Guzowska.

7,50 za Guzowską to dobra cena. W taniej księgarni krakowskiej na Grodzkiej dużo kryminałów, za które płaciłem dawniej gotówką, a teraz można je dostać za równowartość porcji ruskich pierogów. To sobie pomyślałem, że sprawdzę tę Guzowską, bo wciąż się na nią natykam, i jak spodoba mi się „Ofiara Polikseny” to wyszukam w podobnej cenie jej drugą książkę. Chyba jednak nie wyszukam, ale człowiek zawsze naobiecuje a potem wychodzi jak zwykle.

Kryminał doczytałem do końca, choć przyznaję, że niektóre fragmenty, zwłaszcza pod koniec, jedynie skanowałem wzrokiem, wyszukując  znaczące zdania, żeby nie stracić sedna, co okazało się bardzo dobrym rozwiązaniem i przyspieszyło finał.

Guzowska stworzyła bohatera płci męskiej, pewnie tak, jak sobie wyobraża mężczyznę, którym sama chciała by być lub za jakim tęskni, a przecież obdarzyła go tyloma wadami, że wydaje się posiadać niezbyt pochlebne zdanie o nas, facetach. Wszyscy zwracają się do niego Mario, co brzmi infantylnie, jednocześnie pozbawia nas jego przeszłości, wrzuca w rzeczywistość wykopalisk w antycznej Troi, sugeruje dawny romans z chwiejną emocjonalnie Polą oraz przekonuje, że jest pijakiem, przegranym naukowcem, do tego bojącym się panicznie ciemności. Tenże Mario, rozwiązuje zagadkę morderstw popełnianych na stanowisku archeologicznym, ale co to za morderstwa, z których jedno okazuje nieprawdą, drugie dotyczy śmierci naturalnej a trzecie jest tak absurdalnie głupie, że nawet kiedy dowiadujemy się kto jest sprawcą, nie chce nam się w to wierzyć.

Polscy pisarze kryminałów wciąż silą się na ten denerwujący ton, obecny np. u Czubaja, ton dowcipu na siłę, spektakularnych ripost i udających żart wymyślnych dialogów. Kiedy czyta się Chandlera, takie wstawki pojawiają się raz na sto stron; podobnie w filmach Hitchcocka – Cary Grant w filmie ‘Północ – północny zachód”, uraczy nas czasem gestem lub słowem, trochę jakby wodewilowskim,  ale smakuje to inaczej, ponieważ jest dozowane umiejętnie. U Guzowskiej Mario musi brylować niczym pretensjonalny głupek; zresztą pozostali uczestnicy wydarzeń narysowani są schematycznie i płasko, nie mówiąc już o samej intrydze, która kuleje. Za dużo potknięć, za dużo słów – przelewają się przez nas te zdania, ustępy, całe strony niepotrzebnej gadaniny, wykładów uniwersyteckich, opisów przyrody, zdarzeń zbędnych, waty literackiej, nudnej i płaskiej emocjonalnie.

Mario rzecz jasna, przeleci bezmyślnie panienkę, pobije się z mordercą, raczej z zazdrości a nie poczucia sprawiedliwości a idealny Griffin, bogacz i przystojniak, złamie serce Poli, by w finałowej scenie próbować poderżnąć jej gardło. Nasz pijak Mario utopi go w lodowatej wodzie. Motywacja mordercy pozostaje dla mnie tajemnicą podobnie jak kompletny brak tureckiej policji, która mogłaby się zainteresować dziwnymi przypadkami zejść, wśród nielicznej grupy podejrzanych.

Łatwo jest kpić z tej książki, bo debiut Guzowskiej jest mocno niedojrzały, ale … można też mieć nadzieję na przyszłość. Nie każdy od razu staje się mistrzem, trzeba terminować długo, jeśli nie ma się z miejsca stylu, można się uczyć pisząc kolejne książki, a przede wszystkim opanować manierę rozwlekłości, więcej czasu poświęcić bohaterom i  motywom, jakie nimi kierują. I nade wszystko, jeśli piszemy w pierwszej osobie, niech to będzie osoba najbliższa nam samym, ponieważ kobieta wchodząca w skórę mężczyzny, może co najwyżej przypuszczać jak on się zachowa, co nie zawsze jest zgodne z rzeczywistością, o czym przekonuje nas odwieczna prawda, że kobiety są z Wenus a my z czerwonej planety. Podobno.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *