James Joyce

Finnegans Wake ukaże się po polsku. Niektórzy oblizują wargi z niecierpliwością, ale powiem im: hola, hola. Kiedyś szczytem snobizmu było mówienie od niechcenia, że Ulissesa się przeczytało, co zaręczam Wam, nie było, nie jest wcale, wyczynem skomplikowanym czy nawet uciążliwym. Ulisses to dobra przygoda i nie trzeba nawet znać niuansów irlandzkiej historii, żeby sobie posmakować.
Joyca lubię, bo jest przewrotnie fascynujący literacko, jest jak Kafka, bo uderza w struny głęboko ukryte samym mechanizmem zdań. To jak spotkanie kobiety, o której zaraz powiesz, że jest stworzona dla ciebie, że ci się wszystko zazębia, ten rytm, forma, klimat, przestrzeń – jednym słowem puzzle trafiają w odpowiednie miejsca.  Portret artysty z czasów młodości to książka, którą trzeba przeczytać mając 18 lat. Mój zniszczony egzemplarz kupiłem zapewne w jakimś antykwariacie w latach 80-tych, ale byłem już po pierwszej lekturze licealnej i zapamiętałem, że jest smaczna, prosta i podnosi na duchu.

       Finneganów tren to polski tytuł. Joyce wymyślając go, oparł się na irlandzkiej balladzie pijackiej, opowiadającej o biesiadnikach, którzy opłakując zmarłego kolegę, oblewają go przez przypadek whisky i w ten sposób przywracają do życia. Finneganów „tren” tożsamy jest więc z tymi Kochanowskiego. Zapragnąłem mieć tę książkę zwyczajnym odruchem snobistycznym, zdając sobie sprawę z karkołomności jej zrozumienia. No ale to silniejsze ode mnie, więc rozpocząłem poszukiwania, żeby sobie książkę zagwarantować, może jeszcze przed oficjalnym jej ukazaniem się pod koniec lutego. Jedynie wydawnictwo HA!ART (żadne tam EMPIK-i) oferuje ją w cenie o 20 zł niższej niż cena oficjalna, ale wliczając koszt przesyłki wychodzi 85 zł – no chyba żebym sobie książkę sam odebrał w Krakowie, ale od ostatniej wizyty w tym mieście właśnie mijają trzy miesiące a perspektywy są mętne.

Kiedyś zrozumiałem, że książki chcę posiadać nie tylko ze względu na ich treść, ale równie intensywnie pociąga mnie ich wygląd, kształt, zapach, miejsce na półce – usadowienie się w świadomości posiadacza – bo wiem gdzie stoi, co ma w środku (czasem tylko mniej więcej), a także, że coś przywołuje, zwłaszcza jeśli mogę w niej znaleźć stary bilet do kina. Nie sądzę, żebym wydobył z Trenu Finneganów coś więcej poza zdziwionym zauroczeniem, chwilą prawdy, że nie jestem w stanie tego pochłonąć, ale czystą radość będę miał z racji posiadania, tej dziwnej książki, wydanej zresztą ze starannością jakiej żądał Joyce, z określoną matematycznie i geograficznie ilością stron, czcionką i okładką. Ostatnie dzieło pisarza, napisane po rocznej przerwie, którą sobie zrobił po napisaniu Ulissesa, to zagadka literacka, językowy eksperyment, a lektura, to zabawa z szyfrem. Właściwie jak się tak zastanowić, to po co to czytać? Błyskotliwe rozmowy rozradowanych biesiadników obfitują często w doraźne skojarzenia, sami tworzymy nowe słowa, porównania, kaleczymy język żeby cos wyrazić oryginalnie albo żeby pokazać, jacy to jesteśmy zabawni. Joyce uczynił z tego piramidę i napisał dzieło, które tak naprawdę jest nieprzetłumaczalne. Jak piszą niektórzy recenzenci: „Joyce zakodował całość na zasadzie  heterogenicznego manuskryptu, wręcz rozsadzanego odśrodkowymi treściami. Od kreacji powieściowych bohaterów: HCE i jego rodziny, ważniejsze wydają się poetyckie inklinacje tekstu”. Mówi się, że Finnegans nawiązuje do filozofii głębi Junga, do nieświadomości zbiorowej, do tego, że ludzie posiadają jakąś wspólną jaźń, którą ta proza ma wyrazić.

Książka ukazuje się w ciekawych czasach dyskusji o prawach i wolności w Internecie, w 70 lat po śmierci autora, kiedy to wygasają prawa do jego dzieł i każdy może sobie wykorzystać te prozę do czego mu się żywnie podoba. A wcześniej z Joycem nie było tak łatwo, bo jego prawowity spadkobierca, Stephen J. Joyce, robił wszystko, żeby utrudnić ciąganie tej spuścizny po deskach teatralnych, tekstach piosenek czy innych plugawych formach wyrazu. Tak więc odwoływano premiery sceniczne a Kate Bush czekała ponoć 20 lat na możliwość skorzystania z monologu Molly Bloom (Flower of Mountain). Ale z dniem 1 stycznia 2012 roku tama puściła i również nasz wydawca to wykorzystuje nie musząc mieć zgody i nie płacąc już za możliwość wydania przekładu, bo Joyce stał się własnością publiczną. Podobnie jak Wirginia Woolf, Paderewski, Cwietajewa, Zegadłowicz czy inni wielcy zmarli w 1941.

Podobno należy czytać Finneganów Tren na głos. Są jacyś chętni? 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na James Joyce

  1. ~Hoang pisze:

    pisze:Dzięki, jestem bdzaro mile zaskoczony, nie spodziewałem się tego w tak wczesnym stadium istnienia bloga Jeszcze raz dziękuję za uznanie, to wspaniała mobilizacja do dalszych starań!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *