Beigbedera sto książek na koniec świata.

Pisarz piszący o książkach – to już jest podejrzane; nie byłoby wówczas, gdyby pisał wyłącznie o swoich. Bezczelny kłamca, któremu się wierzy, który rozśmiesza i jest błyskotliwy w swojej powierzchowności i głęboki od niechcenia, zauważając tyle absurdów w życiu literackim, że mu wybaczamy.

Beigbeder, kolejny po Houellebecqu Francuz, którego nazwiska warto nauczyć się pisać, przynajmniej warto tym, którzy o literaturze chcą pisać na swoich blogusiach (jak sądzę, takich jest niewielu, bo większość pisze o miernej literaturze w kolorowych okładkach). Powieść „29,99” zrobiła szaloną furorę na Allegro, stając się przez jakiś czas sensacyjną pozycją spekulacyjną – oferowano ją w cenie przekraczającej sto złotych, a okazją było zakupić ją za złotych 80. Kiedy popyt rośnie, budzą się nachalni amatorzy szybkiego wzbogacenia się, stąd dziś „29,99”, można już nabyć za rozsądną cenę, więc jeśli nie przekracza ceny najnowszego Beigbedera na naszym rynku, to polecam ją nabyć. Sam to zrobiłem, lecz już na niej nie zarobię, bo po pierwsza cena spadła, a po drugie już jej nie mam, nie wiedząc nawet gdzie jest. Tak padają mity o szybkim wzbogaceniu się na literaturze.

Wracając do „Pierwszego bilansu po apokalipsie”, to książka ta sprawi każdemu, kto gromadzi w swoim zagraconym mieszkaniu zdobywane w różny sposób książki, niekłamaną przyjemność, gdyż uzasadni decyzję, o zakupieniu kolejnych, kompletnie do tej pory mu nieznanych, szczególnie francuskich.  Beigbeder pisze o nich w sposób tak entuzjastyczny, że chciałoby się je choćby, przeczytać jeśli nie możemy ich mieć. Właściwie te krótkie recenzje, stanowią doskonałą lekcję, jak pisać o książkach, jak je recenzować, żeby chciało się to czytać, jak o nich pisać na swoich nudnych blogach i jak dzięki temu wybić się na oryginalność.

Uważnie przeczytajmy wstęp do listy stu książek, które autor chciałby zachować dla potomności, w związku ze zbliżającą się zagładą czytelnictwa oraz śmiercią książki papierowej. Z miejsca dostaję wskazówkę, że Frederic także poczuł się zauroczony perspektywą Bradburego, który wieszczył koniec papierowej książki w swojej niewątpliwie jeszcze papierowej pozycji: „451 stopni Fahrenheita”. Nie czytałem Bradburego, co chciałbym nadrobić, za to obejrzałem świetny film Truffauta, pod tym samym tytułem z fascynującą rolą Julie Christie i zapadającą w pamięć ostatnią sceną, z ludźmi-książkami, z których każdy ma za zadanie ocalić jeden egzemplarz, ucząc się go na pamięć. Z końcem książki papierowej nadejdzie koniec powieści – te dwa zjawiska są ze sobą powiązane. Bradbury nie przewidział e-booków, audiobooków, ale ostateczna recepta na całkowite schamienie nie ginie w związku z tym wcale – koniec książki papierowej już się rozpoczął i Ameryki nie odkrywamy pisząc o tym teraz przy okazji listy Beigbedera.

Federic Beigbeder ułożył swoją listę stu arcydzieł i miał do tego prawo. Absurdalnych kryteriów doboru, które podaje, nie należy brać poważnie do serca – ot, pisarz postanowił zagrać sobie na niskich instynktach i sensacyjności stwierdzenia, że dobierał książki kierując się np. urodą autora czy jego życiem prywatnym (mocny punkt jeśli pisarz popełnił samobójstwo), zwięzłością, erotyzmem czy obecnością zabójczych aforyzmów. Ten bardzo olśniewający wstęp niech nie przesłoni sedna, czyli krótkich wzmianek, zwięzłych recenzji podpartych jeszcze krótszą i tendencyjną biografią autora, o książkach, które wywarły na Beigbederze wrażenie na tyle mocne, że postanowił je umieścić na liście. Można to czytać jednym ciągiem i będzie to zabawne i wciągające, ale można też najpierw przeczytać o tych, których znamy, których czytaliśmy, jak np. w moim przypadku byli to: Simenon, Nabokov, Coetzee, Houellebecq, Capote, Bukowski, Bułhakow, Marquez oraz paru innych a dopiero potem napawać się lekturą o gościach, których nawet nie mieliśmy szans zobaczyć w księgarniach, bo nie zostali przetłumaczeni.

W każdym przypadku będzie to lektura inspirująca, skrząca się dowcipem, pełna zwrotów i błyskotliwych porównań, aforyzmów i cytatów. Chciałoby się przywołać kilka przypadków, dać próbkę talentu tego wysokiego, brodatego eseisty, ale szkoda psuć zabawę czytelnikowi. Ten bezczelny zdobywca Beigbeder, robi z literatury przewodnik po życiu, kierując się zasadą, że nasz świat zmierza niechybnie ku kulturalnej samozagładzie, a jego teksty skupiają się na wyszukiwaniu takiej literatury, która tę tezę uzasadnia – stąd w zestawieniu wielu autorów, opisujących degrengoladę współczesności.

Spodobał mi się, (oprócz jeszcze naprawdę wielu) kawałek o Simenonie, w którym autor potwierdza, jak bardzo ten autor kryminałów, potrafi zafascynować swoją zwięzłą frazą, tym schematem krótkich zdań i tego o czym Beigbeder pisze również przy Hemingwayu, że w jednym, krótkim zdaniu, dostrzegamy głębię znaczenia, ukrytego jak góra lodowa, pod powierzchnią.

A z drugiej strony wpadam we wściekłość jak widzę, że wśród 100 najlepszych książek, znajduję „Cukiereczki” Mian Mian – Francuz pewnie był na kacu, jak to czytał, ale z drugiej strony, na jaką wściekłość naraziło by nas zapoznanie się z resztą, niedostępnych dla nas książek, o których pisze?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Beigbedera sto książek na koniec świata.

  1. ~Literatka M. pisze:

    Długo prowadzisz bloga! Zazdroszczę wytrwałości! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *