Czerwony świt i Skaza

Zachciało  mi się wreszcie czegoś normalnego, jakiejś historii kryminalnej, współczesnej, i najlepiej sprawdzonych autorów.

Najnowszą przygodę z Niną Warwiłow Jędrzeja Pasierskiego miałem obiecaną z Wydawnictwa Czarne, ale chyba dziewczyny zapomniały i książka nie dotarła, mówi się trudno  i składa zamówienie w Bonito, które  dwa kroki ode mnie otworzyło swój punkt, wystarczy jedynie przejść przez podwórko, co doskonale zachęca do zakupów, a ponieważ przy okazji natknąłem się na pierwszą część kryminalnej sagi  z Bernardem Grossem Roberta Małeckiego, więc z miejsca zamówiłem zarówno „Czerwony Świt”, jak i „Skazę

Niecierpliwiłem się lekko mając te dwie książki obok siebie, dlatego zacząłem je czytać równolegle i pomimo kompletnie różnych opisywanych światów, jakoś te dwa przeciwstawne nastroje zaczęły na siebie zachodzić, dając czytelnikowi dziwny konglomerat, splątane aury, hipsterskiej,  warszawskiej Pragi i prowincjonalnej Chełmży, a więc wielkie miasto ze swoimi knajpami i klubami zazębiło się ze skutym lodem jeziorem, gdzie na łódce zwłoki bezdomnego, a w Warszawie trup młodej celebrytki o hebrajskim imieniu.

Pasierski pokazał miasto  w odsłonie przystępnej dla młodych beneficjentów  nowych czasów, gdzie króluje dobra zabawa w asyście muzyki, używek, drogich apartamentów i łatwych pieniędzy, a wiadomo, gdzie kasa, tam też niezdrowe przyzwyczajenia. Czytając te dwie przygody, zauważyłem, że ugrzęzłem jednocześnie w obu, w tym samym momencie, jakby to nie była wina autorów, ale po prostu takie ułożenie gwiazd sprowadziło przygnębienie, co odbiło się na odbiorze lektury – a jednak to był błąd, żeby czytać je razem, pozbawiłem się rozsmakowywania nie tylko w opowiadanych historiach, ale przede wszystkim nie wchłonęła mnie aura czy to opowiadania, czy nawet stylu autorów. A kiedy w tym samym czasie  obie powieści zaczęły osiadać na mieliźnie, ciężko było na raz przezwyciężyć dwa rozczarowania – na szczęście były to chwilowe kryzysy i obaj autorzy wzięli się w garść i wyszliśmy wszyscy rychło na prostą…

Małecki już dawno wciągnął mnie w życie Bernarda Grossa,  o którym wiedziałem prawie wszystko będąc po lekturze „Wady” i „Zadry”, a czytając pierwszą część  wiedziałem co się stanie z Otrębą i jakim typem kobiety jest Skalska. „Skaza”, ma wszystkie niedoskonałości części kolejnych, a ponieważ jest wymyślona pioniersko, byłem skłonny łatwiej przymykać na nie oczy; konflikt Bernarda z synem doprowadzi Was do szału, a jeśli jeszcze natkniecie się na te modelarskie wstawki, to może być niezły argument, żeby książkę odłożyć. Małecki opowiada historię niespiesznie, a chybionym zdaje mi się  pomysł z przeplataniem teraźniejszości z tym co wydarzyło się dziesięć lat wcześniej. Nad komisarzem wisi widmo napadu na żonę, po którym zapadła w śpiączkę – pomimo interwencji Grossa, niefortunnej zresztą, po której czuje się winnym zabójstwa niewinnej kobiety, policjant próbuje ułożyć sobie na nowo życie z ostentacyjnie uwodzącą go bibliotekarką.  Osią opowiadanej historii jest tajemnicze zniknięcie  przed 10 laty małżeństwa Tarasiewiczów i ich przyjaciółki, oraz pojawienie się obecnie ciała bezdomnego, którego Gross identyfikuje jako zaginionego Tarasiewicza, pomimo niewystarczających na to dowodów, oraz mataczenia syna zaginionych. Gross uparcie prowadzi  dochodzenie i tutaj mamy żmudne dociekania, dzięki którym policjant jest cenionym śledczym, pomimo  własnego,  raczej smutnego, przegranego życia, gdzie radością codzienną jest chleb z pasztetem i herbata Lipton, której picie sprawia komisarzowi dziwną przyjemność.

U Pasierskiego nie ma niuansów i żmudnego myślenia o zbrodni, Warwiłow miota się pomiędzy pracą a osobistymi problemami z mężczyznami, córką i tajemniczym ojcem, którego przeszłość próbuje wyjaśnić. Zadziwiająca relacja z mającym rosyjską i mroczną historię ojcem rozdziela powieść na tę kryminalną i śledczą partię, która niejako wyjaśnia się sama, ponieważ autor dostarcza nam coraz to nowe motywy i czasem czujemy się jak w kryminale Agaty Christie, mając wąski krąg podejrzanych i ofiarę, której pozbyć mógł się jedynie ktoś z tego ograniczonego kółka przyjaciół otrutej celebrytki.  Ten schemat zbrodni i podejrzanych jest zawsze sporym wyzwaniem dla pisarza, który go wymyśla. Pasierski dał swoim bohaterom szerokie pole do zaprezentowania motywów, dla których mogliby się  skusić do zamordowania Sary, a jednak ostateczne rozwiązanie  rozczarowuje, gdyż pisarz tak mocno udramatyzował finał, że przychodzi nam wątpić w prawdopodobieństwo wydarzeń. Przez cały czas udawało  mu się podsuwać nam potencjalnych sprawców i jeśli tylko eliminował jednego, natychmiast podstawiał nam kolejną historię, w której ofiara miała uzasadnioną możliwość zginąć z ręki  tego, którego motywy dostawaliśmy jak na tacy.  Ale taka gra jest dla wyrobionego fascynata kryminałów czymś poniżej jego ambicji. Chciałoby się jednak czegoś bardziej zasupłanego, co zmusiłoby nas do zabawy w przypuszczenia, kto zabił.

U Małeckiego, z kolei historia zapętla się tak skutecznie, że w końcu,  rozwiązanie da się przewidzieć, to droga do niego usiana jest wydarzeniami, które niecierpliwią, ekscytuje nas bardziej osobiste życie komisarza, jego udręka  samotności i siermiężność codzienności. To jest atut Małeckiego, ponieważ w końcu los policjanta zaczyna obchodzić nas bardziej, niż intryga, którą stara się wyjaśnić.

Czyje przygody wciągają nas skuteczniej – trochę szalonej Niny, czy nudnego Grossa? Historia tego ostatniego pochłonęła mnie już wcześniej i znam jego dalsze losy, choć zapewne Małecki już szykuje najnowszy tom, który wyjaśni  te wszystkie zagadki z życia komisarza, rozwiąże ten denerwujący konflikt z synem i leżącą w śpiączce żoną, na co czeka zaborcza bibliotekarka.

A co zrobi Pasierski?. Czy oderwie się po raz drugi od Niny Warwiłow jak to zrobił po „Roztopach” i zaserwuje nam coś w stylu „W imię natury”.  A może Warwiłow wyjedzie za autorem do Wrocławia, gdzie właśnie z warszawskiej Pragi wyemigrował. Jeśli Pasierski już rozgląda się po swoim nowym miejscu zamieszkania, to pisząc kryminał  z Wrocławiem w tle może zdystansować w lokalnej popularności zarówno niepodważalnego króla kryminału wrocławskiego jakim jest Marek Krajewski, jak i resztę autorów, którzy związali swoje losy z Dolnym Śląskiem, czego  mu szczerze życzę, bo Warwiłow naprawdę przyda się świeży oddech  i zmiana klimatu, a z pewnością nowy mężczyzna pomoże jej stać się lepszym śledczym.

Małecki i Pasierski wyrośli na autorów, po których sięgam bez namysłu, pewien, że dostanę sprawdzoną jakość i ulubione klimaty, w których umieścili swoich niebanalnych bohaterów.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zrozpaczony Kafka

Przytaczając powyższe pandemiczne rodzaje aktywności, zapomniałem, że moim zamiarem było opisanie własnego zaangażowania literackiego, czyli określenia własnych lektur w tym nieznośnie zatęchłym czasie, kiedy nie trzeba jechać do pracy, a zakupów nie zrobisz między 10 a 12. Na początek potrzebowałem odskoczni, czegoś przyjemnego i prostego, a nie miałem nic takiego z bieżącej oferty, więc w jakimś odruchu dopadłem „Bezcennego” Miłoszewskiego, zwłaszcza, że autor zapowiada ciąg dalszy przygód bohaterów „Bezcennego”, co może będzie miało tytuł „ Kwestia ceny i ukaże się 17 czerwca. Pamiętam, że przy pierwszym czytaniu  grymasiłem nie kryjąc rozczarowania, ale tym razem wciągnąłem się w ten wir sensacyjnej historii, która doskonale zamaskowała myśli o przyszłości w czasach zarazy. Żeby jednak nie było zbyt miło i cukierkowo, wywlokłem z tylnych półek, zapomniane przecież, bo dawno zaliczone, w czasach kiedy mięso było na kartki „Listy do Felicji” ukochanego Franza Kafki. Wprawdzie moim  pierwotnym zamiarem było wrócić do jego „Dzienników”, ale niestety, po przeprowadzonej jakiś czas temu zmianie w ułożeniu księgozbioru, te tomy znalazły się w miejscu, którego przy pomocy wspomnień, a nawet przeczuć nie jestem w stanie odnaleźć.

Franz poznał Felice u Maxa Broda w sierpniu 1912, a we wrześniu już do niej napisał pierwszy list i proszę sobie wyobrazić zdumienie adresatki, kiedy nagle zaczęła dostawać listy od facecika, którego ledwo co pamiętała, i który w tych listach wypisywał jakieś niestworzone dyrdymały. Felice to była prosta dziewczyna, raczej nieładna, co widać na zdjęciach: płaska twarz z brzydkimi, ostrymi zębami i Kafka w dzienniku, po spotkaniu potraktował ją raczej obojętnie; pisał, że zobaczył ją przy stole i wyglądała jak służąca, nie był zupełnie jej ciekawy, koścista twarz, wystawiająca swoją pustkę, odsłonięta szyja i ubranie pospolite, choć miało być raczej odświętne, złamany nos, sztywne blond włosy, bez uroku, mocny podbródek; pisząc pierwszy raz o niej nie skończył zdania, podobnie jak żadnej swojej powieści, co może ,ale nie musi coś znaczyć. – a jednak postanowił do niej napisać i rozpocząć ten ciąg znajomości, z licznymi wyznaniami i podwójnymi zaręczynami i zerwaniami.

Zastanawiałem się w trakcie lektury pierwszych listów Kafki, nie tylko nad tym, co ta zwyczajna  kobieta myślała wówczas o całej tej absurdalnej sytuacji, która nagle zaczęła przeradzać się w wyznania miłosne i to obustronne, o czym świadczą  reakcje Franza w jego listach, bo niestety listy Felice , Franz zniszczył osobiście, więc z pewnością nie cenił jej epistolarnej  twórczości i ważne były one dla niego w momencie kiedy je otrzymywał.  Felice zapewne szybko wyrzuciła z głowy tę absorbującą znajomość, wyszła za mąż  uciekła przed faszystami do Ameryki, tej samej, o której jej wtedy Franz pisał, informując o swojej nowej powieści, zawalając na pisanie noce całe i wydzierając z godzin przeznaczonych na pisanie powieści, minuty na korespondencję z tą dziewczyną z Berlina. Czy zdziwiła ją późniejsza sława niedoszłego męża, czy widziała jego książki w księgarniach? Podobno nie chwaliła się nikomu tą znajomością. Parę lat przed swoją śmiercią w roku 1960,  za pięć tysięcy dolarów sprzedała listy Kafki, a pieniądze pomogły jej  w rehabilitacji, bo była mocno schorowana pod koniec życia.  Być może też dzięki tej kasie, swoje muzyczne aspiracje zrealizował jej praprawnuk niejaki  Adam Green, podobno popularny w Niemczech wokalista Indie folk.

Dokładną analizę  tej korespondencji znajdziemy na końcu II tomu, a dokonał jej sefardyjski Żyd Elias Canetti   i zatytułował: ”Jeszcze jeden proces Kafki”, myśląc zapewne o tym żałosnym zebraniu 12 lipca1914 roku, który Canetti nazywa sądem askańskim, ponieważ odbył się w Askańskim Dworze  i zakończył się zerwaniem narzeczeństwa.  Sczegółowa analiza Canettiego daje nam wyczerpujący portret obojga, ale rzecz jasna pokręcona osobowość Kafki jest tu zdecydowanie dominująca i na niej skupia się noblista. Niewątpliwie znajomość z Felice Bauer zainspirowała Kafkę do napisania wielu stron, zaczynając od natchnienia przy pisaniu „ Wyroku”, poprzez „Przemianę”, no i po sądzie askańskim, przerażający w swoim finale „Proces”, kiedy to Józef K. w milczeniu i bezwolnie zostaje prowadzony na miejsce egzekucji, a to milczenie jest tożsame z milczeniem pisarza, w czasie kiedy to Felice oskarżała go na „sądzie”, a on nie odezwał się nawet słowem.

Uderzający jest ten skowyt pisarza,  na początku korespondencji, który nie może znieść milczenia adresatki listów, wysyła do niej po dwa listy dziennie i oczekuje, że Felice zrobi to samo, ta jednak zanim wciągnie się w ten kołowrót  i zrewanżuje pisarzowi tym samym, nie rozumie tego uczucia przypadkowo spotkanego chudzielca. Kafka żebrze o list, a jej milczenie doprowadza go do rozpaczy. Kto  kiedykolwiek się zmagał z tym uczuciem odtrącenia, kiedy bliska osoba uporczywie nie odpowiada na nasze prośby o kontakt, ten wie jakie spustoszenia w psychice to wywołuje.  U Kafki zaowocowało to napisanym w jedną noc opowiadaniem „Wyrok”, a później na fali korespondencyjnie wzbieranego uczucia pisze arcydzieło, czyli „Przemianę”; to właśnie ta brzydka Żydówka  wyzwoliła w umyśle Franza  przerażającą wizję, którą opisał w fascynującym tekście o młodym akwizytorze, który pewnego ranka obudził się  zamieniony w robala, chociaż  już Nabokov udowodnił,  że  w przyrodzie takiego karaluchowatego stwora nie ma, i że jest on raczej wymysłem udręczonej głowy Kafki.

Felice Bauer urodziła się niedaleko, w Prudniku  ( Neustad) na Górnym Śląsku, a całe jej życie naznaczone było wszystkimi tymi cechami, które w niej podziwiał Franz, a więc była pracowita, wytrwała i gospodarna. Gdyby Kafka się z nią ożenił zadusiłaby go swoją praktycznością. On musiał pisać, najlepiej nocami, kiedy nikt mu nie przeszkadzał. Harmonogram swojej doby nieustannie opisuje podwójnej narzeczonej, jakby szykował ją do uświadomienia sobie tego, że życie z takim wybrykiem natury, nie przyniosłoby jej nic dobrego. Kafka nieustannie poniża się w tych listach i odsłania wszystkie słabości, od chudego wyglądu, kiepskiej garderoby i słabego zdrowia. Największą jego przywarą jest jednak konieczność pisania i tutaj nie przewiduje kompromisów, tak jak ułożył swoją dobę podzieloną na znienawidzoną pracę w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków przy Pracy  na Królestwo Czech, sen, spacery oraz nocne pisanie, tak  usilnie chce bronić tych wyjątkowych chwil ciszy i samotności gdy pisze.

Kafka  tę dziewczynę wykorzystał, potrzebna mu była jej bezpieczna  nieobecność, niewymagająca pospolitość i to, że mogła odbierać jego skargi i zmagania z codziennością, w których zawsze skazany był na porażkę. Z listów  wiemy jak wyglądał jego pracowity dzień, dowiadujemy się o zwyczajach i przyzwyczajeniach, o umiłowaniu chłodu, niezwykłej chudości ciała i diecie.

Bo Kafka zarzuca wówczas dziennik,  15 sierpnia 1912 roku po raz pierwszy wypisuje tam jej inicjały F B,  a potem jest ten fragment, gdzie poniża ją w swoich oczach pisząc jak jest pospolita, ale nagle odkrywa, że jest ona jego przeznaczeniem, w tym czasie  i woli już skarżyć się tej nieznajomej dziewczynie i na jej barki zrzucać wszystkie swoje biedy i udręki, zarówno codzienności jak i te pisarskie. Wciąż niepewny własnej wartości szuka też u Felice, uznania, ale cóż ona mogła zrobić z tą hermetyczną prozą, z której zapewne nic nie rozumiała. A  on ciągle pisze, w amoku i bezpiecznie umocowany  w swoim oddaleniu, jęczy  i skarży się, a ona trochę stara się nadążyć, ale ich światy nie przystają do siebie, więc on pisze już trochę spoufalony, ale dalej przerażająco  dziwny: „ Najdroższa, com Ci uczynił, że tak mnie męczysz?.Dziś znów nie przyszedł żaden list. Jak Ty mi każesz cierpieć! Podczas gdy jedno pisane słowo od Ciebie mogłoby mnie uczynić szczęśliwym! Masz mnie dość, nie ma innego wytłumaczenia, nie jest to w końcu nic dziwnego, niezrozumiałe jest tylko, że mi tego nie piszesz. Jeśli mam dalej żyć, nie mogę tak jak w ciągu tych ostatnich nie kończących się dni daremnie czekać na wiadomość od Ciebie. Ale nadziei, że dostanę od Ciebie wiadomość, tej nadziei już nie mam.”

Dla artysty takie cierpienia bywają pożywką, pospolitych zjadaczy chleba doprowadzają do szaleństwa. Kafka i tęskniący  do Teresy Wojaczek zachwycili po czymś takim literaturą, a reszta pomstuje w skrytości, zastanawiając się nad sensem wszystkiego.

Das Urteil”. Czyli „Wyrok , opowiadanie które napisał podczas jednego posiedzenia w nocy z 22 na 23 września 1912 roku, to przełom w jego twórczości. Uważał „Wyrok” za jedno z najbardziej udanych swoich dzieł,  a moment tworzenia, ten trans pisarski, za najbardziej pożądany. Zadedykował je Felicji, z którą waśnie przeżywał epistolarny romans. Można więc powiedzieć, że pomimo swojej prostolinijności  kobieta ta przydała się światowej literaturze i zapewne jest bardziej zasłużona niż powiedzmy Murakami, bo jeśli jeszcze do tego dodać blisko 500 listów napisanych przez 5 lat ich zażyłości, to widać, że zainspirowała największego pisarza XX wieku, a za to należało się jej znacznie więcej niż te marne pięć tysięcy dolarów

Felice Bauer jest obecna w literaturze, choć nie miała takich ambicji. Czy była dumna z tej paroletniej znajomości z kimś, kto jeszcze za jej życia stał się sławnym i cenionym pisarzem, którego wartości kiedyś nie dostrzegała – czy świadomość z kim obcuje zmieniłaby jej podejście do tego niezwykłego i dziwnego człowieka? Szkoda jej listów, które Kafka osobiście zniszczył i nie dowiemy się co wówczas myślał i czuł, czy trochę podczytywał podczas ich palenia czy po prostu bezmyślnie wrzucił je w ogień. A może darł je po kawałku, zastanawiając się gdzie byłby w tej chwili, gdyby się jednak ożenił z tą prostolinijną kobieciną.

Spośród tych kilku kobiet w życiu Franza, Felice była chyba najważniejsza i choć prawdopodobnie udało im się skonsumować to narzeczeństwo podczas 10 dniowego pobytu w Marienbadzie, od 3 do 13lipca gdzie pierwszą noc  on spędził w jakimś pokoju w oficynie, a następnie przenieśli się do innego hotelu, gdzie zajmowali oddzielne pokoje blisko siebie. Pierwsze noce wspominał fatalnie, z bólem głowy i w rozpaczy. Potem spędzili kilka najszczęśliwszych dni, które w dzienniku podsumował  wspominając wcześniejsze przygody z kobietami;  w Zuckmantel, ze Szwajcarką w Rivie, raz kobieta była starsza i doświadczona, a ta druga to prawie dziecko. Tylko z Felicją zdawało się to być naturalnym i jak napisał otworzyła się wówczas jej kobieca głębia, cokolwiek to znaczy.  Oczywiście zaglądanie Franzowi do łóżka jest lekko żałosne, ale wobec tylu opracowań dotyczących jego osoby, nie zdziwiłbym się, gdyby powstało „dziełko” pt: „życie seksualne Franza Kafki”, zwłaszcza, że takiego życia praktycznie nie miał.

Nie doczytam teraz tych listów do końca, traktując je jedynie jako przypomnienie i powrót do dawnych fascynacji.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pandemia literacka

A więc jest ten historyczny moment, o którym nie marzyli nawet najbardziej ponurzy, zanurzeni w swojej depresji, ten czas nic nie robienia, oprócz klaskania po balkonach i szycia maseczek, w których można śmiało napadać na najbliższy bank PKO BP. I w tym homeoffisie co niektórzy pisarze postanowili nie zasypiać gruszek w popiele i ruszyli w tango pisarstwa kwarantanno- epidemiologicznego; Ta okazyjna proza pociągnęła mnie tylko w trzy strony, choć zapewne mogłoby być ich więcej, gdyby tylko chciało mi się szukać. Wybrałem jedynie autorów, których twórczość jakoś tam była mi bliska, choć nie do końca podziwiana, jak to jest w przypadku Wojciecha Chmielarza, który kiedyś mi się spodobał a następnie jakoś spsiał w swej prozie kryminalnej i wydał m się jakimś naburmuszonym pozerem, którego lektura przestała mnie bawić a jedynie irytuje; Pan Wojciech pisze na swoim fcb historię karkonoską, w konwencji westernu, z przybywającym znikąd bohaterem, który w towarzystwie funkcjonariuszki ABW poszukuje niejakiego Prostego, sprytnie radząc sobie z miejscowymi gangsterusami, którzy z kolei mają na głowie konkurentów Romów  i niestety czeską mafię. To się dobrze czyta, choć widać, że pisane jest to na chybcika i bez cyzelowania, więc cała nadzieja w pomysłowości Chmielarza, w tym, żeby historia rozwijała się logicznie, co udaje się średnio, ale z racji pandemicznych , można dać sobie spokój z krytyką.

Kolejną zabawę zaproponował Grzegorz Kalinowski, a jego powieść w odcinkach nosi tytuł „Kwarantanna” i jak to autor dowcipnie zaznacza, pisze ją z obawą, że ktoś, np. Remigiusz Mróz  wpadł na ten sam pomysł, a po nim można się przecież spodziewać wszystkiego, zwłaszcza po rozstaniu z taką kobietą jak Katarzyna Bonda, nawiasem mówiąc ciekawym byłoby przeczytać  miłosną sagę , stworzoną przez Remigiusza na podstawie własnych, ostatnich doświadczeń, zostawiając na boku patologiczne ekscesy Chyłki. ”Kwarantanna” zaczynała się obiecująco, gromadząc w tatrzańskim pensjonacie prowadzonym  przez parę gejów, towarzystwo zmuszone przebywać ze sobą, pomimo radykalnie różnych poglądów  i środowisk, z których się wywodzą, a więc mamy tu typowego Polaczka, zadufanego w sobie homofoba Andrzejewskiego wraz z rodziną, który uprzedzony  przez znajomego polityka,  jeszcze przed wybuchem epidemii zamienił niedochodową produkcję na wyrób maseczek ochronnych, jest dwójka osobników, którzy niewątpliwie coś knują, ale to tylko pretekst do nakreślenia wizerunku  gangsterskiego jednego z nich, no i w tych opowieściach więzienno, kryminalnych, Kalinowski jest najlepszy. Reszta postaci z pensjonatu , jest tylko tłem dla wydarzeń, które się powoli rozkręcają, bo i poza pensjonatem dużo się dzieje. Kalinowski zdaje mi się lekko ugrzązł  i coraz mniej chętnie wracam do tej historii, ale może jeszcze się rozkręci  bo jak pisze Masłowska: „wymuszony przez pandemię post konsumpcyjny powoduje lawinę objawień duchowych” i proza Kalinowskiego dotąd niewznosząca się za bardzo w regiony gdzie poczulibyśmy choć trochę magii, w końcu ruszy z miejsca, czyli raczej niech w tej „Kwarantannie” coś się zacznie dziać…

Najciekawszą próbą odnalezienia się pośród mroków nieróbstwa, przełożenia Jazzu nad Odrą i zawieszenia możliwości wyjścia z domu, bo wszędzie odnajdują cię napisy, na murach, na niebie i w TV „zostań w domu”, więc pozostaje niewątpliwa przyjemność czytania odcinkowego opowieści snutej niespiesznie przez Szczepana Twardocha i Łukasza Orbitowskiego, pod parszywie brzmiący tytułem: „Na zarazę Zarazek”. Ta ”improwizowana powieść w odcinkach”, pisana jest naprzemiennie przez obu autorów, po jednym rozdziale i mam wrażenie, że chłopaki dobrze się bawią, kiedy pisząc własny kawałek, starają się tak zagmatwać wydarzenia, żeby kolega zmuszony dopisać ciąg dalszy, miał z tym jak najwięcej kłopotów. Niejaki Ronald Pancerny zakosił kupę szmalu z CBA, którego był pracownikiem z zamiarem zwiania z kraju  na Teneryfę wraz z żoną, której chciał zaimponować, ale wybuch epidemii wyrzucił marzenia Pancernego do kibla, więc ugrzązł z tą forsą i brakiem pomysłów na przyszłość. Wydarzenia tutaj mocno przyspieszają niczym wyścigi formuły jeden, z oczywistymi w tych warunkach i z tymi autorami, ekscesami, w które wmieszany zostaje idiota detektyw Zarazek, jedna kurwa, żona Pancerego i asystentka Zarazka. Dzieje się naprawdę dużo, nawet trup się ścieli i jak to szemrane sfery CBA i ABW  mają w zwyczaju nie obejdzie nawet bez obcinania palców. Pisane  z doskoku przygody, autorzy traktują nadzwyczaj lekko i widać, że sami nie wiedzą dokąd ich ta pisanina zaprowadzi.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wielicki

Przeleżała się ta książka na półce od początku roku – ustawiona w ten sposób, że Pan Krzysztof patrzył na mnie z wyrzutem z okładki , a ja dokładnie czułem co chce mi powiedzieć :” wynurzenia tego zdrajcy Urubko zaliczyłeś, może jeszcze weźmiesz się za tego amatora Czapkinsa?, gdy tymczasem moje wspomnienia odłożyłeś na nie wiadomo kiedy?

Aż tu nagle przyszedł czas siedzenia w domu i sięgnąłem  po książkę, żeby ją już mieć trochę „z głowy”, ponieważ nie oszukujmy się, moje oczekiwania odnośnie tej pozycji były akurat odwrotnie proporcjonalne do oczekiwań z lektury Urubki. Tymczasem nic nie było takim jak sobie kalkulowałem. Najpierw Urubko kolosalnie rozczarował i to nie tylko tym, co kiedyś wydał, ale głównie zakończeniem kariery, w co nie wierzę, ale też swoimi nieprzemyślanymi dywagacjami na temat polskich himalaistów.

Opowieść Wielickiego otwiera największe osiągnięcie, czyli pierwsze zimowe wejście na Everest, razem z Cichym, a potem już się potoczyła ta kariera, niewątpliwie dzięki szczególnym cechom fizycznym, które każdy himalaista powinien posiadać, u Wielickiego jest to mocne parcie do przodu, szybko i pod górę, co bywa zabójcze dla innych, ale optymalne dla  niego, połączone rzecz jasna z dużą odpornością psychiczną.

Przygody Wielickiego w górach wysokich znamy szczegółowo także z relacji jego towarzyszy i teraz te subiektywne opisy przypominają nam, że w Himalajach, mieliśmy tyle samo porażek i śmierci, co sukcesów, Wielickiemu udało się przetrwać, bo jak sam określił w tytule tej biografii „Piekło mnie nie chciało”.

Wielicki nie ukrywa przed czytelnikami  zagmatwanych relacji rodzinnych i swojego skomplikowanego życia uczuciowego, rozpadu pierwszego małżeństwa, zostawienia żony dla młodszej kobiety, a następnie kolejnego zwrotu i stabilizacji z kolejną miłością. Niewątpliwie taki ekshibicjonizm w książce jednego z najwybitniejszych himalaistów świata sprowadza te wspomnienia na zupełnie inne tory, niż relacje jego kolegów, skoncentrowane głównie na osiągnięciach górskich.

Autorzy, pomagający Wielickiemu w pisaniu, czyli Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski, prowadzą czytelnika klasycznie, sięgając od dzieciństwa małego Krzysia, poprzez te wszystkie wyprawy, które dały naszemu bohaterowi Złotego Czekana; nie napisałbym, że to są fascynujące opowieści, oczywiście pierwsze zimowe wejścia czy to na Lothse, w ortopedycznym gorsecie i samotnie, czy na  Kanczendzongę, nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia z wybitnym wspinaczem. Jego najbardziej spektakularnym wyczynem było chyba błyskawiczne, zaliczone w ciągu jednej doby  zdobycie Broad Peaku  i powrót do bazy. Wielicki opowiada o swoich wyprawach, widzimy te wszystkie niebezpieczeństwa i żmudny wysiłek jakim staje się zdobycie wysokiej góry, a jakby przy okazji tych wyczynów giną ci, którzy nie mieli tyle szczęścia co Pan Krzysztof.  Polski himalaizm jest trochę taki, jakim maluje go Denis Urubko, wspinacze raczej nastawieni na indywidualny sukces, osiągnięty minimalnymi środkami, bez tego ogromnego zapału i determinacji, którą kiedyś mieli czy to Kukuczka , czy Wanda Rutkiewicz.  Ci wszyscy wielcy, pierwsi herosi, uczestnicy narodowych wypraw, wyginęli po kolei, a teraz czy można powiedzieć, że partnerem dla 70-letniego Wielickiego może być Adam Bielecki, chyba ten jedyny wojownik, którego stać na dotrzymanie kroku Urubce?

Oczywiście Wielicki może kierować wyprawami, z racji kolosalnego doświadczenia, ale z drugiej strony, czy to jest jego żywioł?, patrząc na organizację zimowej próby zdobycia K2  i błędy, które tam popełniono, nowa rola dla Wielickiego powinna się znaleźć, chyba w innym miejscu.

Krzysztof Wielicki jest już legendą i chociaż jego relacje książkowe nie powalają, to jednak warto przeczytać i porównać jego drogę choćby z drogą Kukuczki, który kiedy zdobył już prawie wszystko, zginął, podejmując się wyzwania śmiertelnego, a piekło w jego przypadku, nie odmówiło. Także mój ulubiony wojownik, czyli Wojtek Kurtyka, obrał inną ścieżkę sławy, która również przyniosła mu Złoty Czekan.

Trzeba mieć nadzieję, że Wielicki napisze jeszcze raz swoje wspomnienia, gdzie znajdą się opisane  te najnowsze sukcesy i choć zapewne wiek nie pozwoli na takie spektakularne wyczyny, jak zimowe wejście na K2, ale że dzięki jego zaangażowaniu Bielecki zrobi to, o czym marzą członkowie polskiego himalaizmu zimowego im Artura Hajzera.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Listy do Teresy i nie Rafał Wojaczek

T a wielka i ciężka księga z grubymi, solidnymi kartami i niebieską okładką w formie koperty, zawiera prawie wszystkie listy pisane przez Wojaczka, ale największe wrażenie robią te wysłane do Teresy Ziomber. Bolesne jest  czytanie tych listów, bo widać w nich jak bardzo nadwrażliwość poety konstruowała jego wiersze… Zakochany poeta o takim talencie,  wyraził w listach do Teresy rozedrganą tęsknotę, o której niektórzy wiedzą tak dużo, ale jedynie takim artystom jak Wojaczek udaje się ją przełożyć  na  poezję niezwykłą, a inni wrażliwcy tylko cierpią. Cały czas zastanawiałem się jaka była ta Teresa Ziomber, w książce jest brak  jakichkolwiek zdjęć, a jedynym śladem fotograficznej jej obecności jest film „Wojaczek” Lecha Majewskiego, gdzie prawie sześćdziesięcioletnia Teresa zagrała bezdomną z dworca, a i tak oglądając film trudno jest ustalić, w którym momencie pojawia się na ekranie. Jaką była kobietą, jak fizycznie działała na Rafała? Z jej wypowiedzi wynika,  że prezentowała się skromnie, ale seksi. Miała skośne oczy i ciemne włosy. Ten związek, choć tylko trzyletni również na niej odbił się bardzo mocno. Wojaczek za nią szalał, pisał wciąż listy i wyznawał miłość, Te listy są czystą poezją  a jego ówczesna twórczość dedykowana jest tej wielkiej miłości.

Teresie zapisał prawa do swojej twórczości, nigdy z tego nie skorzystała.  Umarła kilka lat temu, być może gdzieś się kiedyś minęliśmy na ulicy we Wrocławiu, a na pewno zdarzyło się to z jej mężem, specjalistą od muzyki jazzowej, którego widywałem w pracy. Związek z  Wojaczkiem mocno zaważył na jej życiu, ale dzięki niej poeta napisał kilka niesamowitych wersów i to właśnie przez tę poezję warto patrzeć na Rafała, którego przedstawia się jako awanturnika, poetę   przeklętego, samobójcę i niepoważnego w relacjach ze swoją żoną, którą porzucił zaraz po ślubie, a własnej córki nigdy nie zobaczył.

Uważnie czytając listy Rafała do kolejnych kobiet, czy do ojca, odkrywa się smaczki, przelotne dreszcze pozwalające choćby minimalnie zjednoczyć się z tym potarganym duchem poety, przypominającym trochę kafkowskie dylematy , wyjęte jakby z dzienników autora „Procesu”, co nie powinni dziwić, ponieważ młody Rafał zaczytywał się dziennikami Franza, którego czasem cytuje w listach: „ weź mnie, weź, splot błazeństwa i bólu”.  Kiedy teraz patrzymy na życie Wojaczka, te słowa o błazeństwie splątanym z bólem, wydają się najtrafniej oddawać sedno tej egzystencji.  W innym miejscu Rafał zanotował: „Moje życie jest tylko wahaniem przed urodzeniem się”.

W listach do Teresy są też gotowe już, albo właśnie rodzące się wiersze, wiersze miłosne, bo jakże inaczej mogłoby być w listach, które poeta zaczyna od słów” „Kochana”, albo” Teresa kochana”

Mówię do ciebie tak cicho jakbym świecił

I kwitną gwiazdy na łące twojej  krwi

Kwitnie mi w oczach  gwiazda twojej krwi

Mówię do ciebie cicho aż mój cień jest biały

Jestem chłodną wyspą dla twojego ciała

Które upada w noc gorącą kroplą

Mówię do ciebie cicho jak przez sen

Płonie twój pot na mojej skórze

Mówię do ciebie jak o świcie poranny ptak

Upuszcza słońce w niebo twoich oczu

Mówię tak cicho jak łza

rzeźbi zmarszczkę

Mówię do ciebie tak cicho

Jak ty do mnie

Można cytować jak wiersze  ustępy z tych listów, odnajdując tam całe przestrzenie wyrzeźbione z tęsknoty i żarliwej miłości, a my to czytamy po latach i nic nie da się już zrobić, żeby to sobie wyobrazić, ujrzeć Teresę, jej skośne oczy, zobaczyć wreszcie ten obiekt, który zbudował takie subtelne linijki wierszy, w których każda wrażliwa dziewczyna będzie chciała odnaleźć siebie – stąd zapewne te pielgrzymki nastolatek do grobu poety i zostawiane tam nie tylko karteczki z wyznaniami, ale również fragmenty bielizny. „ jakie to jest czekanie, jaki brak Twojej obecności – bliskiej, żywej. Odtwarzam Cię we wszystkim, w słowach –wierszach, wspomnieniu, ale to nie zastąpi przecież ciepła żywego ciała. Teresa –

Kończę się w twoich oczach

Umiem być ciszą

Kończę się w twoim śnie

Ostatnie echo jest ciszą

To miejsce

Gdzie kończy się twoje spojrzenie

Przez sen

Donoszę siebie

Do twojej śmierci

Oślepią mnie sen, biała noc,

Rozjarzona iskrą twojego serca

Kończę się w twoim sercu

 

To jedna z pierwszych wersji wiersza, który znajdzie się finalnie w tomiku „ Sezon”

 

Wojaczek pisze do Teresy nieustannie, w dzień i w nocy, porankami, kiedy już list jest gotowy do wysłania, dopisuje jeszcze , jakby słowa zbliżały go do ukochanej i choć wydarte z samych trzewi zdania o tęsknocie czasem nas zawstydzają, to nie wiemy do końca, jak czytała je adresatka, co wtedy czuła i jak kochała. Gdzieś spisane są jej wspomnienia z tego związku – nie traktowała Rafała poważnie, Wszystko miało być jedynie chwilą, ułudą, bez przyszłości. Pisał wiersze na jej plecach (skąd my to znamy?) Popełnił samobójstwo w wieku 26 lat a Teresa żyła z tymi listami i wierszami, które musiała znać na pamięć, nierzadko będąc obecną w czasie ich pisania. Oglądając film „Wojaczek” Lecha Majewskiego, chciałoby się być tam z Teresą, w tym filmie czuć to co ona i zastanawiać się jak można byłoby uratować Wojaczka, ale czy wtedy mielibyśmy poetę o tej skali talentu i sławę poety wyklętego. Zapewne można było jakimiś radykalnymi środkami zmusić Rafała do innego życia, przywiązać go do żony i dziecka i przedłużyć ten żywot, ale kim wówczas byłby Rafał Wojaczek i jakie pisałby wiersze, o ile by jeszcze pisał…

Na końcu dostajemy kilka listów krytyków literackich, komentujących poezje Rafała  i padają tam mądre analizy i sformułowania typu turpizm, murzyńskość składni, wrzaskliwy erotyzm, ale jest też szereg przychylności i nadziei na przyszłość. Tymczasem  poeta zabił się, czym zbudował sobie legendę o jakiej może pomarzyć  np. mój ulubiony poeta wrocławski, wcale nie Tadeusz Różewicz, ale Janusz Styczeń, który z Wojaczkiem balował w tych szarych latach sześćdziesiątych we Wrocławiu, gdzie stoją jeszcze te obskurne kamienice, świadkowie ekscesów pijackich ale i tych poetyckich też.

Janusz Styczeń do dzisiaj jest spotykany na mieście, kiedyś regularnie widywałem go w oknie kawiarnianym na ulicy Wita Stwosza, a dawno temu odwiedzałem  koleżankę, wynajmującą pokój w willi na ulicy Kochanowskiego, gdzie mieszkali rodzice Stycznia, za każdym razem z dumą wspominający twórczość syna.

Wojaczek zerwał z Teresą we wrześniu 1969 roku. W maju 1971 roku  już nie żył. Willa przy Lindego12 jeszcze stoi. A ten ciężki tom listów odkrywa prawdziwego do samych trzewi jednego z naszych  największych poetów, którego życie pozwoliło  napisać takie niesamowicie  prawdziwe miłosne wiersze do Teresy, która żyła z tymi listami  zamieszczonymi teraz w  niebieskim tomie wydanym przez Wydawnictwo Warstwy z Wrocławia

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Amazonka na rowerach i skazany Urubko

Dwie książki, na które ostrzyłem sobie czytelnicze zęby. Rok temu odkryłem Dawida Andresa, oglądając  na Discocvery jego program „ Cięzarówką przez Stany, a potem kolejne „ciężarówki”, przez Wietnam i Indonezję, a ponieważ polubiłem tego faceta, a on wciąż chwalił się, że przejechał Amazonkę na rowerze, zamówiłem „Rowerem po Amazonce”, książkę, która miała być relacją z tej dziwnej wyprawy na rowerach wodnych, a okazała się zlepkiem wspomnień Dawida i jego brata Huberta, które  zebrał  Piotr Chmieliński, będący takim nieformalnym opiekunem całego przedsięwzięcia.

Już od samego początku książka zaczyna irytować, ponieważ dostajemy lekko bezładną szamotaninę organizacyjną związaną z przygotowaniem podróży, perypetie związane z wycofaniem się towarzysza Dawida i zdecydowanie się na podróż z młodszym o osiem lat przyrodnim bratem Hubertem, ten cały początek rozmydlający fascynację samym pomysłem przepedałowania Amazonki, należałoby wyrzucić do kosza, a rozpocząć relację nawet nie od lądowego etapu w Peru, kiedy bracia przemierzają górskie odcinki od Camana nad oceanem aż do Atalaya przez Cuzco. To Chmieliński relacjonuje wyprawę, na podstawie wspomnień braci i ich notatek, dlatego ta opowieść pozbawiona jest  osobistych refleksji i brzmi sucho i monotonnie Piszący stara się oddać ducha i nastrój uczestników, ale widać, że z nimi nie jechał, a jedynie spisuje ich opowieść.   I to jest niestety podstawowa wada tej książki, na dodatek w przygody podróżników wplecione są również wątki osobiste bohaterów i poznajemy dramatyczną historię Huberta, zmagającego się z uzależnieniami, a podane jakby z drugiej ręki, tracą swoją wymowę pozbawione osobistych refleksji. Dawid Andres jest ciekawa osobowością i brakowało mi w tej relacji  takich subiektywnych codzienności, związanych z wyprawą.  Relacja mnie nie wciąga, pomimo kilku dramatycznych przygód, które czyta się na chłodno, bo brakuje tam tego „pieprzu” i adrenaliny słownej, która pojawiłaby się, gdyby sytuacje opowiadał uczestnik – zapewne zabrakło mi wyniesionych z oglądania Discovery subiektywnie podanych historyjek z codzienności pływających rowerzystów.

Zastanawiając się czego brakuje drugiej opowieści przygodowej, tym razem związanej z górami wysokimi, doszedłem do wniosku, że zarówno chłopaki z Amazonki jak i Denis Urubko, nie dostarczyli nam „mięsistych” emocji opisując swoje zmagania a to z rzeką, a to z Himalajami. Urubko to też niezwykła osobowość, stąd moje życzenie poznania jego relacji z wypraw, niestety związane z dużym rozczarowaniem, bo jak napisał Artur Hajzer, recenzując pierwsze wydanie książki: „przypadkowy zlepek ni to opowiadań, ni to felietonów, o różnej stylistyce, tempie, nerwie. Raz celny dowcip, to znowu patos. Ciężko się połapać.” No właśnie, to jest mdłe i nie ma emocji, Urubko opsuje kilka swoich dokonań, także tych sportowych, bo wspinaczka to dla niego wyzwanie sportowe i rywalizacja i być może stąd się bierze jego konflikt z polskimi wspinaczami, którzy raczej owładnięci są taką narodową pasją grupowych zwycięstw i dużych wypraw, choć przykład Adama Bieleckiego pokazuje, że nie zawsze musi tak być i właśnie z Bieleckim Urubko odnalazł wspólny język.

Skazany na góry” to dobre określenie dla Denisa oraz dość banalny tytuł dla książki w której jeden z najlepszych himalaistów pokazuje nam swoją drogę zdobywcy ośmiotysięczników, a wchodził na nie już 21 razy, mając już rzecz jasna koronę Himalajów, teraz wyzwaniem dla niego jest wchodzenie tam zimą.  Obecnie szykuje się do samotnego wejścia na Broad Peak i miejmy nadzieję, że jutro, czyli 17 lutego2020, zdobędzie górę i zgodnie z jego przekonaniami, będzie to pierwsze naprawdę zimowe wejście na ten szczyt. Denis nic w swojej książce nie pisze o tym jak został Polakiem – stało się to przed pięcioma laty i dzięki temu mamy w swoich barwach naprawdę dzielnego wojownika, którego zmagania górskie chciałoby się poznawać w znacznie lepszej formie niż ta pozlepiana z przypadkowych tekstów książka o drodze, ale napisana bez większej pasji i refleksji. Przed Denisem jeszcze kilka wyzwań i być może po zdobyciu K2 zimą otworzy się w nim większa pasja do napisania lepszych niż te wspomnień – a może wystarczy  jak trafi na mądrzejszego wydawcę?

Dwie jakże odmienne książki,  ale identyczne rozczarowanie, co nie oznacza utraty mojej sympatii, dla ich autorów. Chłopaki płynące po Amazonce przypomnieli mi  te chwile na łodzi  amazońskiej, kiedy siedzący na rufie Indianin daje subtelne znaki rękami sterującemu, którego zadaniem jest bezpiecznie omijać przeszkody, które na tej rzece pojawiają się niespodziewanie.  A Urubko przypomniał zarówno chwile rywalizacji , opisując zawody we wspinaczce na szybkość w Kazachstanie, jak i przede wszystkim uczucia towarzyszące obecności w gorach najwyższych.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zadra Robert Małecki

Robert  Małecki ponownie wciągnął mnie w świat  i rzeczywistość miasteczka niedaleko Torunia, gdzie rozgrywa się akcja trylogii o komisarzu Bernardzie Grossie. Zaintrygowała mnie ta Chełmża do tego stopnia, że pobłądziłem trochę jej uliczkami w okolicy Rynku, wykorzystując do tego Street view, co każdemu gorąco polecam, bo warto przyjrzeć się miejscom rozgrywania akcji tego kryminału, zwłaszcza rozpocząć spacer od posterunku policji, w którym pracuje Gross i Skalska, umiejscowionego obok symbolu miasta czyli konkatedry  Świętej Trójcy.

Intryga kryminału jest mocno skomplikowana,  a Małeckiemu udaje się nas wodzić za nosy, ponieważ nawet jeśli staramy się samodzielnie łączyć fakty i staramy wydedukować, kto jest w  tej opowieści sprawcą całego zamieszania, ze zniknięciem dwojga kochanków, oraz śmierci brata zaginionej, to jednak zakończenie przyniesie  niespodziankę, pokazując jak małą posiadamy wyobraźnię. Proponuję nie skupiać się na poszukiwaniach winnego, ale wciągnąć w atmosferę , która determinuje zachowanie, próbującego wszystko wyjaśnić komisarza, którego los zdaje się przypominać szwedzkiego śledczego Wallandera z powieści nieodżałowanego Mankella.  I tu i tam mamy przytłaczającą atmosferę, potęgowaną jeszcze przez  nieustannie padający w Chełmży deszcz,  oraz przeziębienie Grossa.  Codzienność policjanta to nie tylko  żmudne rozwiązywanie zagadki śmierci powieszonego chłopaka z lasu, ale głównie zmaganie się z traumą niewyjaśnionego napadu na jego żonę Agnieszkę, po którym zapadła w śpiączkę, wywołując w komisarzu poczucie winy, zwłaszcza kiedy z poznaną bibliotekarką Malwiną zaczyna go łączyć coraz mocniejsze uczucie.

Zmagamy się z wyjaśnieniem zagadki zaginięcia pary kochanków, razem z zakatarzonym Grossem, oczywiście Skalska pomaga  jak może, choć nagle okazuje się, że w sprawę zaginięcia zaangażowany był jej  żonaty kochanek Grzegorz Otremba, którego samobójczą śmierć Skałka nadal opłakuje, ale teraz musi się dodatkowo zmierzyć z obecnością w śledztwie Eweliny Otremby.

Małecki podrzuca nam coraz to nowe tropy do rozwiązania zagadki, ale tak naprawdę bardziej przejmujemy się jego sytuacją uczuciową, jego chorobą i zmęczeniem. Gross chce odejść na emeryturę, ale to by oznaczało koniec serii książek chełmżyńskich, więc Małecki w zakończeniu szykuje niespodziankę, która zapewne  pozwoli na jeszcze jeden tom przygód w tym deszczowym miasteczku.

Dobrą powieść poznaję po tym, że tęsknię do niej gdy nie czytam, kiedy myślę o bohaterach, a w tym przypadku, kiedy zastanawiam  się, że albo zdecyduję się zapoznać z pierwszą częścią trylogii czyli „ Skazą”, albo rozpocznę przygodę z Markiem Benerem, dziennikarzem, którego Małecki zrobił bohaterem serii, którą można porównać z sagą o Chełmży.

„Zadra ma też wątek muzyczny i jeśli ktoś jest fanem Marka Knopflera, to będzie miał okazję przypomnieć sobie jedną z jego nostalgicznych piosenek.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Żółte światło

Co należy zrobić , kiedy jadąc samochodem zapali się żółte światło? Czy jechać dalej z nadzieją, że jeszcze się zdąży, czy gwałtownie zahamować?

W najnowszej książce Jerzego Pilcha, należy ten dylemat potraktować metaforycznie, przymierzając jazdę autem do uciekającego niczym krajobraz za oknem, życia. Pilch jak zwykle pisze głównie o sobie i choć spróbował zmącić to wrażenie, wprowadzając na karty książki niespełnionego pisarza Ariela Poschukala, to opisywany żywot ma w sobie tak wiele z Pilcha, że od początku wiemy o kogo chodzi, zwłaszcza, że obok tych rozdziałów poschukalowych, mamy niczym nieskrępowane fragmenty autobiograficzne pisane w pierwszej osobie.

Forma w jakiej Pilch podał nam „ Żółte światło” zdawała się być rozczarowaniem, zwłaszcza kiedy to sobie obiecywałem powieść fabularną z pilchowymi meandrami, a tu dostałem niemal same meandry, godne kilku co najmniej esejów, publikowanych w gazetach.  Kupione w tym samym czasie co „Widok z mojego boksu”, odłożyłem na później, z nadzieją smakowania prozy wyjątkowej, historii  niebanalnej z pilchową frazą, gdy tymczasem opowieść o pisarzu Arielu to przemycane pod obcym nazwiskiem wynurzenia samego pisarza, co w gruncie rzeczy nie jest wcale takie złe, ale nie tego się spodziewaliśmy i nie na to liczyłem najbardziej. Utyskiwania pozostawmy innym, bo przecież proza ta daje tak wiele przyjemności, do rozsmakowania się zwłaszcza miłośnikom Jerzego Pilcha, że pozostawia nas z marzeniami o czwartym dzienniku.

I są tu rzecz jasna fragmenty oszałamiające, smaczki i do rozmarzenia się i do wyobrażenia, choć blask żółtej poświaty, czytelnika w pewnym wieku zmusi do refleksji nad tym,  że wszystko płynie, ale choć o tym wiemy, to jednak taki pisarz jak Pilch, potrafi napisać o tym przejmująco.   Można się pasjonować opisanymi z werwą perypetiami ślubnymi pisarza, albo i nie, bo do końca nie wiemy czy Pilch opisuje własny ślub z czterdzieści lat młodszą kobietą, cz też jest to rodzaj prowokacji lub próba wzbudzenia zazdrości u młodszych kolegów po piórze, kiedy to mimochodem wspomina jak to podczas porannego dosiadania autora, chwytając się wiszącej nad łóżkiem półki, młodziutka kochanka wykrzykuje nazwiska pisarzy w lubieżnym szale; a Pilch jak wiemy jest mocno bezpruderyjnym autorem i motywy erotyczne wplata w swoje książki z przyjemnością, ku uciesze czytelników.  Ten lubieżny pisarz posiada także niewątpliwy talent raczenia nas momentami anegdotycznymi, jak ta z ostatniego rozdziału, pokazująca w jaki sposób Ariel czy też może sam Pilch powściągnął swoją manię oprawiania książek. W historię wplątany został sam Franz Kafka, więc warto doczytać do końca, zwłaszcza że tytułowy rozdział pozwala  najpełniej rozsmakować  się w tej prozie, a zakończenie z tym metafizycznym patrzeniem przez judasza na żółte światło na klatce schodowej   jest niepokojącym zamknięciem wszystkiego co nam pisarz chciał powiedzieć, zaczynając od rozdziału o samobójcach.

Pilch nie wspomina tu raczej o rzeczywistości politycznej w kraju, ale prawicowi komentatorzy i tak sarkają, czepiając się fragmentu, w którym pisarz napomknął jedynie o sparszywiałej doszczętnie Polsce, a trudno oczekiwać od sarkastycznej osobowości wiwatów nad „dobrą zmianą” – na szczęście Pilch zanurzył się we własnych myślach  i raczej sprawia sobie przyjemność  snując tę autobiograficzną dywagację, gdzie trudno odróżnić fikcję od biografii- najlepiej przyjąć, że wszystko to są wyznania najprawdziwsze , nawet wówczas, kiedy pisze: „ Ariel Poschukal pisał słabo, ale o pisaniu wiedział niejedno”  Bez trudu zdanie to do ust autora możemy włożyć, bo Pilch do siebie dystans mieć musi, a my niekoniecznie będziemy tu przytakiwać.

„Żółte światło” to jak piszą niektórzy gęsta proza, to w czystej postaci ten sam Pilch z Wisły, ten sam pijak z „Pod Mocnym Aniołem” i ten, który sięga stale w historie swojej rodziny, tym razem wywlekając wojenne losu ojca, przypominając te niełatwe relacje z nieżyjącym już  dwadzieścia lat ojcem.

Gdzie umiejscowić tę książkę, te wyznania autora już nie tylko pokątnej literatury erotycznej, ale pisarza ze świetnym dorobkiem, raczej kończącego swoją przygodę z literaturą, bo ja się zwierzył niedawno w radiu pisze właśnie książkę o pożegnaniu z Warszawą.

„Żółte światło to esencja pilchowskiej literatury to monolog wcale nie z lisiej jamy, to refleksje kogoś, kogo dobrze znamy i podziwiamy i którego pisania zawsze wyglądać będziemy z niecierpliwą nadzieją.

A może tu nie o sygnalizację świetlną chodzi, nie o ten przejściowy moment w podróży, a o ten metafizyczny moment , z który pisarz zostawia nas w ostatnim zdaniu książki? Ale o tym może zdecydować już sam czytelnik..

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzie się podziali ci wszyscy Żydzi, czyli rodzina Stramerów.

„Stramer” to chyba najgłośniejszy tytuł końca roku 2019, a czerwona okładka książki Mikołaja Łozińskiego, pojawiała się we wszystkich możliwych miejscach związanych z literaturą. I już to wszystko zdawało się lekko podejrzane, trochę na wyrost, jakby sugestie, wskazujące na konieczność przeczytania „Stramera”, budziły wątpliwości, które na nic się zdały, ponieważ będąc na targach książki w wielkiej Hali Stulecia, błądziłem między stoiskami szukając Wydawnictwa Literackiego, a dopchawszy się do lady z miejsca rzuciłem pytanie: czy jest Łoziński?. Rzecz jasna był i wtedy mogłem już wydostać się z zatłoczonej hali, po drodze jeszcze trafiwszy na przecenionego „ Czapkinsa”, którego odruchowo nabyłem, choć historia spod Nanga Parbat już dawno przestała fascynować.

Literacko wiedziałem, że będzie dobrze, gdyż „ Reisefieber”, którego przeczytałem parę lat temu  to gwarantował; obawiałem się jakiegoś napuszenia, poważnego opisu życia przedwojennego Tarnowa z okolicznościami, które doprowadziły ten świat do wiadomego końca. Łoziński jednakże rozczarował, przede wszystkim tym, że pozwolił się wciągnąć w tę rodzinną sagę, że dał bohaterów, którym podświadomie kibicujemy. Krótkie rozdziały mają imiona członków rodziny, od Nathana i Rywki poczynając a na malutkiej wnuczce Róży kończąc. Poznajemy losy żydowskiej rodziny, gnieżdżącej się w osiem osób w jednej izbie, w wynajętym pokoju na ulicy Goldhammera 20 w Tarnowie. Łoziński nie narzuca nam specjalnie jakiegoś wybujałego antysemityzmu tamtych czasów – on się rzecz jasna pojawia, ale jako raczej coś koniecznego, nieodłącznego w opisie międzywojennej rzeczywistości, a groźba Holocaustu tkwi raczej w świadomości czytelnika, a nie w głowach bohaterów,  i koniec jaki ich czeka nie przeszkadza autorowi w pokazaniu fascynującego folkloru tamtych czasów. Łoziński bardzo sumiennie przygotował się do pisania ”Stramera”, studiując  archiwa i literaturę, stąd opis egzystencji jego dziadka Salka Stramera oraz jego braci i sióstr wypada bardzo sugestywnie. Faszyzm i komunizm przeplatają się w przedwojennym Tarnowie, zabierając nas również do Krakowa a nawet na hiszpańską wojnę domową  To życie rodziny Stramerów śledzimy z uwagą i sympatią, przywiązując się do poszczególnych bohaterów, czy to do pięknej Reny, uwiedzionej przez polskiego adwokata, czy najmłodszego Nuska.

„Stramer” to historia rodzinna i można ją potraktować uniwersalnie, jak opis szczególnych więzów łączących wszystkich członków, jako ciepłą, cokolwiek to znaczy, oraz pełną humoru, jak to w życiu, opowieść o losach z zaginionego już czasu, którą należy odkopać i opisać , bo jeden utalentowany potomek mieszkańców  Goldhammera20 w Tarnowie, poczuł nagle konieczność zatroszczenia się o pamięć rodzinną, stąd wykorzystując swoją umiejętność opowiadania, przedstawił światu historię swojej żydowskiej rodziny, wiedząc, że jeśli zrobi to umiejętnie, to odniesie literacki sukces. Bo „Stramer” to  niewątpliwy sukces, a Mikołaj Łoziński pokazał jak to kiedyś żyliśmy wspólnie, ale głównie opisał zwyczajne życie rodzinne a całe to żydostwo jest jedynie pretekstem i smaczkiem historii uniwersalnej, która tutaj ma ten straszliwy koniec, o którym my czytelnicy od początku wiemy, a oni wszyscy Stramerowie nawet się nie domyślają, śpiąc w jednej izbie.  I tylko to gorzkie zakończenie i ostatnie myśli  Rywki, czekającej na śmierć w morzu, nad które obiecywał ją zabrać Nathan, a zamiast tego urodziła sześcioro dzieci, których losy po wielu latach odtworzył jej potomek, więc tylko te ostatnie strony dopowiadają to wszystko, czego się dmyślaliśmy.

Bo „Stramer” to jednak powieść nostalgiczna, naznaczona tęsknotą nie tyle za tamtymi ludźmi, co światem, ze swoimi kolorami i zapachami, za tą różnorodnością, od której teraz niektórzy się odżegnują, a przecież jakże ta jednakość bywa nudna i smutna – na szczęście czasem odnajdujemy w sobie jakieś zaginione geny i wtedy może się urodzić taka literatura jak „Stramer

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

The best of 2019.

To zawsze jest niezmiernie kuszące, żeby podsumować przeszłość i  ją uporządkować, wybrać tę jedyną a potem dopasować resztę książek przeczytanych przez minione 12 miesięcy, a ponieważ wcześniejszy rok okazał się  być życiowo do zapomnienia, to lektury wówczas zaliczone też jakoś odrzuciłem i nie wybrałem książki roku 2018.  W tym roku też jakoś bez szaleństw, ale jednak da się wybrać tę jedyną, najlepszą, subiektywnie książkę roku 2019. Oto moje zestawienie z założeniem, że tak naprawdę liczy się tylko zwyciężczyni, a pozostałe ustawiłem w mocno przypadkowej kolejności:

  1. Ale z naszymi umarłymi Jacek Dehnel
  2. Jacek biografia Jacka Kuronia Anna Bikont Helena Łuczywo
  3. Serotonina Michael Houellebecq
  4. Ostatni proces Kafki Benjamin Balint
  5. Nie ma Mariusz Szczygieł
  6. Ukryta sieć Jakub Szamałek
  7. Wada Robert Małecki
  8. Trzeci dziennik Jerzy Pilch
  9. Królestwo Szczepan Twardoch
  10. Tadeusz Kantor Krzysztof Pleśniarowicz

 

Zapewne nie przeczytałem wielu docenianych teraz przez innych pozycji, zawsze łapię się na ty, że jest cała masa książek, o których się mówi i które wszyscy polecają, ale grunt to nie ulegać presji i czytać jedynie to, sam uznam za wartościowe . We wszystkich zestawieniach dostrzegam jak bardzo krytycy ekscytują się „Stramerem” Łozińskiego – czytam właśnie i nie śmiałbym postawić jej na pierwszym miejscu, co poniektórzy uczynili. Jest jeszcze kilka zaległości, mogących zamieszać w tym zestawieniu, jak np. „ Żółte Światło” Pilcha czy „Listy miłosne i nie” Wojaczka… ale to już pojawi się w następnym zestawieniu.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Dodaj komentarz