, na Boga, ani Kafki ani Borgesa, nie ta liga, jeszcze nie ta, jak już miałbym chwycić się jakiegoś porównania, to obok Murakamiego, postawiłbym na Calvino, z jego krótkimi sytuacjami bez wyjścia, zdarzeniami zwykłymi, które niektórzy pragną odczytać po swojemu.

Przyglądam się autorowi, brodatemu trzydziestosześciolatkowi, o oczach niewątpliwie skośnych, choć jest z rodziny irlandzko-sycylijskiej, ale przecież gdzieś ta japońskość w nim tkwi. Jeśli wejdziecie na stronę www.jasseball.com i nauczycie się po niej nawigować, odkryjecie kolejną pasję autora – rysunki. Rysunki na serwetkach, w których główną rolę gra często lis, trochę przerażający, ze sterczącymi uszami. A jeśli zechcecie napisać jak bardzo utkwiła wam w głowie jego książka, polecam kontakt mailowy: jball1@artic.edu. Jeśli chodzi o mnie, z upodobaniem zaliczę dzisiejszy poranek do udanych, podobnie jak ten, kiedy  nie ruszając się z łóżka, słuchałem leniwie Bacha.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Jesse Ball „Kiedy zapadła cisza”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *