Obfitość.

Za dużo. Zdecydowanie za
dużo książek. Nieświadomie stajemy się ofiarami rynku, pogrąża nas ciekawość, literacka nadzieja, marketing wydawców. Nauczyłem się już nie wierzyć tekstom na
obwolutach, pseudorecenzjom na portalach czy entuzjastycznym wywodom  blogowym, a jednak podstępne macki literackich
sądów kłują mnie równie mocno jak uwiera za ciasny but do biegania. Początek
roku to jakiś niezwykły wysyp pozycji trafionych w moje poczucie chęci
posiadania i przeczytania, w moje przekonanie, że oto mamy do czynienia z
literaturą lotów ponaddźwiękowych. Nie zdążycie tego wszystkiego przeczytać, choćbyście
nie jedli i nie pili, nie zdążycie i powiem wam, to bardzo dobrze, że nie dacie
rady, bo w sumie nie warto się napinać.

Ja mam jednak o tyle
lepiej, że książek także słucham intensywnie, około pięciu godzin tygodniowo –
spokojnie sobie zaliczyłem w ostatnim czasie W stronę Swanna, Wojnę i
pokój
, Czarodziejską Górę, Doktora
Faustusa
. Słuchałem po raz pierwszy ale czytałem dawno temu a wróciłem,
żeby sobie przypomnieć, żeby klasykę zestawić z dniem dzisiejszym. I o ile
potrafię czepiać się Tołstoja za wywody filozoficzne, Prousta za
zdania wielokrotnie złożone a Manna za mentorstwo, to jednak zadaję sobie pytanie, czy ci wszyscy, którzy czytają dziś
Cabre albo Bolano, przebrnęli wcześniej przez Zamek, posmakowali pierwszych stron Obrony Łużyna albo choć Transatlantyk
im się przyśnił. Bo my przecież mieliśmy kiedyś mnóstwo czasu, przelewał nam się
jak w obrazie Dalego (a nigdy Dahlego), trwonił się bezmyślnie ale jednak
wystarczał do tego, żeby posmakować tego wszystkiego, co najlepsze.

Za dużo książek, za mało
czasu. A może to kwestia organizacji? Bliski byłem zarzucenia myśli o zakupie Zmyślonego życia Sergieja Nabokova, ale
nazwisko mnie kusi, bo to przecież jedna z moich niewielu fascynacji: Wladimir,
brat bohatera książki i jego losy. Dołożyłem Cortazara, bo ten w krótkich formach jest niedościgniony, jest
prawdziwą ucztą literacką. Nie ma dziś ze mną najnowszego Mankella, choć nie odmawiam mu wstępu, nie zamykam drzwi, ale boje
się buntu tych wszystkich oczekujących grzecznie na półce na swoją kolej.

Dziś usłyszałem, że
czytanie powinno być też przyjemnością – smakowanie Zaproszenia na egzekucję ma
w sobie coś perwersyjnego, demoniczna rozmowa Adriana z diabłem olśniewa
erudycją – spróbujcie podsunąć mi coś równie ekstatycznego, coś, co
wywindowaliście na piedestał, kiedy jeszcze nie potknęliście się o Mistrza i Małgorzatę lub choćby o 622 Upadki Bunga.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Obfitość.

  1. Choćbyśmy nie jedli, nie pili.,,Więc chociaż staramy się kombinować – czytać w tramwaju, po drodze, w przerwie na uczelni, na nudnym wykładzie…Czasu jest tak mało, a tyle pozycji czeka…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *