Andrzej Bart

„Don Juan raz jeszcze” Wydawnictwo Literackie 2006, pierwsze wydanie i nie ostatnie, z ceną na okładce 34,99 i chyba tyle zapłaciłem. Z tyłu autor na tle – chyba nie chciał się fotografować, bo tak naprawdę lubi cień, ale ostatnie wydarzenia związane z umiłowaniem jego prozy przez krytyków, zmusiły go do wychylenia się, co czyni, zgaduję, z lekką dumą i z wirtuozerią udziela wywiadów, w których jest równie błyskotliwy jak w swoich książkach. No właśnie tutaj znajduję albo chociaż usiłuję wynaleźć piasek wrzucony do dobrze naoliwionej machiny tej prozy. Bo Bart jest niezwykle, ironicznie błyskotliwy i przez to gdzieś mi umyka bezkrytyczna radość chwalenia. Ja bym chciał te wszystkie zdania, te błyski, genialne słówka, zwroty i o zgrozo, oksymorony zapisać sobie gdzieś na karteczkach, zanotować w głowie, żeby później nimi wystrzelić w kulturalnej dyskusji, więc mam taką potrzebę uchwycenia tych niuansów warsztatu, tych olśnień przewrotnego ironisty. No i właśnie, właśnie to mnie drażni, nie za mocno mnie drażni, ale jednak czuję, jakby Bart przez tą wirtuozerię i grę zatracał gdzieś sedno. Proszę mnie zrozumieć – dobrze ugotowana zupa nie powinna być za słona, ani zbyt gorąca (nie mówiąc już że za zimna), bo przecież straci przez to swój niepowtarzalny walor. I choć jest wielu dla których lekko przesolona zupa to jest właśnie to czego oczekują, to jednak wolę dobrze doprawione potrawy.
Przychodzi mi do głowy porównanie Barta do Rylskiego i widzę jak bardzo Rylski jest „suchy”, a jak Bart finezyjny – połączenie tych dwóch warsztatów dałoby polskiego Nabokova; co ja piszę – dałoby kogoś lepszego, bo pozbawionego tej nudnej, nabokovskiej przestrzeni bez wyrazu, która czasem mu się trafiała.
No i nie każdy Barta doceni, co i dobrze mu wróży. Nie potrzeba nam tłumów zachwyconej gawiedzi – smakowanie w dobrym towarzystwie przedkładam nad żarcie na zakładowej wycieczce do lasu.
Nieciekawie wydana książka. Kupiłem na Targach Dobrej Książki i już wiem, że wytargowałem 4,99. Bart zapytany co było dla niego inspiracją do napisania tej ksiązki odpowiedział, że chęć napisania czegoś co nie obraża własnego poczucia smaku. Historia Don Juana zdaje się być tematem oklepanym, ale jeśli powiemy że bohater jest już stary i że tak powiem, zawiesił już buty na kołku, że ma zbudzić z letargu królową Joannę Kastylijską, która nie pozwala pochować swojego ukochanego męża, króla Filipa Pięknego, wożąc trupa po Hiszpanii, do tego dodajmy świętą inkwizycję (czy nie powinno się pisać Inkwizycję?) alchemię, żądzę kobiet, pojedynki w których wygrywają nasi faworyci i ten zdezelowany land rower zjawiający się w ostatnich zdaniach książki, więc jeśli to wszystko odstręczy przypadkowego czytelnika to powiem, że i tak nie miał tam czego szukać. Jak to zawsze podkreślał jeden z moich mentorów literackich – nie liczy się treść książki ale jak została napisana. I choćby była to teoria błędna lub nawet zwodnicza i perwersyjnie stronnicza to ja się z nią niestety zgadzam.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Andrzej Bart

  1. robak pisze:

    Stwierdzam z nie udawanym przerażeniem, że poziom tej ironioczno-błyskotliwej recenzji przerasta mój poziom. Ostatnio czytam znowu „Symbolike zła” Paula Ricoura. Na swieta nie kupiłem niczego nowego z nadmiaru błyskotliwości właśnie. W kolejce do czytania czeka Etyka Nikomachejska.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *