Stanisław Karolewski

„W piaskownicy światów. Epos wrocławski” cena sugerowana 29,00 (sugerowana – zauważyliście ten trick coraz częstszy?) Nie kupiłem tylko dostałem pocztą, nawet z dedykacją, gdyż autor postanowił promować się, wysyłając swoją książkę do autorów blogów o książkach. To niewygodna dla mnie sytuacja, bo książka jest niedobra, a powinienem coś o niej napisać, stąd zastanawiałem się czy nie lepiej w ogóle ją przemilczeć. Nie sztuką jest jednak skatować książkę, autora i pomysł – a naprawdę jest nad czym się znęcać (od bazgrołów na tylnej okładce, których nie da się odczytać i nie wiemy kto jest ich autorem, poprzez konstrukcję, zmiany czcionki, posłowie, jakiś słowniczek na końcu, zdjęcia kobiet), sztuką jest wybaczyć debiutantowi, a raczej zapytać go, po co pisał. Bo zawsze się po coś pisze – w związku z tą notką, chciałem się nawet posłużyć autorytetami, pół godziny szukałem książeczki Sabato „Pisarz i jego zmory” a drugie pół Audena – chciałem coś mądrego a jednocześnie pokrzepiającego znaleźć, ale okrucieństwo mojej opinii o tej książce zrównoważyć może jedynie przekonanie, ze sam podejmując próby literackie, wypisywałem takie brednie, że odczytując je później, skręcałem się ze wstydu. Zadając sobie pytanie po co się pisze, można znaleźć kilkaset przyczyn, mądrzejszych i naiwnych (Auden pisze: widok własnego pisma jest dla każdego niemal równie przyjemny jak zapach własnych wiatrów), ale tak naprawdę pisze się żeby zrobić coś niekonwencjonalnego, żeby zaimponować sobie i przyjaciołom, żeby mieć wreszcie cos własnego. W tym przypadku jest to książka, którą będzie czytał autor oraz jego przyjaciele – to oni odkryją w niej to wszystko, co dla mnie pozostaje tylko mętnym ciągiem akapitów  z niezrozumiałymi dygresjami. Szukałem tam jakiejś historii, szukałem Wrocławia – znalazłem chaos. A jednak książka została wydana, autor zabawił się w wydawcę, zrealizował swoje marzenie, okazał się konsekwentnym, stracił pieniądze a zyskał coś niepowtarzalnego, zyskał status literata (jakże mu zazdroszczę).

 W trakcie przeglądania i usiłowania odnalezienia sensu powieściowego, natknąłem się na coś, co mnie rozśmieszyło i choć jedno zdanie nie czyni książki, zwłaszcza że jest w końcowym słowniku, to jednak pozwala wierzyć w autora, zwłaszcza w to, że mu się dowcip jeszcze wyostrzy. Zaczyna się tak: „Most Warszawski – najdłuższy most w mieście, na którym kończy się Europa, a zaczyna Psie Pole i droga na Warszawę.” Więcej nie napiszę ale życzę sukcesów. No i wpadnę do antykwariatu pogrzebać anonimowo w książkach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na Stanisław Karolewski

  1. maga pisze:

    też dostałam 🙂 Ale mi dla odmiany się podobało, dużo było w tej książce literackich szachrajstw i gierek, sporo smaczniutkiej ironii i fajerwerków fantazji. Przyjemnie mi się wgryzało w te części, w których było widać, jak autora ponosi, jak mu się garną obrazy i pomysły, mnożą w jakimś nadmiarze i wybuchach. Z satysfakcją dawałam się wciągać i mamić tej powieści (powieści?). Wyczułam w tym mnóstwo literackiej frajdy, podstępnej radości z gry w słowa i światy, mrugnięcia i zaczepki, satysfakcji z samego aktu opowiadania. I coś mi się myśli, że to nie dla statusu literata powstała ta książka, tylko z choroby na literaturę, na opowieści i światy, które rodzą się w głowie. Z takich chorób powstają zazwyczaj smaczne książki. Założę się, że autor napisze następną i tę już sobie sama osobiście kupię za własne pieniążki. Zwłaszcza, że debiut to tylko debiut, ale potem to się dopiero zazwyczaj dzieje, że ho ho 🙂

  2. mojeksiazki pisze:

    Nawet nie wiesz jak sie cieszę, że Ci się podobało.

  3. kalio pisze:

    No, a już myślałam, że może ja czegoś nie zrozumiałam z tej książki. Bo też dostałam i też mi się nie podobało, o czym zresztą szczerze napisałam. Może ta notka odstraszy kolejnego debiutanta, który zechce promować swoją książkę na blogach?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *