Monty Python w Korei Północnej

Michael Palin  po wciąż chętnie odkurzanych skeczach w grupie Monty Pythona,  poświęcił się kręceniu filmów podróżniczych z  niezwykłych miejsc naszego globu, jednocześnie pisząc książki z tych peregrynacji, o czym z przyjemnością przekonywałem się, czytając jego refleksje o  Himalajach, lub towarzysząc mu w podróży dookoła świata.

Palina możemy pamiętać z roli w filmie ”Rybka zwana Wandą”, ale chyba większą karierę zrobił nie jako aktor, lecz podróżnik. I taką podróż śledzimy czytając dziennik podróży z Korei Północnej. Przyznaję, że miałem okres przemyśleń nad sensownością udania się do tego komunistycznego państwa, zapewne z powodu ciekawości jak funkcjonuje  ten zamknięty kraj, żeby zobaczyć  świat  kompletnie odmienny  od dotąd poznawanych. Myśli o wyprawie do Korei  przybladły w momencie uświadomienia sobie, że tego rodzaju zorganizowane wycieczki do KRLD, to forma wspomagania reżimu, a oglądanie zniewolenia nie musi stanowić  przyjemności splątanej ze zwiedzaniem. Podróż do Korei to lawirowanie pomiędzy tym co wolno robić, a tym jak można oszukać  wszelkiej maści opiekunów i służby, których zadaniem jest nie dopuścić do zobaczenia jak bardzo totalitarna jest władza rodu Kimów.

Ta niedostępność i folklor związany z biedną egzystencją mieszkańców to taka niezdrowa fascynacja, prowadząca do „zaliczenia” tego państwa i dumnego chwalenia się z pobytu tam, gdzie mało kto trafia.

Michael Palin zaliczył ten kraj z ekipą filmową i w mocno  dżentelmeński sposób opisał perypetie, związane z prezentowaniem filmowcom, wybranych kawałków egzystencji   Korei Północnej. Palin w swojej ugrzecznionej relacji nie krytykuje, a jedynie czasem bąka coś o wolności, jakby bał się, że pomimo powrotu do ojczyzny, nadal jest inwigilowany przez aparat represji koreańskiej.  Z sympatią opisuje swoich opiekunów, stara się by nie wprawiać ich w zakłopotanie, jakby nie  wierzył, że mogą być tak potwornie zmanipulowani, że już nie tylko strach kieruje ich postawami.

Relacja Palina w dzienniku z podróży po Korei Pólnocnej rozczarowuje, być może dlatego, że tak naprawdę chłopaki pojechali tam żeby nakręcić film, a ja tego filmu nie oglądałem, a relacja pisana  przez Michaela, jest powierzchowna, jakby Monty Python stracił wszystkie zęby oraz dowcip, gdyż czyta się te zapiski  z narastającą nudą, już po  kilku pierwszych rozdziałach tracąc nadzieję, że wydarzy się w tej podróży coś fascynującego, a dostajemy silącego się na uprzejmości cyrkowca, który nie potrafi dotrzeć do sedna tego kraju.

Książka oddaje klimat niezrozumiałego ocieplenia się stosunków amerykańsko-koreańskich, który przygotowywał wizytę Trumpa w KRLD. Zmanipulowany Trump dał się wciągnąć w grę, dzięki której reżim propagandowo pokazał, jak bardzo trzeba się liczyć z tymi szalonymi, klaszczącymi aparatczykami.

Przygotowania do wyjazdu rozpoczęły się w 2016 roku i nie przeszkadzały w tym nawet  złowrogie informacje o amerykańskim studencie Otto Wambieru, który za zerwanie propagandowego plakatu w Pjongjangu, został skazany przez koreański sąd na 15 lat ciężkich prac, a następnie został zamęczony przez reżim i w stanie krytycznym odesłany łaskawie do domu, gdzie zaraz zmarł. Może o te wydarzenia powinien pytać swoich rozmówców Palin, a nie  żałośnie udawać jak bardzo szanuje  stosunki panujące w tym państwie. Z drugiej strony mógł się spodziewać, że wówczas zostanie spławiony ogólnikami i ta delikatna nić sympatii, którą utkał ze swoimi przewodnikami zostanie brutalnie  przerwana.  Czy Palin miał moralny obowiązek poruszać drażliwe tematy i manifestować swój bunt skierowany przeciwko dyktaturze? Może zdawał sobie sprawę, że i tak niczego nie wywalczy, a powstanie filmu stanowiło cel nadrzędny – z tych dylematów Palin nie tłumaczy się – jest raczej zadowolony, że ta podróż w jakimś sensie się udała.

Pozostając z pewnym niesmakiem nie żałuję, że przeczytałem o kraju, który  tak czy inaczej wzbudza moją ciekawość i pomimo, że nic tego nie zapowiada, to jednak mam nadzieję, że w jakiś dziwny sposób reżim Kima upadnie i kiedy oba państwa koreańskie się połączą, będzie okazja na wylot do Seulu, skąd tak blisko do Pjongjangu.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kolory ognia, czyli słodki smak zemsty

Pierre Lemaitre napisał kilka świetnych książek z kurduplowatym Camille Verhovenem i nie sposób było nie polubić tego bohatera. Po zaliczeniu  kilku kryminałów,   nie bez obaw sięgnąłem  po zdobywczynię Nagrody Gouncourtów, czyli powieść „ Do zobaczenia w zaświatach” i nagle okazało się, że Lemaitre potrafi  zaczarować czytelnika  klasyczną prozą, wciągającą historią niekoniecznie z podtekstem kryminalnym – raczej obyczajowym.   I choć czekałem  raczej na ciąg dalszy  przygód małego Camilla, to pisarz postanowił zabawić się w kontynuację swojego poważnego dzieła , które w międzyczasie  zostało sfilmowane.

Kolory ognia” to losy   rodziny bohaterów  „Do zobaczenia w zaświatach”, a główną postacią jest Madaleine, córka bankiera Marcela Pericourta,  która zmuszona jest zmierzyć się z nieszczęściami, które spadają na nią, jak w pierwszej scenie książki, mały Paul, który  otwiera akcję brawurowym skokiem na trumnę dziadka. Wykończona finansowo i psychicznie Madeleine poradzi sobie wyśmienicie  i nie tylko dopadnie wszystkich swoich adwersarzy, ale też zapewni sobie satysfakcjonujące pożycie erotyczne z przemiłym panem Dupre,pracującym dla niej prostym facetem od czarnej roboty – i tego typu smaczkami co rusz autor zachwyca zdumionego czytelnika. Podkreśla się zawsze jaka to biedna ta wyrolowana przez wszystkich Madeleine, ale mnie się wydaje, że  ta zadufana w sobie mieszczanka dostała okrutną nauczkę przez swoją beztroskę – dziedzicząc ogromny majątek nie zadała sobie trudu, żeby   choć przez chwile pojąć, że te pieniądze to także odpowiedzialność,  a świat dookoła nie służy wyłącznie do zapewniania jej komfortowej egzystencji.  To najbliżsi   uczynią z niej żebraczkę, a  przecież gdyby  zdobyła się odpowiednio wcześnie na trochę refleksji, uniknęłaby upokorzenia. Można stąd wywnioskować, że nie warto młodej kobiecie powierzać odpowiedzialności za poważne interesy i choć w finale, dzięki sprytowi   i pomysłowości, odbierze co swoje, karząc grzeszników i odczuje wreszcie słodki smak zemsty.

To  książka niby  o zemście i funduje nam ona poczucie satysfakcji, kiedy szubrawcy dostają za swoje, to jednak widzę też w niej nauczkę, dla naiwnych i łatwowiernych lekkoduchów, którym się wydaje, że  należy im się  więcej z racji pozycji czy majątku. Książka przyciąga szeregiem smaczków godnych wielkich pisarzy, uderza   pewną prostolinijnością, a przecież odnosi się do najlepszych tradycji wielkiej literatury francuskiej, spod znaku Dumasa czy Zoli. Nigdy nie byłem fanem  Balzaka czy Zoli, to jednak przestrzeń odmalowana przez Lemaitre,  tak bogata w realizm historyczny Francji  lat dwudziestych  XX wieku,  kusi  i przyciąga raczej wyrobionego czytelnika, choć prosty poszukiwacz sensacyjnych opowieści znajdzie tu dla siebie dużo dobrego i być może doceni ten mistrzowski  koncept literacki, tę mieszaninę fascynującej intrygi  i  doskonałego warsztatu.

Autor maluje portrety swoich bohaterów nie szczędząc szczegółów i niuansów, przez co każda postać żyje własnym życiem, a jej losy splatają się z historią rodu Pericourt. Aż chciałoby się poznać dokładniejszą wersję historii polskiej służącej Vlady, której ogromne oddanie dla małego Paula dorównuje jej apetytowi seksualnemu, w czym nie przeszkadza jej nie tylko brak znajomości francuskiego, zwłaszcza, że postanawia czytać po polsku małemu kalece „Króla Maciusia”. A do tego ta śpiewaczka operowa, która pojawia się w życiu Paula nie wiadomo po co, chyba jedynie dlatego, żeby utrzeć nosa hitlerowskim notablom.

Francja w kryzysie  to nie tylko łotry, którzy wykorzystują naiwną Madeleine, żeby wydrzeć jej majątek, to również głupi politycy, jak ten Charles Pericourt, który choć spokrewniony, nie zawaha się pogrążyć   córki   Marcela dla własnych ambicji, chciwej żony i brzydkich córek-bliźniaczek, których wątek wzbudza  w nas politowanie. I ta piękna dziewczyna,  bigamistka  Leonce, uwodząca swoją panią, by w rezultacie ją okraść, jej mąż Robert, idiota, który świetnie sprawdza się  jako wykonawca  najbardziej  brudnych zadań. I wreszcie  ten   Dupre pokrywający panią z wyższych sfer w sposób mechaniczny, ale jakże skuteczny, oddany sprawie prostak, dzięki któremu Madeleine nie przestaje być kobietą.

Cały ten szpaler postaci – nie zapominajmy o nauczycielu małego Pula, pedofilu  a jednocześnie kochanku pani i ambitnemu dziennikarzowi, więc cały ten melanż tworzy kolorowa perspektywę francuskiego życia sprzed stu lat, który Lemaitre opisał brawurowo, co z pewnością właśnie  przede wszystkim francuskiemu czytelnikowi odmaluje klimat  tych dziwnych lat rodzącego się faszyzmu , co w Polsce próbowali opisywać autorzy tacy jak Choromański czy Dołęga Mostowicz, ale nigdy nie osiągnęli finezji współczesnego  Lemaitre,

Kolory ognia” to sprawnie napisana powieść o zemście i choć można czasem narzekać, ż autor prowadzi nas zbyt czytelną linią i szybko domyślamy się jak przewrotna i skuteczna wydaje się być główna bohaterka, to jednak i tak kibicujemy małemu Paulowi, kiedy postanowił wzbogacić się na produkcji pachnącego kremu, co już może wydać nam się zbyt naciąganym happy endem.

Coś czuję, że pisarz nie zamknie wątku rodziny Pericourtów i jeszcze raz skorzysta z wyobraźni  podpowiadającej jak dalej potoczą się losy nieszczęsnego Paula i jego matki – być może trzeba się będzie skusić na poznanie  przygód  wybranej postaci drugoplanowej – obstawiałbym  patriotycznie Władysławę Ambroziewicz, której temperament  pozwoliłby nam przeżyć niejedną  fascynującą   przygodę. Ale to już będzie zupełnie inna opowieść.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wczesny, homoerotyczny Proust

Krakowskie wydawnictwo „Ostrogi” wydało właśnie  niezwykły tomik z nigdy nie publikowanymi opowiadaniami  Marcela Prousta, pod intrygującym tytułem „Tajemniczy korespondent” I już sam tytuł wzbudza w potencjalnym czytelniku ekscytację, gdyż zapowiada z jednej strony literacki geniusz młodego Marcela  i sygnał, że autor   opisze własne homoerotyczne skłonności, co kiedyś przysporzyło by mu wyłącznie kłopotów, a teraz stanowi jedynie ciekawostkę , kiedy wydawca umieści na okładce  taki anons:”Nieznane opowiadania homoerotyczne młodego Prousta, rok po pierwszym wydaniu francuskim”.

Przeleżały się te zapiski sto lat – odnalezione w latach 50-tych XX wieku przez Bernarda de Fallois, zostały wydane dopiero po jego śmierci, choć jako właściciel wydawnictwa, odkrywca mógł  pokusić się o  ich wcześniejsze wydanie, zwłaszcza, że to jemu zawdzięczamy  ukazanie się choćby „Jana Santuila”.

To lektura dla miłośników stylu Prousta i nie powinni po nią sięgać debiutanci, którzy choćby nie liznęli kawałka przygód Swanna uganiającego się za Odetą.

Sięgając po „Tajemniczego korespondenta”, przypominam sobie własne przeżycia proustowskiej literatury – o ile nigdy nie sięgnąłem po „Jana Santeuila”, zmęczony lekturą „W poszukiwaniu straconego czasu”, to jednak ten biały tom, zawsze stał u mnie  na centralnej półce, jakby w oczekiwaniu na swój czas. Natomiast główne dzieło Marcela przeczytałem z perwersyjną przyjemnością i choć trochę to trwało, to jednak  do dzisiaj czuję tę niezwykłą aurę, która otacza   czytelnika, zagłębiającego się w otchłań proustowskich zdań. Nie jestem odosobniony w tym dziwnym poczuciu obcowania z czymś magicznym, czytając  te tomy,  oferujące  nieuchwytne i trudne do zdefiniowania   poczucie wyjątkowości.  Dziewięć opowiadań w tym obecnie wydanym cienkim tomiku, prezentuje dokładnie to samo, subtelne wrażenie, mgiełkę uczuciową, zachwyt, rozczarowanie, uczucia przelane na papier przez nadwrażliwego, dwudziestoletniego młodzieńca, odkrywającego   pożądanie i zauroczenie własną płcią.  A jednak jak zaznacza Krzysztof Warlikowski   w motcie przed wstępem tłumaczki:”To bardzo perwersyjna literatura, która mydli czytelnikowi oczy”.  Młody Marcel nie pisze wprost o skłonnościach erotycznych swoich bohaterów, a jednak  daje obraz ich zmagań i uczuciowego zamieszania, które zapewne sam przeżywał. Tytułowe opowiadanie  daje najlepszy obraz  tej literatury. Oto dwie przyjaciółki, z których jedna otrzymuje list z wyznaniem miłosnego pożądania – tym tajemniczym korespondentem okazuje się być właśnie najbliższa przyjaciółka, co zdumiona Francoise odkrywa dopiero chwilę przed śmiercią, wiecznie melancholijnej Christiane.

Homoerotyzm jest zawieszony nad tymi tekstami niczym wzrok nagiego młodzieńca zerkającego  na stojącego przed nim towarzysza , którego nagość szacuje jednocześnie płynący w ich stronę trzeci chłopak. To obraz Henryego Scotta Tuke’a  „Lovers of the Sun”,  i Proust z pewnością ucieszyłby się z takiego wyboru okładki  malarza i fotografa męskich aktów i prekursora gejowskiej kultury, cokolwiek to znaczy…

Interesującym  jest przeczytać przed lekturą tekst Anastazji Dwulit, tłumaczki, która sumuje  doświadczenie w prezentacji homoerotyzmu w literaturze i nie tylko .Ten wstępny esej to nie tylko ciekawostki, typu: kto pierwszy użył terminu „homoseksualizm”, ale również  przeanalizowana droga literacka proustowskiego dzieła i bardzo interesujące sprzężenia dyskryminowania nie tylko  ze względu na orientację seksualną, ale też powiązanie tego z antysemityzmem. Dlatego dobrze jest wiedzieć jak kochał baron Charlus  i co musiał znosić Swann.   Jak traktował homoseksualizm Proust,  i czy rzeczywiście jest „botanikiem”, który obserwuje zjawisko z pozycji naukowca?

Czy w czasie obecnej nagonki na osoby o innej orientacji, lektura „Tajemniczego korespondenta” może przynieść jakieś oczyszczenie mentalne dla wszelkiego rodzaju homofonów i obrońców tradycyjnej rodziny? Nie liczyłbym na to, że osoby tego pokroju czytają tę wysublimowaną i bardzo perwersyjną literaturę.  Odrzucając wszelkie konotacje obyczajowe znajdziemy w tym wysmakowanym zestawie, bardzo dobrą literaturę, z którą nie tylko w Walentynki warto mieć  styczność. Niedawno wróciłem do „Sodomy i Gomory”,  czwartego tomu  „W poszukiwaniu…”, który przynosi  opisy ekscesów i poglądy, najbardziej interesującej postaci   cyklu czyli barona Charlusa, którego w filmieSchlöndorffa  zagrał niezapomniany Alain Delon. Chciałoby się wierzyć, że takie publikacje jak „Tajemniczy korespondent”, czy projekty filmowe( jak pomysł nakręcenia serialu na podstawie całego cyklu, co deklaruje Guillaume Gallienne, w formie trzech sezonów po osiem odcinków, niczym jakiś Wiedźmin na Netflixie) przyczynią się do popularyzacji  tej literatury która  zdaje się taka hermetyczna, a jest jedynie wysublimowana i pełna namiętności.

Ten wydany właśnie tom  opatrzono zdjęciami rękopisów Marcela co zawsze niesłychanie zbliża nas do autora, zwłaszcza, że nie żyje już od tak dawna, że niemożliwym jest zbliżenie się do pamiątek po nim., chyba że uda nam się trafić na jego grób.

Polecam ten rodzaj literatury, jakże inny od współczesnych stylistów, wysmakowany i tajemniczy  niczym, tytułowy korespondent, bo przecież nie wypada nam, nie zgodzić się z opinią Warlikowskiego, zwłaszcza, że wydawnictwo już szykuje nam kolejne tomy , w których znajdziemy   nie tylko eseje” O czytaniu”, czy  „Pisma estetyczne”, ale przede wszystkim bogatą kolekcję listów, gdzie z pewnością Marcel  potrafił się bardziej odkryć, czego nie śmiał uczynić w swojej literaturze, zasłaniając się narratorem i ukrywając  własne poglądy w postaciach  swoich bohaterów.

Czytajmy Prousta, bo to literatura najwyższych lotów, może lekko  nudnawa  i odstająca od dzisiejszych  standardów, ale dająca niezwykłe przeżycia estetyczne, o które w tych czasach dość trudno.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Mock pożarty przez Molocha Breslau

A więc tak Eberhardzie, wracamy do mrocznego Breslau, gdzie  w burdelu przy Białoskórniczej odbywają się seansy, których  nie chcielibyśmy oglądać, a  tobie dają wyobrażenie  gdzie mieści się sedno zła, które twój autor  wyświetla nam sugestywnymi opisami, zaczynając od  misterium grozy na cmentarzu przy ulicy  Ślężnej, który od teraz, przejeżdżając dwukrotnie w ciągu jednego dnia, wizualizuję sobie na miejscu nowoczesnej szkoły  naprzeciwko starego cmentarz żydowskiego. Wyobrażam sobie , sceny jak z filmu „Duch”, kiedy np. w czasie lekcji matematyki,  spod podłogi, przewracając szkolne ławki, wydostają się truchła zapomnianych  pochowanych tam  mieszkańców Breslau. Ta okolica –  zgromadzenie cmentarzy, dziś już odmieniona,  jest tłem przygód Mocka i choć tylko okoliczny Park Skowroni, czyli dawny Neuer Friedhof St. Salvator und St. Johannes, po którym kiedyś tam regularnie biegałem, kojarzyć tu się może z miejscem pochówków. Praktycznie większość parków w okolicy centrum miasta to dawne cmentarze.

Marek Krajewski wrzuca w najnowszej powieści, swojego ulubionego bohatera w rok 1928, kiedy to siłą woli porzucił nałóg alkoholowy  i powoli zapomina o żonie Sophie, która okrutnie go zostawiła. Eberhard  dzięki wrodzonemu pedantyzmowi, obowiązkowości  i umiłowaniu  starożytności, skutecznie może pędzić  żywot szanowanego radcy kryminalnego, przed którym los  postawił zadanie odnalezienia porwanych  bliźniąt byłej kochanki, teraz zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym przy Kraszewskiego. Historia, jaką serwuje nam Krajewski obfituje, jak to zwykle u tego autora w sceny drastyczne i obrzydliwe  – to charakterystyczny  element  tej prozy – wydobycie z trzewi miasta,   całej  skrytej  perwersji, przesiąkającej z murów kamienic Nadodrza czy okolic Rynku. Wrocławianin uwielbia śledzić peregrynacje Mocka, przemierzającego czasem nieistniejące już ulice przedwojennego Wrocławia, nierzadko odszukując  na  specjalnych stronach ich  widoki sprzed stu lat. Wymarzone wydanie „Molocha”, powinno być uzupełnione o fotografie tych miejsc Breslau, gdzie Mock, chleje i chędoży, gdzie pracuje   i gdzie mieszka. Obok starych fotografii, powinny się znaleźć współczesne odpowiedniki tych miejsc – i wtedy książka byłaby idealnym konglomeratem treści i formy.

A o co chodzi w tej opowieści, oprócz poszukiwania porwanych dzieci? Pierwotny tytuł  książki miał nawiązywać do Metropolis, słynnego filmu Fritza Langa z 1927 roku, lecz autor stwierdził, że tytuł„Mock. Metropolis”, będzie miał słabą siłę rażenia jako kryminał i zdecydował się na „Molocha”. Moloch jako twór miejski, pożerający swoich mieszkańców, którzy tradycyjnie u Marka Krajewskiego, obciążeni są   całą paletą przywar i zboczeń. Autor stara się nawiązać do  koncepcji słynnego w mieście  architekta Maxa Berga , który wymyślił projekt wieżowców dla administracji miejskiej w miejscu dawnej gazowni na Lessingsplatz, gdzie dzisiaj znajdują się beznadziejne i stopniowo wyburzane wiadukty drogowe, umożliwiające przedostanie się   do centrum miasta z okolic Placu Grunwaldzkiego, a  sam Plac Powstańców Warszawy jest dziś  mało wyróżniającym się skwerkiem. Projekt Berga nie zyskał uznania, zapewne ze względu na koszty co przyczyniło się do rezygnacji Berga ze stanowiska radcy budowlanego. Wydarzenia historyczne  miały  miejsce w roku  1920, choć Berg miejskim architektem został  rok później, a wydarzenia u Krajewskiego przesunęły nas  do 1928 roku.

Można fantazjować jak wyglądałoby miasto, gdyby wspomniane wieżowce Berga wybudowano, choć  jak wiadomo wojna potrafiła zmieść z powierzchni ziemi, nie takie budowle Breslau, wspominając na przykład  zrównany z ziemią pobliski wielki kościół, tylko po to, żeby zbudować pas startowy dla samolotu, który nigdy stamtąd nie wystartował. Marek Krajewski doszedł do perfekcji w budowaniu  powieści –  dzięki swojej konstrukcji  potrafią trzymać w napięciu i nie pozwalają  grymasić wymagającemu miłośnikowi kryminałów. Jedna rzecz  zawsze mnie irytuje  w tych opowieściach: mnożenie prologów i epilogów, które zmuszają  niecierpliwego czytelnika do  analizowania uzasadnienia powstania tych rozdzialików, które z powodzeniem dałoby się wkomponować w treść powieści. Mam wrażenie, że te dwa prologi i epilogi autor skomponował dla własnej przyjemności i pozwoliły mu one  oderwać się trochę od głównego nurtu  narracji., gdzie z kolei pełno okultystycznych i satanistycznych motywów, zaczerpniętych z gnostyckich sekt od starożytności poczynając a na XIX  wiecznych praktykach sekciarskich kończąc. Obrzydliwe praktyki seksualne, odkrywane przez Mocka w burdelu Sodoma i Gomora, ofiary z ludzi, podczas orgii na cmentarzu, czy bezkarność elitarnych przedstawicieli miasta, oddających się zaspokajaniu własnych popędów – wszystko to  budzi w naszym bohaterze mocny sprzeciw i za wszelką cenę, nie szczędząc  zdrowia  i  sił, nie bacząc na rangę przeciwników, postanawia  wyjaśnić zagadkę zniknięcia dzieci, co rzecz jasna musi mu się udać, dzięki czemu na koniec, już nieomal we współczesności dana mu będzie  przyjemność, którą niektórzy przedkładają ponad wszystko – będzie mógł się okrutnie zemścić.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nina Warwiłow na tropie

Najpierw zabrał nas do szpitala psychiatrycznego, potem w Beskid Niski, a w ubiegłym roku na hipsterską, warszawską Pragę – wszędzie towarzyszyła nam charyzmatyczna Nina Warwiłow, której życie osobiste interesowało nas nawet bardziej niż zagadki, które rozwiązywała.

W najnowszej książce, Jędrzej Pasierski, bo to o nim mowa,  ponownie serwuje nam beskidzkie klimaty i wraz z Niną, której towarzyszy córka Mila, wrzuca nas w lokalną atmosferę, podszytą dawnymi tajemnicami i konfliktami. Warwiłow przyjeżdża na wakacje do małej wioski z ambicjami, bo Pyrowa kryje pod zasłoną z przedsiębiorczych lokalnych krezusów i rozwłóczonych po wiosce pijaków i leserów, szereg niewyjaśnionych zagadek, a Warwiłow jak wiadomo, gdzie tylko się pojawi, tam zaraz wywołuje zdarzenia niekoniecznie zgodne z prawem.  I w tej spokojnej wsi, wszystko było poukładane i choć oparte na krzywdzie jednych, dało szczęście innym, lecz Nina samą swoja obecnością doprowadziła do dramatycznych wydarzeń, zapoczątkowanych morderstwem.

Tytułowy „Kłamczuch” wygaduje niepokojące rzeczy, które  wypoczywającą w Pyrowej policjantkę, zmuszają do węszenia, choć wstępne ustalenia nie potwierdzają tych wszystkich rewelacji wykrzykiwanych w pijackim widzie. Ziarno niepokoju zostało zasiane, więc Warwiłow próbuje sondować miejscową społeczność.

 

Pasierski wprowadza nas w kryminał zwolna i początkowo usypia sielankową atmosferą wypoczywającej z córką Niny.  Dopiero od połowy lektury, kiedy nad Beskidami rozpościera się deszczowy niż, powieść rusza do biegu, jakby koniec wakacji i pięknej pogody, zmusił policję do intensywnej pracy.

Warwiłow nie węszy sama, powoli wychylają się  znane z „Roztopów” postaci zamieszkujące okolicę. Jak w każdym porządnym kryminale osobiste problemy stróżów prawa są  jak niezbędna przyprawa w egzotycznym daniu. Kiedy dobrniemy do finału, może się okazać, że beskidzkie przygody Warwiłow  potoczą się w dalszym ciągu w obecności  Karpiuka, który  zachęca ją do pozostania w górach.

A już miałem nadzieję na spacery Niny po okolicznym parku Tołpy we Wrocławiu. Stąd uczucie zawodu, towarzyszące niespiesznej lekturze. Pasierski jak rasowy pisarz kryminałów potrafi nie tylko stworzyć otoczenie zbrodni, opisać  świat wokół  przestępstwa i zaintrygować postaciami, które  choć sympatyczne, to jednak skrywają pod powierzchnią  osobiste smutki  i urazy.

Autor „Kłamczucha” staje się już przewidywalny – po „Roztopach”, wiedziałem, że winnych powinienem szukać wśród najbliższych Niny, tych sympatycznych i ciepłych, którzy nawiązali bliższą relację z policjantką, a podsuwane nam co rusz tropy, mają zmylić wnikliwego czytelnika i nie pozwolić na rozszyfrowanie zagadki kto zabił. Tutaj  zwodzenie Pasierskiego   udaje się rewelacyjnie, bo kiedy wydaje się, że już wszystko wiemy,  autor rozgrywa swoją klasyczną, jak z Agathy Christie, scenę, gdzie cały kolektyw musi wysłuchać błyskotliwej przemowy Warwiłow, która podaje mordercę  ku zaskoczeniu wszystkich.

Jędrzej Pasierski  utrzymał  wysoki poziom swojej prozy, napisał powieść  wokół zagadki kryminalnej, ale jednak brakowało mi czegoś, co wcześniej  tak intrygowało w jego książkach. Osobiste życie Niny  zawisło w próżni, nie ma już ojca  i jego radzieckiej przeszłości, co pobudzało czytelnika i dawało okazję do niezwykłych dygresji. Faceci  unikają Niny, jakby niosła ze sobą  wyłącznie aurę  nieprzystępnej i drażliwej. Skoncentrowanie się na córce, też nie wychodzi jej zbyt dobrze i afiszowana nadopiekuńczość nie do końca jej się udaje. Sentymentalny powrót do  egzotycznego rzeźbiarza nie wydaje się najlepszym rozwiązaniem, stąd trzeba znaleźć Warwiłow nowego przyjaciela i  dajmy sobie spokój z tymi góralskimi, ogorzałymi chłopami, bo wcale nie są w jej typie. Tylko przystojny, starszy prokurator z Wrocławia, zaintryguje ją na tyle, że wybije z głowy  plany przenosin  na zapadłą górską prowincję. Tak, tak usiłuję wybić z pióra autorowi pomysł  na kolejne beskidzkie kryminały i wplątanie się w te lokalne, wiejskie niesnaski. Nie każdy jest  Robertem Małeckim, potrafiącym   zagnieździć się w jednym miejscu  i nie pozwolić   wyobraźni wypaść na manowce  nudnych relacji miedzyludzkich.   A do tego jeszcze ten Karpiuk, który zdecydował zniszczyć nie tylko sobie przyszłość osobistą i nie wydaje się być odpowiednim partnerem zawodowym dla Niny, ale próbuje zwabić Warwiłow  do pracy  w okolicy, jakby za wszelką cenę parł do zmuszenia autora do zajęcia się jego smutnym losem, poszkodowaną żoną i odtrąconą kochanką.

Jak zwykle próbuję narzekaniem, zamaskować rozczarowanie i wymyślać za pisarza nowe przygody bohaterki.   Z niecierpliwością czekam na kolejny tom z Niną w roli głównej i wierzę jednak w wyobraźnię autora, który sugeruje się prędzej własnymi przeczuciami, niż  podpowiedziami skonsternowanego czytelnika.

Premiera książki już 27 stycznia.

Dziękuje Wydawnictwu Czarne za przedpremierowe zapoznanie się z  „Kłamczuchem

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Gorzko, gorzko czyli magiczna Joanna Bator

Historie czterech kobiet, wyskakujących jak matrioszki, jedna po drugiej na linii czasu, a właściwie jedna z drugiej, bo kobiety począwszy od niemieckiej Berty, a skończywszy na współczesnej Kalinie, to spokrewnione ze sobą matki, córki i wnuczki, których losy Bator kreśli osobnymi rozdziałami, przeplatając zamierzchłe czasy splecione z Bertą Koch, z rzeczywistością Kaliny, ostatniej z rodu, która to właśnie plącząc pierwszą z trzecią osobą, podaje nam nieszczęścia kobiet, jakby w tych genach nie było miejsca na odrobinę choćby radości i stabilizacji.

Joanna Bator  napisała gruby tom, niczym czytadło z serii wielkich powieści, które przechodzą do historii literatury, polskiej z pewnością, a jeśli niesiony podziwem przesadziłem w zachwycie, to jednakże przeczytana w końcówce roku, tego przeklętego 2020, zaskarbiła sobie niepodważalne pierwsze miejsce w literackim podsumowaniu mojej listy tegorocznych lektur.

Czy to na fali kobiecych protestów, które niedawno przetoczyły się przez nasze ulice, czytanie „Gorzko gorzko” nabiera innego wymiaru, gdyż pokazane w niej przypadki udręki kobiet, stanowią przyczynek do uważniejszego spojrzenia na traktowanie płci przeciwnej przez niektórych  ojców i mężów.

Berta Koch staje się naturalną kandydatką do tego , żeby jej losy  i ją samą polubić szczególnie, bo i jej miłosna przygoda,  oraz krzywda wyrządzona tej córce rzeźnika, zdają się najbardziej romantycznymi i to jej historia  jest podwaliną  kolejnych perturbacji następnych z rodu, ustawiających się w kolejce po swoją porcję zawodów  i rozczarowań.  A jednak to losy Violetty, przez V i dwa t, wydały mi  się szczególne, i to ta rozkapryszona, miotająca się po życiu  niczym Maciej Kot  na skoczni w Ga Pa, kobieta, stała mi się najbliższą mentalnie  i z łatwością odnajduję  w sobie te wszystkie jej  przywary i wady, dzięki którym  tak skutecznie komplikowała sobie życie, a przecież to chyba ona jedyna miała wizje kim chce być, tylko nie potrafiła wybrać skutecznej  metody realizacji. A więc Violetta z tym swoim poczuciem wyjątkowości wzbudzi w czytelniku  poczucie  wspólnoty, bo ileż to razy czuliśmy się zawiedzeni, że przecież  to my jesteśmy wspaniali, tylko los nie potrafi napisać scenariusza, który nam się naprawdę należał.

Gorzko, gorzko, krzyczą wystraszone dziewczynki widząc nadlatujące pszczoły, próbując tymi magicznymi słowami przekonać  napastliwe owady, że wcale nie są takie słodkie na jakie wyglądają. Czyż te batorowe kobiety próbują kogoś przekonać, że jednak  ta ich słodycz to jedynie  pozór, że to mężczyźni widzą w nich jedynie rozkoszny materiał, który będą mogli użyć według własnego widzimisie, a tak naprawdę to i Berta i Barbara, nie mówiąc już o Violettcie, to  osobowości jedyne w swoim rodzaju, a ich los to zwyczajna gehenna, jaka jest udziałem milionom im podobnym.

W tle losów czterech kobiet przesuwa się Dolny Śląsk, ta dziwaczna kraina, choć lepiej napisać  magiczna, co i lepiej brzmi i dużo więcej obiecuje czytelnikowi. To tereny naznaczone wciąż obecną przeszłością niemiecką, która wypełza na każdym kroku, jak  te napisy na wrocławskich kamienicach, z którymi nie wiadomo co robić, zamalowywać, czy raczej odrestaurować, co nadaje budynkom  jakiejś magii i smaku spływającego ze świata, który choć miniony, to przecież tak fascynujący.

Podróż w czasie rozpoczynamy w niemieckim Görbersdorf, obecnie Sokołowsko, gdzie w wielkim uzdrowisku dla gruźlików,  nie brakuje amatorów salcesonów i czarnej kiszki od  Franza Kocha, któremu pomaga córka Berta, zdradliwie uwiedziona w tych okolicznych lasach, gdzie grozę budzą zagryzające ludzi wilki. Przenosimy się, a jakże, do rodzinnej miejscowości autorki, czyli na Plac Górnika do Wałbrzycha z Barbarą,  adoptowaną przez dziwne małżeństwo o nazwisku jeszcze bardziej niezwykłym, bo jak tu nazywać się Serce,  przygarniętą przez Serców, gdzie przeobraża się, przepoczwarza boleśnie z niemieckiej znajdy w polską dziewczynkę, która musi nauczyć się od nowa mówić.

Z Wałbrzycha próbuje, jak się domyślamy, bezskutecznie, uciec do Wrocławia Violetta, ale historia płata wszystkim figla, bo w ostateczności historia zatacza koło i wszyscy wracany do Sokołowska, dotąd znanego właściwie dzięki temu, że trochę mieszkał tu Krzysztof Kieślowski.

To właśnie  ten magiczny Dolny Śląsk, przyprawia powieść Bator nieznanym gdzie indziej smakiem, który wyczuwa każdy mieszkaniec tej krainy, choćby został tu przywleczony z daleka, to jednak wiecie o czym mówię , jeśli tylko wyjedziecie z Wrocławia, do Kłodzka, lub lepiej w kierunku Wałbrzycha, gdzie te dawne uzdrowiska, lasy i góry łagodne i ziemia zaklęta w magię przeszłości.

Joanna Bator zaczerpnęła z sedna niezwykłości tej ziemi i dlatego ta gruba powieść zachwyca swoim klimatem, bo geny tych czterech kobiet nadają historii, wymiaru  lokalnego, choć  zdaje się, że  można by ich losy przyporządkować kobietom  na całym świecie.

„Gorzko, gorzko” to świetne czytadło, to  książka na zimowe wieczory, a może i noce, bo trudno się od niej oderwać, a przeplatanka losów  bohaterek, może jedynie  rozbudzić w nas ochotę do jak najszybszych powrotów do losów ulubionych  pań z rodu Serce. Do tego otrzymujemy świetne tło opowiadanych przygód, zarówno przedwojenne, trochę nieziemskie towarzystwo Kochów, zanurzonych w lasach  i wyrabiające takie przysmaki przedwojennych stołów jak kiełbasa z nutrii, szalejące w okolicy wilki czy ten obwoźny  handlarz , czyli Wędrowny Bułgar Krum, zwany Turkiem Nasrallachem, wraz z synem, Młodym, tworzą tajemnicze i baśniowe tło  doskonale wpisujące się w magię okolic. A potem to już powojenny Wałbrzych  i towarzystwo w kamienicy  na placu Górnika, wspólnota  w socjalistycznej rzeczywistości, gdzie dorasta Barbara wraz z tymi którzy użyczyli nazwiska dla kolejnych kobiet z piętnem Berty Koch.

Ciężko jest się rozstać z losami kobiet, które Joanna Bator wydobyła nie wiadomo skąd, pewnie z własnych trzewi i jeśli w „Gorzko, gorzko” wrzuciła cały swój gniew czy też całą wyobraźnię, to nie jestem optymistą oczekując kolejnej książki ulubionej autorki. To nie serial na Netflixie i nie będzie kolejnego sezonu, jak to Kalina przekazuje geny ludożerstwa kolejnemu pokoleniu pań Serce.

Książka roku, jeśli nie dekady i szkoda, że przez tę pandemię Pani Joanna nie mogła podpisać mi egzemplarza do kolekcji ulubionych książek z autografem.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Hipopotam Varga

Z nieokiełznaną  radością rzuciłem się na” Dziennik hipopotama”, bo czytanie Vargi w każdy przedpołudniowy,poniedziałkowy kwadrans , kiedy to dociera do mnie Duży Format Wyborczej, stanowi przyjemność, którą porównałbym do przyjemności prawie cielesnych, jak jedzenie truskawek w czerwcu. Rzuciłem się na ten czarny tom, wygodniejszy w użyciu po zdjęciu obwoluty i tylko strach przed przeżarciem sięVargą sprawił, że nie wgryzłem się w tekst  bez ograniczeń czasowych,odrzucając inne lektury, choć w tym czasie miałem kilka nowych powieści pod ręką i nie były to wyłącznie kryminały.

Na szczęście, albo i nie, nie zachłysnąłem się tym deziennikiem bezkrytycznie i dość szybko zaczęły mnie uwierać wszystkie niedoskonałości tych wynurzeń pisarza, a przecież jak to w dzienniku, jego autor ma prawo robić z tekstem co tylko mu się podoba, a czytelnik albo to łyka, albo rzuca w diabły.

Bo czegoż to spodziewałem się po wynurzeniach faceta,  z matki Polki, która pojawia się parokrotnie na łamach dziennika, i ojca Węgra,(bez wspomnień) a więc czym mógłby zaskoczyć mnie ten  pisarz  o charakterystycznym stylu, którego książki lubię, ale które nie powalają na kolana? Wiedziałem, że będzie utyskiwał na kościół i wyśmiewał prawicowe beztalencia literackie, ale spodziewałem się więcej osobistych bebechów, co nie jest może zbyt poprawne, ale co zrobić, kiedy zżerała mnie  ta jakaś „pudelkowa” ciekawość jak wygląda ta egzystencja od strony  bardziej osobistej. Varga to nie Pilch i nie da się porównać ich dzienników, ale przecież  już nie takie tuzy literackie poległy na prezentacji własnych wycinków codzienności, żeby nie wspomnieć tu Twardocha(„Wieloryby i ćmy”) albo Dehnela (”Dziennik roku Chrystusowego”), Varga nie wzorował się na kolegach, bo przecież to kompletnie inny charakter faceta i inna jego proza, jakby bliżej mu do wspomnianego Pilcha, bo jednak łatwo rozpoznam frazę Vargi, podobnie jak zawsze będę wiedział, ze czytam Pilcha.

Dlaczego Vardze nie wyszło z tym dziennikiem, pomimo zaprzęgnięcia hipopotama do tytułu tych zapisków? Wydaje się, że autor potraktował to pisanie lekko po macoszemu, nie przyłożył się, uważając, że dziennik pisze się sam, i że nie musi tam wkładać swych talentów literackich, cyzelować prozy, uświetniać ją  jakąś szczególną atencją. Na pewno wiele  utraciły te zapiski, kiedy Varga usunął z nich szereg mocno osobistych fragmentów, dotyczących życia uczuciowo-towarzyskiego, zwłaszcza, że jak wspominał w wywiadach, w opisywanym czasie  przeżywał dość intensywne zawirowania , uczuciowe, a w jego kręgach  pojawiały się kobiety znane nie tylko ze swojej urody, jak np. posiadaczka „najpiękniejszego biustu  w polskim kinie”. O kobietach tu mało, a o zawirowaniach z nimi wcale, o używkach prawie nic, bo najbardziej perwersyjne wydarzenia w tym opisywanym żywocie to poranne spacery do warzywniaka i spotykanie na ulicy starego Jerzego Połomskiego.

Jeszcze większe perwersje dotyczą zakupów płytowych pisarza i delektowanie się muzyką poważną, zwłaszcza w kontekście dramatu związanego z uszkodzeniem pudełka na płyty, przez co cała przyjemność słuchania 222 płyt Bacha schodzi na psy. Sam  Varga potrafi  kpić z tego snobizmu, polegającego na tym, ż e jeśli chce się przedstawić jako wysmakowany intelektualista, powinien namiętnie słuchać Bacha. W Dzienniku, a jakże, pojawiają się inni pisarze, a po przeczytaniu całości widać jak bardzo Vardze uwiera osobowość Twardocha, którego nieustannie wspomina i komentuje. Nie zabrakło też krytycznych uwag o prozie Masłowskiej czy Mysliwskiego, z czym mógłbym się z łatwością zgodzić, zwłaszcza w przypadku tej drugiej postaci. Varga utyskuje na tę cała popularną pisaninę z Blanką Lipińską na czele. Sam jeździ na spotkania literackie, gdzie promuje „Sonnenberga”, a ja uświadamiam sobie, że przecież nie zapoznałem się z jego biografią Niziurskiego, a szkoda, bo już pewnie tego nie uzupełnię. W pisanym od lata 2018 roku dzienniku autor wspomina o powstającej książce o katolickim gimnazjum i znając jego stosunek do kościoła katolickiego boję się tej prozy choć mam nadzieję, że talent Vargi i jego zmysł literacki nie uczynią z tej prozy wyłącznie pamfletu na Kościół, ale że znajdzie się tam historia godna opowiedzenia. Ten miłośnik ‘Kleru” Smarzowskiego  toczy swój osobisty dialog z kościołem, wytykając mu to wszystko  co prowadzi do jego upadku, nie omijając rozmów z co światlejszymi  przedstawicielami kleru, próbując zrozumieć jego funkcjonowanie.

Varga daje nam bardzo mało ze swojej codzienności, czasem wspomni o pogodzie albo jedzeniu wymyślnych potraw wegańskich, dużo spaceruje po swoich ulubionych ulicach, spotyka przyjaciół, czy to Pablopavo czy też Muńka, uczestniczy w imprezach towarzyskich z celebrytami  i nieustannie utyskuje np. na brak prawdziwych sporów literackich. Niechże sobie utyskuje  i marudzi po vargowemu, ale on użala się, bo z tych zdań prześwituje jednak jakiś żal niedocenionego literata, który nie sprzedaje się jak te pospolite Mrozy czy Bondy. To jest chyba najgorsze w tym dzienniku, że utalentowany pisarz potrafi tak bardzo skarżyć się na rynek literacki, konstatując wszystkim znaną prawdę, że czytelnik nie poszukuje wymyślnej formy literackiej, ale dobrze opowiedzianej historii. Dlaczego „Sonnenberga” nie czyta się z pasją, dlaczego nie sprzedał się w setkach tysięcy egzemplarzy, jak pani Blanka?Czy dałoby się z tej budapesztańskiej historii, zrobić ekscytujący film? Krzysztof Varga dotarł do takiego etapu w swoim życiu, kiedy  musi już bilansować sobie i życie i twórczość, a kiedy to robi, nie potrafi powstrzymać się od biadolenia, co jest gorsze  nawet od męczarni związanych z nową prozą. Na pocieszenie Pana Krzysztofa powinienem dodać, że pomimo tych zapisków a nawet dzięki nim, mój stosunek do niego nie zmienił się i nawet zaplanowałem sobie, ze zakupię w księgarni z tanimi  i przecenionymi pozycjami jego 45 pomysłów na powieść. Strony B singli” , nagrodzoną nawet gdzieś tam, a przeoczoną.

Kiedy skończyłem czytanie  „Dziennika hipopotama” poczułem przykrość, bo lubiłem jednak z tym pisarzem łazić mentalnie po Warszawie, wyszukiwać charakterystycznych żebraków po drodze i wysłuchiwać tego marudzenia, psioczenia na  rynek literacki, gdzie nie dostaje się tylko Oldze Tokarczuk. Dziennik kończy się jednak z pierwszym uderzeniem pandemii, przez co promocja książki lekko okulała, co nie przełożyło się na odpowiednia liczbę spotkań autorskich, bo liczyłem  na spotkanie twarzą w twarz z tym  moim ulubionym pisarzem, wizytującym zapewne grudniowe targi książki we Wrocławiu, a nie tylko hipopotamy w Afrykarium.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Hłasko biografia

Co jest najbardziej interesujące w biografii Marka Hłaski? Czy związek z Osiecką, czy wątki homoseksualne, a może śmierć Komedy? W wydanej właśnie biografii autorstwa Radosława Młynarczyka, żaden z tych wątków nie zdominował narracji, stąd czyta się te książkę z przyjemnością, bo losy jednego z najoryginalniejszych pisarzy polskich XX wieku, to historia doskonale nadająca się na trzymający w napięciu film biograficzny, a najlepiej serial wieloodcinkowy do obejrzenia na Netfliksie.

 

Młynarczyk postawił odważną tezę, że Hłasko jako pisarz skończył się z chwilą wyjazdu z Polski w roku 1958. Można nie zgadzać się z tą tezą, bo przecież po tej dacie napisał jeszcze kilka książek, choćby  „ Sowę, córkę piekarza” czy „ Brudne czyny”. Nie ulega jednak wątpliwości,  że to te wczesne utwory, pisane w kraju, w najbardziej szalonych latach  młodości, ugruntowały jego popularność i zdobyły uznanie krytyków, ale nie zapominajmy jakie to były czasy  i kto decydował o rynku wydawniczym w kraju.

Hłasko nigdy nie był szczególnie bliskim  mi autorem, a jedyny okres, kiedy pasjonowałem się jego twórczością, to polowa lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy to ukazały się cztery tomy jego Dzieł Zebranych, to zapewne wtedy mogłem przeczytać czy to „ Drugie zabicie psa” albo „Wszyscy byli odwróceni”, tak inne od tych opowiadań poznanych wcześniej, czytanych pewnie w jakichś gazetach, choć do dzisiaj mam  bardzo wczesne wydanie „Pierwszego kroku w chmurach”. Lata 80-te to także wysyp adaptacji teatralnych jego prozy. Pamiętam  ten fascynujący klimat przedstawień Wrocławskiego Teatru Współczesnego i to, jak dziwiłem się, że teatr może pokazywać takie niekonwencjonalne podejście do  wystawianych utworów. „Palcie ryż każdego dnia” to przedstawienie, którego program przechowuję do dzisiaj.

Jak widać mam mocno osobiste podejście do Marka Hłaski, co związane jest tez zapewne z tym, że przez  kilka lat mieszkałem naprzeciwko domu, w którym, o czym byłem przekonany, mieszkał młody Marek, w swoich wrocławskich latach, a jednak po przeczytaniu Młynarczyka, ten mit rozpadł się w proch  i choć Marek rzeczywiście pomieszkiwał na Wieniawskiego, to były  to tylko chwilowe pobyty w domu Stefana Łosia, wiec tak czy inaczej gdzieś w okolicy ten duch młodego Hłaski się unosił, a jednak nie były to miejsca, gdzie pisarz odcisnął jakoś mocno swoje piętno, o czym myślałem wyglądając przez  okno  i zerkając na wejście do willi na Wieniawskiego.

Losy wrocławskie Hłaski są w tej biografii szczegółowo opisane  i rzeczywiście kusząca jest myśl, żeby przy okazji jesiennych spacerów wybrać się na ulicę Borelowskiego, gdzie po numerem 44 pomieszkiwał pisarz  z matką oraz jej partnerem. Hłasko dorobił się tu nawet specjalnej tablicy pamiątkowej, dokumentującej jego pobyt w tym domu…

 

To właśnie wrocławskie peregrynacje autora „Cmentarzy”  kusiły mnie najbardziej i właśnie te fragmenty czytałem ze szczególną  uwagą. Wrocławskie lata Marka próbował kiedyś oddać Feliks Falk, kręcąc film. „Idol” to dosyć naciągana historia  dziennikarza, który pisze artykuł o pisarzu Kortonie, wzorowanym na Hłasce i angażując się w swoją pracę coraz bardziej staje się Kortonem. Ten stary Wrocław tam jest w tle o ile pamiętam, chyba, że sobie sam wkomponowałem klimat miasta w historię.

Biografia  ma to do siebie, że zawsze źle się kończy, a w tym przypadku  koniec Hłaski okazał się najgorszym z możliwych. Śmierć Komedy wstrząsnęła pisarzem, zwłaszcza kiedy to całą winę za ten nieszczęśliwy wypadek wziął na siebie. Młynarczyk dokładnie opisuje kulisy wypadku, co nie jest czymś  nowym, bo już w biografii Komedy Grzebałkowskiej  ta historia jest opisana.

Szokujące dla czytelnika mogą być wątki  miłosne bohatera; Hłasko z kobietami postępował bezceremonialnie, czego zapewne nigdy nie wybaczą mu feministki, tak jak wybaczała mu Sonja Ziemann, którą nie jeden raz wyzywał od „ niemieckich kurew”. Inne podobno nawet bił. Na zdjęciach widzimy Hłaskę, którego uroda przeminęła. Ten facet  w szaliku i płaszczu wygląda jak  konwojent, który pozuje na pisarza i każe się fotografować z maszyną do pisania. Podobno kiedyś był  pięknym młodzieńcem, który zawrócił w głowie kilku mężczyznom z Jerzym Andrzejewskim na czele , który w czasie ich pierwszego spotkania zachwycił się młodzieńcem, który „był więcej aniżeli piękny. Jego bardzo słowiańska uroda promieniała uwodzącym blaskiem”, jak podaje nam  Anna Synoradzka- Demadre w „Przyczynku do biografii prywatnej” Andrzejewskiego. Chciałoby się zdemaskować tego uwodziciela kobiet i mężczyzn, bo Hłasko uwodził i porzucał  w zależności od osobistych korzyści, które czerpał z danej znajomości. W przypadku Anndrzejewskiego, Macha, czy Łosia, były to kwestie literackie a np. Ziemann, materialne.

Ten piękny młodzieniec w krótkim czasie przemienia się w otyłego, wulgarnego  typa, irytującego otoczenie  swoją nachalnością.  I przez to właśnie zginął Komeda, choć nie było w tym celowości a  jedynie nieszczęśliwy wypadek.

Chciałoby się mieć Hłaskę w kraju, kiedy już na starość mógłby odrzucić łobuzerska pozę i napisać  jeszcze kilka książek. Tymczasem musimy zmierzyć się  z drugą, po  biografii Czyżewskiego z 2012 roku, opowieścią o życiu utalentowanego buntownika i wydaje się, że sam Hłasko nie napisałby tego lepiej.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pokora Twardocha

Jaka w końcu jest ta „Pokora” Twardochowa – usiłuję od samego początku rozczytywania się w niej zdecydować,  w jakim tonie  ją odnaleźć, czy rozzachwycić się jak większość recenzentów czy może jednak wytknąć pisarzowi,że jak to? – miał zachwycać, a jednak nie zachwyca? Gdzie jest to peknięcie, gdzie rozdziera się ta zasłona doskonałości prozy autora dojrzałego, docenianego, snoba  i  celebryty, choć zapewne nigdy by tak o sobie nie powiedział.

„Pokora” to powieść wybitna, podpowiada mi ta czuła część mózgu,- świetnie skonstruowana, opowiedziana porządnie, a jednak jak gdyby zbyt porządnie i mnie to razi, ta niemiecka dokładność i dosłowność  Twardocha, bo jak chłop opisuje Berlin, a jest to przypomnijmy Berlin rewolucyjny 1918 roku, to tam aż kipi w tym opisie od dosłowności, bo jak gdzieś idą albo jadą, to opisane jest wszystko co widzą, nazwane wszystko , co mijają, dostajemy nazwy ulic, opisy budynków itp.; Twardoch nie szczędzi nawet mnie mieszkańcowi Wrocławia, przejazdu po ulicach Breslau sprzed 100 lat, a przecież te sztuczki z nazwami niemieckimi ulic , wypróbował już na nas  nieoceniony Marek Krajewski. Tak więc Twardoch przesadził, przeszarżował z tą swoją perfekcyjnością,  w opisach natarcia niemieckiego zugu pod dowództwem Aloisa Pokory, walki w okopach, śmierci żołnierskiej, z flakami  i  tryskającą krwią, a także szczegółami uzbrojenia, o którym my laicy pojęcia nie mamy, natomiast Pan Szczepan jak wiadomo w broni wszelakiej się lubuje, czego daje dowody na każdym kroku, jeśli tylko ma okazje. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę Twardoch nie tylko zna się na samochodach, czy  broni , ale również pokazuje nam polowanie na jelenia, nie omijając drastycznych momentów.

Bo kim stara się być autor wyciągając historię biedaka z Nieborowitz i wrzucając go w wir wydarzeń, których nie rozumie, a które przeorują całą jego świadomość, ukierunkowaną na uległość, na poddaństwo, wobec każdej formy władzy, nad losem pospolitego  wyrzutka.  Twardoch jest tutaj biernym kronikarzem, każąc pokornemu bohaterowi wzdychać do mitycznej Agnes, niby dziewczyny, w której się zakochał, a ona traktowała go jak kundla do kopania i upokarzania, choć tli się w nas  przekonanie, że ta Agnes, to tak naprawdę metafora niedosiężnej Polski, której ten Ślązak  pragnie i o której marzy, podobnie jak Gabriel z filmu Kutza, oglądając krajobraz przez lunetę. A ta Agnes- Polska, pokazuje mu jedynie swoje krocze, łudząc obietnicą czegoś, nie do końca uświadomionego. Alois to postać tragiczna, biedak wyniesiony  przez ludzi, którzy dostrzegli w nim potencjał, choć zdaje się, że wszyscy którzy mu pomagali, realizowali raczej własne cele, Czy to polityczne, jak wcielenie go do bolszewickiej bojówki, czy osobiste jak nieszczęsna frau Nowotny, lub zakochany  w biedaku Niemiec   Smilo.

W dobrej powieści staramy się polubić głównego bohatera, śledząc jego losy wciągamy się w to życie, kibicujemy  jego sukcesom i biadamy nad klęskami. W przypadku  Aloisa Pokory czułem jedynie obojętność , czytając  o jego przeżyciach. Nie powiem, że to bohater irytujący niczym Hans Castorp, a jednak wzbudza niechęć, trochę z racji nazwiska, które go określa, lub decyzji, których nie podejmuje. To wleczenie Pokory przez historię, nie szczędzenie  mu upokorzeń i  razów, nie wzbudza litości, a raczej pogardę, co zapewne nie jest szlachetnym uczuciem, ale i bohater nie zasługuje na nic innego, stąd czytelnik ma do Aloisa stosunek podobny do jego otoczenia, co i tak jest lepsze od tego, czym go darzy własny ojciec, ale to już jest inne zagadnienie.

„Pokora” to książka dopracowana w szczegółach, ale jest w niej coś irytującego, coś, co nie pozwala zachwycić się, w jakimś uniesieniu, być może przez tę swoją doskonałą realistyczność, ale przede wszystkim, przez postawę głównego bohatera – autor  odrysował nam jego drogę od samego początku, od urodzenia w biedzie górniczej i to jest zbyt nachalne, ten skok do pokazania jak biedny Nikt, zostaje dostrzeżony  i wbrew własnej woli windowany do świata, do którego nie przystaje, gdzie jest upokarzany, a właściwa nie tylko jego nazwisku pokora staje się jedyną obroną przed nachalnością  przeznaczenia.  Czasem łudzimy się, że Alois zaprotestuje, że się zbuntuje, że odda prześladującemu go chłopakowi, że sprawiedliwość zwycięży i Pokorę polubimy, choćby za to, że się zbuntował.

Paradoksalnie  i koniec opowieści o tym nieszęśniku Pokorze  jest szyderstwem  i z jego samego i policzkiem, w który nas Szczepan wali, jakby chciał wykrzyczeć, że  najważniejsze dla niego jest jego pochodzenie, że nie żadna Polska, a  tradycja  i Górny Śląsk to Ojczyzna, której trzeba się trzymać do końca.

 

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kwestia ceny

Czegóż to się nasz Zygmunt nie naczytał, żeby napisać  „Kwestię ceny”?  Na to pytanie sam odpowie na końcu powieści, a są to z pewnością lektury fascynujące, jednak niestety również przygnębiające. Książka kończy się nagle i czytający  jest zaskoczony, że dalej już nic nie będzie, a pozorna beztroska w ostatnim rozdziale, to podstępna gierka zawodowego opowiadacza. Po przeczytaniu  „Kwestii ceny”, nic już nie będzie takie  jak wcześniej, więc jeśli planujecie zabrać ją ze sobą  na wakacyjną plażę, to lepiej odrzućcie ją  na pandemiczne dwa metry od siebie, niczym Żeromski, wywalający Dostojewskiego w zboże.

 

Zanim zacznę straszyć, napiszę tylko, że książka mi się podobała, ale niestety ma w sobie trochę mielizn i zwłaszcza pod koniec, kiedy kończy się brawura, odczułem zniecierpliwienie na ślamazarność fabuły.

Miłoszewski  zaserwował nam opowieść, w której  znajdziemy wszystkie bolączki współczesnego świata, a zastanawianie się nad przyszłością naszych wnuków, albo bardziej pesymistycznie dzieci, nie  należy do ulubionych motywów  podczas pandemicznych wakacji  w Bieszczadach albo Mielnie.

Świat się kończy i wiedzą już o tym nawet przedszkolaki. Kiedyś dawno, dawno temu, docierały do nas sygnały o tym, że klimat się ociepla, ale puszczaliśmy to mimo uszu, ewentualnie ci najbardziej przestraszeni nie kupowali więcej psikających dezodorantów. Teraz kiedy widzimy, że wykończyć nas może mikroskopijny wirus, wszystkie  te zagrożenia spędzają nam sen z oczu. Miłoszewski przypomina  w swojej dynamicznej książce, że wojny o dostęp do słodkiej wody, zmiany klimatu i reszta tego całego smrodu, który sobie człowiek przez lata beztroski sprokurował, to już wkrótce  będzie nie tylko artykuł na popularnym portalu, ale rzeczywistość, w której migrujące legiony, będą chciały wyrzucić cię z twojego wygodnego fotela przed telewizorem i skazać na tułaczkę po wyschniętym globie.  Nadzieją dla świata ma być  zaraza, dzięki której znikną uciążliwości starości, w postaci chorób i demencji, a jednocześnie zapanuje powszechna bezpłodność.

Autor wprowadza do opowieści naukowca Benedykta Czerskiego, wzorowanego na  autentycznej postaci Bronisława Piłsudskiego, choć nazwisko Czerski , może z początku nam się skojarzyć z innym Polakiem, badaczem Syberii, czyli Janem Czerskim, geologiem i paleontologiem, odkrywcą gór w Jakucji, nazwanych potem jego imieniem. Cała dosyć  zagmatwana akcja sprowadza się do  walki dwóch  grup, z których jedna zdeterminowana jest do ocalenia ludzkości przez jej wyjałowienie, a druga  chyba dzięki swoim poglądom, zechce im w tym przeszkodzić.

A po której stronie stoi autor? Przywoływanie co rusz Adriana Zandberga, wskazuje, że jednak opowiada się za maksymalnymi prawami jednostki do decydowania o sobie, nawet za cenę zagłady reszty populacji. Miłoszewski zręcznie żongluje nazwiskami – jeden z głównych bohaterów nazywa się Smuga, jak znany wszystkim wielbicielom Szklarskiego przyjaciel Tomka Wilmowskiego, poznajemy Martina Mellera(pewnie w nagrodę za zapraszanie na drugie śniadanie Mistrzów), Natalię Przybysz, w roli wrednej kucharki i rzecz jasna starych znajomych z „Bezcennego”, czyli Zofię, już profesorkę, jej męża, Karola który staje się królikiem doświadczalnym w brudnej grze grupy Smugi, oraz szaloną Szwedkę, władającą więziennym slangiem, jak profesor Miodek polszczyzną.

Co możemy zarzucić tej dobrze się czytającej książce? Wspomniane wyżej mielizny, kiedy to po szalonych przygodach na Syberii, albo po koszmarnym dryfowaniu Zofii na oceanie, tempo siada, a my przyzwyczajeni do ekscesów znosimy niemrawe snucie się bohaterów, jakby wyparowała z nich cała energia. A początek to seria napoczynanych wątków, które wprowadzają rozdrażnienie, ponieważ szybko się kończą, a  ta nielinearność  nie pozwala nam skupić się na jednej opowieści, bo jak wciągniemy się w historię Benedykta, to zaraz potem skaczemy na statek atakowany przez piratów, by po chwili znaleźć się ze Smugą na Sachalinie. Opowieść  faktycznie rozpoczyna się od spotkania Zofii ze Smugą i ich wyprawie na Syberię. Powoli dowiadujemy się o co w tym wszystkim chodzi a pisarz pozwala nam  uczestniczyć w dosyć szalonych przygodach, czy to spotkaniu z dzikim niedźwiedziem, wczesnym rankiem w syberyjskim lesie, czy szaloną jazdą sowiecką buchanką, (znam to uczucie podróżując tym wozem po Olchonie), czy też zuchwałej kradzieży w paryskim muzeum.

Miłoszewski z łatwością potrafi wplątać w akcję wątki współczesne, czy to dając nam refleksję na  temat Olgi Tokarczuk, albo rozśmieszając  wyznawcą pastafarianizmu, czczącego makaron, Pisarz co jakiś czas faszeruje historię taki wtrętami, z jednej strony mobilizując nas do samodzielnego poszukania sobie informacji na podsunięty temat, z drugiej rozbijając podstawową linię narracji, albo próbując nas zadziwić, co nie zawsze się udaje, zwłaszcza kiedy straszy nas końcem cywlizacji.

Zastanawiamy się od samego początku nad znaczeniem tytułu tej powieści i choć każdy podświadomie wie, że w dzisiejszym świecie, wszystko można kupić, to jednak wybór, przed którym stają bohaterowie, wykracza daleko poza proste rozwiązania. C    zy gdybyście mogli uratować świat przed zagładą, zgodzilibyście się na ograniczenie waszej wolności, czy ta cena, którą ludzkość ma zapłacić, jest do zaakceptowania przez dokonujących wyboru bohaterów? To rozdzierające pytanie jest osią tej historii i choć niektórym, stawiającym na sensacyjną akcję, może umknąć waga, jaką stanowi przesłanie tej książki, to jednak czytając uważnie dostrzegamy o jakiej cenie myśli autor. Wbrew autorowi ja bym opowiedział się jednak za wyborem Smugi i przeciwko udręczonej przygodami Zośki-profesorki, której dylematy moralne przeplatają się albo z myślami o defekacji  na środku oceanu, lub niebezpieczeństwu sikania w syberyjski lesie.  Zresztą może dlatego ta na wskroś „nasza” Zośka, piękna i odważna, pociąga za sobą czytelnika, który zdecydowany jest raczej pójść za jej głosem sumienia i nie przychylić się do pomysłów Bogdana Smugi, choćby przez to świat miał wkrótce skończyć się, choć jak często podkreślał pisarz Ziemia sobie jakoś poradzi, natomiast szkoda byłoby gdyby wyginął jedyny gatunek, który potrafi opisać jej piękno.

Siedem lat po „Bezcennym” i trzy po „ Jak zawsze” Miłoszewski zaserwował nam bondowską przygodę, dzięki której zdobędzie nowych czytelników, a jednak wciąż będzie istniała rzesza zawiedzionych i skarżących się, przy byle okazji czytelników,  że  nadal nie wiadomo co dzieje się z ich ukochanym prokuratorem Szackim. Bezapelacyjnie jestem po stronie tych wszystkich, którzy trzy ostatnie książki  autora, zamieniliby na jedną kontynuację „Gniewu”.  I nie zmieni tego nawet zapowiadana ekranizacja „Bezcennego”.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz