Nina Warwiłow na tropie

Najpierw zabrał nas do szpitala psychiatrycznego, potem w Beskid Niski, a w ubiegłym roku na hipsterską, warszawską Pragę – wszędzie towarzyszyła nam charyzmatyczna Nina Warwiłow, której życie osobiste interesowało nas nawet bardziej niż zagadki, które rozwiązywała.

W najnowszej książce, Jędrzej Pasierski, bo to o nim mowa,  ponownie serwuje nam beskidzkie klimaty i wraz z Niną, której towarzyszy córka Mila, wrzuca nas w lokalną atmosferę, podszytą dawnymi tajemnicami i konfliktami. Warwiłow przyjeżdża na wakacje do małej wioski z ambicjami, bo Pyrowa kryje pod zasłoną z przedsiębiorczych lokalnych krezusów i rozwłóczonych po wiosce pijaków i leserów, szereg niewyjaśnionych zagadek, a Warwiłow jak wiadomo, gdzie tylko się pojawi, tam zaraz wywołuje zdarzenia niekoniecznie zgodne z prawem.  I w tej spokojnej wsi, wszystko było poukładane i choć oparte na krzywdzie jednych, dało szczęście innym, lecz Nina samą swoja obecnością doprowadziła do dramatycznych wydarzeń, zapoczątkowanych morderstwem.

Tytułowy „Kłamczuch” wygaduje niepokojące rzeczy, które  wypoczywającą w Pyrowej policjantkę, zmuszają do węszenia, choć wstępne ustalenia nie potwierdzają tych wszystkich rewelacji wykrzykiwanych w pijackim widzie. Ziarno niepokoju zostało zasiane, więc Warwiłow próbuje sondować miejscową społeczność.

 

Pasierski wprowadza nas w kryminał zwolna i początkowo usypia sielankową atmosferą wypoczywającej z córką Niny.  Dopiero od połowy lektury, kiedy nad Beskidami rozpościera się deszczowy niż, powieść rusza do biegu, jakby koniec wakacji i pięknej pogody, zmusił policję do intensywnej pracy.

Warwiłow nie węszy sama, powoli wychylają się  znane z „Roztopów” postaci zamieszkujące okolicę. Jak w każdym porządnym kryminale osobiste problemy stróżów prawa są  jak niezbędna przyprawa w egzotycznym daniu. Kiedy dobrniemy do finału, może się okazać, że beskidzkie przygody Warwiłow  potoczą się w dalszym ciągu w obecności  Karpiuka, który  zachęca ją do pozostania w górach.

A już miałem nadzieję na spacery Niny po okolicznym parku Tołpy we Wrocławiu. Stąd uczucie zawodu, towarzyszące niespiesznej lekturze. Pasierski jak rasowy pisarz kryminałów potrafi nie tylko stworzyć otoczenie zbrodni, opisać  świat wokół  przestępstwa i zaintrygować postaciami, które  choć sympatyczne, to jednak skrywają pod powierzchnią  osobiste smutki  i urazy.

Autor „Kłamczucha” staje się już przewidywalny – po „Roztopach”, wiedziałem, że winnych powinienem szukać wśród najbliższych Niny, tych sympatycznych i ciepłych, którzy nawiązali bliższą relację z policjantką, a podsuwane nam co rusz tropy, mają zmylić wnikliwego czytelnika i nie pozwolić na rozszyfrowanie zagadki kto zabił. Tutaj  zwodzenie Pasierskiego   udaje się rewelacyjnie, bo kiedy wydaje się, że już wszystko wiemy,  autor rozgrywa swoją klasyczną, jak z Agathy Christie, scenę, gdzie cały kolektyw musi wysłuchać błyskotliwej przemowy Warwiłow, która podaje mordercę  ku zaskoczeniu wszystkich.

Jędrzej Pasierski  utrzymał  wysoki poziom swojej prozy, napisał powieść  wokół zagadki kryminalnej, ale jednak brakowało mi czegoś, co wcześniej  tak intrygowało w jego książkach. Osobiste życie Niny  zawisło w próżni, nie ma już ojca  i jego radzieckiej przeszłości, co pobudzało czytelnika i dawało okazję do niezwykłych dygresji. Faceci  unikają Niny, jakby niosła ze sobą  wyłącznie aurę  nieprzystępnej i drażliwej. Skoncentrowanie się na córce, też nie wychodzi jej zbyt dobrze i afiszowana nadopiekuńczość nie do końca jej się udaje. Sentymentalny powrót do  egzotycznego rzeźbiarza nie wydaje się najlepszym rozwiązaniem, stąd trzeba znaleźć Warwiłow nowego przyjaciela i  dajmy sobie spokój z tymi góralskimi, ogorzałymi chłopami, bo wcale nie są w jej typie. Tylko przystojny, starszy prokurator z Wrocławia, zaintryguje ją na tyle, że wybije z głowy  plany przenosin  na zapadłą górską prowincję. Tak, tak usiłuję wybić z pióra autorowi pomysł  na kolejne beskidzkie kryminały i wplątanie się w te lokalne, wiejskie niesnaski. Nie każdy jest  Robertem Małeckim, potrafiącym   zagnieździć się w jednym miejscu  i nie pozwolić   wyobraźni wypaść na manowce  nudnych relacji miedzyludzkich.   A do tego jeszcze ten Karpiuk, który zdecydował zniszczyć nie tylko sobie przyszłość osobistą i nie wydaje się być odpowiednim partnerem zawodowym dla Niny, ale próbuje zwabić Warwiłow  do pracy  w okolicy, jakby za wszelką cenę parł do zmuszenia autora do zajęcia się jego smutnym losem, poszkodowaną żoną i odtrąconą kochanką.

Jak zwykle próbuję narzekaniem, zamaskować rozczarowanie i wymyślać za pisarza nowe przygody bohaterki.   Z niecierpliwością czekam na kolejny tom z Niną w roli głównej i wierzę jednak w wyobraźnię autora, który sugeruje się prędzej własnymi przeczuciami, niż  podpowiedziami skonsternowanego czytelnika.

Premiera książki już 27 stycznia.

Dziękuje Wydawnictwu Czarne za przedpremierowe zapoznanie się z  „Kłamczuchem

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Gorzko, gorzko czyli magiczna Joanna Bator

Historie czterech kobiet, wyskakujących jak matrioszki, jedna po drugiej na linii czasu, a właściwie jedna z drugiej, bo kobiety począwszy od niemieckiej Berty, a skończywszy na współczesnej Kalinie, to spokrewnione ze sobą matki, córki i wnuczki, których losy Bator kreśli osobnymi rozdziałami, przeplatając zamierzchłe czasy splecione z Bertą Koch, z rzeczywistością Kaliny, ostatniej z rodu, która to właśnie plącząc pierwszą z trzecią osobą, podaje nam nieszczęścia kobiet, jakby w tych genach nie było miejsca na odrobinę choćby radości i stabilizacji.

Joanna Bator  napisała gruby tom, niczym czytadło z serii wielkich powieści, które przechodzą do historii literatury, polskiej z pewnością, a jeśli niesiony podziwem przesadziłem w zachwycie, to jednakże przeczytana w końcówce roku, tego przeklętego 2020, zaskarbiła sobie niepodważalne pierwsze miejsce w literackim podsumowaniu mojej listy tegorocznych lektur.

Czy to na fali kobiecych protestów, które niedawno przetoczyły się przez nasze ulice, czytanie „Gorzko gorzko” nabiera innego wymiaru, gdyż pokazane w niej przypadki udręki kobiet, stanowią przyczynek do uważniejszego spojrzenia na traktowanie płci przeciwnej przez niektórych  ojców i mężów.

Berta Koch staje się naturalną kandydatką do tego , żeby jej losy  i ją samą polubić szczególnie, bo i jej miłosna przygoda,  oraz krzywda wyrządzona tej córce rzeźnika, zdają się najbardziej romantycznymi i to jej historia  jest podwaliną  kolejnych perturbacji następnych z rodu, ustawiających się w kolejce po swoją porcję zawodów  i rozczarowań.  A jednak to losy Violetty, przez V i dwa t, wydały mi  się szczególne, i to ta rozkapryszona, miotająca się po życiu  niczym Maciej Kot  na skoczni w Ga Pa, kobieta, stała mi się najbliższą mentalnie  i z łatwością odnajduję  w sobie te wszystkie jej  przywary i wady, dzięki którym  tak skutecznie komplikowała sobie życie, a przecież to chyba ona jedyna miała wizje kim chce być, tylko nie potrafiła wybrać skutecznej  metody realizacji. A więc Violetta z tym swoim poczuciem wyjątkowości wzbudzi w czytelniku  poczucie  wspólnoty, bo ileż to razy czuliśmy się zawiedzeni, że przecież  to my jesteśmy wspaniali, tylko los nie potrafi napisać scenariusza, który nam się naprawdę należał.

Gorzko, gorzko, krzyczą wystraszone dziewczynki widząc nadlatujące pszczoły, próbując tymi magicznymi słowami przekonać  napastliwe owady, że wcale nie są takie słodkie na jakie wyglądają. Czyż te batorowe kobiety próbują kogoś przekonać, że jednak  ta ich słodycz to jedynie  pozór, że to mężczyźni widzą w nich jedynie rozkoszny materiał, który będą mogli użyć według własnego widzimisie, a tak naprawdę to i Berta i Barbara, nie mówiąc już o Violettcie, to  osobowości jedyne w swoim rodzaju, a ich los to zwyczajna gehenna, jaka jest udziałem milionom im podobnym.

W tle losów czterech kobiet przesuwa się Dolny Śląsk, ta dziwaczna kraina, choć lepiej napisać  magiczna, co i lepiej brzmi i dużo więcej obiecuje czytelnikowi. To tereny naznaczone wciąż obecną przeszłością niemiecką, która wypełza na każdym kroku, jak  te napisy na wrocławskich kamienicach, z którymi nie wiadomo co robić, zamalowywać, czy raczej odrestaurować, co nadaje budynkom  jakiejś magii i smaku spływającego ze świata, który choć miniony, to przecież tak fascynujący.

Podróż w czasie rozpoczynamy w niemieckim Görbersdorf, obecnie Sokołowsko, gdzie w wielkim uzdrowisku dla gruźlików,  nie brakuje amatorów salcesonów i czarnej kiszki od  Franza Kocha, któremu pomaga córka Berta, zdradliwie uwiedziona w tych okolicznych lasach, gdzie grozę budzą zagryzające ludzi wilki. Przenosimy się, a jakże, do rodzinnej miejscowości autorki, czyli na Plac Górnika do Wałbrzycha z Barbarą,  adoptowaną przez dziwne małżeństwo o nazwisku jeszcze bardziej niezwykłym, bo jak tu nazywać się Serce,  przygarniętą przez Serców, gdzie przeobraża się, przepoczwarza boleśnie z niemieckiej znajdy w polską dziewczynkę, która musi nauczyć się od nowa mówić.

Z Wałbrzycha próbuje, jak się domyślamy, bezskutecznie, uciec do Wrocławia Violetta, ale historia płata wszystkim figla, bo w ostateczności historia zatacza koło i wszyscy wracany do Sokołowska, dotąd znanego właściwie dzięki temu, że trochę mieszkał tu Krzysztof Kieślowski.

To właśnie  ten magiczny Dolny Śląsk, przyprawia powieść Bator nieznanym gdzie indziej smakiem, który wyczuwa każdy mieszkaniec tej krainy, choćby został tu przywleczony z daleka, to jednak wiecie o czym mówię , jeśli tylko wyjedziecie z Wrocławia, do Kłodzka, lub lepiej w kierunku Wałbrzycha, gdzie te dawne uzdrowiska, lasy i góry łagodne i ziemia zaklęta w magię przeszłości.

Joanna Bator zaczerpnęła z sedna niezwykłości tej ziemi i dlatego ta gruba powieść zachwyca swoim klimatem, bo geny tych czterech kobiet nadają historii, wymiaru  lokalnego, choć  zdaje się, że  można by ich losy przyporządkować kobietom  na całym świecie.

„Gorzko, gorzko” to świetne czytadło, to  książka na zimowe wieczory, a może i noce, bo trudno się od niej oderwać, a przeplatanka losów  bohaterek, może jedynie  rozbudzić w nas ochotę do jak najszybszych powrotów do losów ulubionych  pań z rodu Serce. Do tego otrzymujemy świetne tło opowiadanych przygód, zarówno przedwojenne, trochę nieziemskie towarzystwo Kochów, zanurzonych w lasach  i wyrabiające takie przysmaki przedwojennych stołów jak kiełbasa z nutrii, szalejące w okolicy wilki czy ten obwoźny  handlarz , czyli Wędrowny Bułgar Krum, zwany Turkiem Nasrallachem, wraz z synem, Młodym, tworzą tajemnicze i baśniowe tło  doskonale wpisujące się w magię okolic. A potem to już powojenny Wałbrzych  i towarzystwo w kamienicy  na placu Górnika, wspólnota  w socjalistycznej rzeczywistości, gdzie dorasta Barbara wraz z tymi którzy użyczyli nazwiska dla kolejnych kobiet z piętnem Berty Koch.

Ciężko jest się rozstać z losami kobiet, które Joanna Bator wydobyła nie wiadomo skąd, pewnie z własnych trzewi i jeśli w „Gorzko, gorzko” wrzuciła cały swój gniew czy też całą wyobraźnię, to nie jestem optymistą oczekując kolejnej książki ulubionej autorki. To nie serial na Netflixie i nie będzie kolejnego sezonu, jak to Kalina przekazuje geny ludożerstwa kolejnemu pokoleniu pań Serce.

Książka roku, jeśli nie dekady i szkoda, że przez tę pandemię Pani Joanna nie mogła podpisać mi egzemplarza do kolekcji ulubionych książek z autografem.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Hipopotam Varga

Z nieokiełznaną  radością rzuciłem się na” Dziennik hipopotama”, bo czytanie Vargi w każdy przedpołudniowy,poniedziałkowy kwadrans , kiedy to dociera do mnie Duży Format Wyborczej, stanowi przyjemność, którą porównałbym do przyjemności prawie cielesnych, jak jedzenie truskawek w czerwcu. Rzuciłem się na ten czarny tom, wygodniejszy w użyciu po zdjęciu obwoluty i tylko strach przed przeżarciem sięVargą sprawił, że nie wgryzłem się w tekst  bez ograniczeń czasowych,odrzucając inne lektury, choć w tym czasie miałem kilka nowych powieści pod ręką i nie były to wyłącznie kryminały.

Na szczęście, albo i nie, nie zachłysnąłem się tym deziennikiem bezkrytycznie i dość szybko zaczęły mnie uwierać wszystkie niedoskonałości tych wynurzeń pisarza, a przecież jak to w dzienniku, jego autor ma prawo robić z tekstem co tylko mu się podoba, a czytelnik albo to łyka, albo rzuca w diabły.

Bo czegoż to spodziewałem się po wynurzeniach faceta,  z matki Polki, która pojawia się parokrotnie na łamach dziennika, i ojca Węgra,(bez wspomnień) a więc czym mógłby zaskoczyć mnie ten  pisarz  o charakterystycznym stylu, którego książki lubię, ale które nie powalają na kolana? Wiedziałem, że będzie utyskiwał na kościół i wyśmiewał prawicowe beztalencia literackie, ale spodziewałem się więcej osobistych bebechów, co nie jest może zbyt poprawne, ale co zrobić, kiedy zżerała mnie  ta jakaś „pudelkowa” ciekawość jak wygląda ta egzystencja od strony  bardziej osobistej. Varga to nie Pilch i nie da się porównać ich dzienników, ale przecież  już nie takie tuzy literackie poległy na prezentacji własnych wycinków codzienności, żeby nie wspomnieć tu Twardocha(„Wieloryby i ćmy”) albo Dehnela (”Dziennik roku Chrystusowego”), Varga nie wzorował się na kolegach, bo przecież to kompletnie inny charakter faceta i inna jego proza, jakby bliżej mu do wspomnianego Pilcha, bo jednak łatwo rozpoznam frazę Vargi, podobnie jak zawsze będę wiedział, ze czytam Pilcha.

Dlaczego Vardze nie wyszło z tym dziennikiem, pomimo zaprzęgnięcia hipopotama do tytułu tych zapisków? Wydaje się, że autor potraktował to pisanie lekko po macoszemu, nie przyłożył się, uważając, że dziennik pisze się sam, i że nie musi tam wkładać swych talentów literackich, cyzelować prozy, uświetniać ją  jakąś szczególną atencją. Na pewno wiele  utraciły te zapiski, kiedy Varga usunął z nich szereg mocno osobistych fragmentów, dotyczących życia uczuciowo-towarzyskiego, zwłaszcza, że jak wspominał w wywiadach, w opisywanym czasie  przeżywał dość intensywne zawirowania , uczuciowe, a w jego kręgach  pojawiały się kobiety znane nie tylko ze swojej urody, jak np. posiadaczka „najpiękniejszego biustu  w polskim kinie”. O kobietach tu mało, a o zawirowaniach z nimi wcale, o używkach prawie nic, bo najbardziej perwersyjne wydarzenia w tym opisywanym żywocie to poranne spacery do warzywniaka i spotykanie na ulicy starego Jerzego Połomskiego.

Jeszcze większe perwersje dotyczą zakupów płytowych pisarza i delektowanie się muzyką poważną, zwłaszcza w kontekście dramatu związanego z uszkodzeniem pudełka na płyty, przez co cała przyjemność słuchania 222 płyt Bacha schodzi na psy. Sam  Varga potrafi  kpić z tego snobizmu, polegającego na tym, ż e jeśli chce się przedstawić jako wysmakowany intelektualista, powinien namiętnie słuchać Bacha. W Dzienniku, a jakże, pojawiają się inni pisarze, a po przeczytaniu całości widać jak bardzo Vardze uwiera osobowość Twardocha, którego nieustannie wspomina i komentuje. Nie zabrakło też krytycznych uwag o prozie Masłowskiej czy Mysliwskiego, z czym mógłbym się z łatwością zgodzić, zwłaszcza w przypadku tej drugiej postaci. Varga utyskuje na tę cała popularną pisaninę z Blanką Lipińską na czele. Sam jeździ na spotkania literackie, gdzie promuje „Sonnenberga”, a ja uświadamiam sobie, że przecież nie zapoznałem się z jego biografią Niziurskiego, a szkoda, bo już pewnie tego nie uzupełnię. W pisanym od lata 2018 roku dzienniku autor wspomina o powstającej książce o katolickim gimnazjum i znając jego stosunek do kościoła katolickiego boję się tej prozy choć mam nadzieję, że talent Vargi i jego zmysł literacki nie uczynią z tej prozy wyłącznie pamfletu na Kościół, ale że znajdzie się tam historia godna opowiedzenia. Ten miłośnik ‘Kleru” Smarzowskiego  toczy swój osobisty dialog z kościołem, wytykając mu to wszystko  co prowadzi do jego upadku, nie omijając rozmów z co światlejszymi  przedstawicielami kleru, próbując zrozumieć jego funkcjonowanie.

Varga daje nam bardzo mało ze swojej codzienności, czasem wspomni o pogodzie albo jedzeniu wymyślnych potraw wegańskich, dużo spaceruje po swoich ulubionych ulicach, spotyka przyjaciół, czy to Pablopavo czy też Muńka, uczestniczy w imprezach towarzyskich z celebrytami  i nieustannie utyskuje np. na brak prawdziwych sporów literackich. Niechże sobie utyskuje  i marudzi po vargowemu, ale on użala się, bo z tych zdań prześwituje jednak jakiś żal niedocenionego literata, który nie sprzedaje się jak te pospolite Mrozy czy Bondy. To jest chyba najgorsze w tym dzienniku, że utalentowany pisarz potrafi tak bardzo skarżyć się na rynek literacki, konstatując wszystkim znaną prawdę, że czytelnik nie poszukuje wymyślnej formy literackiej, ale dobrze opowiedzianej historii. Dlaczego „Sonnenberga” nie czyta się z pasją, dlaczego nie sprzedał się w setkach tysięcy egzemplarzy, jak pani Blanka?Czy dałoby się z tej budapesztańskiej historii, zrobić ekscytujący film? Krzysztof Varga dotarł do takiego etapu w swoim życiu, kiedy  musi już bilansować sobie i życie i twórczość, a kiedy to robi, nie potrafi powstrzymać się od biadolenia, co jest gorsze  nawet od męczarni związanych z nową prozą. Na pocieszenie Pana Krzysztofa powinienem dodać, że pomimo tych zapisków a nawet dzięki nim, mój stosunek do niego nie zmienił się i nawet zaplanowałem sobie, ze zakupię w księgarni z tanimi  i przecenionymi pozycjami jego 45 pomysłów na powieść. Strony B singli” , nagrodzoną nawet gdzieś tam, a przeoczoną.

Kiedy skończyłem czytanie  „Dziennika hipopotama” poczułem przykrość, bo lubiłem jednak z tym pisarzem łazić mentalnie po Warszawie, wyszukiwać charakterystycznych żebraków po drodze i wysłuchiwać tego marudzenia, psioczenia na  rynek literacki, gdzie nie dostaje się tylko Oldze Tokarczuk. Dziennik kończy się jednak z pierwszym uderzeniem pandemii, przez co promocja książki lekko okulała, co nie przełożyło się na odpowiednia liczbę spotkań autorskich, bo liczyłem  na spotkanie twarzą w twarz z tym  moim ulubionym pisarzem, wizytującym zapewne grudniowe targi książki we Wrocławiu, a nie tylko hipopotamy w Afrykarium.

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Hłasko biografia

Co jest najbardziej interesujące w biografii Marka Hłaski? Czy związek z Osiecką, czy wątki homoseksualne, a może śmierć Komedy? W wydanej właśnie biografii autorstwa Radosława Młynarczyka, żaden z tych wątków nie zdominował narracji, stąd czyta się te książkę z przyjemnością, bo losy jednego z najoryginalniejszych pisarzy polskich XX wieku, to historia doskonale nadająca się na trzymający w napięciu film biograficzny, a najlepiej serial wieloodcinkowy do obejrzenia na Netfliksie.

 

Młynarczyk postawił odważną tezę, że Hłasko jako pisarz skończył się z chwilą wyjazdu z Polski w roku 1958. Można nie zgadzać się z tą tezą, bo przecież po tej dacie napisał jeszcze kilka książek, choćby  „ Sowę, córkę piekarza” czy „ Brudne czyny”. Nie ulega jednak wątpliwości,  że to te wczesne utwory, pisane w kraju, w najbardziej szalonych latach  młodości, ugruntowały jego popularność i zdobyły uznanie krytyków, ale nie zapominajmy jakie to były czasy  i kto decydował o rynku wydawniczym w kraju.

Hłasko nigdy nie był szczególnie bliskim  mi autorem, a jedyny okres, kiedy pasjonowałem się jego twórczością, to polowa lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy to ukazały się cztery tomy jego Dzieł Zebranych, to zapewne wtedy mogłem przeczytać czy to „ Drugie zabicie psa” albo „Wszyscy byli odwróceni”, tak inne od tych opowiadań poznanych wcześniej, czytanych pewnie w jakichś gazetach, choć do dzisiaj mam  bardzo wczesne wydanie „Pierwszego kroku w chmurach”. Lata 80-te to także wysyp adaptacji teatralnych jego prozy. Pamiętam  ten fascynujący klimat przedstawień Wrocławskiego Teatru Współczesnego i to, jak dziwiłem się, że teatr może pokazywać takie niekonwencjonalne podejście do  wystawianych utworów. „Palcie ryż każdego dnia” to przedstawienie, którego program przechowuję do dzisiaj.

Jak widać mam mocno osobiste podejście do Marka Hłaski, co związane jest tez zapewne z tym, że przez  kilka lat mieszkałem naprzeciwko domu, w którym, o czym byłem przekonany, mieszkał młody Marek, w swoich wrocławskich latach, a jednak po przeczytaniu Młynarczyka, ten mit rozpadł się w proch  i choć Marek rzeczywiście pomieszkiwał na Wieniawskiego, to były  to tylko chwilowe pobyty w domu Stefana Łosia, wiec tak czy inaczej gdzieś w okolicy ten duch młodego Hłaski się unosił, a jednak nie były to miejsca, gdzie pisarz odcisnął jakoś mocno swoje piętno, o czym myślałem wyglądając przez  okno  i zerkając na wejście do willi na Wieniawskiego.

Losy wrocławskie Hłaski są w tej biografii szczegółowo opisane  i rzeczywiście kusząca jest myśl, żeby przy okazji jesiennych spacerów wybrać się na ulicę Borelowskiego, gdzie po numerem 44 pomieszkiwał pisarz  z matką oraz jej partnerem. Hłasko dorobił się tu nawet specjalnej tablicy pamiątkowej, dokumentującej jego pobyt w tym domu…

 

To właśnie wrocławskie peregrynacje autora „Cmentarzy”  kusiły mnie najbardziej i właśnie te fragmenty czytałem ze szczególną  uwagą. Wrocławskie lata Marka próbował kiedyś oddać Feliks Falk, kręcąc film. „Idol” to dosyć naciągana historia  dziennikarza, który pisze artykuł o pisarzu Kortonie, wzorowanym na Hłasce i angażując się w swoją pracę coraz bardziej staje się Kortonem. Ten stary Wrocław tam jest w tle o ile pamiętam, chyba, że sobie sam wkomponowałem klimat miasta w historię.

Biografia  ma to do siebie, że zawsze źle się kończy, a w tym przypadku  koniec Hłaski okazał się najgorszym z możliwych. Śmierć Komedy wstrząsnęła pisarzem, zwłaszcza kiedy to całą winę za ten nieszczęśliwy wypadek wziął na siebie. Młynarczyk dokładnie opisuje kulisy wypadku, co nie jest czymś  nowym, bo już w biografii Komedy Grzebałkowskiej  ta historia jest opisana.

Szokujące dla czytelnika mogą być wątki  miłosne bohatera; Hłasko z kobietami postępował bezceremonialnie, czego zapewne nigdy nie wybaczą mu feministki, tak jak wybaczała mu Sonja Ziemann, którą nie jeden raz wyzywał od „ niemieckich kurew”. Inne podobno nawet bił. Na zdjęciach widzimy Hłaskę, którego uroda przeminęła. Ten facet  w szaliku i płaszczu wygląda jak  konwojent, który pozuje na pisarza i każe się fotografować z maszyną do pisania. Podobno kiedyś był  pięknym młodzieńcem, który zawrócił w głowie kilku mężczyznom z Jerzym Andrzejewskim na czele , który w czasie ich pierwszego spotkania zachwycił się młodzieńcem, który „był więcej aniżeli piękny. Jego bardzo słowiańska uroda promieniała uwodzącym blaskiem”, jak podaje nam  Anna Synoradzka- Demadre w „Przyczynku do biografii prywatnej” Andrzejewskiego. Chciałoby się zdemaskować tego uwodziciela kobiet i mężczyzn, bo Hłasko uwodził i porzucał  w zależności od osobistych korzyści, które czerpał z danej znajomości. W przypadku Anndrzejewskiego, Macha, czy Łosia, były to kwestie literackie a np. Ziemann, materialne.

Ten piękny młodzieniec w krótkim czasie przemienia się w otyłego, wulgarnego  typa, irytującego otoczenie  swoją nachalnością.  I przez to właśnie zginął Komeda, choć nie było w tym celowości a  jedynie nieszczęśliwy wypadek.

Chciałoby się mieć Hłaskę w kraju, kiedy już na starość mógłby odrzucić łobuzerska pozę i napisać  jeszcze kilka książek. Tymczasem musimy zmierzyć się  z drugą, po  biografii Czyżewskiego z 2012 roku, opowieścią o życiu utalentowanego buntownika i wydaje się, że sam Hłasko nie napisałby tego lepiej.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pokora Twardocha

Jaka w końcu jest ta „Pokora” Twardochowa – usiłuję od samego początku rozczytywania się w niej zdecydować,  w jakim tonie  ją odnaleźć, czy rozzachwycić się jak większość recenzentów czy może jednak wytknąć pisarzowi,że jak to? – miał zachwycać, a jednak nie zachwyca? Gdzie jest to peknięcie, gdzie rozdziera się ta zasłona doskonałości prozy autora dojrzałego, docenianego, snoba  i  celebryty, choć zapewne nigdy by tak o sobie nie powiedział.

„Pokora” to powieść wybitna, podpowiada mi ta czuła część mózgu,- świetnie skonstruowana, opowiedziana porządnie, a jednak jak gdyby zbyt porządnie i mnie to razi, ta niemiecka dokładność i dosłowność  Twardocha, bo jak chłop opisuje Berlin, a jest to przypomnijmy Berlin rewolucyjny 1918 roku, to tam aż kipi w tym opisie od dosłowności, bo jak gdzieś idą albo jadą, to opisane jest wszystko co widzą, nazwane wszystko , co mijają, dostajemy nazwy ulic, opisy budynków itp.; Twardoch nie szczędzi nawet mnie mieszkańcowi Wrocławia, przejazdu po ulicach Breslau sprzed 100 lat, a przecież te sztuczki z nazwami niemieckimi ulic , wypróbował już na nas  nieoceniony Marek Krajewski. Tak więc Twardoch przesadził, przeszarżował z tą swoją perfekcyjnością,  w opisach natarcia niemieckiego zugu pod dowództwem Aloisa Pokory, walki w okopach, śmierci żołnierskiej, z flakami  i  tryskającą krwią, a także szczegółami uzbrojenia, o którym my laicy pojęcia nie mamy, natomiast Pan Szczepan jak wiadomo w broni wszelakiej się lubuje, czego daje dowody na każdym kroku, jeśli tylko ma okazje. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę Twardoch nie tylko zna się na samochodach, czy  broni , ale również pokazuje nam polowanie na jelenia, nie omijając drastycznych momentów.

Bo kim stara się być autor wyciągając historię biedaka z Nieborowitz i wrzucając go w wir wydarzeń, których nie rozumie, a które przeorują całą jego świadomość, ukierunkowaną na uległość, na poddaństwo, wobec każdej formy władzy, nad losem pospolitego  wyrzutka.  Twardoch jest tutaj biernym kronikarzem, każąc pokornemu bohaterowi wzdychać do mitycznej Agnes, niby dziewczyny, w której się zakochał, a ona traktowała go jak kundla do kopania i upokarzania, choć tli się w nas  przekonanie, że ta Agnes, to tak naprawdę metafora niedosiężnej Polski, której ten Ślązak  pragnie i o której marzy, podobnie jak Gabriel z filmu Kutza, oglądając krajobraz przez lunetę. A ta Agnes- Polska, pokazuje mu jedynie swoje krocze, łudząc obietnicą czegoś, nie do końca uświadomionego. Alois to postać tragiczna, biedak wyniesiony  przez ludzi, którzy dostrzegli w nim potencjał, choć zdaje się, że wszyscy którzy mu pomagali, realizowali raczej własne cele, Czy to polityczne, jak wcielenie go do bolszewickiej bojówki, czy osobiste jak nieszczęsna frau Nowotny, lub zakochany  w biedaku Niemiec   Smilo.

W dobrej powieści staramy się polubić głównego bohatera, śledząc jego losy wciągamy się w to życie, kibicujemy  jego sukcesom i biadamy nad klęskami. W przypadku  Aloisa Pokory czułem jedynie obojętność , czytając  o jego przeżyciach. Nie powiem, że to bohater irytujący niczym Hans Castorp, a jednak wzbudza niechęć, trochę z racji nazwiska, które go określa, lub decyzji, których nie podejmuje. To wleczenie Pokory przez historię, nie szczędzenie  mu upokorzeń i  razów, nie wzbudza litości, a raczej pogardę, co zapewne nie jest szlachetnym uczuciem, ale i bohater nie zasługuje na nic innego, stąd czytelnik ma do Aloisa stosunek podobny do jego otoczenia, co i tak jest lepsze od tego, czym go darzy własny ojciec, ale to już jest inne zagadnienie.

„Pokora” to książka dopracowana w szczegółach, ale jest w niej coś irytującego, coś, co nie pozwala zachwycić się, w jakimś uniesieniu, być może przez tę swoją doskonałą realistyczność, ale przede wszystkim, przez postawę głównego bohatera – autor  odrysował nam jego drogę od samego początku, od urodzenia w biedzie górniczej i to jest zbyt nachalne, ten skok do pokazania jak biedny Nikt, zostaje dostrzeżony  i wbrew własnej woli windowany do świata, do którego nie przystaje, gdzie jest upokarzany, a właściwa nie tylko jego nazwisku pokora staje się jedyną obroną przed nachalnością  przeznaczenia.  Czasem łudzimy się, że Alois zaprotestuje, że się zbuntuje, że odda prześladującemu go chłopakowi, że sprawiedliwość zwycięży i Pokorę polubimy, choćby za to, że się zbuntował.

Paradoksalnie  i koniec opowieści o tym nieszęśniku Pokorze  jest szyderstwem  i z jego samego i policzkiem, w który nas Szczepan wali, jakby chciał wykrzyczeć, że  najważniejsze dla niego jest jego pochodzenie, że nie żadna Polska, a  tradycja  i Górny Śląsk to Ojczyzna, której trzeba się trzymać do końca.

 

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kwestia ceny

Czegóż to się nasz Zygmunt nie naczytał, żeby napisać  „Kwestię ceny”?  Na to pytanie sam odpowie na końcu powieści, a są to z pewnością lektury fascynujące, jednak niestety również przygnębiające. Książka kończy się nagle i czytający  jest zaskoczony, że dalej już nic nie będzie, a pozorna beztroska w ostatnim rozdziale, to podstępna gierka zawodowego opowiadacza. Po przeczytaniu  „Kwestii ceny”, nic już nie będzie takie  jak wcześniej, więc jeśli planujecie zabrać ją ze sobą  na wakacyjną plażę, to lepiej odrzućcie ją  na pandemiczne dwa metry od siebie, niczym Żeromski, wywalający Dostojewskiego w zboże.

 

Zanim zacznę straszyć, napiszę tylko, że książka mi się podobała, ale niestety ma w sobie trochę mielizn i zwłaszcza pod koniec, kiedy kończy się brawura, odczułem zniecierpliwienie na ślamazarność fabuły.

Miłoszewski  zaserwował nam opowieść, w której  znajdziemy wszystkie bolączki współczesnego świata, a zastanawianie się nad przyszłością naszych wnuków, albo bardziej pesymistycznie dzieci, nie  należy do ulubionych motywów  podczas pandemicznych wakacji  w Bieszczadach albo Mielnie.

Świat się kończy i wiedzą już o tym nawet przedszkolaki. Kiedyś dawno, dawno temu, docierały do nas sygnały o tym, że klimat się ociepla, ale puszczaliśmy to mimo uszu, ewentualnie ci najbardziej przestraszeni nie kupowali więcej psikających dezodorantów. Teraz kiedy widzimy, że wykończyć nas może mikroskopijny wirus, wszystkie  te zagrożenia spędzają nam sen z oczu. Miłoszewski przypomina  w swojej dynamicznej książce, że wojny o dostęp do słodkiej wody, zmiany klimatu i reszta tego całego smrodu, który sobie człowiek przez lata beztroski sprokurował, to już wkrótce  będzie nie tylko artykuł na popularnym portalu, ale rzeczywistość, w której migrujące legiony, będą chciały wyrzucić cię z twojego wygodnego fotela przed telewizorem i skazać na tułaczkę po wyschniętym globie.  Nadzieją dla świata ma być  zaraza, dzięki której znikną uciążliwości starości, w postaci chorób i demencji, a jednocześnie zapanuje powszechna bezpłodność.

Autor wprowadza do opowieści naukowca Benedykta Czerskiego, wzorowanego na  autentycznej postaci Bronisława Piłsudskiego, choć nazwisko Czerski , może z początku nam się skojarzyć z innym Polakiem, badaczem Syberii, czyli Janem Czerskim, geologiem i paleontologiem, odkrywcą gór w Jakucji, nazwanych potem jego imieniem. Cała dosyć  zagmatwana akcja sprowadza się do  walki dwóch  grup, z których jedna zdeterminowana jest do ocalenia ludzkości przez jej wyjałowienie, a druga  chyba dzięki swoim poglądom, zechce im w tym przeszkodzić.

A po której stronie stoi autor? Przywoływanie co rusz Adriana Zandberga, wskazuje, że jednak opowiada się za maksymalnymi prawami jednostki do decydowania o sobie, nawet za cenę zagłady reszty populacji. Miłoszewski zręcznie żongluje nazwiskami – jeden z głównych bohaterów nazywa się Smuga, jak znany wszystkim wielbicielom Szklarskiego przyjaciel Tomka Wilmowskiego, poznajemy Martina Mellera(pewnie w nagrodę za zapraszanie na drugie śniadanie Mistrzów), Natalię Przybysz, w roli wrednej kucharki i rzecz jasna starych znajomych z „Bezcennego”, czyli Zofię, już profesorkę, jej męża, Karola który staje się królikiem doświadczalnym w brudnej grze grupy Smugi, oraz szaloną Szwedkę, władającą więziennym slangiem, jak profesor Miodek polszczyzną.

Co możemy zarzucić tej dobrze się czytającej książce? Wspomniane wyżej mielizny, kiedy to po szalonych przygodach na Syberii, albo po koszmarnym dryfowaniu Zofii na oceanie, tempo siada, a my przyzwyczajeni do ekscesów znosimy niemrawe snucie się bohaterów, jakby wyparowała z nich cała energia. A początek to seria napoczynanych wątków, które wprowadzają rozdrażnienie, ponieważ szybko się kończą, a  ta nielinearność  nie pozwala nam skupić się na jednej opowieści, bo jak wciągniemy się w historię Benedykta, to zaraz potem skaczemy na statek atakowany przez piratów, by po chwili znaleźć się ze Smugą na Sachalinie. Opowieść  faktycznie rozpoczyna się od spotkania Zofii ze Smugą i ich wyprawie na Syberię. Powoli dowiadujemy się o co w tym wszystkim chodzi a pisarz pozwala nam  uczestniczyć w dosyć szalonych przygodach, czy to spotkaniu z dzikim niedźwiedziem, wczesnym rankiem w syberyjskim lesie, czy szaloną jazdą sowiecką buchanką, (znam to uczucie podróżując tym wozem po Olchonie), czy też zuchwałej kradzieży w paryskim muzeum.

Miłoszewski z łatwością potrafi wplątać w akcję wątki współczesne, czy to dając nam refleksję na  temat Olgi Tokarczuk, albo rozśmieszając  wyznawcą pastafarianizmu, czczącego makaron, Pisarz co jakiś czas faszeruje historię taki wtrętami, z jednej strony mobilizując nas do samodzielnego poszukania sobie informacji na podsunięty temat, z drugiej rozbijając podstawową linię narracji, albo próbując nas zadziwić, co nie zawsze się udaje, zwłaszcza kiedy straszy nas końcem cywlizacji.

Zastanawiamy się od samego początku nad znaczeniem tytułu tej powieści i choć każdy podświadomie wie, że w dzisiejszym świecie, wszystko można kupić, to jednak wybór, przed którym stają bohaterowie, wykracza daleko poza proste rozwiązania. C    zy gdybyście mogli uratować świat przed zagładą, zgodzilibyście się na ograniczenie waszej wolności, czy ta cena, którą ludzkość ma zapłacić, jest do zaakceptowania przez dokonujących wyboru bohaterów? To rozdzierające pytanie jest osią tej historii i choć niektórym, stawiającym na sensacyjną akcję, może umknąć waga, jaką stanowi przesłanie tej książki, to jednak czytając uważnie dostrzegamy o jakiej cenie myśli autor. Wbrew autorowi ja bym opowiedział się jednak za wyborem Smugi i przeciwko udręczonej przygodami Zośki-profesorki, której dylematy moralne przeplatają się albo z myślami o defekacji  na środku oceanu, lub niebezpieczeństwu sikania w syberyjski lesie.  Zresztą może dlatego ta na wskroś „nasza” Zośka, piękna i odważna, pociąga za sobą czytelnika, który zdecydowany jest raczej pójść za jej głosem sumienia i nie przychylić się do pomysłów Bogdana Smugi, choćby przez to świat miał wkrótce skończyć się, choć jak często podkreślał pisarz Ziemia sobie jakoś poradzi, natomiast szkoda byłoby gdyby wyginął jedyny gatunek, który potrafi opisać jej piękno.

Siedem lat po „Bezcennym” i trzy po „ Jak zawsze” Miłoszewski zaserwował nam bondowską przygodę, dzięki której zdobędzie nowych czytelników, a jednak wciąż będzie istniała rzesza zawiedzionych i skarżących się, przy byle okazji czytelników,  że  nadal nie wiadomo co dzieje się z ich ukochanym prokuratorem Szackim. Bezapelacyjnie jestem po stronie tych wszystkich, którzy trzy ostatnie książki  autora, zamieniliby na jedną kontynuację „Gniewu”.  I nie zmieni tego nawet zapowiadana ekranizacja „Bezcennego”.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Praga Szczygła, nie Prawda

Mariusz Szczygieł   przygotował własny, przewodnik po stolicy Czech, żeby wreszcie zadowolić tych wszystkich, którzy, nieustannie zawracali mu głowę pytaniami o fajne miejsca w Pradze i do tego pozbawione tłumów turystów. Jak każdy, subiektywny wybór nie musi zadowolić wszystkich, ale założę się, że reklamacji nie będzie, bo autora otacza aura sympatii i jeśli ktoś zetknął się z jego prozą, albo odnalazł go w mediach społecznościowych, to zakochał się w Panu Mariuszu bezpowrotnie, zwłaszcza po zeszłorocznej Nike.

Nigdy nie lubiłem Czechów, zdawali się zawsze tacy wyniośli i jakby lepsi od nas, a przekraczając południową granicę jeszcze za komuny, czułem, że wjeżdżam w cieplejszy i bardziej słoneczny kawałek Ziemi, a te ospałe i leniwe miasteczka emanowały dziwnym spokojem, zaburzonym jedynie tymi okropnymi czerwonymi gwiazdami  i poddańczymi hasłami wywieszanymi gdzie tylko się da. Nie lubiłem tych Czechów, a właściwie Czechosłowaków, stąd do Pragi pojechałem dopiero za Havla i rzecz jasna zaliczyłem obowiązkowe punkty programu z Mostem Karola i Hradczanami, niestety bez wizyty na grobie Franza Kafki, o czym marzyłem.

Jestem gorącym zwolennikiem zabierania w podróż książek związanych z odwiedzanymi miejscami i naprawdę niekoniecznie muszą to być przewodniki. I tak np. na Kubie sprawdziła się  doskonale „Królowa Karaibów” Klementyny Suchanow, tak tej od Gombrowicza, a  jeśli już nie chce Wam się czytać to polecam sprawdzone osobiście wyjazdy do Paryża bez Luwru i wieży, albo Rzym śladami obrazów Caravaggia. Ten przewodnik zapewni Wam przygodę kompletnie odmienną od oczekiwań autorów konwencjonalnych bedekerów

Idea przewodnika Szczygła sprowadza się do pokazania miejsc niekonwencjonalnych, oddających naturę miasta a właściwie Czechów. Nie sztuką jest tutaj wymieniać podrzucane przez autora przykłady miejsc, dzięki którym Praga wyda nam się miastem specjalnym i wartym odwiedzenia. To miasto wielkich literatów i śladami pisarzy można wyruszyć na spacer po mieście. Oczywiście Praga to  miasto Franza Kafki, ze wspomnianym grobem, który doczekał się nawet zdjęcia w przewodniku, a poza tym znajdziemy tam opisane i muzeum i pomniki Franza, z tym dziwacznym opartym na prozie Kafki, który pisał: „I już skoczyłem mojemu znajomemu na barki – z rozbiegu, jakbym to robił częściej – i bijąc go pięściami w plecy, zmusiłem do lekkiego kłusu”. Przyznajmy, ileż trzeba wyobraźni, żeby na podstawie tego krótkiego tekstu przygotować pomnik, w postaci pustego w środku garnituru na którym siedzi pisarz w kapelusiku, jakże inny od naszych wyobrażeń opartych na licznych fotografiach.

Praga to także Jaroslav Haszek, urodzony w Pradze pijanica i sprzedawca psów, którego przygody i ekscesy sam Szczygieł kilka razy opowiadał w te dni, kiedy książka się ukazywała, a pisarz włączył się mocno w jej promocję zwłaszcza na fcb czy Instagramie, opowiadając tym swoim ciepłym głosem  najlepsze  fragmenty z przewodnika, co zresztą będziecie mogli także zaliczyć, kupując chyba w Audiotece wersję audiobookową książki nagraną głosem Szczygła.

Będąc przed laty w Pradze, zaliczyłem także kolejną atrakcję, wyklętą przez Mariusza Szczygła i gorąco odradzaną, czyli zaliczyłem wizytę w knajpie, gdzie podobno codziennie bywał następny pisarz legendarny czyli Hrabal, a ta knajpa nazywa się Pod Złotym Tygrysem, nie pamiętam czy piliśmy tam piwo, co dramatycznie Mariusz odradza – na pewno odwiedziłem tamtejszą toaletę, nie grzeszącą  czystością, z którą związana jest opisana w książce anegdota,  z Hrabalem w roli babci klozetowej.

Przyznaję, że brakowało mi w książce obecności  jeszcze jednego literata, czyli Milana Kundery, ale to osobowość tak bardzo odrębna, że chyba sami Czesi nie chcą go honorować w mieście, w którym mieszkał, ale co się im dziwić, skoro Kundera zabronił tłumaczenia swoich książek na język czeski.  Tak więc taka nieznośna lekkość bytu jest jednak obecna w przewodniku Szczygła, który doskonale się czyta w oddaleniu od opisywanego miasta, a zapewne będzie rozkoszą  czytanie go tam, na miejscu, do czego zachęcam tych wszystkich, którzy najpierw zaliczą jego lekturę w pandemicznym oddaleniu od miejsca przeznaczenia.

Cała książka jest ubrana w żółtą tonację, ma zgrabny format i grube kartki, które nie zniszczą się łatwo od częstego przerzucania, a na wewnętrznych okładkach znajdziemy plan miasta z pozaznaczanymi atrakcjami. Jest też miejsce na notatki , ale idea takich miejsc na zapiski  jest lekko chora, bo cóż moglibyśmy tam notować, własne refleksje czy uwagi do odwiedzanych miejsc i rozczarowania, że np.  tak mitologizowana dzielnica Żiżkov, nie spełniła naszych oczekiwań?

Mnie ten przewodnik nakierował na Ota Pavla, pisarza, który mi się wciąż podsuwa pod oczy, od czasu wydania jego biografii autorstwa Kaczorowskiego, a tutaj w towarzystwie cmentarnym z Franzem Kafką ponownie zainspirował mnie do poszukania „Śmierci pięknych saren”  W przewodniku mamy zdjęcie nagrobka Dr. Franza Kafki w formie  sześciobocznego kryształu, a nagrobek Oty  jak pisze Szczygieł, znajdziemy dwie aleje dalej, ale już teraz można go sobie znaleźć w Internecie i porównać z opisem autora, że przypomina rzuconą na murawę kartkę z podpisem.

Mariusz Szczygieł poprzez swój przewodnik o mieście, zaprezentował nam naturę Czechów, o której często wspomina już bezpośrednio, pisząc o nich, że są narodem dowcipnym, lekko podchodzącym do życia i upartym w tym swoim celebrowaniu weekendów za miastem, piwoszów i trochę szaleńców.

Po lekturze przewodnika zazdroszczę tej czeskiej natury, w akceptacji, nawet najbardziej szalonych i obrazoburczych pomysłów, czy to na pomnik, czy architekturę.  W Polsce nawet zamiar pomalowania kamienicy na jaskrawy, pastelowy kolor, pobudza różne komitety, do obrony  szarości i przeciętności, do końca nie wiadomo dlaczego i po co?

Ci czescy szaleńcy i pijacy, jak autor Szwejka, za którego pogrzeb i trumnę nie miał kto zapłacić, stworzyli z Pragi miasto  magiczne w jakimś sensie przepełnione specyficzną atmosferą, bo nawet patrząc na gmach dworca Masaryka, oczami wyobraźni widzę śmierć jego architekta Jana Pernera, który tragicznie umarł parę miesięcy po otwarciu dworca, nieostrożnie wystawiając głowę z lokomotywy i uderzając nią w slup;

A tak, że tak, jak mawia Zygmunt Miłoszewski – tragikomedia, ten naród, ta stolica  wzbudzą w Was przedziwne uczucia, z dominującą ochotą, żeby zobaczyć te wszystkie dziwne miejsca, opisane przez Mariusza Czechofila.

Ja osobiście chcę wreszcie wyruszyć szlakiem genialnego Franza i choć nie zachował się w Pradze jego rodzinny dom, to jednak muszę w końcu zrealizować młodzieńcze marzenie i odwiedzić jego grób, podobnie jak zobaczyć ten dziwny pomnik siedzącego niby na koniu Haszka, a właściwie to popiersie umieszczone na blacie stołu. A może jak już się uporam ze „Śmiercią pięknych saren”, wezmę się w końcu z te legendarne  „Dole i niedole  dzielnego żołnierza Szwejka”, w nowym tłumaczeniu.

Praga to dla mnie zawsze będzie miasto Franza Kafki, choć po lekturze przewodnika Szczygła, może też być miejscem wyjątkowym, jeśli tylko uda się zapomnieć o spacerze po słynnym moście i wędrówce pod górę na zamek.

Warto jeszcze wspomnieć o zdjęciach Filipa Springera, które nie zdominowały treści, bo są to fotografie zwyczajne, nie jakieś szczególne ujęcia, raczej reporterskie obowiązki, pokazują miejsca czy pomniki, jakby mówiły, przyjedź chłopie i sam to sobie zobacz.

Przeczytałem” Osobisty przewodnik  po Pradze” Mariusza Szczygła, jakbym czytał jego krótkie teksty w Dużym Formacie, co czynię zawsze z niecierpliwością i w radosnym rozsmakowaniu się w stylu, którego warto mu pozazdrościć.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ofiary.

Czytanie o autentycznych zbrodniach, dokonanych obok nas, żyjących względnie normalnie, jest  czynnością na wskroś przygnębiającą. To nie to samo,  co najbardziej perfidne czyny wymyślone przez zdolnych lub mniej, autorów, puszczających wodze wyobraźni, żeby nas nastraszyć  i przyciągnąć do lektury. Prawda, szczegółowo wyłuszczona, opisana z detalami, zdolna jest nas przerazić okrutniej, niż  najkrwawsze bajki.

W książce, gdzie jak podejrzewam, Katarzyna Bonda wykonała najczarniejszą robotę, czyli nadała faktom literacki sznyt i uczyniła historie strawnymi i nadającymi się do czytania, natomiast dr Lach podsunął akta spraw bulwersujących i  pokazujących znaczenie procesu profilowania przy wskazaniu  winnego, dowiadujemy się jak czasem zagmatwane bywają motywy zbrodniarzy, co później przekłada się na wątpliwości śledczych, którzy  te zbrodnie badają.

Pisarka Bonda  siedzi w temacie od lat, powołując do życia najpierw postać Huberta Meyera, poczynając od „Sprawy Niny Frank”, kiedy to ten psycholog zajmuje się sekretami znanej , tytułowej aktorki, jednocześnie  analizując własną duszę. Przyznaję, że sięgnąłem po przygody Meyera, na fali fascynacji  tetralogią Bondy, ale kiedy w powieściach o profilerze zacząłem dostrzegać te wszystkie słabości, które zakwitły  w grubych tomach o Saszy  Zaułskiej, odłożyłem  te pierwsze próby literackie pisarki, nie analizując zbytnio metod pracy irytującego Huberta.

Tym razem skuszony autentycznością zbrodni, przeczytałem o wszystkich tych śledztwach, w których ptofiler Boghdan Lach wykorzystał swoje doświadczenie psychologa śledczego i pomógł wykryć sprawcę.

Jak już wspomniałem zbrodnia wyjęta z prawdziwych akt śledczych przeraża i obrzydza w dwójnasób, choć pomimo tego wstrętu, jest również niezwykle pociągająca dla czytelnika. Babranie się w czyichś brudach, usprawiedliwia nasze małe grzeszki., ale z drugiej strony ukazuje okrutny świat pożądań i nienawiści.

Autorzy przygotowali na początku zagadkę dla czytelników, gdzie zostaje zamordowana  nietuzinkowa kobieta, a czytelnik powinien z opisów otoczenia i zbrodni , wysnuć charakterystykę mordercy. Polecam chwilę zastanowienia i wędrówkę na koniec książki ,gdzie znajdziemy rozwiązanie, przedstawione przez psychologa.

Autorzy wprowadzają nas stopniowo w niuanse pracy profilera, prezentując przypadki zbrodni, szczegółowo zapoznajemy się z okolicznościami, które   zastali policjanci ma miejscu popełnienia morderstwa. Już pierwsza opisana historia  bulwersuje wrażliwego czytelnika – opowiada o zamordowaniu młodej kobiety przez chłopaka, którego ta naiwna osoba powinna się mocno wystrzegać. Początek tej opowieści brzmi jak motto: „ W miłości  zachowaj rozsądek, mawiali starożytni Grecy. W nienawiści-dystans.” Czytamy jak  wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na winnego zabójstwa, a jednak morderca do dziś nie przyznał się do czynu, a wobec braku wyraźnych dowodów, prawo nie jest w stanie  obciążyć go tym czynem, pomimo analizy psychologicznej, która jednoznacznie wskazuje sadystę jako sprawcę.

Opisywane przypadki opatrzone są komentarzami profilera „Ofiara jest jak nitka, która prowadzi do kłębka” i rzeczywiście  czytając  i analizując zachowanie mordowanych kobiet, bo to one głównie są zabujane przez okrutnych samców  i to bardzo często będąc z nimi w zażyłej relacji.

Autorzy prowadzą nas opisami charakterystycznych zbrodni, na co wskazują tytuły rozdziałów, a więc mamy zaginięcia, które w podsumowujących komentarzach Bonda i Lach  przybliżają posługując się też tabelami i zestawieniami, jakby liczby mogły dodatkowo coś wyjaśnić – ten zwyczaj posługiwania się danymi statystycznymi, należy jednak potraktować jako li tylko ciekawostkę, ponieważ esencją tej książki są szczegółowo opisane zbrodnie. Kolejne rozdziały zapoznają nas z przypadkami samobójczymi oraz sprawami niewykrytymi. Są też rzecz jasna opisane czyny seksualne, jako podłoże motywujące zabójców. Jak w każdej dobrze opracowanej publikacji znajdziemy na końcu bibliografię a dla uciemiężonych kobiet wyszczególnione ośrodki świadczące pomoc ofiarom przemocy w rodzinie, co dodatkowo utwierdza  nas w przekonaniu, że ofiarami mordów w Polsce, w przeważającej liczbie, są kobiety.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pilch umarł w piątek

Czego spodziewałeś się zamawiając najnowszy tom z felietonami Jerzego Pilcha, pod kuszącym tytułem „60 felietonów najjadowitszych”? Każdy średnio inteligentny miłośnik prozy ewangelika z Wisły, wie doskonale, że żadnych nowych felietonów tenże nie popełnił od dawna, a jedyną ostatnio formą wypowiedzi jego, jest wydawany od grudnia 2009 roku Dziennik, który doczekał się już tomu trzeciego i kiedy wszyscy niecierpliwie czekamy, na kolejny tom, w którym autor niewątpliwie będzie pastwił się nad rządzącą ekipą, nie tyle  z powodu jej na ten przykład nielubienia ideologicznego, ile raczej z powodów, na które ten wnikliwie obserwujący pisarz szczególnie reaguje, a mianowicie  ze względów głupich uczynków onych.A tu teraz twarda oprawa i najjadowitsze w tytule,
jakby jakieś inne mogły wychodzić spod pióra  tego prześmiewcy, który uwielbia znęcać się soczystymi frazami, szczególnie nad prozą kacyków pod kuratelą władzy, niekoniecznie grafomanów, a raczej brnących w jakieś meandry twórców literatury, zagubionych w przekonaniu o własnej oryginalności. Ale o tem potem…

Tak więc podniecony możliwością czytania Pilcha dotąd nieznanego  chwyciłem się za ten egzemplarz, gdzie sprytny wydawca wepchnął  felietony dobrane tendencyjnie i ze złą wolą, a także z szeregiem jeszcze gorszych przywar, wymienionych bezwstydnie tylko po to, żeby wywołać ferment u potencjalnego czytelnika, bardziej takiego, któremu nazwisko Pilch kojarzy się bardziej z pijanym Więckiewiczem w filmie „Pod Mocnym Aniołem”, niż z literackim koneserem Pilchowej frazy.

Otóż jestem idealnym odbiorcą tego tomu z kilku przyczyn, o których wcale nie muszę pisać, jednakże kierując się wrodzoną złośliwością,  zaraz je tu wszystkie wymienię: bo lubię czytać Pilcha dla jego ironii i talentu literackiego, bo mam jego wszystko prozą, natomiast żadnego tomu felietonów, które regularnie wydawał od „Rozpaczy z powodu utraty furmanki” z 1994 roku, aż po „Pociąg do życia wiecznego” z roku 2007,bo te felietony jakoś tak na mnie czekały, ponieważ w czasach, kiedy Pilch je pisał czy dla Tygodnika Powszechnego czy Polityki ja za Pilchem się nie oglądałem, ja nawet za nim nie szalałem, czy raczej nie przepadałem nawet. Mogłem sobie te tomy ze zbiorami gazetowych felietonów zamówić po jakichś allegrach czy innych antykwariatach, ale miałem i zapewne dalej mam przekonanie, że czytanie  rzeczy pisanych na zamówienie w określonym czasie i odnoszących się do chwili, w której powstawały, to jest nie przymierzając musztarda po obiedzie, a nawet bym napisał bezwstydnie, po kolacji. A jednak to się czyta z jakąś perwersyjną przyjemnością, żałując jednocześnie, że  minęły już czasy komentarzy pilchowych, znajdowanych w tygodnikach bardziej lub mniej kolorowych. Zapewne autorowi się już nie chce komentować, bo nie wątpię, że kilku Naczelnych dzwoniło w tej sprawie do Pana Jerzego i tylko ciekawość mnie zżera, o jakich kwotach była rozmowa?

No i umarł, z zaskoczenia umarł, w grudniu przeprowadził się do Kielc, bo tam łatwiej  poruszać się na wózku;   A do tego dopiero teraz jakby wychynęła  Kinga Strzelecka, jego wielokrotnie młodsza i ładniejsza żona, z którą podpisywał ostatnie teksty z Polityki.

Czytam te wszystkie felietony, zgromadzone w wybranej sześćdziesiątce, co okazała się ostatnią za życia wydaną książką, którą mógł sam podpisywać. Nie ma tego jak komentować, bo Pilch stał się klasyką, urósł nagle w komunikatach i serwisach, bo umarł, zaskoczył wszystkich a najbardziej pewnie siebie, bo jak pisał i mówił wszystkim: nam wydaje się, że jesteśmy nieśmiertelni, a tymczasem rozczarowanie, że już… Gdzie i kiedy przeczytamy ostatnie teksty , te kieleckie i pisane u boku Kingi? Czy ona jest tą młodą żoną Weroniką, z którą opisywał się  w „Żółtym świetle”? Kiedy czytałem ten fragment o zmaganiach nieproporcjonalnych wiekowo małżonków, nie do końca wierzyłem w autentyczność autobiograficzną- stawiając raczej na opisanie czegoś co jest fikcją stworzoną dla literatury, a tu jednak prawda w sensie ścisłym. Pisarz z Wisły umarł w Kielcach, do końca świadomy i  z żoną u boku, jakby sam opisał to wydarzenie, jakby z tego zażartował, czy ironizowałby  bardziej na temat tych Kielc, czy prędzej przygotowywałby swą luterską duszę na spotkanie z wiecznością, czy też ulubionym Schulzem?

I te wszystkie ciekawostki o nim, które teraz wychodzą we wspomnieniach, że ten wózek  inwalidzki to przez upadek jakichś i konieczność przeprowadzki do rodzinnego domu Kingi i pisanie na koniec o dramacie niepełnosprawnych, zamkniętych w domach…

Od piątku staram się czytać wszystkie okolicznościowe teksty  o Pilchu i trochę ciekawostek przedostało się przez niezmiernie wkurzające artykuły w każących sobie płacić internetowych wydaniach gazet, co jest okropnie frustrującym zajęciem, kiedy Po przeczytaniu dwóch pierwszych zdań, reszta tekstu znika. Przekornie zrozumiałem, że wolę kupić wydanie papierowe, niż dać się nabrać na zapłacenie internetowej prenumeraty, kiedy jestem zainteresowany jedynie konkretnym artykułem. Rozumiem, że teraz wydawnictwa  zarabiają głównie na internetowych wydaniach, stąd ta podstępna walka o klienta.

60 felietonów najjadowitszych” przeczytałem ze smaczną przyjemnością, choć wolałbym je znajdować na gazetowych kartach w czasach kiedy tam regularnie się ukazywały. Tygodnika Powszechnego nigdy nie czytywałem, choć pamiętam pokazywane mi przez kolegów egzemplarze  w końcówce komuny, gdzie wyraźnie redakcja informowała o ingerencjach cenzury. Nie czytałem Tygodnika, ale wydane w 1994 roku felietony jako:” Rozpacz z powodu utraty furmanki, mogłem już nabyć, bo zostały wydane zarówno przez WL jak i przez Znak, no ale  wówczas Pilch nie był w panteonie ulubionych autorów.  W tym zbiorze szczególnie zajmował się Pilch polityką i snuł własne rozważania o aktualnej kondycji politycznej kraju, a obok tego jest np. felieton o Ludwiku Stommie     ( zmarłym dwa miesiące przed Pilchem), a także niejako na czasie przypomniany kawałek o tytule: „Beznamiętny opis lokalu obwodowej komisji wyborczej.” Czy też jakoś znowu aktualny tekst o upapraniu” komunizmem, wówczas pisany w atmosferze wywlekanych teczek agentów. Mamy też wyjątkowo zjadliwe teksty  o generale Jaruzelskim, cz też opowieść jak to Kieślowski filmem Niebieski robi pisarza „ w trąbę”

Wyjątkowe teksty znajdziemy w przepisanych tutaj z taśm pamfletów wygłoszonych na słynnych  spotkaniach „ NaGłosu” mówionego, gdzie Pilch ironizuje na temat  twórczości Józefa Ozgi – Michalskiego czy też  „Spiskowców:” Machejka; zresztą Władysława Machejka  Pilch upodobał sobie szczególnie, wspomina też o nim przy okazji wydania Poczty literackiej Szymborskiej, która ukazywała się w czasach kiedy  był on redaktorem naczelnym Życia Literackiego. Gazeta, którą osobiście bardzo lubiłem, o szerokim formacie i rozpostarciu, z głęboko czerwonym tytułem, podobnym do poglądów naczelnego. Felieton o podstępnym tytule: ”Oddzielić ziarno od Maciąga”, powstał już po przeniesieniu się Pilcha do Warszawy i pisaniu dla „Polityki”; W tym wyborze z książki: ”Tezy o głupocie, piciu i umieraniu”, szczególnie warto przypomnieć  felietony o zielonych zębach Przewodniczącego Mao, czy też o guziku opisanym przez Wiesława Górnickiego, z którego książki „Teraz już można” Pilch wywleka co lepsze kawałki.

Na koniec mamy wybory z „Upadku człowieka pod Dworcem Centralnym” oraz „Pociągu do życia wiecznego”, Te już najbardziej aktualne felietony, przynoszą perełki w postaci ”Pierwsza  pielgrzymka Jarosława Kaczyńskiego do ojczyzny”  i przychodzi nam żałować, że raczej nie poznamy ostatnich pomysłów pisarza na opisanie rzeczywistości, nie tylko w czasach zarazy, choć  w tym ostatnim tekście , który przeczytacie jeśli wykupicie dostęp do cyfrowej Polityki, Pilch przywołuje nie tylko dramaty niepełnosprawnych, uwięzionych w domach, ale również wspomina o rapującym o mgle prezydencie.

Trzeba się bronić przed pisaniem nekrologu pisarza, co uczyniło już tak wielu. Pilch był lubiany nie tylko poprzez swoją twórczość, ale głównie dlatego że był sympatyczny i dobrze się z nim gawędziło.

Dla mnie szczególną informacją z tych okolicznościowych tekstów, był fakt  używania przez Pilcha, o czym wspomniał  czuły na tym punkcie Michał Witkowski,  perfum Chanel Egoiste, których sam jestem fanem. To rzecz jasna mało, żeby doszukiwać się jakiegoś powinowactwa, ale nagła śmierć Jerzego Pilcha  ubodła mnie szczególnie, bo poczułem się jakbym stracił kogoś bliskiego, zwłaszcza , że należał  on do tych nielicznych, obok których chciałbym stanąć i poprosić o autograf, a może nawet zamienić kilka słów, co już się nie wydarzy na tym świecie, dlatego niecierpliwie będę czekał na wydanie ostatnich tekstów, które z pewnością Kinga Strzelecka czym prędzej przekaże wydawnictwom.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | 1 komentarz

Czerwony świt i Skaza

Zachciało  mi się wreszcie czegoś normalnego, jakiejś historii kryminalnej, współczesnej, i najlepiej sprawdzonych autorów.

Najnowszą przygodę z Niną Warwiłow Jędrzeja Pasierskiego miałem obiecaną z Wydawnictwa Czarne, ale chyba dziewczyny zapomniały i książka nie dotarła, mówi się trudno  i składa zamówienie w Bonito, które  dwa kroki ode mnie otworzyło swój punkt, wystarczy jedynie przejść przez podwórko, co doskonale zachęca do zakupów, a ponieważ przy okazji natknąłem się na pierwszą część kryminalnej sagi  z Bernardem Grossem Roberta Małeckiego, więc z miejsca zamówiłem zarówno „Czerwony Świt”, jak i „Skazę

Niecierpliwiłem się lekko mając te dwie książki obok siebie, dlatego zacząłem je czytać równolegle i pomimo kompletnie różnych opisywanych światów, jakoś te dwa przeciwstawne nastroje zaczęły na siebie zachodzić, dając czytelnikowi dziwny konglomerat, splątane aury, hipsterskiej,  warszawskiej Pragi i prowincjonalnej Chełmży, a więc wielkie miasto ze swoimi knajpami i klubami zazębiło się ze skutym lodem jeziorem, gdzie na łódce zwłoki bezdomnego, a w Warszawie trup młodej celebrytki o hebrajskim imieniu.

Pasierski pokazał miasto  w odsłonie przystępnej dla młodych beneficjentów  nowych czasów, gdzie króluje dobra zabawa w asyście muzyki, używek, drogich apartamentów i łatwych pieniędzy, a wiadomo, gdzie kasa, tam też niezdrowe przyzwyczajenia. Czytając te dwie przygody, zauważyłem, że ugrzęzłem jednocześnie w obu, w tym samym momencie, jakby to nie była wina autorów, ale po prostu takie ułożenie gwiazd sprowadziło przygnębienie, co odbiło się na odbiorze lektury – a jednak to był błąd, żeby czytać je razem, pozbawiłem się rozsmakowywania nie tylko w opowiadanych historiach, ale przede wszystkim nie wchłonęła mnie aura czy to opowiadania, czy nawet stylu autorów. A kiedy w tym samym czasie  obie powieści zaczęły osiadać na mieliźnie, ciężko było na raz przezwyciężyć dwa rozczarowania – na szczęście były to chwilowe kryzysy i obaj autorzy wzięli się w garść i wyszliśmy wszyscy rychło na prostą…

Małecki już dawno wciągnął mnie w życie Bernarda Grossa,  o którym wiedziałem prawie wszystko będąc po lekturze „Wady” i „Zadry”, a czytając pierwszą część  wiedziałem co się stanie z Otrębą i jakim typem kobiety jest Skalska. „Skaza”, ma wszystkie niedoskonałości części kolejnych, a ponieważ jest wymyślona pioniersko, byłem skłonny łatwiej przymykać na nie oczy; konflikt Bernarda z synem doprowadzi Was do szału, a jeśli jeszcze natkniecie się na te modelarskie wstawki, to może być niezły argument, żeby książkę odłożyć. Małecki opowiada historię niespiesznie, a chybionym zdaje mi się  pomysł z przeplataniem teraźniejszości z tym co wydarzyło się dziesięć lat wcześniej. Nad komisarzem wisi widmo napadu na żonę, po którym zapadła w śpiączkę – pomimo interwencji Grossa, niefortunnej zresztą, po której czuje się winnym zabójstwa niewinnej kobiety, policjant próbuje ułożyć sobie na nowo życie z ostentacyjnie uwodzącą go bibliotekarką.  Osią opowiadanej historii jest tajemnicze zniknięcie  przed 10 laty małżeństwa Tarasiewiczów i ich przyjaciółki, oraz pojawienie się obecnie ciała bezdomnego, którego Gross identyfikuje jako zaginionego Tarasiewicza, pomimo niewystarczających na to dowodów, oraz mataczenia syna zaginionych. Gross uparcie prowadzi  dochodzenie i tutaj mamy żmudne dociekania, dzięki którym policjant jest cenionym śledczym, pomimo  własnego,  raczej smutnego, przegranego życia, gdzie radością codzienną jest chleb z pasztetem i herbata Lipton, której picie sprawia komisarzowi dziwną przyjemność.

U Pasierskiego nie ma niuansów i żmudnego myślenia o zbrodni, Warwiłow miota się pomiędzy pracą a osobistymi problemami z mężczyznami, córką i tajemniczym ojcem, którego przeszłość próbuje wyjaśnić. Zadziwiająca relacja z mającym rosyjską i mroczną historię ojcem rozdziela powieść na tę kryminalną i śledczą partię, która niejako wyjaśnia się sama, ponieważ autor dostarcza nam coraz to nowe motywy i czasem czujemy się jak w kryminale Agaty Christie, mając wąski krąg podejrzanych i ofiarę, której pozbyć mógł się jedynie ktoś z tego ograniczonego kółka przyjaciół otrutej celebrytki.  Ten schemat zbrodni i podejrzanych jest zawsze sporym wyzwaniem dla pisarza, który go wymyśla. Pasierski dał swoim bohaterom szerokie pole do zaprezentowania motywów, dla których mogliby się  skusić do zamordowania Sary, a jednak ostateczne rozwiązanie  rozczarowuje, gdyż pisarz tak mocno udramatyzował finał, że przychodzi nam wątpić w prawdopodobieństwo wydarzeń. Przez cały czas udawało  mu się podsuwać nam potencjalnych sprawców i jeśli tylko eliminował jednego, natychmiast podstawiał nam kolejną historię, w której ofiara miała uzasadnioną możliwość zginąć z ręki  tego, którego motywy dostawaliśmy jak na tacy.  Ale taka gra jest dla wyrobionego fascynata kryminałów czymś poniżej jego ambicji. Chciałoby się jednak czegoś bardziej zasupłanego, co zmusiłoby nas do zabawy w przypuszczenia, kto zabił.

U Małeckiego, z kolei historia zapętla się tak skutecznie, że w końcu,  rozwiązanie da się przewidzieć, to droga do niego usiana jest wydarzeniami, które niecierpliwią, ekscytuje nas bardziej osobiste życie komisarza, jego udręka  samotności i siermiężność codzienności. To jest atut Małeckiego, ponieważ w końcu los policjanta zaczyna obchodzić nas bardziej, niż intryga, którą stara się wyjaśnić.

Czyje przygody wciągają nas skuteczniej – trochę szalonej Niny, czy nudnego Grossa? Historia tego ostatniego pochłonęła mnie już wcześniej i znam jego dalsze losy, choć zapewne Małecki już szykuje najnowszy tom, który wyjaśni  te wszystkie zagadki z życia komisarza, rozwiąże ten denerwujący konflikt z synem i leżącą w śpiączce żoną, na co czeka zaborcza bibliotekarka.

A co zrobi Pasierski?. Czy oderwie się po raz drugi od Niny Warwiłow jak to zrobił po „Roztopach” i zaserwuje nam coś w stylu „W imię natury”.  A może Warwiłow wyjedzie za autorem do Wrocławia, gdzie właśnie z warszawskiej Pragi wyemigrował. Jeśli Pasierski już rozgląda się po swoim nowym miejscu zamieszkania, to pisząc kryminał  z Wrocławiem w tle może zdystansować w lokalnej popularności zarówno niepodważalnego króla kryminału wrocławskiego jakim jest Marek Krajewski, jak i resztę autorów, którzy związali swoje losy z Dolnym Śląskiem, czego  mu szczerze życzę, bo Warwiłow naprawdę przyda się świeży oddech  i zmiana klimatu, a z pewnością nowy mężczyzna pomoże jej stać się lepszym śledczym.

Małecki i Pasierski wyrośli na autorów, po których sięgam bez namysłu, pewien, że dostanę sprawdzoną jakość i ulubione klimaty, w których umieścili swoich niebanalnych bohaterów.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz