Kobiety

Pasierski po raz pierwszy zawodzi, a superprodukcja Audioteki rozlazła mi się w słuchaniu jak  podarte skarpetki po marszu z Lukli do Namche Bazar.

Wodnik”  to przeplatanka  i niekiedy mam wrażenie, że  głosy zlewają mi się w jedność i nie potrafię rozróżnić kiedy mówi Agnieszka Żulewska a kiedy znów Urszula Grabowska, bo autor nic nie ułatwia, posplatawszy przygody bohaterów, a akcja toczy się równolegle. A może to jakaś moja nieumiejętność skupiania się na  kwestiach wciąż rotujących lektorów – podobne uczucie towarzyszyło mi  podczas pierwszego zetknięcia się z superprodukcją, czyli „Karaluchami” Nesbo.

Psycholog, głosem Chyry  zarabia   jako terapeuta dziecięcy  i ryzykownie wprowadza się do domu, gdzie obserwuje  nadpobudliwego Michała. Menażeria dziwnych postaci  rozszarpuje  w nas porządek  schematycznego słuchania, jak  dociekliwy psycholog porównuje    sygnały wysyłane przez dziecko   z osobiście prowadzonym dochodzeniem  w sprawie  śmierci brata Michała, a jednocześnie  pisarka Radziwiłowicz  docieka   co stało się z zaginioną w okolicy dziewczyną. Początkowy dramat psychologiczny zmienia się w kryminał, co zdaje się lepiej wychodzić  autorowi cyklu z Niną Warwiłow.

„Wodnik” to nieudana próba Jędrzeja  zmiksowania powieści psychologicznej z thrillerem, zagmatwana  wreszcie formą przekazu, nie pozwalającą skupić się mocniej nad zadrukowaną kartką, bo audiobook wymusza  ciągłość dźwiękową, więc musi się tam dziać, przemawiać, dialogować na głos, przeskakując  naszą zadumę i odkładając na bok wahania.

Wyraźnie już wepchnął się we mnie  głosem kobiecym, literacki amalgamat  życiowych konszachtów z losem  pań nie zawsze szczęśliwych, jakby  pisarki chciały nareszcie pochwalić się umiejętnościami, o których  ja np.  nigdy nie wątpiłem, bo taka Pani Bator Joanna już nie raz i nie dwa, zachwyciła mnie prozą swą. A więc dawno już wysłuchałem polubionej  na publicznych czytaniach na Placu Kościuszki Sylwię Chutnik, która  swoimi czerwonymi włosami  prowokuje nie tylko homofobiczny elektorat, ale jest  okrzykiem nowej kobiecej prozy, wyzwolonej z patriarchalnej  cenzury obyczajowej. Sylwia sama przeczytała swoją powieść „Tyłem do kierunku jazdy” i jak nie ma sensu tłumaczenie o co chodzi w tym tytule, to jednak prowokująca okładka książki,   stara się  wykrzyczeć, że będzie to jazda, nie tyle ostra, to przecież z niespodziewanymi  zakrętami.

Przygoda z Chutnik  to próba polubienia Magdy, która nią się nie urodziła oraz bezdyskusyjna akceptacja Babci Stasi, która   na łożu śmierci snuje plany powrotu do pierwszej rumuńskiej miłości, więc zrywając się z uprzęży wenflonów nie wiadomo jakim cudem   leci do Bukaresztu, jakby  mając prawie sto lat przeżyć ponownie uniesienia  miłosne, które  były esencją jej młodości. Magda, przeciwieństwo swej matki, która  nie wrodziła się także w Staśkowe klimaty, tłucze się po świecie, który jest na nieszczęście Polską współczesną, a tutaj jak wiadomo lekko nie jest nikomu, zwłaszcza kiedy  jest się  albo tym albo tą, więc sympatyczne losy Magdy, którą jednakowoż polubiłem najzwyczajniej, przez to jej miotanie się i uganianie za  normalnością, co wreszcie poskutkowało fortuną   odnalezioną w babcinym dywanie. Trzy jakże różne kobiety, w których odnajdziemy    i nasze zwyczajne jak Krystyna mamy i te z odrobiną szaleństwa babcie, więc te kobiety wiodą nas  także przez  socjalizm , zwieńczony wolnością, która wywlekła demony, złośliwe szczególnie dla kobiet niepokornych.

Bator z kolei poszła gdzie indziej, a jej historie w „Ucieczce niedźwiedzicy”, zazębiają się tak delikatnie, że odkryłem to dopiero po jakimś czasie, dziwiąc się  własnej ignorancji. Niektórzy z pewnością nie odkryją  nigdy jak bardzo ten zbiór opowiadań stanowi jedność, ale kiedy już o tym wiemy, kolejna lektura nie będzie już tym samym co poprzednie.

Pierwszy to przykład literatury, który po wysłuchaniu w Audiotece   sugeruje mi zakup egzemplarza papierowego – opowiadania  prowokują  żeby historie kontynuować, a nieuważni  gubią się w kolejnej historii, nie dostrzegając, że wszystko jest ze sobą połączone  niczym „japoński wachlarz”

Urzekła mnie historia zaginionego  na greckiej wyspie męża  i tutaj pisarka udowodniła jak dobrze potrafi  wciągać czytelnika w świat literackiej fikcji; z kolei kobieta, która miota się  w przedstawieniach z agentami nieruchomości,  udowodniła mi, że to książka o samotności, o tym jak bardzo jesteśmy nieszczęśliwi, jeśli nie znajdziemy obok  bratniej duszy. Bator czasem zwodzi nas   nadprzyrodzonymi sztuczkami, ale to świadomy zabieg, żebyśmy zapomnieli, że świat  tak naprawdę jest naturalistycznie okrutny, więc trochę metafizyki, czasami przydaje życiu  czegoś co ma smak  młodzieńczej fascynacji.

Stojąc w rozkroku między Bator i Chutnik nie potrafiłbym zdecydować, że jednak Bator, a jeśli nagle tu mi wyskakuje Rudzka Zyta, to ja już kompletnie składam broń. Kobiety to jest jednak ”coś” nie do pomyślenia. Czytajmy kobiety, jeśli nawet nie potrafimy ich zrozumieć, to panie pisarki wszystko nam wytłumaczą.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Też jesteś Werą

To trzeba smakować; jest to proza powolnego wchłaniania, choć niektórych odurza z miejsca – bo i tak potrafi, a jednak  radzę  smakować, wyślepiać  dogłębnie, zasysać, ponieważ  historia Wery   ogłuszy  każdego sposobem postrzegania kobiecości oraz codzienności.

Akcji tu mało, bo Werze umarł mąż, a od tego raczej się nie bryka, a trzeba znaleźć buty dla nieboszczyka, rozliczyć się z kochanką, powspominać, zakurzyć, no i raczej nie jemy, bo i nie ma za co.

Związek z świętej pamięci Dżokejem  z wyłączeniem  początków, nie zachwycił Wery. Opowiada  o tym w swoim stylu, niemrawo przedziera się przez życia niuanse i w ten sposób poznajemy  kobietę niepospolitą, właścicielkę „Wera. Zakład fryzjerski męski”. Zyta Rudzka  wyrzuciła   całą kobiecość, zrobiła prezentację, w której większość pań przegląda się jak w zwierciadle, a jeszcze więcej zazdrości.

Nie jest łatwo opisać kobiecość, nie jest łatwo  zrozumieć, a tym bardziej mężczyznom, którym zaimponował powiedzmy taki  wymuskany Dżokej. Nie ma literatury kobiecej, a w tym przypadku    to panie bardziej zachłysną się przygodami Wery, a my podziwiamy talent pisarki, która uderzyła obuchem w  tegoroczne zestawienia najlepszych książek. Rudzka nie jest nowa i ciekawe czy  w jej poprzednich książkach też znajdziemy ten potencjał, tę Werę, fryzjerkę z kupionym dyplomem.

Sama historia kobiety  nie   jest niczym nowym w literaturze, to raczej forma opowiadania, ten  nachalny  styl  rozbujanej kobiecości  przyprawia o drżenie łydek. Z tego nie da się zrobić filmu, tego nie da się opowiedzieć, Wera i jej utracony zakład fryzjerski  zatopione są tak intensywnie w bursztynie charakteru kobiety, że żaden facet nie jest w stanie tego  wyjaśnić.

Zyta Rudzka zdaje się być największym zaskoczeniem literackim końcówki roku i trudno jest odnaleźć kogoś,  kto tak  nagle wdarł się  na szczyty literackich ochów i achów. Czy warto  teraz brać pisarkę od tyłu i przedzierać się, a może i  zawieść  wcześniejszymi    „Tkankami miękkimi” czy  „Krótką wymianą ognia”. No właśnie i już te tytuły wskazują, że to musi być wariatka literacka i niepospolita kobieta, która  z wymyśleniem Wery nie miała większego problemu, bo zapewne ta Wera w Zycie gdzieś siedzi, tak jak musi siedzieć w większości   kobiet, tylko one nie pozwalają  tej cudnej Werze wyleźć na zewnątrz.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Francuzi

Nędza, nędza nad nędzami, tak wygląda świat Paula Raisona, doradcy ministra, o popularnym w utworach Huellebecqa imieniu Bruno. Bohater odpręża się  jedynie podczas oglądania przyrodniczego kanału Animals, a filmy o samotnych tapirach i społecznych szczurach, inspirują go do  niewesołych refleksji na temat ludzkości, do której nie czuje żadnego sentymentu. Tak więc   66 letni Francuz  kontynuuje swoją  tradycyjną śpiewkę na temat parszywości2 ludzkiej egzystencji. Zdaje się, że   konsekwentnie  kolejne jego powieści odzwierciedlają nastroje społeczne kumulujące się w analitycznym umyśle pisarza, bo choć rzucił palenie i posiadł 30 lat młodszą Chinkę, to jednak nadal świat zdaje mu się beczką  frustracji  i szukając wybawienia w najnowszej książce  pokazuje  jak Paul, przytłoczony chorobą ojca oraz sytuacją polityczną  zwraca się w kierunku rodziny oraz odtrąconej kiedyś żony.

Unicestwianie” pełznie na kilku płaszczyznach, z których ta polityczna, związana z wyborami we Francji jest  najnudniejsza i najmniej obchodzi czytelnika spoza Francji.  Dywagacje oraz  mechanizmy kampanii prezydenckiej, to  zapełniacz, w którym pisarz niestety zawsze się lubował  wykorzystując sytuację, żeby dowalić  politycznym idiotom oraz ich teoriom.

Dalej mamy Paula i jego żonę Prudence, do której bohater  usilnie próbuje wrócić po latach zimnej obojętności. Starzenie się Paula  nieubłaganie  skłania go do niewesołych dywagacji  na temat samotności  i wyobcowania, zwłaszcza w obliczu  choroby ojca  i zbliżeniu się z rodziną.

Po lekturze najnowszego Houellebecqa odechciało mi się  czytania i planowania przeczytania czegokolwiek. Jeśli w antologii „Niepogodzony”, czytelnik mógłby  pogrążyć się w  zadumanej depresji, która minie po wieczornym seansie na Netfixie, to po „Unicestwianiu” zapadnie w wielodniową traumę, czytając realistyczne kawałki o umieraniu w XXI wieku, w bogatym europejskim kraju, którego rzeczywistość ma się do rodzimej  jak  kościoły  Rzymu do świątyń etiopskich.

Brzydka książka ze świetną, zieloną okładką  zniechęca do Francji, stąd  niespodziewany Nobel dla krajanki, czyli  Annie Ernaux, zdawała się  metodą na przywrócenie równowagi. Wybory szwedzkie  nie są żadną miarą  przy oddawaniu się lekturze, stąd  zrazu niechętnie   przekonałem sam siebie, że jeśli nie wydam tych kilku groszy na papier, to dzięki Audiotece.pl poznam zasługi  dopieszczonej laureatki. Niestety jakby autobiograficzne „Lata” zderzają się z oczekiwaniem na coś wyjątkowego, zgrabnie  intelektualnego w tym francuskim stylu jak z filmów  nowej fali i Godarda chociażby.

Tymczasem pani Ernaux raczy nas wysublimowanym produktem  pozlepianych na szybko reminiscencji, wyszarpanych ze świata pamięci, co  może być  interesujące a nawet nostalgiczne, ale niestety nie dla nas z kraju  przekwitłej gruszy i rozpłakanej wierzby, bo to wszystko  jest wyłącznie francuskie  i dla nich zrozumiałe, reklamy, nazwiska, szkoły, książki, dojrzewanie i polityka. Wszystko w kupie i pani Marta Wągrocka czyta to, leci od deski do deski,  a polski  entuzjasta  i czytelnik  blogusiów  z opisami  kolejnych Sapkowskich czy też Mrozów i Bond, nie zachwyci się  niczym  bohater Gombrowicza Sienkiewiczem. Nobel 2022  jest pospolicie nieprzystający do  naszych oczekiwań i niechby już nasz kochany  Michael go dostał, to wybrzydzając na „Unicestwianie”, wiedzielibyśmy  chociaż, że  ironista  przestraszył się w końcu, że może umrzeć  i jak to się może odbyć.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Małecki puszcza wiatry

Nie ustają zachwyty nad najnowszym kryminałem  Roberta Małeckiego i ja pamiętając Grossa, dałem się nabrać na te pienia, choć niedawny „Wstyd”, to jednak było jakieś nieporozumienie, a  bawienie się autora  ponownie psychologią kobiety, nie  wróżyło niczego dobrego.

„Wiatrołomy” zawodzą  praktycznie w każdej warstwie: Maria Herman, hazardzistka  zraniona  brakiem rodzicielskiej miłości, Borewicz mdły i nawet  śladu w nim charyzmy swojego imiennika, a do tego podpuszczanie czytelnika  pod niemrawą akcję, strzelanina, orgia,  emerytowani policjanci, wszystko jakieś takie właśnie emeryckie, kulawe i niedonoszone, pełzająca akcja, plątanie wokół  tych samych tropów, nudziarstwo i popelina, wpadasz na mieliznę i przez wiele stron nie potrafisz się z tego  bagniska wydostać, narastająca irytacja zabija  momenty, kiedy mógłbym wrócić  do sedna afery z porwanym lata temu dzieckiem i tej pierwszej opisanej sceny, która  sugestywnie chciałaby zmienić nasze  przypuszczenia co do winowajcy. Zapowiadało się naprawdę dobrze i nagle autor jakby postanowił zagęścić  powieść, przez co  znudzony odkładałem książkę z niesmakiem, jakby to debiutant  próbował mnie nabierać.

Ale dosyć narzekania, czas na plusy, które niech jednak nie przysłonią nam minusów. Pisarz tradycyjnie  doskonale odnajduje się w topografii opisywanych miejsc, a więc jeśli jeździmy po nazwanych ulicach, wiemy gdzie wszystkie biedronki czy sklepy Netto itp. To samo tyczy się postaci i podobnie jak w serii o Grosie,  nałogi  nie tylko hazardowe, eksponowane są niczym przestroga – bo niezdrowe jedzenie Borewicza, te słodkie bułeczki i batoniki z dyskontów są właściwie niczym, wobec grzechów głównych  naszej pary; Herman od roku walczy z uzależnienie od hazardu  i jej psychika naznaczona jest  długami, które narobiła, oraz  wstydem z tego wynikającym, zerwaniem z rodziną  i odrzuceniem przez matkę. 07 natomiast  jest uwikłany równie mocno w  sfery, które  mocniej niż narkotyk  wsysają go  na samo dno, co przy zazdrosnej żonie i malutkiej córce potęgują jego zagubienie  siejąc spustoszenie w psychice. Małecki daje nam postaci  niejednoznaczne, nieszczęśliwe, z bagażem grzechów na sumieniu  oraz wikła ich  tutaj w historie, które muszą związać tę parę na dłużej, dając pretekst do kontynuacji, choć oboje  traktują się z lekkim dystansem i nie ma tam wyczuwalnej chemii, jaką zauważa się z miejsca  czytając  np. o przygodach  Robin  i Strike’a.

Tytułowe wiatrołomy to  życiowe  udręki, siejące spustoszenie  w mentalnej warstwie człowieka. Autor obciążył swoich bohaterów   i raczej nie zazdrościmy im sytuacji życiowej, a zmagania z  trudnym śledztwem jedynie komplikują   im doprowadzenie  się do równowagi  psychicznej. Praca policjantów w osławionych Archiwach X,  to mozolne grzebanie w szczegółach i tutaj widać jak na dłoni, że żmudne przekopywanie się przez każdy szczegół to jedyna droga do sukcesu. Herman  i Borewicz to niedobrana para przegranych nałogowców i trudno wróżyć im sukces  czytelniczy, bo nie dają się kochać, a czytelnik  nie przepada za dołowaniem się  problemami   wymyślonych postaci, bo sam  ma na głowie własne niewyjaśnione archiwa X.

Rozczarowany  bezpłciowością kryminału, który usiłował czasem  wydostać się z głębin  opisem  jakiejś  agresywnej sceny związanej z niebezpieczną strzelaniną lub   pościgiem  za furgonem z Herman w roli    zarzynanej kury.  Małecki niepotrzebnie  wkręcił w akcję emerytowanego policjanta Kurka, który postanowił  zbić majątek na  reportażu o  zaginionym synu Witenbergów, co pozwalało  rozjaśniać pewne niuanse, ale finalnie ten kulejący Kurek  zdaje  mi się nieznaczącym wypełniaczem  i zamulaczem  historii dwojga przegranych funkcjonariuszy. Obawiam się powrotu Marii Herman, co nie będzie spektakularne, przy jej pogrążonej  i depresyjnej naturze, dostaniemy  smutną  prawdę o życiu wewnętrznym walczącej z nałogiem kobiety, niestety samotnej, starzejącej się  i coraz mocniej sfrustrowanej. Jeśli dodamy do tego nieudacznika Borewicza to perspektywa nowego kryminału z cyklu nie napawa optymizmem. A może tak ma właśnie być, mamy się dołować  przygodami  tej mało perspektywicznej pary, bo przecież życie nie jest różowe  i każdy ma takie wiatrołomy na jakie nie zasłużył.  Moje narzekania wynikają z tego, że nie dałem się wmanewrować w atmosferę   siermiężnego śledztwa, bo nawet wyjaśnienie zagadki  zniknięcia  dziecka nie rozjaśniło  zapętlonych  wątków , tych zapełniaczy drugoplanowych. Uwikłanie Borewicza i jego nieczyste  pasje nie sprzyjają życiu rodzinnemu, o którym tak bardzo marzy, a z kolei  aseksualna Herman nie może liczyć na rychłą odmianę mocno już  zaburzonej  sytuacji życiowej, Ta kategoria bohaterów pozostawia mnie obojętnym na ich los. Ciekawszym zdaje się być  tutaj wątek emerytowanego gangstera Toboły a  układy i sprzedajność miejscowej policji  nie napawają optymizmem, jeśli tylko pomyślimy, że rzeczywistość może przypominać tę powieściową.

Małecki  niestety wpadł w konwencję, którą eksponował już we „Wstydzie”, jakby chciał czytelnikowi odebrać radość i przyjemność obcowania z bohaterami  i rzeczywistością powieściową. Każdy autor wpada prędzej czy  później w koleiny stylu  i czasem dzięki temu udaje mu się zyskać poklask czytelników – w przypadku serii z Herman nie widzę  perspektyw  każących uznać te kryminały sympatycznym  oderwaniem się od rzeczywistości a jedynie pogłębieniem sentencji Doroty Masłowskiej, że „społeczeństwo jest niemiłe” .  A jednak znajdą się amatorzy  tego rodzaju przygód  i Małecki pociągnie serię   zaniedbując prawdziwego  sprawcę swojej popularności czyli  Bernarda Grosa.

Narzekania na charaktery głównych postaci nie może przysłonić atutów powieści Małeckiego –  z łatwością można się wciągnąć w rytm  kryminalnej intrygi, która chociaż  swoją główną  akcję przeżyła trzydzieści lat wcześniej, to jednak nie zabliźniła wszystkich ran, mozolnie  odsłanianych przez  wytrwałe śledztwo Herman i Borewicza. Plączemy się po grudziądzkich bezdrożach a wiatrołomy odsłaniają co chwila potargane losy miejscowej  społeczności. Rozwiązania zagadki jest nieuchronne  jak seksualne pragnienia 07. Wiemy, że policjanci z Archiwum X dosięgną prawdy, co nie  uchroni ich od własnych strat, z którymi będą się zmagać w kolejnych odsłonach. Ciekawość jak autor potoczy dalsze losy policjantów  zmusi mnie zapewne do  sięgnięcia po nowy tom  ich przygód, co było jednym z celów pisarza, bo łatwiej jest  kontynuować  badanie nakreślonych już charakterów niż wyszukiwanie nowych.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Nabb zabija cudzoziemców

Magdalen Nabb  wykańcza cudzoziemców, jakby mściła się na nich za wakacyjne  najazdy turystów, choć zarówno pierwszy załatwiony Anglik, jak i obecny Holender, związani  byli z Florencją od długiego czasu i można było określić ich jako  tubylców.

Holender  jak wiadomo powinien być blisko Ponte Vecchio, czyli morderstwo  i klejnoty współgrają ze sobą wyśmienicie.

Nabb wiedzie nas tym razem do upalnego miasta, gdzie burza   jest jak chwilowa nawałnica a Salvatore Guarnaccia, ja zwykle  bardziej spoci się niż zmoknie, ganiając za podejrzaną  kobietą, bezsilny  dosyć surrealistycznie, spętany niemożliwością  złapania jej za rękę i zwyczajnego przepytania. Nie wierzę, że policja florencka, nie tylko w osobach młodego porucznika i grubasa  sierżanta, nie potrafiłaby zmusić   podejrzaną do wyjaśnienia kilku spraw. Tymczasem Sycylijczyk, nie dość, że musi chronić oczy przed olśniewającym światłem słonecznym, to na dodatek ugania się po rozgrzanym mieście, nie wspominając już o pogrzebie i ekshumacji, która wiele wyjaśni.

U Nabb jak zwykle odsłania się Florencja  i biegamy od Palazzo Pitti, gdzie  i Tycjan i Rafael, ale tu  mieści się posterunek, gdzie sympatyczni  funkcjonariusze wiodą swoją przygodę z turystami, odbierając telefony – w czasach Nabb nie ma jeszcze komórek i użerającymi się ofiarami  kradzieży. Miasto w tym przypadku obnaża się nieśmiało, a dzielny sierżant biega zadyszany i spocony, tylko czasem musi zadzwonić, albo kupić soczyste brzoskwinie, z których i tak nie będzie korzyści.W czym tkwi sympatyczność  tej prozy, gdzie intryga kryminalna jest tak zawiła, że w pewnym momencie pogubiłem wszystko. Najbardziej podejrzaną zdawała mi się ta stara sąsiadka, uwięziona przez swą niedołężność, a jednak  jak się chce postarać  i przestać utyskiwać, to zdolna   może być nie tylko do rozdrażnienia opiekunki, ale i zirytowania sierżanta, który wysłuchuje histori z jej życia, która wydała mi się tożsamą z losami holenderskiej rodziny i już zacząłem splatać wątek  staruszki z siostrami, z których jedna  postanowiła wykiwać wszystkich.  Co z tego, że wreszcie zgubicie się  w odgadywaniu o co to w tym wszystkim chodzi, ale wynagrodzeniem niech będzie ten folklor florencki, zamieszanie  wokół dogorywającego jubilera, ślepy  przyjaciel, „widzący” więcej niż sierżant w przeciwsłonecznych okularach i  zakonnicy świadczący ostatnią posługę.

Żal jest się rozstawać z  sierżantem Guarnaccia bo nie wiem jak Wydawnictwo Próby zapatruje się na kolejne wydania kryminałów Nabb, o ile takowe były, a przeprowadzone przeze mnie śledztwo, przyznam, wyrywkowe, wykazało, że chyba są kolejne morderstwa, ale tym razem związane z porami roku, tak więc nie wiem czy będzie    śmierć na wiosnę lub jesienią W najbliższym czasie?

Tak, kryminały Nabb są nie dla wszystkich, jak to mówiła noblistka, choć w kontekście  kryminałów może to zabrzmieć  śmieszniej niż snobistycznie, ale nie polecam wszystkim tej prozy, bo nie odnajdą się w niuansach , a przecież to smaczki są decydujące i choć nie potrafię sobie przypomnieć spaceru przez okolice Palazzo Pitti, to jednak wciąż tkwi we mnie pierwszy  przemarsz przez Ponte Vecchio i ta okolica po drugiej stronie Arno, to wczuwanie się w nastroje mieszkańców, na co dzień zmagających się z  tłumami głupkowatych turystów. Nabb porównuje się do Simenona, ponieważ tak jak Francuz  z czułością oddaje klimat miasta, wpycha czytelnika w codzienność, korki, ulewę, bieganinę bez śniadania, szybką kawkę w barze i wszechobecne słońce. Nie potrafię oprzeć się urokowi  niespiesznego jak dedukcja Guarnaccia smakowania  tej historii, niewielkiej, skupionej  w wąskiej okolicy, wśród sympatycznych funkcjonariuszy, a tragiczny przypadek  tylko  rozdrażnia  uważnego czytelnika, bo choć książeczka nie grzeszy wielkością to jednak  ten pomarańczowy tomik pozwala przywiązać się do uczestników   dramatu i jedynie z  signorią Gusti rozstałem  się bez żalu, zwłaszcza, że w końcu wyjechała na wakacje.

 

Postawiłem  więc Holendra obok Anglika ze strachem, że to rozstanie na zawsze  jak i rozstanie z autorką, którą w 2007 powalił  udar, a jednak wierzę, że jeszcze kiedyś sprawdzę lokalizację posterunku, spacerując  uliczkami, gdzie  światło  i cień a może i lody.  Książki Nabb to odkrycie tego smętnego roku i polecam wszystkim  zwłaszcza  potrafiącym smakować aperol  przy upalnym stoliku  w środku  włoskiego lata.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Empuzjon nie dla idiotów

Proza Olgi Tokarczuk nigdy mnie nie pociągała, właściwie nie wiem dlaczego, ponieważ  zapewne gdzieś i kiedyś coś mnie odstręczyło, coś co trudno określić, refleks,  przewrotne wrażenie, że nie przystajemy  do siebie i choć zdaje mi się, że lubię ją jako osobę sympatyczną, mądrą i dumny jestem z jej Nobla, to jednak  nie skusiłem się nigdy na czytanie jej prozy, może poza  słynnym tekstem o czułym narratorze.

Zawstydzony  tym oderwaniem od  twórczości  głośnej pisarki,  ja piszący o literaturze  uświadomiłem sobie, że  jednak warto  w końcu zakosztować pióra, które  doceniono nie tylko w Polsce.

Przewrotnie  postanowiłem pójść na łatwiznę i to Kinga Preis przeczytała mi  w dwa tygodnie   najnowszą powieść  pod  tajemniczym tytułem „Empuzjon”.Aktorka   przeczytała książkę po swojemu, nie angażując się zbytnio w odgrywanie ról, zinterpretowała to tak jak lubię, czyli lekko beznamiętnie, nie dała się ponieść emocjom, zwłaszcza w tych mizoginistycznych fragmentach, gdzie niejedną panią mogłoby ponieść i już słyszę tembr głosu np. Pauliny Młynarskiej, czytającej o niższości kobiet. Fragmenty z  teoriami  na temat roli kobiet, to najsłabsze elementy podawanej przez  autorkę układanki, gdyż Tokarczuk nie znalazła dobrej metody  przedstawienia  tych śmiesznych dziś , wymyślonych przez głupców, uwięzionych w swoich czasach, wyobrażeń  na temat  uprzedmiotowienia  płci służebnej. Tutaj Tokarczuk zdaje się kpić z tych durniów, ale na nas już to nie działa.

„Empuzjon”  sama w sobie jest  bezradną historią  młodzieńca, który   zmaga się ze swoją pokręconą seksualnością, natomiast jeśli nieidiota, mający za sobą  wieczory z Hansem Castorpem,  wczyta się w dywagacje  na temat fizjologii, czy też przypomni sobie rytuały sanatoryjne, czy  trzaskanie drzwiami Kławdii Chauchat, to wówczas  poczuje ten odurzający zapach, który przyciągał go w zimowe wieczory do  „Czarodziejskiej góry”. Tokarczuk zupełnie świadomie  rozsiewa tropy mannowskiego arcydzieła, dzięki czemu  czytelnik może odnaleźć w sobie to wszystko co znalazł kiedyś  podczas lektury  szczególnego dzieła  niemieckiego pisarza. Osobiście także  jestem za elitarnością literatury, ale czasem  takie zetknięcie kompletnie nieprzygotowanego czytelnika z czymś co przerasta jego   wyobrażenia o prozie, skutkuje  rozbłyskami, które  dadzą efekt przy kolejnych lekturach. Jeśli Tokarczuk mówi, że nie pisze dla idiotów, to i ma rację i jej  nie ma, bo skoro  czytelnik bez kompetencji  zachwyci się tajemnicą  tej prozy, to nawet jeśli nie zrozumie wszystkiego, to jednak   podczas lektury  być może zakwitnie w jego   duszy  coś,  co wyprowadzi go w końcu  na zielone pastwiska.

Mieczysław Wojnicz z Lwowa, jest przeciwieństwem Castorpa, słabym, delikatnym, uległym młodzieńcem z gruźlicą w płucach, niepewnym i uwięzionym  pośród tych wszystkich panów, aroganckich, władczych, pewnych siebie samców, którzy przy lokalnej wódce snują swoje fantasmagoryczne teorie na temat roli kobiet.

Czy „Empuzjon” daje się pokochać? Chyba jednak nie. I to nie przez swoją elitarność, jakąś oziębłość i wyższość; Tokarczuk wiedzie czytelnika , wciąga nieszczęśnika w świat Sokołowska, w tło epoki dawno  umarłej, gdzie inaczej nie tylko się mówiło, ale i ubierało. Czasem uraczy nas smakowitymi kąskami  metamorfoz Wojnicza lub  rozmowami o polowaniu na dzikie ptactwo  z nabitą bronią lecz  bez  chęci zabijania, jakby całe życie spoczywało na decyzji, czy pociągnąć za spust?. O ile główny bohater natchniony  zadziwiającymi  wydarzeniami sanatoryjnymi  przechodzi przemianę determinującą całe jego życie, to sama miejscowość, rzeczywistość i tak już będąca na skraju, zdają się trwać w jakimś zawieszeniu, gdzie do dziś rozbrzmiewają pokrzykiwania  tych „najmądrzejszych”, którzy wiedzą najlepiej i chcą świata  bez udziwnień, choć doskonale wiedzą, że w pobliskim lesie  czają się demony, które czasem należy nakarmić.

Sokołowsk, miasteczko dolnośląskie, stało się ostatnio modne, bo i Joanna Bator odnalazła w nim te nuty metafizyczne, straszne cienie, wilki a nawet kanibalizm, do tego krąży tam duch Krzysztofa Kieślowskiego, choć zdaje się, że reżyser  był raczej ze świata tego bardziej dokumentalnego,  ale i w jego twórczości znajdziemy  upiory  wywleczone z  dziwności  tego miejsca.

Znaleźć miejsce  gdzie umieścisz swoich bohaterów to połowa sukcesu  każdej literatury  i Tokarczuk  idąc za Mannem ułatwiła sobie zadanie  bo  stary Gorbersdorf w górach Suchych  daje miliony możliwości zabawiania czytelnika  i nawet pospolity idiota,  zapragnie  w końcu zanurzyć się w tę dolinę bez wiatrów.

Tokarczuk wiedzie nas w „Empuzjonie” po bezdrożach, raczej zwodzi niż naucza, nie podlizuje się akcją, nie zaciekawia  i fascynuje bohaterami, autorka  prowadzi swoją własną grę, rozmawia sama ze sobą , nie musi przekonywać, bo ona już wie co jest dobre a co złe. „Empuzjon” nie jest dla idiotów dlatego, że oni nie znoszą dobrze mentorów, nauczycieli, od których  uważają się mądrzejsi;  i w tym  mieści się czuły punkt  dzieła Noblistki, daje wszystkim poznać, że wyrosła ponad, że wie, że teraz mówi, bo ma słuchaczy, że ma obowiązek, że choć od dawna w tym siedzi, to teraz wywrzeszczy z siebie te wszystkie prawdy, którym się poświęcała przez całą swą twórczość. Tak, Tokarczuk się wywyższa i popełnia grzech pychy, dlatego bez przygotowania, czytanie zdaje się mijać z celem, jest ślizganiem się  po sanatoryjnych ścieżkach, a elementy sensacyjne zamydlają to wszystko na czym Tokarczuk zależy.

A jednak polubiłem ten swojski klimat  dolnośląskiego uzdrowiska i myślę dziś o „Empuzjonie” z czułością, może i nie wrażliwego narratora, ale z podziwem i doceniam ten dziwaczny posmak prozy, która pomimo swojskości, zdaje się wyrastać ponad swoją uniwersalność i choć chciałbym przeczytać raczej drugą „Lalkę”, to jednak poczuwszy zapach  sokołowskich ścieżek  zapragnąłem powąchać także fizyczne strony papierowej wersji książki, która wznieciła  tak przewrotne uczucia w mojej głowie.

„Horror przyrodoleczniczy” – ten tytuł   o ile jest zwodniczy, to podpuszczając idiotów, jednocześnie wskazuje, że nie wszystko jest tu na poważnie, że Pani Olga  wysługując się  poczciwym nudziarzem Mannem, zaserwowała nam  pouczankę  jaką zażarte feministki, czy też obraźliwie  zwane „lewactwo”    prezentuje  w codziennej walce z kołtuństwem i zakłamaniem. Nie warto jednak wikłać tej książki w polityczne utarczki, a skupić się  lepiej na literaturze, bo w tym przypadku  jest to proza godna Noblistki i   przekonała mnie, że następną książkę Tokarczuk potraktuję z należną uwagą.

Mamy rok 1913, a więc wkrótce miliony mężczyzn zaczną się wytracać w bezsensownych wojnach, a w dolinie   należy tradycyjnie rzucić na pożarcie  zdziczałym kobietom  jednostkę   wyselekcjonowaną do unicestwienia. Wojnicz jakoś się z tego wykaraska, ale jego los i tak został już przesądzony, a wydarzenia , gdzie jedyną  prawdziwą kobietą zdaje się być samobójczyni, której zapach tak obezwładnia  bohatera, i  która  uszczęśliwia go  zza grobu  Mężczyźni  rzucający  co jakiś czas ofiarę  w przeprosinach za patriarchalny układ, to metafora, z której wysnuć można  całą masę dodatkowych interpretacji, tylko po co? Tajemnica spowijająca sanatoryjną rzeczywistość, przydaje  książce  mrocznego uroku i choć finał powieści rozczaruje nawet najwytrwalszych idiotów, to jednak  sprawia, że  wyobraźnię  zapłodni obraz  rozwścieczonych harpi, gotowych pożreć każdego kto nie  z nimi.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Tango Witkowskiego

Pan Michał wylazł już kompletnie z roli nadwornej literackiej cioty salonowej  i przyciśnięty spadkiem życiowej stopy, nie dość, że wyprzedaje swoje wspomnienia, przesyłając żądnej sensacji  rzeszy , odcinki autobiografii, którą każdy bez wyjątku za parę groszy, zamówić może na fcb, to dodatkowo wypuścił w literacki rynek, grubą i masywną cegłę pod  staromodnym  tytułem: „Tango”.

Pisarzowi trzeba przyznać, że  wykonał tytaniczną pracę i zanurzył nas w świecie, który  tak naprawdę chcielibyśmy poznać organoleptycznie, powąchać te smrody i ujrzeć  wystające pod latarniami stare kurwy, ledwo trzymające się na nogach w oparach świtu, naftowego, prowincjonalnego  miasteczka.

Witkowski  z tym swoim „Tangiem”  rzucił się  na legendę  retrokryminału wrocławskiego, czyli Marka Krajewskiego  jakby chciał  mu pokazać, jak stworzyć mięsisty, ociekający ohydą świat, którego przebłyski  twórca Mocka wplata w swoje kryminały, gdy tymczasem  Michał,  wyczarował esencję, podając  przerażonemu czytelnikowi to wszystko, czym Krajewski chciał się wyróżnić, ale nie dorósł do takiej śmiałości, żeby pójść na całość.

Porównując  postaci męskie  w menażerii  „Tanga”, nie znalazłem nikogo, kto potrafiłby dorównać przodownik Woźniak,  epatującej okrucieństwem herod babie, która nie tylko podstępnie uwodzi ale i w pysk uderzyć potrafi.

„Tango” wciąga niczym gnojówka  pochłaniając przerażonego kurczaka. I śmierdzi i dusi, a  jednocześnie  fascynuje  pełnokrwistymi postaciami , gdzie obok  sadystycznej  policjantki przemykają dwie niedojdy, wplecione w akcję niczym  wisienki tortowe, pozwalające w te listopadowe  mroki wpuścić nutkę humoru. No i  Sara Berg, królowa gustująca w rudych ulicznikach, pierwsza podejrzana w tej operze  pełnej wystylizowanych ciot   i panienek puszczających się dla chleba.  W tle morderca, okrutny i nieprzewidywalny, cyrk, atleci  i śpiewacy operowi. Tak właśnie, kryminał jest tu tylko tłem, trup pada gęsto, ale czasem ciężko jest połapać się  w szachownicy utkanej z homoseksualnej sieci. Miasteczko naftowe N  jest tutaj pierwszoplanową gwiazdą,  odgrywa swą rolę pięknie  i z natchnieniem, wysupłując nam ze swych trzewi  fantastycznie zarysowane postaci. Witkowski znany jest z  nienagannego stylu i w Tangu odmalował  rzeczywistość z najdrobniejszymi szczegółami.   Kulinaria grają własną orkiestrą,  a biesiady Piątka i jego kolegi potrafią wprawić w osłupienie głodnego   miłośnika literatury.

Niech się te Netflixy schowają ze swymi produkcjami – gotowy scenariusz Michaśka sprzeda im za grosze, a głównymi postaciami proponuję zrobić posterunkowego Pierożka i Walentego Kostańskiego. Ten pierwszy cudownie i melancholijnie  odurzony  lekoman i hipochondryk   sprzedaje nam cały asortyment  lekarstw do zażywania przy byle jakim  przeziębieniu, a ironiczny Walenty będzie niestrudzenie wymyślał hasła i odzewy w ich wędrówce  po wczesnym świcie  w miasteczku grasującego z ostrą brzytwą  miłośnika przedwojennych tang. Kurwy  znikają zarzynane niczym drób przed świętem dziękczynienia, a przy okazji  eliminuje się też kilku homoseksualistów  odprawiających własne bachanalia, przy okazji angażów  do najnowszej  prowincjonalnej  operetki.

Do tego  żartobliwe powiedzonka albo życiowe prawdy, które zawsze warto wziąć sobie do serca:

Jedzenie to taka sama rozpusta jak chędożenie. Tylko syfa się nie złapie i mniej latania.”. Żarcie którym oddają się Mazanek z Piątkiem u Czerwińskiego, polecający smakoszom a to świeżutką dziczyznę, kaszaneczkę czy też wątróbkę podlaną czerwonym winkiem primitivo – aż chce się żryć, bo potem już tylko Zlew Centralny  gdzie” dławiący zaduch ciężki jak grzech śmiertelny”, a dym papierosowy jest „zadawniony jak gruźlica”. Smaczki  stanowią  o  uroku tej  przegniłej prozy pedalskiej, a gdzieniegdzie  przebija się powiedzmy wspomnienie Kadena Bandrowskiego  i jego powieści „Łuk”, którą Alojzy Piątek pragnie poczytać przed snem, a ja przypominam sobie jej stalową, twardą okładkę, którą obiecuję sobie zaraz odnaleźć w stertach zapomnianych  na zawsze książek z  mojej  przesadzonej kolekcji. Ale to nie jedyna korzyść z czytania Witkowskiego, bo  o ile ten Kaden może już nie poruszyć  mojego serca, to  ta wyżerka z prozy autora „Lubiewa”, to już  nieprzeterminowany orgazm, jak z garkuchni najlepszych stylistów, czego sam Pilch by się nie powstydził a na pewno pochwalił, bo przecież obaj panowie  przepadali za zapachem „Egoist” Chanel.

Mlaskałem przy „Tangu” i  teraz jedynie zżera mnie niepewność, jak autor odnajdzie się w nowej prozie, na którą mam nadzieję pomysł już ma.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kafka, Herbert i cała reszta bez Celana

Kolejny raz rzuciłem się w otchłań „Zamku”, co już samo przez się jest czynem odważnym, a kiedy jeszcze pomyślałem, że mógłbym o tym napisać, przeraziłem się, jakby nagle przede mną stanęła Ornella Mutti i z tymi zamglonymi oczami  rzekła: ”Bierz mnie”.

O czym właściwie jest ta książka, ten bełkot  lawirujący w nieodgadnionej przestrzeni. Potrafię wyobrazić sobie Franza, jak nocą  ślęczy nad tekstem, jak wymyśla i skrobie po papierze – widzę go nienagannie ubranego, jak zanurza się w tym świecie z majaków, starając się zrozumieć o czym pisze i dlaczego to właściwie pisze się samo.

Kim jest ten K, awanturnik spadający z nieba na uporządkowaną wieś, gdzie kobiety  mają określoną funkcję- służącej lub kochanki, a biurokraci dbają o to, żeby Zamek mógł trwać w lenistwie niebycia.

K chce być bohaterem pozytywnym, tymczasem to kreatura niszcząca wszystko z czym się zetknie. Awanturnik, którego  celem jest dostanie się do zamku i unicestwienie go  kompletnie bez  powodu, dla samej ciekawości, dla idei, bo już samo przedostanie się za mury, rozwaliłoby misterną strukturę biurokratycznej  osobliwości jaką zamek jest.

K jak i inni mężczyźni wokół niego ma potworną łatwość zniewalania kobiet, nawet nie spojrzeniem czy gestem, samym tylko jestestwem swym. Te ćmy  gotowe przygarnąć każdą niedojdę, wyprać im gacie, zdobyć ciastko i kawę, ułożyć do snu gdziekolwiek na podłodze, nie epatują seksualnością, jakby pisarz odarł te ciała z ich przymiotów, skupiając się na dramatycznym fakcie połączenia, które  ostatecznie zgubi ofiarę, mimo niebotycznych chęci i obietnic.

Znając losy autora, z łatwością chcemy zakwalifikować powieść jako biurokratyczny pamflet, wyrosły z zawodowych doświadczeń Kafki w zakładzie ubezpieczeń Generali,  A kiedy doskonale wiemy, że Franz stał raczej po stronie poszkodowanych w sporach z urzędem, zadziwiony, że ci prości ludzie nie przyjdą po prostu do tej instytucji  i jej nie rozwalą, więc  wiedząc to wszystko  z trudem wyobraźni, konstatujemy, że biurokracja, to wierzchołek lodowej góry, a ilość zmieszczonych tam  interpretacji, zdenerwowałaby  i tak już rozzłoszczonego Nabokova, wolącego rozłożyć na kawałki z rozkoszą entomologa, o wiele   dramatyczniejszą „Przemianę”.

Franz zabrał się do pisania „Zamku” w styczniu 1922, czyli  dwa i pół roku przed  śmiercią, pisał ją zapewne skokami, co widać  w tekście, już z objawami gruźlicy i pobytami w sanatorium oraz poufaleniem się z Dorą  Diamant .A jeszcze ten Berlin i Milena, kobiety  go osaczają a popęd  rujnuje  wolę.

Stworzenie bohatera  w typie K. nie stanowiło problemu dla Franza, podobnie jak  wejście Lindy w rolę Maurera, też Franza, gdyż nie oszukujmy się, egzystencja tego praskiego Żyda, to sen szalonego nadwrażliwca, opętanego  wymyślaniem zagmatwanych historii, a pobyt K. w podzamkowej wiosce  to absurdalne miotanie się między oberżą, szkołą i Barnabasem, gdzie po drodze wyciągają się lepkie łapki Friedy czy innej Amalii. Kafka kompilował własne losy  i wtłaczał je wszędzie tam, gdzie nie sięgał Dziennik, najważniejszy  „produkt”, jego literackiej pasji.

Dlaczego wolę   gubić się w Zamku, zamiast  w przystępniejszej „Ameryce, czy ponurym „Procesie”?

Zapewne jest to wina legendy, którą stworzyłem z tego wyobrażenia sobie  sytuacji podawania mi książki w rozpromienionym autobusie w drodze do Łańcuta, z którego nie pamiętam nic, natomiast wciąż widzę ten gest  i to słońce.  I niech mi ktoś powie, że zdarzenia z pozoru błahe i nieuważne, nie potrafią  zdeterminować  życia, tak przeciętnego, a jednak z tym kafkowskim piętnem na czole.

„Zamek”  jest o daremności, o tym, że nawet jeśli bardzo chcesz, to i tak zapisane już dawno jest, że tego nie dostaniesz, a nieszczęsny K  roi sobie, że przechytrzy Demiurga  i wpełznie na zamkową górę, albo zostanie tam wessany z pomocą tych wszystkich  wsiowych  posługaczek, które  niczym   oślizgłe minogi oblepiają biednego   geometrę, choć o jego fachu lepiej się nie wypowiadać.

Chciałoby się bajdurzyć o „Zamku” zupełnie bezkarnie,  tylko po co? Wolę zachować  w sobie  mgliste wspomnienie akcji, której tak naprawdę  nie ma,  trzymać  w zaciśniętych zębach tę pierwszą scenę, kiedy K przybył  do wioski, śniegi i zaspy, duszne izby, oberżę i szkolną salkę z leżącą w barłogu Fridą z napastującym ją pomocnikiem.

A tymczasem przyznaję się, że wreszcie ukończyłem czytanie biografii Herberta pióra  Franaszka, rozpoczętej jeszcze przed fatalnym wrześniem 2018 roku, co trzeba zapisać jako  osobisty rekord świata w nieustannym  zajmowaniu się jedną lekturą. Czytana w doskokach i miesięcznych przerwach biografia, poety, którego nie dałem rady polubić, ciążyła mi drugim, niedokończonym tomem,  kiedy to dźwigając ciężką cegłę, usiłowałem wyrwać z niej co smakowitsze  kawałki, z niecierpliwością życząc  biednemu Zbysiowi, rychłej śmierci, mając już dosyć tych ostatnich podrygów zdewastowanego alkoholem umysłu. I wreszcie stało się – odłożyłem  brązowy tom i teraz  rozpycha się na półce  podwójny, spychając  biednego Miłosza w towarzystwo  równie brunatnego „Hitlera” autorstwa Volkera Ulricha.

Zaczynasz pisać o Kafce a kończysz Herbertem, a więc nie jest jeszcze tak źle, a tymczasem na półce już prychają z niecierpliwością jakaś Oksana Zabużko, czy inna Grzebałkowska, więc może już czas opuścić mroczną Pragę  i wrócić w Himalaje  wraz z Wandą Rutkiewicz malowaną przez Elżbietę Sieradzińską.

Uff, nareszcie pozbywam się tej dręczącej i sennej kafkowskiej atmosfery, żeby z hukiem  przejść do jakże swojskiego, zarzyganego w  kiblu  To i Owo „Tanga” Witkowskiego…

A przedtem jeszcze sumienia wyrzut, nad doskonałą biografią Paula Celana „Tam za kasztanami jest świat” Anny Arno, którą dawno już ukończyłem, ale  opisywać   nawet nie zacząłem, onieśmielony życiem ulubionego poety, nieszczęśnika topiącego się samobójczo w Sekwanie. Los Celana zadręczonego  depresją wojenną, mordami  i prześladowaniem wariatki w ostatnich  latach życia tchnie  przerażającą melancholią, ale wiersze  poety  wyjątkowo trafiają  w moją wrażliwość.

Nie ma komentarza do  tej biografii, bo czasem lepiej pomilczeć, aniżeli  pisać  niewystarczająco dobrze.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Czas zdrajców

I ponownie Marek Krajewski  – pomimo narzekań  i utyskiwań  na „Demonomachię”, a także schematyczność kolejnych książek, niczym papierosowy nałóg  wraca do mnie autor z kolejną szpiegowską przygodą Popielskiego.

Wracamy  do niemieckiego Breslau i  tym razem, ulubiony kiedyś antykwariat na Szewskiej, gdzie dawno temu  wylegiwał się brązowy kocur na starych drukach i aktualnych bestsellerach. W tymże miejscu, perwersyjny, stary Żyd  realizuje swoje fantazje , przyglądając się pięknej Aurelii Teichert. Niestety jak to u szpiegów bywa, zagmatwanie  i rozpoznanie kto jest kim i dla kogo pracuje, w pewnym momencie gubi nas i odpływamy w sferę, gdzie interesuje nas jedynie warstwa obyczajowa powieści  i opisy   bezeceństw oraz topografia miasta, po którym się chodzi na co dzień. Łyssy, czyli Popielski ze Lwowa, wykorzystywany czasem przez polski wywiad do skomplikowanych akcji, trafia do Wrocławia, a ponieważ mamy rok 1935, kiedy to nasz bohater powinien spotkać na swojej drodze niejakiego Eberharda Mocka, czego niestety nasz ulubiony pisarz nie wykorzystał i nie połączył sił legendarnych  policjantów Krajewskiego, co mogłoby dodać pewien smaczek opowieści, ale czyż bardziej perwersyjnie nie jest pominięcie Mocka w trajektorii Popielskiego, co poniektórzy wezmą za złośliwość autora, a niżej podpisany pogratuluje autorowi, że coś nieodzownego  odrzucił z wyrachowaniem, godnym bogatych polityków.

Krajewski moim zdaniem wyczerpał już potencjał pomysłów na przygody dzielnych awanturników, Popielskiego i Mocka i zamiast odcinania kuponów, niech lepiej stworzy nowy cykl – być może jak zapowiada, warto już teraz  przybliżyć się do zapowiadanej emerytury i nowych bohaterów  antycznych.

Ci dwaj, Popielski i Mock zapewnili już zapewne godziwą emeryturę   swojemu stwórcy, więc po co  wymyślać kolejne historie   wyszywane tym samym wzorem ,o złych  okrutnikach, karconych przez kulturalnych  brutali.

Aurelia Teichert de domo Oskiada Inglisjan vel Inglisowicz to najbardziej interesująca postać z całej szajki wymyślonej przez Krajewskiego tym razem,  obdarzona  fenomenalną pamięcią, pianistka  i szantażystka, fascynuje na tyle Popielskiego, że zakochuje się w tej przewrotnej kobiecie i dzięki temu, może ją ocalić z rąk jeszcze potężniejszych zbirów.

Pisanie o „Czasie zdrajców”, to dla mnie karkołomne przedsięwzięcie, bo wracam do tego tekstu kolejny raz, bez pomysłu  na filuternie-profesjonalny opis, a tymczasem  wyparowalo mi z głowy kompletnie  o czym właściwie jest ta książka, wakacyjna  rozrywka  w nudnej podróży pociągiem  przez Indie? Bo tak naprawdę, to jedynie przelotna rozrywka, przyjemna chwila relaksu, o której zapominamy chwilę po zamknięciu.

Kolejny raz mamy tu do czynienia z postacią historyczną, której  rumieńców przydał autor i wyobraził nam sobie Jana Henryka Żychonia, wojskowego, którego życiorys wart jest zapewne  bardziej Severskiego niż poczciwego Marka. Otóż tenże Żychoń  podkolorowany w kryminale Krajewskiego,  pracował w  wywiadzie  wojskowym przed wojną także w Bydgoszczy, gdzie  trafi również nasz dzielny Popielski. Żychoń  prowadził dosyć ekscentryczne życie – często się upijał i demonstracyjnie paradował w mundurze, a te jego wybryki zainspirowały Krajewskiego do oddania charakteru   kapitana. Interesującym byłoby  przestudiowanie  opisanej też w powieści afery z  pozostawieniem  Niemcom archiwów wywiadowczych, za co odpowiedzialny był właśnie Żychoń. Dalsze losy tego awanturnika prowadziły przez Francję do Londynu, by ostatecznie spotkać się z kulką pod Monte Casino, gdzie był pochowany, ale ostatecznie ekshumowany – a gdzie teraz spoczywa, nie wiem.  Dla Żychonia warto  pochylić się nad „Czasem zdrajców”, sam Żychoń podejrzewany był o  współpracę z Abwehrą, a Popielski wmieszany  w rozgrywki wywiadów, ledwo wywinął się z tego galimatiasu, który mógł pogrążyć go na zawsze, o czym informuję bez przyjemności…

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wstyd

Kryminał  Roberta Małeckiego  nie zachwyca, choć zachwycać miał, cofa raczej autora do jego debiutanckich  przygód  Marka Benera, gdzie pisarz wprawiał się do napisania później najlepszych fragmentów  historii Bernarda  Grossa. We Wstydzie widać jak na dłoni  spękany talent Małeckiego, który może pisać lepiej, ale nie wiadomo dlaczego mu nie wychodzi.

Już w tomach z Benerem autor nie umiał pokazać postaci kobiecych, więc albo traktował je jako obiekty seksualne dla napalonego miłośnika Dżemu  i boksu, albo ośmieszał   ich pragnienia i wygląd.

Szowinistyczne teksty Małeckiego uchodziły mu raczej na sucho, bo to pisarz sprawnie władający historią  i choć Bener to dupek i nieudacznik, to już Gross udał się Małeckiemu wybornie.

Teraz główną postacią uczynił pisarz kobietę i nie był to zabieg fortunny, bo Julia Karlińska nie dość, że jest fatalną matką, to do tego niespełnioną policjantką, nie potrafiącą odnaleźć zabójcy męża. Małecki nie szczędzi biednej kobiecie przywar, dokładając menopauzę i nie trzymanie moczu.

Jeśli autor nie przepada za swoją bohaterką, to co dopiero biedny czytelnik, wychowany na statecznym Grossie. Zagmatwanie wątków nie pomaga w odnalezieniu rytmu opowiadania. Wszystko zdaje się być splątane  i to powiązanie ze sobą śmierci ojca i syna  może rozproszyć czytelnika detektywa w połapaniu się w czym rzecz. Niechętny stosunek do Karli pozwala z miejsca wyłapać  odniesienia do homoseksualizmu, a tytuł  zaprowadzi czytającego do sedna.

Kopanie autora za to  co powyżej, nie  oddaje wszystkich smaczków opowieści – Małecki sprawnie porusza się w małomiasteczkowym klimacie, gdzie wszyscy się znają. W tle  jest już pandemia i dzięki temu  możemy poczuć się jak u siebie. Karlińska nawet z młodszym kochankiem szamocze się  przytłoczona napadami gorąca  i zbyt często traci przytomność, jakby organizm nie pozwalał jej dotrzeć do prawdy, która zabiłaby niejednego, a co dopiero przekwitającą matkę bliźniaków .

Jak zwykle Małecki porusza się sprawnie w opisach klimatu małych miasteczek, a dla obecnej powieści  sam stworzył fikcyjne miasteczko Śmierszyn w województwie kujawsko-pomorskim, pomiędzy Toruniem a Bydgoszczą, dodał jeszcze wysoki klif i jezioro, które nie mają odbicia w rzeczywistości, w odróżnienia od pizzerii czy Biedronki, gdzie krzyżują się losy rozpaczającej matki  i jej towarzystwa.

Kto tu się najbardziej wstydzi? Czy matka i żona odkrywająca obyczajowe tajemnice, czy może jej męscy najbliżsi, zmagający się bezpośrednio z wstydliwymi aspektami życia. Karlińska jest skazana z góry na porażkę i stąd Małecki nie będzie kontynuował jej przygód. Tę kobietę może polubić jedynie  jej odpowiedniczka w życiu realnym, a nie wątpię, że znajdą się natury zbliżone do tej bohaterki, a może nawet wstydzące się okrutnie bardziej. „Wstyd” można zakwalifikować do powieści kobiecej, cokolwiek to oznacza. Manuela Gretkowska napisałaby to inaczej, ale przecież Małecki  nie jest kobietą, chyba że wstyd nie pozwala mu się do tego przyznać.

To irytująca powieść, zwłaszcza dla płci męskiej – nie idzie tu o homofobię, a raczej bezradność głównej postaci, ta kobieta  jest wkurzająca i nie daje się lubić, a to już przynosi wstyd raczej czytelnikowi, co uświadomiwszy sobie, chyłkiem się oddalę…

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz