Tomasz Mann

„Czarodziejska góra” w dwóch tomach, w Bibliotece Klasyki Wydawnictwa Dolnośląskiego, rok 2004. Nowa szata graficzna tej serii nie przekonuje mnie do końca – nie wiem dlaczego wielu ludzi ma tendencję do zmian i udoskonalania rzeczy, które już wyrobiły sobie doskonałą markę – ja lubię się przyzwyczajać do czegoś, co ma dla mnie jakąś wartość, lub też sprawia mi przyjemność. Zmiana wyglądu papierosów Camel to chyba najbardziej spektakularna porażka w dziejach przemysłu tytoniowego; zmiana logo pepsi czy też kształtu ich butelki to również przejaw chorych tendencji. Zmiany są potrzebne ale nie na siłę – burzenie mitów powoduje, że wszystko staje się pospolite.
Kupiłem w księgarni na Świdnickiej i wstyd się przyznać, ale to moja pierwsza „Czarodziejska góra” w życiu na własność. Oczywiście czytałem nie raz, nawet kilka miesięcy temu z okazji zakupu przeczytałem pierwszy tom, ale pomimo marzeń o posiadaniu tej książki, wolałem biblioteczne egzemplarze od drogich wydań w księgarni. I teraz też mi jakoś nie pasuje jej nowiutki wystrój i białe stronki. Mann miał niebywałą zdolność, czyli talent, do konstruowania opowieści. Styl i warsztat są na poziomie mistrzowskim. Być może jego oschłość, homoseksualizm oraz kreolskość jego matki spowodowały, że napisał tak niewiele. Przecież Buddenbroków skończył kiedy miał 26 lat. Dlaczego nie napisał na starość, a żył przecież 80 lat, kolejnych Doktorów Faustusów?
Hans Castorp i Madame Chauchat to jedna z najniezwyklejszych par w literaturze – on oschły z trzęsącą się już za młodu szyją i ona, trzaskająca drzwiami hedonistka. Ta książka niesie ze sobą jakiś dziwny powiew, który zawsze sprawiał mi dużą radość – czytanie klasyki to terapia oczyszczająca, po której z radością sięga się po najnowszą Masłowską.
Białe kartki pachną jeszcze farbą drukarską; na stronie 43 wąski pasek – dowód wpłaty za szkolne obiady: 19 dni w cenie 55,10. Ani drogo ani tanio.
W niezwykłym filmie Fahrenheit 451 Francoisa Truffaut (dzisiaj o 18.10 na kanale Europa Europa), przeciwstawiający się reżimowi palaczy książek ludzie, uczą się na pamięć wybranych pozycji – każdy ma za zadanie zapamiętać jedną książkę, nauczyć się jej na pamięć, ażeby uchronić ją przed zagładą. Chętnie wybrałbym te dwa tomy, bo dają subtelną przyjemność logicznego formułowania myśli. Na Cmentarzu Zapomnianych Książek w Barcelonie, Czarodziejska góra nigdy by się nie znalazła, choć trochę niezdrowego podniecenia by jej się przydało, gdyż uchodzi za jakąś intelektualną przygodę, a tak naprawdę porusza bardzo proste mechanizmy w duszy czytelnika i wystarczy czytając mlaskać z rozkoszy, czytać przed snem i w tramwaju, na pewno nie na basenie ale już na zimowisku w Szczawnie Zdroju na pewno. Jeśli Twoja dziewczyna jeszcze nie czytała, to przetestuj jej dobry smak – jeśli książkę odrzuci, to jak masz jednak w planie się z nią związać, zaprowadź ją do kuchni i każ się uczyć gotować – nie licz na więcej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na Tomasz Mann

  1. corso pisze:

    tom I przetlumaczony przez kogos tam, a tom II przez kogos innego?

  2. moje-->corso pisze:

    tak jest, t.1 by J.Kramsztyk, t.2 by J. Łukowski

  3. maartini pisze:

    a ksiazke bradburego czytal? na podstawie ktorej film.
    bueno bueno, latwa w orginale. pozdr

  4. obecny pisze:

    O Czarodziejskiej Górze można wiele i długo. Pierwszy raz rozpocząłęm ją czytać w 35 urodziny. Wcześniej nie dałbym rady. Teraz wracam do niej systematycznie i z ołówkiem w ręku. I oczywiście marzę o jakimś wyjeździe do uzdrowiska;-)

  5. corso pisze:

    wlasnie
    ja mam wydanie gdzie jeden tom tlumaczyl o ile mnie pamiec nie myli tatarkiewicz [II]
    ciekawe czy jest jakies takie w jednym tlumaczniu?

  6. maga pisze:

    więc na szczęście potrafię gotować.

  7. obecny pisze:

    Sięgnąłem po najnowszą Masłowską. Fascynuje mnie język, ale treści jakby tam było mniej.

  8. Elsa1759 pisze:

    Kocham T. Manna, chociaż przyznam, że z trzech jego powieści, jakie do tej pory przeczytałam – „Buddenbrookowie”, „Cz. g.”, „Doktor Faustus” – „Cz. g.” podoba mi się chyba najmniej. Czytało mi się ją też najdłużej („Buddenbrooków” dwa dni, to było jak narkotyk :)). „Doktor Faustus” to absolutne arcydzieło, odpowiednik tego, czym jest „Tristan i Izolda” dla muzyki. Spotkałam się z wieloma zarzutami, że wątek „romansowy” w „Cz. g.” jest mdły; nie mogę się z tym zgodzić, przecież ten fragment, kiedy Castorp nachalnie nawiązuje znajomość z jednopłucą dziewczyną pod nosem pani Chauchat to czysta poezja 🙂 Mann był wielkim, niesamowicie wielkim pisarzem, a przy tym – prywatnie – człowiekiem jak każdy z nas; takie przypadki stanowią o wielkości ludzkiej rasy.

  9. Niemezczyzna pisze:

    To bardzo pożyteczny blog – można się dowiedzieć, jak wygląda główny nurt krytyki literatury. Opinie autora są zaskakująco „typowe”, że młodzież szkolna mogłaby się uczyć z tej kartki internetu. Dorzucić jeszcze to ostatnie zdanie o przydatności kobiety mężczyźnie, i obraz społeczeństwa przełomu wieków 20/21 będą miały jak na dłoni.

  10. kasia pisze:

    Jan Łukowski i Władysław Tatarkiewicz to jedna i ta sama osoba.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.