W drodze.

            Zamieszanie wokół najnowszej książki Masłowskiej nie przypomina oczywiście harmideru związanego z Jezus Maria Peszek, ale skutkuje tym, że kupiłem najnowsze wydanie gazety Kontynenty, gdzie wielkimi literami na okładce nazwisko pisarki, już nie wypada pisać, że młodej, jest największe a człowiek w czerwonym kapturze, pomimo że czarny, przywodzi na myśl dresiarski ubiór, w konwencji którego pisała – jeśli to zdanie jest zbyt mętne, proszę napisać zgryźliwy komentarz.

             O książkach przeczytanych w podróży ma być dziś, ale co to za książki, skoro nie papierowe. Kindle mój podróżny zaopatrzyłem w przysłowiowy misz-masz, żeby móc wybierać, kaprysić i zmieniać, co z jednej strony jest wygodne a z drugiej dając możliwości zmiany lektury powoduje zamieszanie. Bo co czytać, jak się ma za dużo do czytania, jak wybierać, proszę pani, jak? Kindle jest wygodny, nosiłem go w dużej kieszeni spodni, czasem w tylnej czasem w tej na nogawce, w samolocie miałem go zawsze pod ręką bez konieczności sięgania do plecaka, w autobusie mogłem odkładać dowolnie, w tłoku nie wadził nikomu. Zdecydowanym minusem jest to, że w ciemności nie da się czytać bez dokupionej małej lampki. Piracko wgrane książki mają różne czcionki i często się rozjeżdżają, denerwuje ciągłe zmienianie stron, bo rozmiar ogranicza a przyciski są zbyt uciążliwie niewygodne. Kindle nie jest książką, więc nie ma tej najprostszej identyfikacji z przedmiotem, nie ma okładki, koloru, szorstkości, zapachu, nie ma indywidualnych zagięć, plam, kurzu. Jest to coś niemalże wirtualnego, zawieszona w próżni wyobraźni pozycja, która nabiera dopiero stopniowo kształtu, ale to wszystko mieści się wyłącznie w naszej głowie. A jednak podróżny Kindle jest zdobyczą niewątpliwą, jest rozwiązaniem mistrzowskim a wyposażenie go w wi-fi powinno jeszcze bardziej tę opinię potwierdzać, choć moje próby skorzystania z tej opcji kończyły się nieuzasadnionym fiaskiem, czy to na lotnisku w Bogocie czy przydrożnym hostelu.

                Przeczytałem tyle ile zazwyczaj, przyznaję, że poszedłem na łatwiznę, wybierałem pozycje łatwe i przyjemne ale taka już natura człowieka. Może gdybym wziął wreszcie ze sobą wciąż nieprzeczytane opowiadania Nabokova, to nie miałbym wyjścia, ale w tym przypadku miałem Nesbo. Nie ma co pisać o Nesbo, który jest niewątpliwie odkryciem tego roku. Przeczytałem dwa jego kryminały z niezmienną przyjemnością i to jest coś do smakowania.

              Zaskakująco wciągnął mnie John Grisham, kojarzony dotąd z kryminalno-szpiegowskimi bestsellerami a tu zupełnie przez przypadek, dla ciekawości zacząłem czytać „Testament” i wciągnąłem się niezwykle, odkrywając fantastyczny, sarkastyczno-ironiczny humor autora, który nawet bardziej mnie przekonał niż sama treść. To jest lepiej napisane niż przemyślane, to książka smakowita warsztatowo, widać że autor napisał już tyle, że nie potknie się nawet na opisie brazylijskich wiosek zagubionych w dżungli oraz życiu seksualnym misjonarek. Miliarder wyskakuje przez okno zmieniając wcześniej testament, zapisując wszystko nieślubnej córce, którą zagubioną w dżungli szuka adwokat-alkoholik przeżywający przemianę duchową. Banalne ale jak napisane.

                Porażką okazała się książka wychwalanego tu Marcina Wrońskiego Officium secretum. Pies Pański”. Podziwiam erudycję, doceniam znajomość opisywanych faktów, ale całość rozłazi się, „rozględza”, wydarzenia nawiązują do „Imienia róży”, przemieszanego z historią Solidarności, agenci, wallendrodyzm, kobiety, dziennikarze – wszystko to się kiełbasi i zamiast dać zręczną fabułę, męczy. Nie udźwignąłeś Marcinie tematu, z księdzem niczym Bond i Sandomierzem nad Wisłą.

             Przezwyciężyłem awersję do Kinga i zmierzyłem się z jego ostatnią książką „Dallas 63”. W Kingu denerwująca jest ta mania mnożenia dziwactw, które w ostateczności do niczego nie prowadzą i na nic nie wskazują – wrzuca je jak kukułcze jajka miedzy doskonale skrojone wydarzenia – przypomina to zatęchłe pleśnią ściany w dobrym hotelu. Ta maniera ma nas chyba przestraszyć, wywołać niepokój a mnie jakoś obrzydza, wygania z dobrze skrojonej drogi, którą podążam ze smakiem. Wystarczy przecież niesamowita możliwość przeniesienia się w czasie i wpływania na losy historii. A może to ma pokazać, że nic w życiu nie jest takie proste jak w literaturze, że zawsze gdzieś za węglem czai się zło w czystej formie, a to zło nie jest wcale krystalicznie metaliczne, pociągające, jest jedynie ohydną pulpą śmieci, które nie dość że śmierdzą to jeszcze wszystko psują.

               W samolocie do Quito przeczytałem szybko i z tradycyjną przyjemnością SimenonaMaigret i trup bez głowy”. Kto zna Simenona ten wie, że zawsze jest to proza specyficzna, z jakąś metafizyczna refleksją nad życiem. I ten Paryż, Francja zaraz powojenna, gdzie bardziej brudno niż kolorowo, a zło jest banalne i pospolite. Polecam czytać szybko i na raz.

                     Z wydarzeń dziwnych i przypadkowych przytaczam historię samolotową, kiedy to lecąc 11 godzin, wyszukuję w zestawie filmów do oglądania coś co pozwoli jakoś znieść niewygody a jednocześnie wertuje mojego Kindla, w nadziei łatwej prozy. John Irving zawsze daje taką pewność więc zaczynam czytać Regulamin tłoczni win a w tym samym czasie znajduję film z moją ulubioną Charlize Theron. Film toczy się niemrawo a ja zaczynam dostrzegać jakieś związki między tym co widzę a tym co czytam i po szybkim sprawdzeniu tytułów okazuje się, że oglądam film na podstawie książki, którą właśnie czytam. Dla dociekliwych zagadka: w ostateczności czytałem czy oglądałem?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na W drodze.

  1. ~lotta7 pisze:

    Oglądałeś… choć wolałabym, żebyś czytał;) Książka świetna:)

  2. ~ewelina pisze:

    Jeżeli przeczytałeś tego Wrońskiego ze znaczkami zamiast polskich liter, to szacun. Calibre ma taką opcję „wyszukaj i zamień” więc można sobie to naprawić przed wgraniem do kindla. Czytnik uważam za świetny wynalazek aczkolwiek ciągłe klikanie i procentowy pasek postępu trochę mnie rozpraszają.

    P.S. Oglądałeś?

  3. mrz pisze:

    Och, wreszcie doczekałem sie komentarzy. Tylko po co muszę je zatwierdzać – a co jak nie wejdę na poczte przez dwa lata? Komentarze beda tam wisieć bezuzytecznie. Czy ktoś wie co zrobić, żeby każdy sobie mógł tu napisac co chce a nie żebym musiał to cenzurowac swoim ograniczonym zasobem bałwochwalstwa?
    Oczywiście że ogladałem, bo przeciez byla tam Charlize…

  4. ~Edyta pisze:

    Obejrzałam najpierw film „Wbrew regułom”. Oczarował mnie. Szczególnie rola dr Wilbura Larcha (M.Caine). Na książkę trafiłam przypadkiem – inny tytuł. Zainteresowała mnie kładka i kadry z filmu, a tam znani aktorzy. Jednak to książka mnie poruszyła – od głośnego śmiechu po łzy. I takie książki kocham.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *