Pokora Twardocha

Jaka w końcu jest ta „Pokora” Twardochowa – usiłuję od samego początku rozczytywania się w niej zdecydować,  w jakim tonie  ją odnaleźć, czy rozzachwycić się jak większość recenzentów czy może jednak wytknąć pisarzowi,że jak to? – miał zachwycać, a jednak nie zachwyca? Gdzie jest to peknięcie, gdzie rozdziera się ta zasłona doskonałości prozy autora dojrzałego, docenianego, snoba  i  celebryty, choć zapewne nigdy by tak o sobie nie powiedział.

„Pokora” to powieść wybitna, podpowiada mi ta czuła część mózgu,- świetnie skonstruowana, opowiedziana porządnie, a jednak jak gdyby zbyt porządnie i mnie to razi, ta niemiecka dokładność i dosłowność  Twardocha, bo jak chłop opisuje Berlin, a jest to przypomnijmy Berlin rewolucyjny 1918 roku, to tam aż kipi w tym opisie od dosłowności, bo jak gdzieś idą albo jadą, to opisane jest wszystko co widzą, nazwane wszystko , co mijają, dostajemy nazwy ulic, opisy budynków itp.; Twardoch nie szczędzi nawet mnie mieszkańcowi Wrocławia, przejazdu po ulicach Breslau sprzed 100 lat, a przecież te sztuczki z nazwami niemieckimi ulic , wypróbował już na nas  nieoceniony Marek Krajewski. Tak więc Twardoch przesadził, przeszarżował z tą swoją perfekcyjnością,  w opisach natarcia niemieckiego zugu pod dowództwem Aloisa Pokory, walki w okopach, śmierci żołnierskiej, z flakami  i  tryskającą krwią, a także szczegółami uzbrojenia, o którym my laicy pojęcia nie mamy, natomiast Pan Szczepan jak wiadomo w broni wszelakiej się lubuje, czego daje dowody na każdym kroku, jeśli tylko ma okazje. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę Twardoch nie tylko zna się na samochodach, czy  broni , ale również pokazuje nam polowanie na jelenia, nie omijając drastycznych momentów.

Bo kim stara się być autor wyciągając historię biedaka z Nieborowitz i wrzucając go w wir wydarzeń, których nie rozumie, a które przeorują całą jego świadomość, ukierunkowaną na uległość, na poddaństwo, wobec każdej formy władzy, nad losem pospolitego  wyrzutka.  Twardoch jest tutaj biernym kronikarzem, każąc pokornemu bohaterowi wzdychać do mitycznej Agnes, niby dziewczyny, w której się zakochał, a ona traktowała go jak kundla do kopania i upokarzania, choć tli się w nas  przekonanie, że ta Agnes, to tak naprawdę metafora niedosiężnej Polski, której ten Ślązak  pragnie i o której marzy, podobnie jak Gabriel z filmu Kutza, oglądając krajobraz przez lunetę. A ta Agnes- Polska, pokazuje mu jedynie swoje krocze, łudząc obietnicą czegoś, nie do końca uświadomionego. Alois to postać tragiczna, biedak wyniesiony  przez ludzi, którzy dostrzegli w nim potencjał, choć zdaje się, że wszyscy którzy mu pomagali, realizowali raczej własne cele, Czy to polityczne, jak wcielenie go do bolszewickiej bojówki, czy osobiste jak nieszczęsna frau Nowotny, lub zakochany  w biedaku Niemiec   Smilo.

W dobrej powieści staramy się polubić głównego bohatera, śledząc jego losy wciągamy się w to życie, kibicujemy  jego sukcesom i biadamy nad klęskami. W przypadku  Aloisa Pokory czułem jedynie obojętność , czytając  o jego przeżyciach. Nie powiem, że to bohater irytujący niczym Hans Castorp, a jednak wzbudza niechęć, trochę z racji nazwiska, które go określa, lub decyzji, których nie podejmuje. To wleczenie Pokory przez historię, nie szczędzenie  mu upokorzeń i  razów, nie wzbudza litości, a raczej pogardę, co zapewne nie jest szlachetnym uczuciem, ale i bohater nie zasługuje na nic innego, stąd czytelnik ma do Aloisa stosunek podobny do jego otoczenia, co i tak jest lepsze od tego, czym go darzy własny ojciec, ale to już jest inne zagadnienie.

„Pokora” to książka dopracowana w szczegółach, ale jest w niej coś irytującego, coś, co nie pozwala zachwycić się, w jakimś uniesieniu, być może przez tę swoją doskonałą realistyczność, ale przede wszystkim, przez postawę głównego bohatera – autor  odrysował nam jego drogę od samego początku, od urodzenia w biedzie górniczej i to jest zbyt nachalne, ten skok do pokazania jak biedny Nikt, zostaje dostrzeżony  i wbrew własnej woli windowany do świata, do którego nie przystaje, gdzie jest upokarzany, a właściwa nie tylko jego nazwisku pokora staje się jedyną obroną przed nachalnością  przeznaczenia.  Czasem łudzimy się, że Alois zaprotestuje, że się zbuntuje, że odda prześladującemu go chłopakowi, że sprawiedliwość zwycięży i Pokorę polubimy, choćby za to, że się zbuntował.

Paradoksalnie  i koniec opowieści o tym nieszęśniku Pokorze  jest szyderstwem  i z jego samego i policzkiem, w który nas Szczepan wali, jakby chciał wykrzyczeć, że  najważniejsze dla niego jest jego pochodzenie, że nie żadna Polska, a  tradycja  i Górny Śląsk to Ojczyzna, której trzeba się trzymać do końca.

 

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kwestia ceny

Czegóż to się nasz Zygmunt nie naczytał, żeby napisać  „Kwestię ceny”?  Na to pytanie sam odpowie na końcu powieści, a są to z pewnością lektury fascynujące, jednak niestety również przygnębiające. Książka kończy się nagle i czytający  jest zaskoczony, że dalej już nic nie będzie, a pozorna beztroska w ostatnim rozdziale, to podstępna gierka zawodowego opowiadacza. Po przeczytaniu  „Kwestii ceny”, nic już nie będzie takie  jak wcześniej, więc jeśli planujecie zabrać ją ze sobą  na wakacyjną plażę, to lepiej odrzućcie ją  na pandemiczne dwa metry od siebie, niczym Żeromski, wywalający Dostojewskiego w zboże.

 

Zanim zacznę straszyć, napiszę tylko, że książka mi się podobała, ale niestety ma w sobie trochę mielizn i zwłaszcza pod koniec, kiedy kończy się brawura, odczułem zniecierpliwienie na ślamazarność fabuły.

Miłoszewski  zaserwował nam opowieść, w której  znajdziemy wszystkie bolączki współczesnego świata, a zastanawianie się nad przyszłością naszych wnuków, albo bardziej pesymistycznie dzieci, nie  należy do ulubionych motywów  podczas pandemicznych wakacji  w Bieszczadach albo Mielnie.

Świat się kończy i wiedzą już o tym nawet przedszkolaki. Kiedyś dawno, dawno temu, docierały do nas sygnały o tym, że klimat się ociepla, ale puszczaliśmy to mimo uszu, ewentualnie ci najbardziej przestraszeni nie kupowali więcej psikających dezodorantów. Teraz kiedy widzimy, że wykończyć nas może mikroskopijny wirus, wszystkie  te zagrożenia spędzają nam sen z oczu. Miłoszewski przypomina  w swojej dynamicznej książce, że wojny o dostęp do słodkiej wody, zmiany klimatu i reszta tego całego smrodu, który sobie człowiek przez lata beztroski sprokurował, to już wkrótce  będzie nie tylko artykuł na popularnym portalu, ale rzeczywistość, w której migrujące legiony, będą chciały wyrzucić cię z twojego wygodnego fotela przed telewizorem i skazać na tułaczkę po wyschniętym globie.  Nadzieją dla świata ma być  zaraza, dzięki której znikną uciążliwości starości, w postaci chorób i demencji, a jednocześnie zapanuje powszechna bezpłodność.

Autor wprowadza do opowieści naukowca Benedykta Czerskiego, wzorowanego na  autentycznej postaci Bronisława Piłsudskiego, choć nazwisko Czerski , może z początku nam się skojarzyć z innym Polakiem, badaczem Syberii, czyli Janem Czerskim, geologiem i paleontologiem, odkrywcą gór w Jakucji, nazwanych potem jego imieniem. Cała dosyć  zagmatwana akcja sprowadza się do  walki dwóch  grup, z których jedna zdeterminowana jest do ocalenia ludzkości przez jej wyjałowienie, a druga  chyba dzięki swoim poglądom, zechce im w tym przeszkodzić.

A po której stronie stoi autor? Przywoływanie co rusz Adriana Zandberga, wskazuje, że jednak opowiada się za maksymalnymi prawami jednostki do decydowania o sobie, nawet za cenę zagłady reszty populacji. Miłoszewski zręcznie żongluje nazwiskami – jeden z głównych bohaterów nazywa się Smuga, jak znany wszystkim wielbicielom Szklarskiego przyjaciel Tomka Wilmowskiego, poznajemy Martina Mellera(pewnie w nagrodę za zapraszanie na drugie śniadanie Mistrzów), Natalię Przybysz, w roli wrednej kucharki i rzecz jasna starych znajomych z „Bezcennego”, czyli Zofię, już profesorkę, jej męża, Karola który staje się królikiem doświadczalnym w brudnej grze grupy Smugi, oraz szaloną Szwedkę, władającą więziennym slangiem, jak profesor Miodek polszczyzną.

Co możemy zarzucić tej dobrze się czytającej książce? Wspomniane wyżej mielizny, kiedy to po szalonych przygodach na Syberii, albo po koszmarnym dryfowaniu Zofii na oceanie, tempo siada, a my przyzwyczajeni do ekscesów znosimy niemrawe snucie się bohaterów, jakby wyparowała z nich cała energia. A początek to seria napoczynanych wątków, które wprowadzają rozdrażnienie, ponieważ szybko się kończą, a  ta nielinearność  nie pozwala nam skupić się na jednej opowieści, bo jak wciągniemy się w historię Benedykta, to zaraz potem skaczemy na statek atakowany przez piratów, by po chwili znaleźć się ze Smugą na Sachalinie. Opowieść  faktycznie rozpoczyna się od spotkania Zofii ze Smugą i ich wyprawie na Syberię. Powoli dowiadujemy się o co w tym wszystkim chodzi a pisarz pozwala nam  uczestniczyć w dosyć szalonych przygodach, czy to spotkaniu z dzikim niedźwiedziem, wczesnym rankiem w syberyjskim lesie, czy szaloną jazdą sowiecką buchanką, (znam to uczucie podróżując tym wozem po Olchonie), czy też zuchwałej kradzieży w paryskim muzeum.

Miłoszewski z łatwością potrafi wplątać w akcję wątki współczesne, czy to dając nam refleksję na  temat Olgi Tokarczuk, albo rozśmieszając  wyznawcą pastafarianizmu, czczącego makaron, Pisarz co jakiś czas faszeruje historię taki wtrętami, z jednej strony mobilizując nas do samodzielnego poszukania sobie informacji na podsunięty temat, z drugiej rozbijając podstawową linię narracji, albo próbując nas zadziwić, co nie zawsze się udaje, zwłaszcza kiedy straszy nas końcem cywlizacji.

Zastanawiamy się od samego początku nad znaczeniem tytułu tej powieści i choć każdy podświadomie wie, że w dzisiejszym świecie, wszystko można kupić, to jednak wybór, przed którym stają bohaterowie, wykracza daleko poza proste rozwiązania. C    zy gdybyście mogli uratować świat przed zagładą, zgodzilibyście się na ograniczenie waszej wolności, czy ta cena, którą ludzkość ma zapłacić, jest do zaakceptowania przez dokonujących wyboru bohaterów? To rozdzierające pytanie jest osią tej historii i choć niektórym, stawiającym na sensacyjną akcję, może umknąć waga, jaką stanowi przesłanie tej książki, to jednak czytając uważnie dostrzegamy o jakiej cenie myśli autor. Wbrew autorowi ja bym opowiedział się jednak za wyborem Smugi i przeciwko udręczonej przygodami Zośki-profesorki, której dylematy moralne przeplatają się albo z myślami o defekacji  na środku oceanu, lub niebezpieczeństwu sikania w syberyjski lesie.  Zresztą może dlatego ta na wskroś „nasza” Zośka, piękna i odważna, pociąga za sobą czytelnika, który zdecydowany jest raczej pójść za jej głosem sumienia i nie przychylić się do pomysłów Bogdana Smugi, choćby przez to świat miał wkrótce skończyć się, choć jak często podkreślał pisarz Ziemia sobie jakoś poradzi, natomiast szkoda byłoby gdyby wyginął jedyny gatunek, który potrafi opisać jej piękno.

Siedem lat po „Bezcennym” i trzy po „ Jak zawsze” Miłoszewski zaserwował nam bondowską przygodę, dzięki której zdobędzie nowych czytelników, a jednak wciąż będzie istniała rzesza zawiedzionych i skarżących się, przy byle okazji czytelników,  że  nadal nie wiadomo co dzieje się z ich ukochanym prokuratorem Szackim. Bezapelacyjnie jestem po stronie tych wszystkich, którzy trzy ostatnie książki  autora, zamieniliby na jedną kontynuację „Gniewu”.  I nie zmieni tego nawet zapowiadana ekranizacja „Bezcennego”.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Praga Szczygła, nie Prawda

Mariusz Szczygieł   przygotował własny, przewodnik po stolicy Czech, żeby wreszcie zadowolić tych wszystkich, którzy, nieustannie zawracali mu głowę pytaniami o fajne miejsca w Pradze i do tego pozbawione tłumów turystów. Jak każdy, subiektywny wybór nie musi zadowolić wszystkich, ale założę się, że reklamacji nie będzie, bo autora otacza aura sympatii i jeśli ktoś zetknął się z jego prozą, albo odnalazł go w mediach społecznościowych, to zakochał się w Panu Mariuszu bezpowrotnie, zwłaszcza po zeszłorocznej Nike.

Nigdy nie lubiłem Czechów, zdawali się zawsze tacy wyniośli i jakby lepsi od nas, a przekraczając południową granicę jeszcze za komuny, czułem, że wjeżdżam w cieplejszy i bardziej słoneczny kawałek Ziemi, a te ospałe i leniwe miasteczka emanowały dziwnym spokojem, zaburzonym jedynie tymi okropnymi czerwonymi gwiazdami  i poddańczymi hasłami wywieszanymi gdzie tylko się da. Nie lubiłem tych Czechów, a właściwie Czechosłowaków, stąd do Pragi pojechałem dopiero za Havla i rzecz jasna zaliczyłem obowiązkowe punkty programu z Mostem Karola i Hradczanami, niestety bez wizyty na grobie Franza Kafki, o czym marzyłem.

Jestem gorącym zwolennikiem zabierania w podróż książek związanych z odwiedzanymi miejscami i naprawdę niekoniecznie muszą to być przewodniki. I tak np. na Kubie sprawdziła się  doskonale „Królowa Karaibów” Klementyny Suchanow, tak tej od Gombrowicza, a  jeśli już nie chce Wam się czytać to polecam sprawdzone osobiście wyjazdy do Paryża bez Luwru i wieży, albo Rzym śladami obrazów Caravaggia. Ten przewodnik zapewni Wam przygodę kompletnie odmienną od oczekiwań autorów konwencjonalnych bedekerów

Idea przewodnika Szczygła sprowadza się do pokazania miejsc niekonwencjonalnych, oddających naturę miasta a właściwie Czechów. Nie sztuką jest tutaj wymieniać podrzucane przez autora przykłady miejsc, dzięki którym Praga wyda nam się miastem specjalnym i wartym odwiedzenia. To miasto wielkich literatów i śladami pisarzy można wyruszyć na spacer po mieście. Oczywiście Praga to  miasto Franza Kafki, ze wspomnianym grobem, który doczekał się nawet zdjęcia w przewodniku, a poza tym znajdziemy tam opisane i muzeum i pomniki Franza, z tym dziwacznym opartym na prozie Kafki, który pisał: „I już skoczyłem mojemu znajomemu na barki – z rozbiegu, jakbym to robił częściej – i bijąc go pięściami w plecy, zmusiłem do lekkiego kłusu”. Przyznajmy, ileż trzeba wyobraźni, żeby na podstawie tego krótkiego tekstu przygotować pomnik, w postaci pustego w środku garnituru na którym siedzi pisarz w kapelusiku, jakże inny od naszych wyobrażeń opartych na licznych fotografiach.

Praga to także Jaroslav Haszek, urodzony w Pradze pijanica i sprzedawca psów, którego przygody i ekscesy sam Szczygieł kilka razy opowiadał w te dni, kiedy książka się ukazywała, a pisarz włączył się mocno w jej promocję zwłaszcza na fcb czy Instagramie, opowiadając tym swoim ciepłym głosem  najlepsze  fragmenty z przewodnika, co zresztą będziecie mogli także zaliczyć, kupując chyba w Audiotece wersję audiobookową książki nagraną głosem Szczygła.

Będąc przed laty w Pradze, zaliczyłem także kolejną atrakcję, wyklętą przez Mariusza Szczygła i gorąco odradzaną, czyli zaliczyłem wizytę w knajpie, gdzie podobno codziennie bywał następny pisarz legendarny czyli Hrabal, a ta knajpa nazywa się Pod Złotym Tygrysem, nie pamiętam czy piliśmy tam piwo, co dramatycznie Mariusz odradza – na pewno odwiedziłem tamtejszą toaletę, nie grzeszącą  czystością, z którą związana jest opisana w książce anegdota,  z Hrabalem w roli babci klozetowej.

Przyznaję, że brakowało mi w książce obecności  jeszcze jednego literata, czyli Milana Kundery, ale to osobowość tak bardzo odrębna, że chyba sami Czesi nie chcą go honorować w mieście, w którym mieszkał, ale co się im dziwić, skoro Kundera zabronił tłumaczenia swoich książek na język czeski.  Tak więc taka nieznośna lekkość bytu jest jednak obecna w przewodniku Szczygła, który doskonale się czyta w oddaleniu od opisywanego miasta, a zapewne będzie rozkoszą  czytanie go tam, na miejscu, do czego zachęcam tych wszystkich, którzy najpierw zaliczą jego lekturę w pandemicznym oddaleniu od miejsca przeznaczenia.

Cała książka jest ubrana w żółtą tonację, ma zgrabny format i grube kartki, które nie zniszczą się łatwo od częstego przerzucania, a na wewnętrznych okładkach znajdziemy plan miasta z pozaznaczanymi atrakcjami. Jest też miejsce na notatki , ale idea takich miejsc na zapiski  jest lekko chora, bo cóż moglibyśmy tam notować, własne refleksje czy uwagi do odwiedzanych miejsc i rozczarowania, że np.  tak mitologizowana dzielnica Żiżkov, nie spełniła naszych oczekiwań?

Mnie ten przewodnik nakierował na Ota Pavla, pisarza, który mi się wciąż podsuwa pod oczy, od czasu wydania jego biografii autorstwa Kaczorowskiego, a tutaj w towarzystwie cmentarnym z Franzem Kafką ponownie zainspirował mnie do poszukania „Śmierci pięknych saren”  W przewodniku mamy zdjęcie nagrobka Dr. Franza Kafki w formie  sześciobocznego kryształu, a nagrobek Oty  jak pisze Szczygieł, znajdziemy dwie aleje dalej, ale już teraz można go sobie znaleźć w Internecie i porównać z opisem autora, że przypomina rzuconą na murawę kartkę z podpisem.

Mariusz Szczygieł poprzez swój przewodnik o mieście, zaprezentował nam naturę Czechów, o której często wspomina już bezpośrednio, pisząc o nich, że są narodem dowcipnym, lekko podchodzącym do życia i upartym w tym swoim celebrowaniu weekendów za miastem, piwoszów i trochę szaleńców.

Po lekturze przewodnika zazdroszczę tej czeskiej natury, w akceptacji, nawet najbardziej szalonych i obrazoburczych pomysłów, czy to na pomnik, czy architekturę.  W Polsce nawet zamiar pomalowania kamienicy na jaskrawy, pastelowy kolor, pobudza różne komitety, do obrony  szarości i przeciętności, do końca nie wiadomo dlaczego i po co?

Ci czescy szaleńcy i pijacy, jak autor Szwejka, za którego pogrzeb i trumnę nie miał kto zapłacić, stworzyli z Pragi miasto  magiczne w jakimś sensie przepełnione specyficzną atmosferą, bo nawet patrząc na gmach dworca Masaryka, oczami wyobraźni widzę śmierć jego architekta Jana Pernera, który tragicznie umarł parę miesięcy po otwarciu dworca, nieostrożnie wystawiając głowę z lokomotywy i uderzając nią w slup;

A tak, że tak, jak mawia Zygmunt Miłoszewski – tragikomedia, ten naród, ta stolica  wzbudzą w Was przedziwne uczucia, z dominującą ochotą, żeby zobaczyć te wszystkie dziwne miejsca, opisane przez Mariusza Czechofila.

Ja osobiście chcę wreszcie wyruszyć szlakiem genialnego Franza i choć nie zachował się w Pradze jego rodzinny dom, to jednak muszę w końcu zrealizować młodzieńcze marzenie i odwiedzić jego grób, podobnie jak zobaczyć ten dziwny pomnik siedzącego niby na koniu Haszka, a właściwie to popiersie umieszczone na blacie stołu. A może jak już się uporam ze „Śmiercią pięknych saren”, wezmę się w końcu z te legendarne  „Dole i niedole  dzielnego żołnierza Szwejka”, w nowym tłumaczeniu.

Praga to dla mnie zawsze będzie miasto Franza Kafki, choć po lekturze przewodnika Szczygła, może też być miejscem wyjątkowym, jeśli tylko uda się zapomnieć o spacerze po słynnym moście i wędrówce pod górę na zamek.

Warto jeszcze wspomnieć o zdjęciach Filipa Springera, które nie zdominowały treści, bo są to fotografie zwyczajne, nie jakieś szczególne ujęcia, raczej reporterskie obowiązki, pokazują miejsca czy pomniki, jakby mówiły, przyjedź chłopie i sam to sobie zobacz.

Przeczytałem” Osobisty przewodnik  po Pradze” Mariusza Szczygła, jakbym czytał jego krótkie teksty w Dużym Formacie, co czynię zawsze z niecierpliwością i w radosnym rozsmakowaniu się w stylu, którego warto mu pozazdrościć.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ofiary.

Czytanie o autentycznych zbrodniach, dokonanych obok nas, żyjących względnie normalnie, jest  czynnością na wskroś przygnębiającą. To nie to samo,  co najbardziej perfidne czyny wymyślone przez zdolnych lub mniej, autorów, puszczających wodze wyobraźni, żeby nas nastraszyć  i przyciągnąć do lektury. Prawda, szczegółowo wyłuszczona, opisana z detalami, zdolna jest nas przerazić okrutniej, niż  najkrwawsze bajki.

W książce, gdzie jak podejrzewam, Katarzyna Bonda wykonała najczarniejszą robotę, czyli nadała faktom literacki sznyt i uczyniła historie strawnymi i nadającymi się do czytania, natomiast dr Lach podsunął akta spraw bulwersujących i  pokazujących znaczenie procesu profilowania przy wskazaniu  winnego, dowiadujemy się jak czasem zagmatwane bywają motywy zbrodniarzy, co później przekłada się na wątpliwości śledczych, którzy  te zbrodnie badają.

Pisarka Bonda  siedzi w temacie od lat, powołując do życia najpierw postać Huberta Meyera, poczynając od „Sprawy Niny Frank”, kiedy to ten psycholog zajmuje się sekretami znanej , tytułowej aktorki, jednocześnie  analizując własną duszę. Przyznaję, że sięgnąłem po przygody Meyera, na fali fascynacji  tetralogią Bondy, ale kiedy w powieściach o profilerze zacząłem dostrzegać te wszystkie słabości, które zakwitły  w grubych tomach o Saszy  Zaułskiej, odłożyłem  te pierwsze próby literackie pisarki, nie analizując zbytnio metod pracy irytującego Huberta.

Tym razem skuszony autentycznością zbrodni, przeczytałem o wszystkich tych śledztwach, w których ptofiler Boghdan Lach wykorzystał swoje doświadczenie psychologa śledczego i pomógł wykryć sprawcę.

Jak już wspomniałem zbrodnia wyjęta z prawdziwych akt śledczych przeraża i obrzydza w dwójnasób, choć pomimo tego wstrętu, jest również niezwykle pociągająca dla czytelnika. Babranie się w czyichś brudach, usprawiedliwia nasze małe grzeszki., ale z drugiej strony ukazuje okrutny świat pożądań i nienawiści.

Autorzy przygotowali na początku zagadkę dla czytelników, gdzie zostaje zamordowana  nietuzinkowa kobieta, a czytelnik powinien z opisów otoczenia i zbrodni , wysnuć charakterystykę mordercy. Polecam chwilę zastanowienia i wędrówkę na koniec książki ,gdzie znajdziemy rozwiązanie, przedstawione przez psychologa.

Autorzy wprowadzają nas stopniowo w niuanse pracy profilera, prezentując przypadki zbrodni, szczegółowo zapoznajemy się z okolicznościami, które   zastali policjanci ma miejscu popełnienia morderstwa. Już pierwsza opisana historia  bulwersuje wrażliwego czytelnika – opowiada o zamordowaniu młodej kobiety przez chłopaka, którego ta naiwna osoba powinna się mocno wystrzegać. Początek tej opowieści brzmi jak motto: „ W miłości  zachowaj rozsądek, mawiali starożytni Grecy. W nienawiści-dystans.” Czytamy jak  wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na winnego zabójstwa, a jednak morderca do dziś nie przyznał się do czynu, a wobec braku wyraźnych dowodów, prawo nie jest w stanie  obciążyć go tym czynem, pomimo analizy psychologicznej, która jednoznacznie wskazuje sadystę jako sprawcę.

Opisywane przypadki opatrzone są komentarzami profilera „Ofiara jest jak nitka, która prowadzi do kłębka” i rzeczywiście  czytając  i analizując zachowanie mordowanych kobiet, bo to one głównie są zabujane przez okrutnych samców  i to bardzo często będąc z nimi w zażyłej relacji.

Autorzy prowadzą nas opisami charakterystycznych zbrodni, na co wskazują tytuły rozdziałów, a więc mamy zaginięcia, które w podsumowujących komentarzach Bonda i Lach  przybliżają posługując się też tabelami i zestawieniami, jakby liczby mogły dodatkowo coś wyjaśnić – ten zwyczaj posługiwania się danymi statystycznymi, należy jednak potraktować jako li tylko ciekawostkę, ponieważ esencją tej książki są szczegółowo opisane zbrodnie. Kolejne rozdziały zapoznają nas z przypadkami samobójczymi oraz sprawami niewykrytymi. Są też rzecz jasna opisane czyny seksualne, jako podłoże motywujące zabójców. Jak w każdej dobrze opracowanej publikacji znajdziemy na końcu bibliografię a dla uciemiężonych kobiet wyszczególnione ośrodki świadczące pomoc ofiarom przemocy w rodzinie, co dodatkowo utwierdza  nas w przekonaniu, że ofiarami mordów w Polsce, w przeważającej liczbie, są kobiety.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pilch umarł w piątek

Czego spodziewałeś się zamawiając najnowszy tom z felietonami Jerzego Pilcha, pod kuszącym tytułem „60 felietonów najjadowitszych”? Każdy średnio inteligentny miłośnik prozy ewangelika z Wisły, wie doskonale, że żadnych nowych felietonów tenże nie popełnił od dawna, a jedyną ostatnio formą wypowiedzi jego, jest wydawany od grudnia 2009 roku Dziennik, który doczekał się już tomu trzeciego i kiedy wszyscy niecierpliwie czekamy, na kolejny tom, w którym autor niewątpliwie będzie pastwił się nad rządzącą ekipą, nie tyle  z powodu jej na ten przykład nielubienia ideologicznego, ile raczej z powodów, na które ten wnikliwie obserwujący pisarz szczególnie reaguje, a mianowicie  ze względów głupich uczynków onych.A tu teraz twarda oprawa i najjadowitsze w tytule,
jakby jakieś inne mogły wychodzić spod pióra  tego prześmiewcy, który uwielbia znęcać się soczystymi frazami, szczególnie nad prozą kacyków pod kuratelą władzy, niekoniecznie grafomanów, a raczej brnących w jakieś meandry twórców literatury, zagubionych w przekonaniu o własnej oryginalności. Ale o tem potem…

Tak więc podniecony możliwością czytania Pilcha dotąd nieznanego  chwyciłem się za ten egzemplarz, gdzie sprytny wydawca wepchnął  felietony dobrane tendencyjnie i ze złą wolą, a także z szeregiem jeszcze gorszych przywar, wymienionych bezwstydnie tylko po to, żeby wywołać ferment u potencjalnego czytelnika, bardziej takiego, któremu nazwisko Pilch kojarzy się bardziej z pijanym Więckiewiczem w filmie „Pod Mocnym Aniołem”, niż z literackim koneserem Pilchowej frazy.

Otóż jestem idealnym odbiorcą tego tomu z kilku przyczyn, o których wcale nie muszę pisać, jednakże kierując się wrodzoną złośliwością,  zaraz je tu wszystkie wymienię: bo lubię czytać Pilcha dla jego ironii i talentu literackiego, bo mam jego wszystko prozą, natomiast żadnego tomu felietonów, które regularnie wydawał od „Rozpaczy z powodu utraty furmanki” z 1994 roku, aż po „Pociąg do życia wiecznego” z roku 2007,bo te felietony jakoś tak na mnie czekały, ponieważ w czasach, kiedy Pilch je pisał czy dla Tygodnika Powszechnego czy Polityki ja za Pilchem się nie oglądałem, ja nawet za nim nie szalałem, czy raczej nie przepadałem nawet. Mogłem sobie te tomy ze zbiorami gazetowych felietonów zamówić po jakichś allegrach czy innych antykwariatach, ale miałem i zapewne dalej mam przekonanie, że czytanie  rzeczy pisanych na zamówienie w określonym czasie i odnoszących się do chwili, w której powstawały, to jest nie przymierzając musztarda po obiedzie, a nawet bym napisał bezwstydnie, po kolacji. A jednak to się czyta z jakąś perwersyjną przyjemnością, żałując jednocześnie, że  minęły już czasy komentarzy pilchowych, znajdowanych w tygodnikach bardziej lub mniej kolorowych. Zapewne autorowi się już nie chce komentować, bo nie wątpię, że kilku Naczelnych dzwoniło w tej sprawie do Pana Jerzego i tylko ciekawość mnie zżera, o jakich kwotach była rozmowa?

No i umarł, z zaskoczenia umarł, w grudniu przeprowadził się do Kielc, bo tam łatwiej  poruszać się na wózku;   A do tego dopiero teraz jakby wychynęła  Kinga Strzelecka, jego wielokrotnie młodsza i ładniejsza żona, z którą podpisywał ostatnie teksty z Polityki.

Czytam te wszystkie felietony, zgromadzone w wybranej sześćdziesiątce, co okazała się ostatnią za życia wydaną książką, którą mógł sam podpisywać. Nie ma tego jak komentować, bo Pilch stał się klasyką, urósł nagle w komunikatach i serwisach, bo umarł, zaskoczył wszystkich a najbardziej pewnie siebie, bo jak pisał i mówił wszystkim: nam wydaje się, że jesteśmy nieśmiertelni, a tymczasem rozczarowanie, że już… Gdzie i kiedy przeczytamy ostatnie teksty , te kieleckie i pisane u boku Kingi? Czy ona jest tą młodą żoną Weroniką, z którą opisywał się  w „Żółtym świetle”? Kiedy czytałem ten fragment o zmaganiach nieproporcjonalnych wiekowo małżonków, nie do końca wierzyłem w autentyczność autobiograficzną- stawiając raczej na opisanie czegoś co jest fikcją stworzoną dla literatury, a tu jednak prawda w sensie ścisłym. Pisarz z Wisły umarł w Kielcach, do końca świadomy i  z żoną u boku, jakby sam opisał to wydarzenie, jakby z tego zażartował, czy ironizowałby  bardziej na temat tych Kielc, czy prędzej przygotowywałby swą luterską duszę na spotkanie z wiecznością, czy też ulubionym Schulzem?

I te wszystkie ciekawostki o nim, które teraz wychodzą we wspomnieniach, że ten wózek  inwalidzki to przez upadek jakichś i konieczność przeprowadzki do rodzinnego domu Kingi i pisanie na koniec o dramacie niepełnosprawnych, zamkniętych w domach…

Od piątku staram się czytać wszystkie okolicznościowe teksty  o Pilchu i trochę ciekawostek przedostało się przez niezmiernie wkurzające artykuły w każących sobie płacić internetowych wydaniach gazet, co jest okropnie frustrującym zajęciem, kiedy Po przeczytaniu dwóch pierwszych zdań, reszta tekstu znika. Przekornie zrozumiałem, że wolę kupić wydanie papierowe, niż dać się nabrać na zapłacenie internetowej prenumeraty, kiedy jestem zainteresowany jedynie konkretnym artykułem. Rozumiem, że teraz wydawnictwa  zarabiają głównie na internetowych wydaniach, stąd ta podstępna walka o klienta.

60 felietonów najjadowitszych” przeczytałem ze smaczną przyjemnością, choć wolałbym je znajdować na gazetowych kartach w czasach kiedy tam regularnie się ukazywały. Tygodnika Powszechnego nigdy nie czytywałem, choć pamiętam pokazywane mi przez kolegów egzemplarze  w końcówce komuny, gdzie wyraźnie redakcja informowała o ingerencjach cenzury. Nie czytałem Tygodnika, ale wydane w 1994 roku felietony jako:” Rozpacz z powodu utraty furmanki, mogłem już nabyć, bo zostały wydane zarówno przez WL jak i przez Znak, no ale  wówczas Pilch nie był w panteonie ulubionych autorów.  W tym zbiorze szczególnie zajmował się Pilch polityką i snuł własne rozważania o aktualnej kondycji politycznej kraju, a obok tego jest np. felieton o Ludwiku Stommie     ( zmarłym dwa miesiące przed Pilchem), a także niejako na czasie przypomniany kawałek o tytule: „Beznamiętny opis lokalu obwodowej komisji wyborczej.” Czy też jakoś znowu aktualny tekst o upapraniu” komunizmem, wówczas pisany w atmosferze wywlekanych teczek agentów. Mamy też wyjątkowo zjadliwe teksty  o generale Jaruzelskim, cz też opowieść jak to Kieślowski filmem Niebieski robi pisarza „ w trąbę”

Wyjątkowe teksty znajdziemy w przepisanych tutaj z taśm pamfletów wygłoszonych na słynnych  spotkaniach „ NaGłosu” mówionego, gdzie Pilch ironizuje na temat  twórczości Józefa Ozgi – Michalskiego czy też  „Spiskowców:” Machejka; zresztą Władysława Machejka  Pilch upodobał sobie szczególnie, wspomina też o nim przy okazji wydania Poczty literackiej Szymborskiej, która ukazywała się w czasach kiedy  był on redaktorem naczelnym Życia Literackiego. Gazeta, którą osobiście bardzo lubiłem, o szerokim formacie i rozpostarciu, z głęboko czerwonym tytułem, podobnym do poglądów naczelnego. Felieton o podstępnym tytule: ”Oddzielić ziarno od Maciąga”, powstał już po przeniesieniu się Pilcha do Warszawy i pisaniu dla „Polityki”; W tym wyborze z książki: ”Tezy o głupocie, piciu i umieraniu”, szczególnie warto przypomnieć  felietony o zielonych zębach Przewodniczącego Mao, czy też o guziku opisanym przez Wiesława Górnickiego, z którego książki „Teraz już można” Pilch wywleka co lepsze kawałki.

Na koniec mamy wybory z „Upadku człowieka pod Dworcem Centralnym” oraz „Pociągu do życia wiecznego”, Te już najbardziej aktualne felietony, przynoszą perełki w postaci ”Pierwsza  pielgrzymka Jarosława Kaczyńskiego do ojczyzny”  i przychodzi nam żałować, że raczej nie poznamy ostatnich pomysłów pisarza na opisanie rzeczywistości, nie tylko w czasach zarazy, choć  w tym ostatnim tekście , który przeczytacie jeśli wykupicie dostęp do cyfrowej Polityki, Pilch przywołuje nie tylko dramaty niepełnosprawnych, uwięzionych w domach, ale również wspomina o rapującym o mgle prezydencie.

Trzeba się bronić przed pisaniem nekrologu pisarza, co uczyniło już tak wielu. Pilch był lubiany nie tylko poprzez swoją twórczość, ale głównie dlatego że był sympatyczny i dobrze się z nim gawędziło.

Dla mnie szczególną informacją z tych okolicznościowych tekstów, był fakt  używania przez Pilcha, o czym wspomniał  czuły na tym punkcie Michał Witkowski,  perfum Chanel Egoiste, których sam jestem fanem. To rzecz jasna mało, żeby doszukiwać się jakiegoś powinowactwa, ale nagła śmierć Jerzego Pilcha  ubodła mnie szczególnie, bo poczułem się jakbym stracił kogoś bliskiego, zwłaszcza , że należał  on do tych nielicznych, obok których chciałbym stanąć i poprosić o autograf, a może nawet zamienić kilka słów, co już się nie wydarzy na tym świecie, dlatego niecierpliwie będę czekał na wydanie ostatnich tekstów, które z pewnością Kinga Strzelecka czym prędzej przekaże wydawnictwom.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | 1 komentarz

Czerwony świt i Skaza

Zachciało  mi się wreszcie czegoś normalnego, jakiejś historii kryminalnej, współczesnej, i najlepiej sprawdzonych autorów.

Najnowszą przygodę z Niną Warwiłow Jędrzeja Pasierskiego miałem obiecaną z Wydawnictwa Czarne, ale chyba dziewczyny zapomniały i książka nie dotarła, mówi się trudno  i składa zamówienie w Bonito, które  dwa kroki ode mnie otworzyło swój punkt, wystarczy jedynie przejść przez podwórko, co doskonale zachęca do zakupów, a ponieważ przy okazji natknąłem się na pierwszą część kryminalnej sagi  z Bernardem Grossem Roberta Małeckiego, więc z miejsca zamówiłem zarówno „Czerwony Świt”, jak i „Skazę

Niecierpliwiłem się lekko mając te dwie książki obok siebie, dlatego zacząłem je czytać równolegle i pomimo kompletnie różnych opisywanych światów, jakoś te dwa przeciwstawne nastroje zaczęły na siebie zachodzić, dając czytelnikowi dziwny konglomerat, splątane aury, hipsterskiej,  warszawskiej Pragi i prowincjonalnej Chełmży, a więc wielkie miasto ze swoimi knajpami i klubami zazębiło się ze skutym lodem jeziorem, gdzie na łódce zwłoki bezdomnego, a w Warszawie trup młodej celebrytki o hebrajskim imieniu.

Pasierski pokazał miasto  w odsłonie przystępnej dla młodych beneficjentów  nowych czasów, gdzie króluje dobra zabawa w asyście muzyki, używek, drogich apartamentów i łatwych pieniędzy, a wiadomo, gdzie kasa, tam też niezdrowe przyzwyczajenia. Czytając te dwie przygody, zauważyłem, że ugrzęzłem jednocześnie w obu, w tym samym momencie, jakby to nie była wina autorów, ale po prostu takie ułożenie gwiazd sprowadziło przygnębienie, co odbiło się na odbiorze lektury – a jednak to był błąd, żeby czytać je razem, pozbawiłem się rozsmakowywania nie tylko w opowiadanych historiach, ale przede wszystkim nie wchłonęła mnie aura czy to opowiadania, czy nawet stylu autorów. A kiedy w tym samym czasie  obie powieści zaczęły osiadać na mieliźnie, ciężko było na raz przezwyciężyć dwa rozczarowania – na szczęście były to chwilowe kryzysy i obaj autorzy wzięli się w garść i wyszliśmy wszyscy rychło na prostą…

Małecki już dawno wciągnął mnie w życie Bernarda Grossa,  o którym wiedziałem prawie wszystko będąc po lekturze „Wady” i „Zadry”, a czytając pierwszą część  wiedziałem co się stanie z Otrębą i jakim typem kobiety jest Skalska. „Skaza”, ma wszystkie niedoskonałości części kolejnych, a ponieważ jest wymyślona pioniersko, byłem skłonny łatwiej przymykać na nie oczy; konflikt Bernarda z synem doprowadzi Was do szału, a jeśli jeszcze natkniecie się na te modelarskie wstawki, to może być niezły argument, żeby książkę odłożyć. Małecki opowiada historię niespiesznie, a chybionym zdaje mi się  pomysł z przeplataniem teraźniejszości z tym co wydarzyło się dziesięć lat wcześniej. Nad komisarzem wisi widmo napadu na żonę, po którym zapadła w śpiączkę – pomimo interwencji Grossa, niefortunnej zresztą, po której czuje się winnym zabójstwa niewinnej kobiety, policjant próbuje ułożyć sobie na nowo życie z ostentacyjnie uwodzącą go bibliotekarką.  Osią opowiadanej historii jest tajemnicze zniknięcie  przed 10 laty małżeństwa Tarasiewiczów i ich przyjaciółki, oraz pojawienie się obecnie ciała bezdomnego, którego Gross identyfikuje jako zaginionego Tarasiewicza, pomimo niewystarczających na to dowodów, oraz mataczenia syna zaginionych. Gross uparcie prowadzi  dochodzenie i tutaj mamy żmudne dociekania, dzięki którym policjant jest cenionym śledczym, pomimo  własnego,  raczej smutnego, przegranego życia, gdzie radością codzienną jest chleb z pasztetem i herbata Lipton, której picie sprawia komisarzowi dziwną przyjemność.

U Pasierskiego nie ma niuansów i żmudnego myślenia o zbrodni, Warwiłow miota się pomiędzy pracą a osobistymi problemami z mężczyznami, córką i tajemniczym ojcem, którego przeszłość próbuje wyjaśnić. Zadziwiająca relacja z mającym rosyjską i mroczną historię ojcem rozdziela powieść na tę kryminalną i śledczą partię, która niejako wyjaśnia się sama, ponieważ autor dostarcza nam coraz to nowe motywy i czasem czujemy się jak w kryminale Agaty Christie, mając wąski krąg podejrzanych i ofiarę, której pozbyć mógł się jedynie ktoś z tego ograniczonego kółka przyjaciół otrutej celebrytki.  Ten schemat zbrodni i podejrzanych jest zawsze sporym wyzwaniem dla pisarza, który go wymyśla. Pasierski dał swoim bohaterom szerokie pole do zaprezentowania motywów, dla których mogliby się  skusić do zamordowania Sary, a jednak ostateczne rozwiązanie  rozczarowuje, gdyż pisarz tak mocno udramatyzował finał, że przychodzi nam wątpić w prawdopodobieństwo wydarzeń. Przez cały czas udawało  mu się podsuwać nam potencjalnych sprawców i jeśli tylko eliminował jednego, natychmiast podstawiał nam kolejną historię, w której ofiara miała uzasadnioną możliwość zginąć z ręki  tego, którego motywy dostawaliśmy jak na tacy.  Ale taka gra jest dla wyrobionego fascynata kryminałów czymś poniżej jego ambicji. Chciałoby się jednak czegoś bardziej zasupłanego, co zmusiłoby nas do zabawy w przypuszczenia, kto zabił.

U Małeckiego, z kolei historia zapętla się tak skutecznie, że w końcu,  rozwiązanie da się przewidzieć, to droga do niego usiana jest wydarzeniami, które niecierpliwią, ekscytuje nas bardziej osobiste życie komisarza, jego udręka  samotności i siermiężność codzienności. To jest atut Małeckiego, ponieważ w końcu los policjanta zaczyna obchodzić nas bardziej, niż intryga, którą stara się wyjaśnić.

Czyje przygody wciągają nas skuteczniej – trochę szalonej Niny, czy nudnego Grossa? Historia tego ostatniego pochłonęła mnie już wcześniej i znam jego dalsze losy, choć zapewne Małecki już szykuje najnowszy tom, który wyjaśni  te wszystkie zagadki z życia komisarza, rozwiąże ten denerwujący konflikt z synem i leżącą w śpiączce żoną, na co czeka zaborcza bibliotekarka.

A co zrobi Pasierski?. Czy oderwie się po raz drugi od Niny Warwiłow jak to zrobił po „Roztopach” i zaserwuje nam coś w stylu „W imię natury”.  A może Warwiłow wyjedzie za autorem do Wrocławia, gdzie właśnie z warszawskiej Pragi wyemigrował. Jeśli Pasierski już rozgląda się po swoim nowym miejscu zamieszkania, to pisząc kryminał  z Wrocławiem w tle może zdystansować w lokalnej popularności zarówno niepodważalnego króla kryminału wrocławskiego jakim jest Marek Krajewski, jak i resztę autorów, którzy związali swoje losy z Dolnym Śląskiem, czego  mu szczerze życzę, bo Warwiłow naprawdę przyda się świeży oddech  i zmiana klimatu, a z pewnością nowy mężczyzna pomoże jej stać się lepszym śledczym.

Małecki i Pasierski wyrośli na autorów, po których sięgam bez namysłu, pewien, że dostanę sprawdzoną jakość i ulubione klimaty, w których umieścili swoich niebanalnych bohaterów.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zrozpaczony Kafka

Przytaczając powyższe pandemiczne rodzaje aktywności, zapomniałem, że moim zamiarem było opisanie własnego zaangażowania literackiego, czyli określenia własnych lektur w tym nieznośnie zatęchłym czasie, kiedy nie trzeba jechać do pracy, a zakupów nie zrobisz między 10 a 12. Na początek potrzebowałem odskoczni, czegoś przyjemnego i prostego, a nie miałem nic takiego z bieżącej oferty, więc w jakimś odruchu dopadłem „Bezcennego” Miłoszewskiego, zwłaszcza, że autor zapowiada ciąg dalszy przygód bohaterów „Bezcennego”, co może będzie miało tytuł „ Kwestia ceny i ukaże się 17 czerwca. Pamiętam, że przy pierwszym czytaniu  grymasiłem nie kryjąc rozczarowania, ale tym razem wciągnąłem się w ten wir sensacyjnej historii, która doskonale zamaskowała myśli o przyszłości w czasach zarazy. Żeby jednak nie było zbyt miło i cukierkowo, wywlokłem z tylnych półek, zapomniane przecież, bo dawno zaliczone, w czasach kiedy mięso było na kartki „Listy do Felicji” ukochanego Franza Kafki. Wprawdzie moim  pierwotnym zamiarem było wrócić do jego „Dzienników”, ale niestety, po przeprowadzonej jakiś czas temu zmianie w ułożeniu księgozbioru, te tomy znalazły się w miejscu, którego przy pomocy wspomnień, a nawet przeczuć nie jestem w stanie odnaleźć.

Franz poznał Felice u Maxa Broda w sierpniu 1912, a we wrześniu już do niej napisał pierwszy list i proszę sobie wyobrazić zdumienie adresatki, kiedy nagle zaczęła dostawać listy od facecika, którego ledwo co pamiętała, i który w tych listach wypisywał jakieś niestworzone dyrdymały. Felice to była prosta dziewczyna, raczej nieładna, co widać na zdjęciach: płaska twarz z brzydkimi, ostrymi zębami i Kafka w dzienniku, po spotkaniu potraktował ją raczej obojętnie; pisał, że zobaczył ją przy stole i wyglądała jak służąca, nie był zupełnie jej ciekawy, koścista twarz, wystawiająca swoją pustkę, odsłonięta szyja i ubranie pospolite, choć miało być raczej odświętne, złamany nos, sztywne blond włosy, bez uroku, mocny podbródek; pisząc pierwszy raz o niej nie skończył zdania, podobnie jak żadnej swojej powieści, co może ,ale nie musi coś znaczyć. – a jednak postanowił do niej napisać i rozpocząć ten ciąg znajomości, z licznymi wyznaniami i podwójnymi zaręczynami i zerwaniami.

Zastanawiałem się w trakcie lektury pierwszych listów Kafki, nie tylko nad tym, co ta zwyczajna  kobieta myślała wówczas o całej tej absurdalnej sytuacji, która nagle zaczęła przeradzać się w wyznania miłosne i to obustronne, o czym świadczą  reakcje Franza w jego listach, bo niestety listy Felice , Franz zniszczył osobiście, więc z pewnością nie cenił jej epistolarnej  twórczości i ważne były one dla niego w momencie kiedy je otrzymywał.  Felice zapewne szybko wyrzuciła z głowy tę absorbującą znajomość, wyszła za mąż  uciekła przed faszystami do Ameryki, tej samej, o której jej wtedy Franz pisał, informując o swojej nowej powieści, zawalając na pisanie noce całe i wydzierając z godzin przeznaczonych na pisanie powieści, minuty na korespondencję z tą dziewczyną z Berlina. Czy zdziwiła ją późniejsza sława niedoszłego męża, czy widziała jego książki w księgarniach? Podobno nie chwaliła się nikomu tą znajomością. Parę lat przed swoją śmiercią w roku 1960,  za pięć tysięcy dolarów sprzedała listy Kafki, a pieniądze pomogły jej  w rehabilitacji, bo była mocno schorowana pod koniec życia.  Być może też dzięki tej kasie, swoje muzyczne aspiracje zrealizował jej praprawnuk niejaki  Adam Green, podobno popularny w Niemczech wokalista Indie folk.

Dokładną analizę  tej korespondencji znajdziemy na końcu II tomu, a dokonał jej sefardyjski Żyd Elias Canetti   i zatytułował: ”Jeszcze jeden proces Kafki”, myśląc zapewne o tym żałosnym zebraniu 12 lipca1914 roku, który Canetti nazywa sądem askańskim, ponieważ odbył się w Askańskim Dworze  i zakończył się zerwaniem narzeczeństwa.  Sczegółowa analiza Canettiego daje nam wyczerpujący portret obojga, ale rzecz jasna pokręcona osobowość Kafki jest tu zdecydowanie dominująca i na niej skupia się noblista. Niewątpliwie znajomość z Felice Bauer zainspirowała Kafkę do napisania wielu stron, zaczynając od natchnienia przy pisaniu „ Wyroku”, poprzez „Przemianę”, no i po sądzie askańskim, przerażający w swoim finale „Proces”, kiedy to Józef K. w milczeniu i bezwolnie zostaje prowadzony na miejsce egzekucji, a to milczenie jest tożsame z milczeniem pisarza, w czasie kiedy to Felice oskarżała go na „sądzie”, a on nie odezwał się nawet słowem.

Uderzający jest ten skowyt pisarza,  na początku korespondencji, który nie może znieść milczenia adresatki listów, wysyła do niej po dwa listy dziennie i oczekuje, że Felice zrobi to samo, ta jednak zanim wciągnie się w ten kołowrót  i zrewanżuje pisarzowi tym samym, nie rozumie tego uczucia przypadkowo spotkanego chudzielca. Kafka żebrze o list, a jej milczenie doprowadza go do rozpaczy. Kto  kiedykolwiek się zmagał z tym uczuciem odtrącenia, kiedy bliska osoba uporczywie nie odpowiada na nasze prośby o kontakt, ten wie jakie spustoszenia w psychice to wywołuje.  U Kafki zaowocowało to napisanym w jedną noc opowiadaniem „Wyrok”, a później na fali korespondencyjnie wzbieranego uczucia pisze arcydzieło, czyli „Przemianę”; to właśnie ta brzydka Żydówka  wyzwoliła w umyśle Franza  przerażającą wizję, którą opisał w fascynującym tekście o młodym akwizytorze, który pewnego ranka obudził się  zamieniony w robala, chociaż  już Nabokov udowodnił,  że  w przyrodzie takiego karaluchowatego stwora nie ma, i że jest on raczej wymysłem udręczonej głowy Kafki.

Felice Bauer urodziła się niedaleko, w Prudniku  ( Neustad) na Górnym Śląsku, a całe jej życie naznaczone było wszystkimi tymi cechami, które w niej podziwiał Franz, a więc była pracowita, wytrwała i gospodarna. Gdyby Kafka się z nią ożenił zadusiłaby go swoją praktycznością. On musiał pisać, najlepiej nocami, kiedy nikt mu nie przeszkadzał. Harmonogram swojej doby nieustannie opisuje podwójnej narzeczonej, jakby szykował ją do uświadomienia sobie tego, że życie z takim wybrykiem natury, nie przyniosłoby jej nic dobrego. Kafka nieustannie poniża się w tych listach i odsłania wszystkie słabości, od chudego wyglądu, kiepskiej garderoby i słabego zdrowia. Największą jego przywarą jest jednak konieczność pisania i tutaj nie przewiduje kompromisów, tak jak ułożył swoją dobę podzieloną na znienawidzoną pracę w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków przy Pracy  na Królestwo Czech, sen, spacery oraz nocne pisanie, tak  usilnie chce bronić tych wyjątkowych chwil ciszy i samotności gdy pisze.

Kafka  tę dziewczynę wykorzystał, potrzebna mu była jej bezpieczna  nieobecność, niewymagająca pospolitość i to, że mogła odbierać jego skargi i zmagania z codziennością, w których zawsze skazany był na porażkę. Z listów  wiemy jak wyglądał jego pracowity dzień, dowiadujemy się o zwyczajach i przyzwyczajeniach, o umiłowaniu chłodu, niezwykłej chudości ciała i diecie.

Bo Kafka zarzuca wówczas dziennik,  15 sierpnia 1912 roku po raz pierwszy wypisuje tam jej inicjały F B,  a potem jest ten fragment, gdzie poniża ją w swoich oczach pisząc jak jest pospolita, ale nagle odkrywa, że jest ona jego przeznaczeniem, w tym czasie  i woli już skarżyć się tej nieznajomej dziewczynie i na jej barki zrzucać wszystkie swoje biedy i udręki, zarówno codzienności jak i te pisarskie. Wciąż niepewny własnej wartości szuka też u Felice, uznania, ale cóż ona mogła zrobić z tą hermetyczną prozą, z której zapewne nic nie rozumiała. A  on ciągle pisze, w amoku i bezpiecznie umocowany  w swoim oddaleniu, jęczy  i skarży się, a ona trochę stara się nadążyć, ale ich światy nie przystają do siebie, więc on pisze już trochę spoufalony, ale dalej przerażająco  dziwny: „ Najdroższa, com Ci uczynił, że tak mnie męczysz?.Dziś znów nie przyszedł żaden list. Jak Ty mi każesz cierpieć! Podczas gdy jedno pisane słowo od Ciebie mogłoby mnie uczynić szczęśliwym! Masz mnie dość, nie ma innego wytłumaczenia, nie jest to w końcu nic dziwnego, niezrozumiałe jest tylko, że mi tego nie piszesz. Jeśli mam dalej żyć, nie mogę tak jak w ciągu tych ostatnich nie kończących się dni daremnie czekać na wiadomość od Ciebie. Ale nadziei, że dostanę od Ciebie wiadomość, tej nadziei już nie mam.”

Dla artysty takie cierpienia bywają pożywką, pospolitych zjadaczy chleba doprowadzają do szaleństwa. Kafka i tęskniący  do Teresy Wojaczek zachwycili po czymś takim literaturą, a reszta pomstuje w skrytości, zastanawiając się nad sensem wszystkiego.

Das Urteil”. Czyli „Wyrok , opowiadanie które napisał podczas jednego posiedzenia w nocy z 22 na 23 września 1912 roku, to przełom w jego twórczości. Uważał „Wyrok” za jedno z najbardziej udanych swoich dzieł,  a moment tworzenia, ten trans pisarski, za najbardziej pożądany. Zadedykował je Felicji, z którą waśnie przeżywał epistolarny romans. Można więc powiedzieć, że pomimo swojej prostolinijności  kobieta ta przydała się światowej literaturze i zapewne jest bardziej zasłużona niż powiedzmy Murakami, bo jeśli jeszcze do tego dodać blisko 500 listów napisanych przez 5 lat ich zażyłości, to widać, że zainspirowała największego pisarza XX wieku, a za to należało się jej znacznie więcej niż te marne pięć tysięcy dolarów

Felice Bauer jest obecna w literaturze, choć nie miała takich ambicji. Czy była dumna z tej paroletniej znajomości z kimś, kto jeszcze za jej życia stał się sławnym i cenionym pisarzem, którego wartości kiedyś nie dostrzegała – czy świadomość z kim obcuje zmieniłaby jej podejście do tego niezwykłego i dziwnego człowieka? Szkoda jej listów, które Kafka osobiście zniszczył i nie dowiemy się co wówczas myślał i czuł, czy trochę podczytywał podczas ich palenia czy po prostu bezmyślnie wrzucił je w ogień. A może darł je po kawałku, zastanawiając się gdzie byłby w tej chwili, gdyby się jednak ożenił z tą prostolinijną kobieciną.

Spośród tych kilku kobiet w życiu Franza, Felice była chyba najważniejsza i choć prawdopodobnie udało im się skonsumować to narzeczeństwo podczas 10 dniowego pobytu w Marienbadzie, od 3 do 13lipca gdzie pierwszą noc  on spędził w jakimś pokoju w oficynie, a następnie przenieśli się do innego hotelu, gdzie zajmowali oddzielne pokoje blisko siebie. Pierwsze noce wspominał fatalnie, z bólem głowy i w rozpaczy. Potem spędzili kilka najszczęśliwszych dni, które w dzienniku podsumował  wspominając wcześniejsze przygody z kobietami;  w Zuckmantel, ze Szwajcarką w Rivie, raz kobieta była starsza i doświadczona, a ta druga to prawie dziecko. Tylko z Felicją zdawało się to być naturalnym i jak napisał otworzyła się wówczas jej kobieca głębia, cokolwiek to znaczy.  Oczywiście zaglądanie Franzowi do łóżka jest lekko żałosne, ale wobec tylu opracowań dotyczących jego osoby, nie zdziwiłbym się, gdyby powstało „dziełko” pt: „życie seksualne Franza Kafki”, zwłaszcza, że takiego życia praktycznie nie miał.

Nie doczytam teraz tych listów do końca, traktując je jedynie jako przypomnienie i powrót do dawnych fascynacji.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pandemia literacka

A więc jest ten historyczny moment, o którym nie marzyli nawet najbardziej ponurzy, zanurzeni w swojej depresji, ten czas nic nie robienia, oprócz klaskania po balkonach i szycia maseczek, w których można śmiało napadać na najbliższy bank PKO BP. I w tym homeoffisie co niektórzy pisarze postanowili nie zasypiać gruszek w popiele i ruszyli w tango pisarstwa kwarantanno- epidemiologicznego; Ta okazyjna proza pociągnęła mnie tylko w trzy strony, choć zapewne mogłoby być ich więcej, gdyby tylko chciało mi się szukać. Wybrałem jedynie autorów, których twórczość jakoś tam była mi bliska, choć nie do końca podziwiana, jak to jest w przypadku Wojciecha Chmielarza, który kiedyś mi się spodobał a następnie jakoś spsiał w swej prozie kryminalnej i wydał m się jakimś naburmuszonym pozerem, którego lektura przestała mnie bawić a jedynie irytuje; Pan Wojciech pisze na swoim fcb historię karkonoską, w konwencji westernu, z przybywającym znikąd bohaterem, który w towarzystwie funkcjonariuszki ABW poszukuje niejakiego Prostego, sprytnie radząc sobie z miejscowymi gangsterusami, którzy z kolei mają na głowie konkurentów Romów  i niestety czeską mafię. To się dobrze czyta, choć widać, że pisane jest to na chybcika i bez cyzelowania, więc cała nadzieja w pomysłowości Chmielarza, w tym, żeby historia rozwijała się logicznie, co udaje się średnio, ale z racji pandemicznych , można dać sobie spokój z krytyką.

Kolejną zabawę zaproponował Grzegorz Kalinowski, a jego powieść w odcinkach nosi tytuł „Kwarantanna” i jak to autor dowcipnie zaznacza, pisze ją z obawą, że ktoś, np. Remigiusz Mróz  wpadł na ten sam pomysł, a po nim można się przecież spodziewać wszystkiego, zwłaszcza po rozstaniu z taką kobietą jak Katarzyna Bonda, nawiasem mówiąc ciekawym byłoby przeczytać  miłosną sagę , stworzoną przez Remigiusza na podstawie własnych, ostatnich doświadczeń, zostawiając na boku patologiczne ekscesy Chyłki. ”Kwarantanna” zaczynała się obiecująco, gromadząc w tatrzańskim pensjonacie prowadzonym  przez parę gejów, towarzystwo zmuszone przebywać ze sobą, pomimo radykalnie różnych poglądów  i środowisk, z których się wywodzą, a więc mamy tu typowego Polaczka, zadufanego w sobie homofoba Andrzejewskiego wraz z rodziną, który uprzedzony  przez znajomego polityka,  jeszcze przed wybuchem epidemii zamienił niedochodową produkcję na wyrób maseczek ochronnych, jest dwójka osobników, którzy niewątpliwie coś knują, ale to tylko pretekst do nakreślenia wizerunku  gangsterskiego jednego z nich, no i w tych opowieściach więzienno, kryminalnych, Kalinowski jest najlepszy. Reszta postaci z pensjonatu , jest tylko tłem dla wydarzeń, które się powoli rozkręcają, bo i poza pensjonatem dużo się dzieje. Kalinowski zdaje mi się lekko ugrzązł  i coraz mniej chętnie wracam do tej historii, ale może jeszcze się rozkręci  bo jak pisze Masłowska: „wymuszony przez pandemię post konsumpcyjny powoduje lawinę objawień duchowych” i proza Kalinowskiego dotąd niewznosząca się za bardzo w regiony gdzie poczulibyśmy choć trochę magii, w końcu ruszy z miejsca, czyli raczej niech w tej „Kwarantannie” coś się zacznie dziać…

Najciekawszą próbą odnalezienia się pośród mroków nieróbstwa, przełożenia Jazzu nad Odrą i zawieszenia możliwości wyjścia z domu, bo wszędzie odnajdują cię napisy, na murach, na niebie i w TV „zostań w domu”, więc pozostaje niewątpliwa przyjemność czytania odcinkowego opowieści snutej niespiesznie przez Szczepana Twardocha i Łukasza Orbitowskiego, pod parszywie brzmiący tytułem: „Na zarazę Zarazek”. Ta ”improwizowana powieść w odcinkach”, pisana jest naprzemiennie przez obu autorów, po jednym rozdziale i mam wrażenie, że chłopaki dobrze się bawią, kiedy pisząc własny kawałek, starają się tak zagmatwać wydarzenia, żeby kolega zmuszony dopisać ciąg dalszy, miał z tym jak najwięcej kłopotów. Niejaki Ronald Pancerny zakosił kupę szmalu z CBA, którego był pracownikiem z zamiarem zwiania z kraju  na Teneryfę wraz z żoną, której chciał zaimponować, ale wybuch epidemii wyrzucił marzenia Pancernego do kibla, więc ugrzązł z tą forsą i brakiem pomysłów na przyszłość. Wydarzenia tutaj mocno przyspieszają niczym wyścigi formuły jeden, z oczywistymi w tych warunkach i z tymi autorami, ekscesami, w które wmieszany zostaje idiota detektyw Zarazek, jedna kurwa, żona Pancerego i asystentka Zarazka. Dzieje się naprawdę dużo, nawet trup się ścieli i jak to szemrane sfery CBA i ABW  mają w zwyczaju nie obejdzie nawet bez obcinania palców. Pisane  z doskoku przygody, autorzy traktują nadzwyczaj lekko i widać, że sami nie wiedzą dokąd ich ta pisanina zaprowadzi.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wielicki

Przeleżała się ta książka na półce od początku roku – ustawiona w ten sposób, że Pan Krzysztof patrzył na mnie z wyrzutem z okładki , a ja dokładnie czułem co chce mi powiedzieć :” wynurzenia tego zdrajcy Urubko zaliczyłeś, może jeszcze weźmiesz się za tego amatora Czapkinsa?, gdy tymczasem moje wspomnienia odłożyłeś na nie wiadomo kiedy?

Aż tu nagle przyszedł czas siedzenia w domu i sięgnąłem  po książkę, żeby ją już mieć trochę „z głowy”, ponieważ nie oszukujmy się, moje oczekiwania odnośnie tej pozycji były akurat odwrotnie proporcjonalne do oczekiwań z lektury Urubki. Tymczasem nic nie było takim jak sobie kalkulowałem. Najpierw Urubko kolosalnie rozczarował i to nie tylko tym, co kiedyś wydał, ale głównie zakończeniem kariery, w co nie wierzę, ale też swoimi nieprzemyślanymi dywagacjami na temat polskich himalaistów.

Opowieść Wielickiego otwiera największe osiągnięcie, czyli pierwsze zimowe wejście na Everest, razem z Cichym, a potem już się potoczyła ta kariera, niewątpliwie dzięki szczególnym cechom fizycznym, które każdy himalaista powinien posiadać, u Wielickiego jest to mocne parcie do przodu, szybko i pod górę, co bywa zabójcze dla innych, ale optymalne dla  niego, połączone rzecz jasna z dużą odpornością psychiczną.

Przygody Wielickiego w górach wysokich znamy szczegółowo także z relacji jego towarzyszy i teraz te subiektywne opisy przypominają nam, że w Himalajach, mieliśmy tyle samo porażek i śmierci, co sukcesów, Wielickiemu udało się przetrwać, bo jak sam określił w tytule tej biografii „Piekło mnie nie chciało”.

Wielicki nie ukrywa przed czytelnikami  zagmatwanych relacji rodzinnych i swojego skomplikowanego życia uczuciowego, rozpadu pierwszego małżeństwa, zostawienia żony dla młodszej kobiety, a następnie kolejnego zwrotu i stabilizacji z kolejną miłością. Niewątpliwie taki ekshibicjonizm w książce jednego z najwybitniejszych himalaistów świata sprowadza te wspomnienia na zupełnie inne tory, niż relacje jego kolegów, skoncentrowane głównie na osiągnięciach górskich.

Autorzy, pomagający Wielickiemu w pisaniu, czyli Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski, prowadzą czytelnika klasycznie, sięgając od dzieciństwa małego Krzysia, poprzez te wszystkie wyprawy, które dały naszemu bohaterowi Złotego Czekana; nie napisałbym, że to są fascynujące opowieści, oczywiście pierwsze zimowe wejścia czy to na Lothse, w ortopedycznym gorsecie i samotnie, czy na  Kanczendzongę, nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia z wybitnym wspinaczem. Jego najbardziej spektakularnym wyczynem było chyba błyskawiczne, zaliczone w ciągu jednej doby  zdobycie Broad Peaku  i powrót do bazy. Wielicki opowiada o swoich wyprawach, widzimy te wszystkie niebezpieczeństwa i żmudny wysiłek jakim staje się zdobycie wysokiej góry, a jakby przy okazji tych wyczynów giną ci, którzy nie mieli tyle szczęścia co Pan Krzysztof.  Polski himalaizm jest trochę taki, jakim maluje go Denis Urubko, wspinacze raczej nastawieni na indywidualny sukces, osiągnięty minimalnymi środkami, bez tego ogromnego zapału i determinacji, którą kiedyś mieli czy to Kukuczka , czy Wanda Rutkiewicz.  Ci wszyscy wielcy, pierwsi herosi, uczestnicy narodowych wypraw, wyginęli po kolei, a teraz czy można powiedzieć, że partnerem dla 70-letniego Wielickiego może być Adam Bielecki, chyba ten jedyny wojownik, którego stać na dotrzymanie kroku Urubce?

Oczywiście Wielicki może kierować wyprawami, z racji kolosalnego doświadczenia, ale z drugiej strony, czy to jest jego żywioł?, patrząc na organizację zimowej próby zdobycia K2  i błędy, które tam popełniono, nowa rola dla Wielickiego powinna się znaleźć, chyba w innym miejscu.

Krzysztof Wielicki jest już legendą i chociaż jego relacje książkowe nie powalają, to jednak warto przeczytać i porównać jego drogę choćby z drogą Kukuczki, który kiedy zdobył już prawie wszystko, zginął, podejmując się wyzwania śmiertelnego, a piekło w jego przypadku, nie odmówiło. Także mój ulubiony wojownik, czyli Wojtek Kurtyka, obrał inną ścieżkę sławy, która również przyniosła mu Złoty Czekan.

Trzeba mieć nadzieję, że Wielicki napisze jeszcze raz swoje wspomnienia, gdzie znajdą się opisane  te najnowsze sukcesy i choć zapewne wiek nie pozwoli na takie spektakularne wyczyny, jak zimowe wejście na K2, ale że dzięki jego zaangażowaniu Bielecki zrobi to, o czym marzą członkowie polskiego himalaizmu zimowego im Artura Hajzera.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Listy do Teresy i nie Rafał Wojaczek

T a wielka i ciężka księga z grubymi, solidnymi kartami i niebieską okładką w formie koperty, zawiera prawie wszystkie listy pisane przez Wojaczka, ale największe wrażenie robią te wysłane do Teresy Ziomber. Bolesne jest  czytanie tych listów, bo widać w nich jak bardzo nadwrażliwość poety konstruowała jego wiersze… Zakochany poeta o takim talencie,  wyraził w listach do Teresy rozedrganą tęsknotę, o której niektórzy wiedzą tak dużo, ale jedynie takim artystom jak Wojaczek udaje się ją przełożyć  na  poezję niezwykłą, a inni wrażliwcy tylko cierpią. Cały czas zastanawiałem się jaka była ta Teresa Ziomber, w książce jest brak  jakichkolwiek zdjęć, a jedynym śladem fotograficznej jej obecności jest film „Wojaczek” Lecha Majewskiego, gdzie prawie sześćdziesięcioletnia Teresa zagrała bezdomną z dworca, a i tak oglądając film trudno jest ustalić, w którym momencie pojawia się na ekranie. Jaką była kobietą, jak fizycznie działała na Rafała? Z jej wypowiedzi wynika,  że prezentowała się skromnie, ale seksi. Miała skośne oczy i ciemne włosy. Ten związek, choć tylko trzyletni również na niej odbił się bardzo mocno. Wojaczek za nią szalał, pisał wciąż listy i wyznawał miłość, Te listy są czystą poezją  a jego ówczesna twórczość dedykowana jest tej wielkiej miłości.

Teresie zapisał prawa do swojej twórczości, nigdy z tego nie skorzystała.  Umarła kilka lat temu, być może gdzieś się kiedyś minęliśmy na ulicy we Wrocławiu, a na pewno zdarzyło się to z jej mężem, specjalistą od muzyki jazzowej, którego widywałem w pracy. Związek z  Wojaczkiem mocno zaważył na jej życiu, ale dzięki niej poeta napisał kilka niesamowitych wersów i to właśnie przez tę poezję warto patrzeć na Rafała, którego przedstawia się jako awanturnika, poetę   przeklętego, samobójcę i niepoważnego w relacjach ze swoją żoną, którą porzucił zaraz po ślubie, a własnej córki nigdy nie zobaczył.

Uważnie czytając listy Rafała do kolejnych kobiet, czy do ojca, odkrywa się smaczki, przelotne dreszcze pozwalające choćby minimalnie zjednoczyć się z tym potarganym duchem poety, przypominającym trochę kafkowskie dylematy , wyjęte jakby z dzienników autora „Procesu”, co nie powinni dziwić, ponieważ młody Rafał zaczytywał się dziennikami Franza, którego czasem cytuje w listach: „ weź mnie, weź, splot błazeństwa i bólu”.  Kiedy teraz patrzymy na życie Wojaczka, te słowa o błazeństwie splątanym z bólem, wydają się najtrafniej oddawać sedno tej egzystencji.  W innym miejscu Rafał zanotował: „Moje życie jest tylko wahaniem przed urodzeniem się”.

W listach do Teresy są też gotowe już, albo właśnie rodzące się wiersze, wiersze miłosne, bo jakże inaczej mogłoby być w listach, które poeta zaczyna od słów” „Kochana”, albo” Teresa kochana”

Mówię do ciebie tak cicho jakbym świecił

I kwitną gwiazdy na łące twojej  krwi

Kwitnie mi w oczach  gwiazda twojej krwi

Mówię do ciebie cicho aż mój cień jest biały

Jestem chłodną wyspą dla twojego ciała

Które upada w noc gorącą kroplą

Mówię do ciebie cicho jak przez sen

Płonie twój pot na mojej skórze

Mówię do ciebie jak o świcie poranny ptak

Upuszcza słońce w niebo twoich oczu

Mówię tak cicho jak łza

rzeźbi zmarszczkę

Mówię do ciebie tak cicho

Jak ty do mnie

Można cytować jak wiersze  ustępy z tych listów, odnajdując tam całe przestrzenie wyrzeźbione z tęsknoty i żarliwej miłości, a my to czytamy po latach i nic nie da się już zrobić, żeby to sobie wyobrazić, ujrzeć Teresę, jej skośne oczy, zobaczyć wreszcie ten obiekt, który zbudował takie subtelne linijki wierszy, w których każda wrażliwa dziewczyna będzie chciała odnaleźć siebie – stąd zapewne te pielgrzymki nastolatek do grobu poety i zostawiane tam nie tylko karteczki z wyznaniami, ale również fragmenty bielizny. „ jakie to jest czekanie, jaki brak Twojej obecności – bliskiej, żywej. Odtwarzam Cię we wszystkim, w słowach –wierszach, wspomnieniu, ale to nie zastąpi przecież ciepła żywego ciała. Teresa –

Kończę się w twoich oczach

Umiem być ciszą

Kończę się w twoim śnie

Ostatnie echo jest ciszą

To miejsce

Gdzie kończy się twoje spojrzenie

Przez sen

Donoszę siebie

Do twojej śmierci

Oślepią mnie sen, biała noc,

Rozjarzona iskrą twojego serca

Kończę się w twoim sercu

 

To jedna z pierwszych wersji wiersza, który znajdzie się finalnie w tomiku „ Sezon”

 

Wojaczek pisze do Teresy nieustannie, w dzień i w nocy, porankami, kiedy już list jest gotowy do wysłania, dopisuje jeszcze , jakby słowa zbliżały go do ukochanej i choć wydarte z samych trzewi zdania o tęsknocie czasem nas zawstydzają, to nie wiemy do końca, jak czytała je adresatka, co wtedy czuła i jak kochała. Gdzieś spisane są jej wspomnienia z tego związku – nie traktowała Rafała poważnie, Wszystko miało być jedynie chwilą, ułudą, bez przyszłości. Pisał wiersze na jej plecach (skąd my to znamy?) Popełnił samobójstwo w wieku 26 lat a Teresa żyła z tymi listami i wierszami, które musiała znać na pamięć, nierzadko będąc obecną w czasie ich pisania. Oglądając film „Wojaczek” Lecha Majewskiego, chciałoby się być tam z Teresą, w tym filmie czuć to co ona i zastanawiać się jak można byłoby uratować Wojaczka, ale czy wtedy mielibyśmy poetę o tej skali talentu i sławę poety wyklętego. Zapewne można było jakimiś radykalnymi środkami zmusić Rafała do innego życia, przywiązać go do żony i dziecka i przedłużyć ten żywot, ale kim wówczas byłby Rafał Wojaczek i jakie pisałby wiersze, o ile by jeszcze pisał…

Na końcu dostajemy kilka listów krytyków literackich, komentujących poezje Rafała  i padają tam mądre analizy i sformułowania typu turpizm, murzyńskość składni, wrzaskliwy erotyzm, ale jest też szereg przychylności i nadziei na przyszłość. Tymczasem  poeta zabił się, czym zbudował sobie legendę o jakiej może pomarzyć  np. mój ulubiony poeta wrocławski, wcale nie Tadeusz Różewicz, ale Janusz Styczeń, który z Wojaczkiem balował w tych szarych latach sześćdziesiątych we Wrocławiu, gdzie stoją jeszcze te obskurne kamienice, świadkowie ekscesów pijackich ale i tych poetyckich też.

Janusz Styczeń do dzisiaj jest spotykany na mieście, kiedyś regularnie widywałem go w oknie kawiarnianym na ulicy Wita Stwosza, a dawno temu odwiedzałem  koleżankę, wynajmującą pokój w willi na ulicy Kochanowskiego, gdzie mieszkali rodzice Stycznia, za każdym razem z dumą wspominający twórczość syna.

Wojaczek zerwał z Teresą we wrześniu 1969 roku. W maju 1971 roku  już nie żył. Willa przy Lindego12 jeszcze stoi. A ten ciężki tom listów odkrywa prawdziwego do samych trzewi jednego z naszych  największych poetów, którego życie pozwoliło  napisać takie niesamowicie  prawdziwe miłosne wiersze do Teresy, która żyła z tymi listami  zamieszczonymi teraz w  niebieskim tomie wydanym przez Wydawnictwo Warstwy z Wrocławia

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz