Słowacy

Jak zatopić pierwszym zdaniem  recenzję przeczytanej książki? Napisać z miejsca, że jest świetna. A mnie właśnie kusi przewrotnie, żeby zaatakować czytelnika  takim nieznośnie banalnym stwierdzeniem. Weronika Gogola  dała mi coś, czego kompletnie się nie spodziewałem – bo czytać o Słowacji, to przecież wybryk , to lektura skazana na westchnienia i utyskiwanie: po co mi to, nie lepiej wreszcie dokończyć biografii Herberta? Otóż właśnie „UFO  nad Bratysławą” urzeka od samego początku i ta Słowacja przefiltrowana przez Weronikę, z takim osobistym spojrzeniu na naród jest niebywale interesująca i wciągająca. Niedawno zaliczyłem „Pragę” Surosza i to zwrócenie się na południe wreszcie po latach myślenia o Czechosłowacji , zaczyna mi się układać w głowie, że ci od Karkonoszy to Czesi, a Tatry to już Słowacja.

A właśnie Tatry, to jest coś, czego zawsze zazdrościłem południowym sąsiadom, że mają ich dużo więcej niż my, a do tego jeszcze te najwyższe.

I to nagłe wrażenie podczas lektury, że jakoś zalatuje mi tu Kapuścińskim, podczas czytania o tych politycznych przetasowaniach na słowackiej scenie  – to się czyta jak relację z republiki bananowej, a nie małego państwa na wschodzie Europy. Książkę Gogoli pochłania  się z zainteresowaniem, bo autorka zaraża nas swoim entuzjazmem. Ciekawostki o Słowacji nie przysłaniają  tego wszystkiego co chce nam przekazać  pisarka, wyraźnie zafascynowana tym dziwnym krajem. Gogola  „rozbiera” naród słowacki, pokazując wszystkie jego wady , ale to raczej miłość przemawia ze stron  książki. Mieszkanka Bratysławy i żona Słowaka opisuje własną fascynację swoją nową ojczyzną, pisząc zarówno o mniejszościach zamieszkujących Słowację jak i o fenomenie lubianej pani Prezydent Czaputovej. I  do tego ten nieszczęsny Janosik, który okazuje się był Słowakiem  i pospolitym złodziejem.

Gogola wrosła już w tę Słowację na całego, stąd zdaje się że szuka w tym narodzie argumentów, które każą Polce urodzonej w Nowym Sączu, przekonywać Polaków do swojej nowej ojczyzny.

Zastanowiłem się, jakie są moje doświadczenia z tym krajem i złe wspomnienia dotyczą głównie meczów piłkarskich- Słowacy to przecież od zawsze w mojej świadomości słabeusze, których powinniśmy pokonywać grając  w rezerwowym składzie, a jednak w historii, jest kilka spotkań, wliczając to ostanie, kiedy dostawaliśmy od nich baty i nie były to mecze o pietruszkę.

Chodziłem po Tatrach słowackich – nie za dużo, z pewnością mniej niż bym chciał, przejeżdżałem też przez Bratysławę i pamiętam tytułowe UFO, w postaci spodka na wielkim moście – Gogola opisuje ile trzeba było zniszczyć, żeby wybudować ten most.  A więc własnych wspomnień związanych ze Słowacją praktycznie nie posiadam, ale być może przez słowiańskie pokrewieństwo,  mam życzliwe spojrzenie na tych smagłych, trochę śmiesznych Słowaków.

Weronika Gogola  napisała tę książkę dla siebie – chciałbym przeczytać podobną pozycję o Polsce napisaną przez obcokrajowca, który spojrzy na nas   poprzez własne doświadczenia, w kraju  nadwiślańskim, który spojrzy  na Polskę oczami Rosjanina, Niemca, a może Syryjczyka? Gdyby spojrzał dzisiaj ta jego książka o naszym kraju, mogłaby być nawet bardziej zawstydzająca niż faszystowski epizod w historii Słowacji.

Pamiętacie te wszystkie sierpy i młoty tak bogato eksponowane  na południe od Tatr ?  Polskie  wycieczki zawsze  ze zdziwieniem i pogardą notowały te pomniki poddaństwa, ale w świadomości Słowaków,  jest szczera wdzięczność dla Armii Czerwonej, wyzwalającej ich kraj spod faszystowskiej zarazy.

Ufo nad Bratysławą”  to próba przybliżenia nam ducha narodu, z którym obcujemy od wieków, a jednak nie znamy wystarczająco dobrze, żeby zrozumieć.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Śmierć Anglika

Byliście we Florencji? Bezapelacyjnie  to moje ukochane  miasto, choć ta miłość oparta jest  na kilku subiektywnych wrażeniach, mglistych przeczuciach i wspomnieniach, które czasem przywołuję, spoglądając na wiszący nad łóżkiem duży portret  katedry Duomo.

Zupełnie przypadkowo zobaczyłem w sieci kryminał, którego akcja rozgrywa się w tym niesamowitym mieście, przeczytałem fragment, udostępniony przez Wydawnictwo Próby, na swojej stronie i dociśnięty polecającym tekstem  Georgesa Simenona, zaopatrzyłem się w „ Śmierć Anglika” bezzwłocznie, bo niecierpliwość wcale nie zburzyła przyjemności   wejścia w świat karabiniera Bacciego, drzemiącego   na posterunku, jeszcze nieświadomego wydarzeń, dzięki którym nauczy się więcej niż ślęcząc nad podręcznikami.

Nigdy nie przekonają mnie sformułowania typu „czuły portret miasta”, ale w tym przypadku przymknąłem oczy  i zagłębiłem się w wąskie uliczki  w okolicy via Maggio oraz Palazzo Pitti. Już sam początek książki wprowadza aurę takiej oryginalnej tajemnicy. Oto młody i nieopierzony praktykant do zawodu karabiniera,   walcząc z sennością odbiera telefon, z informacją o śmierci Anglika. Magdalen Nabb  rozpoczyna oprowadzanie nas po florenckich ulicach i tak naprawdę ten zastrzelony Anglik mało nas obchodzi, autorka pokazuje  codzienne życie pełnego turystów miasta, borykającego się z ciasnotą ulic i charakterem jego mieszkańców.

Pisarka, która zamieszkała we Florencji w roku 1975, po rozstaniu z mężem, zajmowała się produkcją ceramiki, a pierwszą książkę, właśnie „Death of Englishman”, wydała w roku 1981.

Nieprzypadkowo Simenon  ciepło  ocenił debiut Nabb – oboje  potrafili stworzyć aurę dla swoich opowieści, czujemy tę niezwykłą atmosferę, zagłębiając się  w historię – kto zna kryminały z Maigretem  ten pamięta jakiś mroczny czar oblepiający czytelnika, czy to stworzony dzięki charakterowi komisarza, czy też przez okoliczności  przestępstwa.

U Nabb mamy morderstwo tytułowego snoba, mało interesującego typa i tak naprawdę niewiele obchodzi nas kto go załatwił i choć Włosi  wraz z pomagającymi im Brytyjczykami, czynią  wszystko, żeby  wyjaśnić tę zbrodnię, to jednak  nawet jeśli sprytny czytelnik wysili wszystkie swoje aktywne komórki mózgowe, to ma malutkie szanse na wyświetlenie tajemnicy, która rzecz jasna  wypłynie pod koniec książki, ku zaskoczeniu wszystkich, oprócz dociekliwego sierżanta Guarnaccia, który złożony przez grypę poci się w łóżku, zamiast  aktywnie uganiać się za podejrzanymi. Ten Sycylijczyk z Syrakuz, jest uczulony na światło słoneczne, stąd nieustannie ma załzawione oczy, choć trudno uwierzyć, by  łatwiej mu było w słońcu sycylijskim. Anglika zastrzelono tuż przed świętami Bożego Narodzenia, stąd miasto ogarnięte jest gorączką zakupową i szczególnie rozczulająca jest reakcja młodego Bacciego, na odurzające zapachy mijanych w sklepach kobiet z bogatych domów, choć jak podkreśla Nabb on sam wywodził się z szanowanej i majętnej rodziny, w odróżnieniu od proletariackiego sierżanta.

To klimatyczny kryminał, gdzie pomimo zawirowań towarzyskich, w związku z toczącym się śledztwem, dominuje poczucie samotności  i wyobcowania, jakby miasto odbierało  bohaterom zdolność do empatii – tam wszyscy zdają się obcy  i jedynie trochę szalona panna White odbiega od tego schematu.

Magdalen Nabb dała nam kryminał przyprawiony florencką  rzeczywistością, gdzie turyści i zabytki nie są nawet tłem  dla rozgrywającego się dramatu Anglika. Miasto jest obecne poprzez swoją zwyczajność, gdzie   ubogi zamiatacz Cipolla   zbiera spadające klamerki, a jego żona jest zmuszona do dorabiania  sprzątaniem. Uważny czytelnik powinien dostrzec subtelne wskazówki przemycane czasem przez autorkę, które mogą pomóc w odkryciu prawdy, ale  to raczej nieoczywiste  motywy budują atmosferę, w której mości się zbrodnia, a zagadka swoją banalnością próbuje zniweczyć przyjemność pobytu w tym cudownym mieście, gdzie poranna mgła potrafi odurzyć nawet rodowitego Florentczyka. Przyglądamy  się osobowościom nakreślonym przez autorkę, ale  to  przecież zwykłe rękawiczki z koźlej skóry karabiniera Bacciego, potrafią zafascynować , stając się rekwizytem, na który natykamy się wciąż w różnych niespodziewanych konfiguracjach – pojawiające się już w pierwszym zdaniu białe rękawiczki spotkamy jeszcze wielokrotnie, jakby uzurpowały sobie  dominujące miejsce w całej nieskomplikowanej intrydze. Ten  niejednoznaczny kryminał  to pierwszy z serii  chyba jedenastu, z przygodami sierżanta Guarnacciego, i mam nadzieję, że wydawnictwo nie poprzestanie na tym debiucie i  ucieszy nas kolejnymi  częściami, aż po tę ostatnią „Vita Nuova” ,która ukazała się już po śmierci autorki.

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dybuk Barta

Andrzej Bart mocno zaryzykował, decydując się na taką formę swojej najnowszej powieści „Dybuk mniemany”. Już sam tytuł   sugeruje jakąś niepewność  co do  zamiaru autora, ale metoda opowiadania zaskakuje nawet zagorzałego smakosza jego prozy.

Dybuk w mitologii żydowskiej to dusza zmarłego człowieka, która opanowuje ciało żywego grzesznika.

Dodając słowo „mniemany”, Bart pragnie zamieszać  w świadomości czytelnika, który poznając losy  demona  Daniela Czarewicza, powoli zaczyna się gubić  w zmieszanej trajektorii   historii  opowiadacza  i pisarza.

Dybuk mniemany” jest  autobiografią, w którą wślizguje się demoniczny starzec ze swoimi przeżyciami, wyrzucając poza nawias życie Barta, który ulega  nawale opowieści Czarewicza – ta opowieść jest szkieletem książki i na niej Bart zawiesza  jakby przypadkiem własne losy, nieśmiały diariusz ostatnich miesięcy, gdzie pandemiczne strachy odciskają już swoje piętno.

 

Bart pisze o swoim życiu, przedstawia  znajomych, opisuje spotkania i rozmowy, ale ta biografia  jest odarta z intensywności, może tylko poza wzmiankami o śmierci ukochanej córki, gdzie rzecz jasna brak  szczegółów, a dominujący ból jest rozcieńczany współczuciem otoczenia i uwagami dybuka.

Magdę Bart poznałem jako Fefone, kiedy zaczęła czytać tego bloga, komentując  od czasu do czasu – połączył nas podobny gust literacki i niechęć do Murakamiego. Cieniutka nić porozumienia i sympatii sprawiła, że pisałem z myślą o jej reakcji i w oczekiwaniu na jej komentarz. Zdaje mi się, że o jej śmierci dowiedziałem się  już wcześniej, ale tym razem, odkryłem ten fakt ponownie i sprzężenie tego dramatu z literaturą wydało mi się należnym hołdem dla tej nietuzinkowej osobowości.

Ale wróćmy do Czarewicza, który przychodzi do autora znienacka i opowiadając mu swoje życie  staje się nieodłącznym elementem jego egzystencji.

Bart mógł z historii Daniela uczynić  fascynującą literaturę i dzięki swojej umiejętności inteligentnego opowiadania,  wydać bestseller znakomicie  wbijający się w oczekiwania łasej  na  przyjemności tłuszczy czytelniczej. Ale nie – Andrzej Bart postanowił  się zapętlić i wmówić wszystkim, że to najważniejsza jego książka, i że słowami Czarewicza opowie też  o swoim życiu.

Niewątpliwie Czarewicz ma dar opowiadania i trzymania w napięciu, a jego historia powinna w czytelniku wzbudzić nie tylko zazdrość, ale prędzej podziw. Bo Daniel to erudyta i trochę pozer, megaloman odurzony własną osobowością, to aktor ugniatający rzeczywistość, albo mitoman, który się stworzył na poczet olśnienia wsłuchanych w jego monolog   widzów.

Zaczynamy od przedwojennej Warszawy, gdzie żydowska rodzina Czarewicza bezboleśnie wtopiła się w gojowską Polskę. Wojna przestawia wszystko diametralnie i eksterminacja Żydów  jest naczelnym motywem opowieści. Jednakże dzielny Daniel raczej uczestniczy w przygodowym filmie i nie mamy mu tego za złe, bo lubimy takie losy, gdzie śmierć towarzyszy sprytowi, a do tego  jeśli jeszcze dodamy piękne i bogate kobiety?

Bart czaruje Czarewiczem i z niecierpliwością czekamy na kolejne odsłony tego niebanalnego życiorysu. Czytelnik momentami  jest zagubiony, bo chciałby już wiedzieć jak potoczą się losy tego dziwaka, tymczasem w opowieść wkrada  się współczesność i niepokorny starzec miesza w życiu pisarza, zawłaszcza jego znajomych, wciąż pewny własnego uroku i nieśmiertelności.

Los  i przygody Czarewicza, to doskonały materiał na film, a jak wiemy Bart związany jest z przemysłem filmowym, choćby jako autor scenariusza „Rewersu” Lankosza. A ojciec naszego bohatera w przedwojennej Polsce inwestował odważnie w przemysł filmowy i Daniel opowiada, jak w po wojnie wkręcił się w Łodzi w produkcję filmową.

Dybuk mniemany to świetna przygoda czytelnicza, a kto zna twórczość Andrzeja Barta ten  radośnie odda się lekturze, bo dostanie dokładnie to czego oczekiwał.

Nie ma co szukać recenzji  tej książki, bo o ile jej brak na miłych blogusiach książkowych nie dziwi, to jednak żeby nie było też poważnych reakcji krytyków literackich, to już skandal. Może wszyscy jeszcze czytają tę niebanalną prozę, a może przestraszyli się fragmentów o polskich szmalcownikach?

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Znowu Praga.

Już tak dawno otrzymałem  ten biały tomik z fascynującej serii Wydawnictwa Czarne  pod enigmatyczną nazwą „Sulina”, która prezentuje sylwetki miast europejskich, że już nawet nie przypuszczałem, że zdołam nie tylko skończyć książkę, ale jeszcze opisać wrażenia z tej lektury. Bardzo podoba mi się  oprawa graficzna tej  serii, ta olśniewająca biel okładki i skromny obrazek z tytułem. W tym przypadku mamy  jeszcze dopisek „ Czeskie ścieżki”.

Mariusz Surosz  skończył filozofię na UJ  i napisał kilka książek o Czechach, a więc musi być osobą obeznaną w dziejach narodu za naszą południową granicą, a do tego od paru lat mieszka w Pradze i pracuje jako przewodnik po  tym mieście.

Po lekturze „Przewodnika po Pradze”  Mariusza Szczygła, nie spodziewałem się  szczególnych uniesień przy lekturze książki Surosza. Autor  podaje nam „czeskość” poprzez historię i zanurza nas w dzieje tego narodu  serwując opowieści nie tyle o mieście, które nieustannie jest gdzieś tam w tle, ale przez losy  Husa i  Žižki, dwóch osobowości, na których ukształtowały się Czechy, kreśli nam naturę Czechów, kojarzonych zazwyczaj z wojakiem Szwejkiem, czasem Hrabalem, rzadziej Kunderą, najczęściej z piwem, no może też z Pawlem Nedvedem…

I teraz przychodzi nam się zastanowić dla kogo jest ta Praga, gdzie autor podaje nam historię  narodu, za którym ja osobiście nie przepadam – to moje niechętne spojrzenie na Czechów  oparte jest na wspólnej socjalistycznej przeszłości i pamiętam jak dziś  wrażenie, kiedy przejeżdżało się granicę i ten południowy kraj emanował  jakimś spokojem, prześwietlone słońcem ulice miasteczek, spokój i  nuda ale i dostatek, to wszystko zdawało mi się zawsze uporządkowane  i ciepłe. Może to zazdrość wyzwoliła tę niechęć do południowego sąsiada?  I podczas lektury uświadamiamy sobie, jak mało wiemy o historii innych państw i  do czego  nam potrzebna ta husycka epopeja  albo skomplikowane dzieje kultu Jana Żiżki? Poprzez Pragę poznajemy jak kolejne władze potrafiły  wykorzystać historię dla własnych celów .

Przez wieki sąsiedztwa kilka czeskich nazwisk potrafimy zapamiętać. O ile  Surosz nie szczędzi nam losów obu Janów, to kolejne postaci nie budzą już tylko sympatii, czasem  są pożałowania godną spuścizną po socjalistycznym epizodzie. Autor podaje nam np. takiego Klementa Gottwalda . Prowadzi nas przez jego mauzoleum  na praskiej górze Vitkov; czytanie  o  zwyczaju balsamowania komunistycznych dygnitarzy i przechowywaniu ich zwłok  jest nie tylko niesmaczne, ale  i każe się zastanowić,  czy młody idealista Gottwald w najczarniejszych snach przypuszczał, co będą wyprawiać z jego ciałem  i jak zakończy się  smutna historia z mauzoleum.

Surosz pokazuje nam Pragę, przez siebie odkrytą, na którą nie zwrócimy uwagi podczas pospiesznego zwiedzania lub przypadkowego spaceru. I tak prezentuje się nam Mikolas Ales.

Kiedy pod koniec XIX wieku próbowano udowodnić jak bardzo Praga jest niemiecka w stylu, pozbawiona czeskiego charakteru, to właśnie Ales z kolegami   tak bardzo protestował, że wybuchły zamieszki, po których młody artysta trafił do więzienia. Jego losy  związane są z Teatrem Narodowym i przy okazji dowiadujemy się jak  ozdabiano ten czeski  gmach. To także pogmatwana historia przyjaźni Alesa z drugim projektantem teatru Żeniskiem, gdzie ten pierwszy  był wyraźnie deprecjonowany kosztem  drugiego. Pospolita ludzka niesprawiedliwość towarzyszyła pracom w teatrze  i spowodowała rozejście się obu artystów, choć jak ładnie pisze Surosz: ”… kiedy się wejdzie do foyer Teatru Narodowego i popatrzy na obrazy je zdobiące, te dwa nazwiska wymawia się jednym tchem. Foyer połączyło Alesa i Żeniska na zawsze”. Autor zabiera nas  także spacer do Pilzna  gdzie fasady gmachów  zdobił właśnie Ales, zwłaszcza na ulicy Nerudy.

Nie traktujmy książki Surosza jak przewodnik po mieście – to prędzej inspiracja  zanurzona w opowieści o ludziach  tworzących praski klimat. Nie da się błądzić po mieście  z książką pod pachą – tak czy inaczej  trafimy pod monumentalny pomnik na górze Vitkov, czy pod gmach Narodni Divadlo.

O ile Szczygieł pokazuje Czechów figlarnych, szalonych  i wiedzie  nas w  miejsca nieoczywiste, to Surosz jest poważny niczym  lew z okładki książki.  Może to być zarzut, ale warto przyznać Suroszowi, że wziął się za tę swoją Pragę  porządnie studiując wszelakie źródła. A  jeśli znuży nas rozciągnięta historia Alesa, to możemy szybko przeskoczyć do Karela Haslera i poznać historię słynnych cukierków  oraz dowiedzieć się  jak kabarety z Polski zawojowały  Prażan.

Na koniec trochę losów hokeja czechosłowackiego i tragiczne dzieje świetnych sportowców, których przemieliła komunistyczna władza.

Kiedy przeczytamy „Czeskie ścieżki” Surosza, nasza wiedza o narodowym charakterze południowych sąsiadów będzie dogłębna, ale czy przez to polubimy ich bardziej? Nie o to tutaj chodziło autorowi – prędzej przyjdzie nam ochota zanurzyć się w tę opisywaną czeskość  przyjeżdżając do Pragi, która kusi swoją oryginalnością i warta jest poznania, a książka Surosza  zafascynuje  zapewne wielu miłośników choćby oryginalnej architektury.

Gdybym miał narzekać, to zabrakło mi  tutaj  tego z czym najbardziej kojarzy mi się Praga, czyli nie ma tu Franza Kafki, nawet jego cienia przemierzającego ciemne uliczki miasta.. Surosz nie zabiera nas do krainy z naszych marzeń i wyobrażeń o mieście – on nas prowadzi do swojej Pragi, przez to czeskie ścieżki to  oryginalne spojrzenie  na ukochane miasto.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Litwo, Ojczyzno moja

Baśnie litewskie  zdają się jakąś niepojętą egzotyką, pomimo tego, że to przecież jakby nasze   historie, bo przecież od pamiętnej Unii Lubelskiej  z 1569 roku byliśmy jednym, wielkim krajem, ale ile tej jedności zostało w obu narodach do dziś, nie wiadomo.

Nasz największy poeta narodowy, urodzony w wigilię w Nowogródku, a więc  jest  jakby z tamtego  litewskiego kraju, stąd te pierwsze strofy Inwokacji w Panu Tadeuszu. Ale nie o tym piszemy teraz, lecz o „Opowieściach z kraju nad Wilią”, baśniach i legendach litewskich.

Książka do czytania dzieciom do poduszki, ale przyniesie też chwile radości dorosłym, którzy odnajdą w tych krótkich opowieściach motywy baśniowe  powszechne właściwie dla bajarzy z każdej strony świata. Mamy tu piękne dziewczyny, butnych młodzieńców i wszystkie pułapki i niebezpieczeństwa, czekające na sympatycznych bohaterów. W baśniach staropolskich zawsze niesłychanie fascynował mnie diabeł, pojawiający się w przeróżnej postaci, po to, żeby zagmatwać losy zakochanych lub zwieść naiwne dziewice. I tu mamy też tego podstępnego diaboła, doskonale ukazanego zwłaszcza pod postacią przystojnego Linasa, usiłującego zdobyć piękną Ausrę. Jak zakończyła się ta historia możecie przeczytać w  opowieści „Diabelski most”.

Anna Koprowska-Głowacka przenosi czytelników do urokliwej, zielonej krainy, pełnej gęstych lasów, umajonych wzgórz i łąk, nad błękitny nurt Wilii, gdzie poznać możemy tajemniczych bohaterów, potężnych królów czy zaklęte księżniczki.

W książce można znaleźć m.in. historię Usparime, która w dzieciństwe poświęciła swoje życie bogom. Postawili oni na jej drodze rycerza, śpiewającego piękną pieśń o miłości; miłości, której tak bardzo pragnęła młoda kapłanka. Zerwanie ślubów czystości wiązało się jednak z karą śmierci. Co więc pozostało pięknej wajdelotce – nieszczęśliwa śmierć czy wieczna miłość? Odpowiedź można znaleźć w „Opowieściach z kraju nad Wilią”.

Jak napisała autorka we wstępie, w tych litewskich opowieściach znajdziemy wiele punktów wspólnych, znanych z naszych przypowieści i legend. Te same, a jednak… całkiem inne. I może właśnie dlatego warto sięgnąć po dwadzieścia pięć opowieści z bogatej, litewskiej skarbnicy

Autorka ma doświadczenie w propagowaniu legend i przypowieści: zajmowała się między innymi legendami Ziemi Chełmińskiej, czy czarownicami z Pomorza i Kujaw, legendami Żuław i Borów Tucholskich.

To bardzo ładnie wydana książka, w twardej oprawie z  oryginalnymi ilustracjami Justyny Sokołowskiej, w takim socrealistycznym stylu. Dominuje kolorystyka niebieska i jak pięknie pachnie ta książka podczas lektury  – dla miłośników  książek  i zbieraczy to wymarzony prezent – warto już teraz zatroszczyć się o gwiazdkowe wybory.

Wydawnictwo Bosz już od prawie 30 lat wydaje najwyższej jakości albumy poświęcone sztuce, przyrodzie i dziedzictwu kulturowemu. Wśród ponad 850 wydanych dotychczas tytułów możemy znaleźć unikalne albumy z zakresu fotografii (takie jak „Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973–1989” i „Rolke”) czy wyjątkowe na polskim rynku publikacje poświęcone plakatowi („Oto sztuka polskiego plakatu”).

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Matnia

Nie wiem co to thriller książkowy i nie potrafię przestraszyć się historią opisaną na kartach powieści. Pamiętam, że lekki niepokój budziły we mnie czytane dawno temu  „Opowieści niesamowite” Poego. Co innego thrillery filmowe – obraz zdolny jest przestraszyć i wykreować klimat grozy, dlatego kiedy dostałem do ręki określaną jako thriller „Matnię”, nie spodziewałem się przestrachu i raczej z zaciekawieniem niż przerażeniem rozpocząłem lekturę. Piotrowski zastosował filmowy trick, rozpoczynając opowieść scenami, które miały wprowadzić czytelnika w klimat  zaplanowanego horroru, niż powieści obyczajowej, którą tak naprawdę jest ta z kryminalną otoczką opowieść z morałem.

„Matnia”  skonstruowana jest standardowo, czyli bohaterka  otrzymuje od życia  nagrodę, idealnego mężczyznę, który spada z nieba, niby przypadkowo, wybawiając ją z niebotycznych kłopotów – Zuza związała się wcześniej z facetem, który nie dość, że zmajstrował jej ciążę, żeby było weselej… bliźniaczą, to jeszcze zostawił z milionowymi długami. Marek, książę z bajki zjawia się  niespodziewanie i nie tylko  akceptuje  jej ciążę, ale jeszcze wywozi  na odludzie, odcinając od napastliwych wierzycieli. Idylla trwa na całego, a naiwna dziewczyna nie jest w stanie zwietrzyć co kryje się pod tą sielankową odmianą.  Przeczytałem  od razu znajdujący się na końcu tekst „Od autora”, stąd podczas czytania zdawałem sobie sprawę, co  nastąpi w finale powieści, ale odradzam to tym wszystkim, którzy lubią się wciągnąć w historię i dać zaskakiwać nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Nie zdradzam  sedna historii, ale wnikliwy czytelnik będzie się starał domyślić rozwiązania, a autor powoli podprowadza czytającego, który  może nagle zrozumieć, że nie na darmo kot  pręży się na widok Marka.

Książka typowa na wakacyjne plażowanie, potrafi wciągnąć, choć środkowa partia dłuży się w oczekiwaniu na rozwiązanie. I nie będzie tu więcej strasznych chwil  z miotającą się w panice mieszkanką starego domu, w którym straszy, bardziej przerażające są  sceny z życia wioskowej społeczności, oraz podprowadzające   czytelnika  do finału sygnały pisarza, usiłującego nam w kilku obrazach podpowiedzieć czym pachnie  ta cała wioskowa  reżyseria. Tak właśnie – ten cały schemat ma doprowadzić bohaterkę do szczęśliwego poczęcia bliźniaczek, a matka nie może domyśleć się, że wszystko zaaranżowano tak, żeby  jej sytuacja   przypominała tytułową matnię. Wyplątać jej się z tego może pomóc przyjaciółka z bidula, a jej problemy z mężczyznami, udowadniają jak bardzo kobiety  uzależniają się od facetów.

Podobno Piotrowski to doświadczony autor kilku kryminałów z tym samym bohaterem, a tym razem  „Matnia” zapewni  mu  jeszcze większą rozpoznawalność. To jest produkt , który powinien dobrze się sprzedać, a spora ilość napomknięć w wakacyjnych magazynach papierowych i internetowych  nakręci biznes, bo to poprawne czytadło, po którym przyjdzie nam się zastanowić, czy tego rodzaju praktyki opisane w książce, mogą się wydarzyć w rzeczywistości.

Kilka słabości nie przesłania funkcjonalności „Matni”. Współczujemy naiwnej Zuzie, bo z doświadczenia wiemy, że takie ideały jak Marek  nie istnieją. Wszyscy w tej opowieści przeklinają jak szewcy, ale czy coś takiego powinno nas oburzać?

Podejrzewamy podstęp od samego początku i to dobrze, że jedynie nieśmiałe domysły pozwalają  nam doczekać do finałowej rozgrywki, gdzie nie obejdzie się bez rozkopywania grobów i pogoni po pękającym lodzie. Widzimy to oczami wyobraźni  i trochę za łatwo wszystko dobrze się kończy – niech te minusy nie przysłonią plusów – „Matnia” to zgrabna porcja emocji, pozwalająca nam poczuć się mądrzejszymi, którzy  z góry domyślili się, kto tu jest czarnym charakterem. Piotrowski wciela się w narratorkę i stara się myśleć jak kobieta, co nawet mu wychodzi, może poza scenami erotycznymi, gdzie przeważają jego męskie fantazje.

Z przyjemnością obejrzałbym ekranizację książki i choć nie spodziewałbym się wstrząsu na miarę  „Lśnienia”, ale zgrabny konstruktor mógłby z książki zrobić przekonywujący horror – i tego książce naprawdę życzę.

A już kompletnie rozczuliła mnie dedykacja, którą autor umieścił na samym początku: „Anecie, za inspirację i nie tylko”, bo okazuje się, że wielu ma takie inspiracje i nie tylko…

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lato z Anną Kańtoch

Kańtoch pisze jakby terminowała u klasyków, wydających w czasach socjalistycznej prosperity, w nakładach, o których marzą obecnie wszyscy, poza Remigiuszem Mrozem.  Życie Krystyny Lesińskiej cofa się wraz z czytelnikiem, poczynając od emerytowanej już policjantki z „Wiosny zaginionych” i w letniej odsłonie, wracamy do lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to śledcza,  dopiero  szykowała się na zasłużoną emeryturę, zatracając się w pracy, żeby zagłuszyć ból po śmierci męża. Należy pamiętać, że znajdujemy się na Śląsku i pisarka  stara się oddać klimat i atmosferę  tej lokalnej społeczności i nie jest to raczej ten twardochowy  świat zatracony w swojej egzotyce, lecz przesiąknięty zwyczajnością kawałek Polski.

To Lesińska kreuje nasze wrażenia podczas lektury, jesteśmy  z nią bardzo blisko  i jeśli jej nie polubimy od początku, to zatracimy istotę tej opowieści.  I należy sięgnąć najpierw po tom wiosenny, zanim cofniemy się do lata, bo chcemy mieć pełny obraz Krystyny, już z tym bagażem późniejszej historii. Łatwiej nam będzie zrozumieć to zafiksowanie, na sprawie zaginięcia jej brata przed laty w Tatrach – to sprytny zabieg pisarki, żeby postawić tajemnicę, po trochu odsłaniać kulisy, przeciągać ten wątek  intrygując czytelników i zachęcając do czytania kolejnych tomów z porami roku.

Latem ginie  cała rodzina, bestialsko zamordowana w leśnym domku. Kańtoch nie szczędzi makabrycznych obrazów, a to zamordowanych małych dziewczynek – jedna zarżnięta, druga uduszona, a to szczegółów pozostawionych śladów. W samej zbrodni jest pewna tajemnica, a jej okoliczności Kańtoch sprawnie gmatwa, dodając szereg szczegółów, powoli wyjaśnianych w trakcie śledztwa.  Lesińskiej pomagają policjanci i każdy z nich podobnie jak bohaterka,  naznaczony jest jakąś traumą, związaną z życiem uczuciowym. To właśnie ten  bagaż  uwierający każdą z postaci kryminału pozwala autorce przykuć nas do lektury, jakbyśmy czytając o kłopotach życiowych postaci z „Lata utraconych”, dostrzegali  własne  uciążliwości i mogli utożsamiać się z  bohaterami.

Napisałem na początku, że Kańtoch mocno zbliża się do tych wszystkich autorów kryminałów, wydawanych dawno temu, w poszukiwanych seriach, wydawanych w podobnej szacie graficznej, gdzie rzeczywistość dookoła zbrodni zdawała się największą atrakcją czytelniczą. Nie jest to zarzut pod adresem młodej absolwentki orientalistyki, lecz raczej  przesycona nostalgią  tęsknota za  poznawaną za młodu klasyką socjalistycznej twórczości,  gdzie właśnie to wszystko co dookoła zbrodni fascynowało. Kańtoch  ma styl powolny i nie epatuje  nagłymi zwrotami akcji.  Lesińska  próbuje dedukować i  rozwiązać zagadkę morderstwa własnymi metodami, a przy okazji podróży w Tatry wraca  dręcząca ją zagadka zaginięcia brata.

Porwany przed laty   z Hali Gąsiennicowej chłopiec  jest jedynym ocalałym z makabrycznej rzezi i to właśnie na Kubie koncentruje się nasza uwaga. Historia chłopca przykuwa nas   w przewrotny sposób i nie wiemy jak  reagować na jego zachowanie i czyny – jest mordercą i czy  niedawny powrót na łono rodziny  nie czyni z niego głównego podejrzanego?

Tak naprawdę moje przypuszczenia krążyły wokół innych postaci, które mogły  dokonać tego bestialskiego mordu, ale to tylko świadczy jak przewrotnie Kańtoch zwodzi czytelnika, podsuwając mu szereg szczegółów i mylnych tropów, przez co zbyt pewny siebie detektyw-czytelnik, musi w końcu przyznać, że bez Lesińskiej nie  rozwiąże zagadki.

Czy zakończenie tego tomu niesie ze sobą rozczarowanie?  Zapewne coś w tym jest, skoro wielu czytelników wyraża zawód niespodziewanym  końcem śledztwa  i choć już wiem kto zawinił, to jednak sama konstrukcja finału tej historii, nie  jest jakimś ekscytującym  splotem wydarzeń.

Autorka stawia przed nami winnych, ale każe równocześnie się  zastanowić nad ich losem i tym fatum, które wisi w powietrzu i jeśli my je widzimy, to wiemy, że postaci dramatu raczej nie są w stanie bezboleśnie wyplątać się z przeznaczenia. Naznaczona jest przecież sama Lesińska, która w tym tomie  zdaje sobie sprawę  z wyczerpywania się jej sił zawodowych i planuje zakończenie kariery  śledczej.

Anna Kańtoch sprawnie buduje klimat opowieści, nie spieszy się, jakby zmuszała czytelnika do smakowania życia bohaterki, dogłębnego poznania jej charakteru, traktowania życia z pewną bylejakością, podporządkowania  się sprawom zawodowym kosztem życia rodzinnego – a przecież ma syna, który  sprowadza do domu intensywnie pachnące kobiety, oraz wnuczkę, której nie potrafi poświęcić  więcej czasu.  Pisarka podpuszcza nas a to nazwą miejsca zbrodni: Pogański Młyn, a to zaszlachtowaną sarną, a to malutkimi grobami, którymi bawią się zamordowane siostrzyczki. Postacie kobiece nie są tutaj żadną konkurencją dla Lesińskiej, która pomimo swoich wad, wzbudza naszą sympatię, podobnie jak i jej pomocnicy, którzy pokazują nam swoje życie  w całej okazałości, co nie zawsze bywa budujące.

Jestem w stanie wyobrazić sobie serial kryminalny na podstawie zaplanowanej trylogii – tylko kto zagrałby główną rolę?  Serial zacząłby  się scenami tatrzańskimi, których finał stanowiłby  punkt kulminacyjny intrygi, a po drodze Lesińska robiłaby swoją policyjną robotę.

Pozostaje nam czekać na odcinek jesienny – finałowy przecież, gdzie  pisarka musi wykazać się  ogromną  przenikliwością i pomysłowością, żeby nie spieprzyć dorobku dwóch pierwszych części, z których jedna przyniosła jej nawet nagrodę Wielkiego Kalibru, za najlepszy kryminał roku 2020.

Dziękuję Wydawnictwu Marginesy za egzemplarz do recenzji

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Polska-Anglia

Pamiętnego 31 marca, kiedy nasza piłkarska reprezentacja pod wodzą Portugalczyka, mierzyła się na Wembley z Anglią, był najlepszy czas, żeby sięgnąć po dopiero co zakupiony w Kauflandzie  z Polityką, artykuł Pana Jerzego, o pamiętnym wyczynie Polaków na starym Wembley, kiedy to  dzięki temu, że Janowi Domarskiemu pięknie piłka „zeszła”, mogliśmy przez kilka lat cieszyć się sławą reprezentacji, mogącej wygrać z każdym.

Otóż oprócz tego zestawu felietonów „politycznych”  gdzie znajdziemy szereg piłkarskich przemyśleń pisarza , wykwitł taki osobliwy tom  Beresia  niejakiego Witolda, gdzie próbował tenże Bereś Pilcha nam zaprezentować  ze swojej, przyjacielskiej strony. Niestety  ułożony przez Beresia ciąg zderzeń Jerzego z Witoldem, nie przekonuje czytelnika niczym, z nawet zdaje mi się, że ten Pilch przepuszczony przez Beresia  nie jest prawdziwy, a jedynie to Bereś chce się ugrzać przy sławie kolegi, który odszedł nagle. Ciężko jest zrozumieć myśl przewodnią kogoś, kto był na tyle blisko pisarza, jeśli dość chaotycznie  prezentuje nam i osobowość Jerzego jak i jego twórczość, główne motywy  z książek, anegdoty, raczej odgrzewane, garść własnych wspomnień, ale nic szczególnie ekscytującego i czasem miałem trudność w odróżnieniu tekstu Pilcha  od wynurzeń Beresia.  Ten „Pilchu” dostał już tyle złych  recenzji, że nawet nie chce mi się kopać leżącego. Czytam to  już tak długo, że nie pamiętam co mnie irytuje w tej opowieści najbardziej – zapewne chaos i megalomania autora .

Kiedy już miałem te dwa zestawy: jeden oryginalny wybór felietonów i drugi poza tym, że gruby, to jednak wkurwiający, więc wtedy wyskoczyła ta oczekiwana przecież od dawna: ”Autobiografia w sensie ścisłym”, po której obiecywałem sobie nie wiadomo co, opowieść samego Pilcha o tym wszystkim , co już przecież i tak zawarte było w jego książkach, gdzie przemycał siebie i swoją Wisłę, , babkę, matkę i ojca i wszystkich lutrów  z okolicy, a tymczasem przeleciałem się po tej autobiografii ,próbując wyłuskać  to wszystko co do Pilcha zawsze mnie ciągnęło i niestety, oprócz słynnej frazy i zakorzenienia w wiślańskim krajobrazie, nie dało się stamtąd wywlec jakichś szczególnych  rewelacji. To po prostu Pilch w sensie ścisłym, mocno esencjonalny, dający rozkosz zaczytania się w tych migawkach i refleksjach kogoś, kto szuka siebie we wspomnieniach, choć od dawna wiadomo, że się już znalazł wcześniej i gdzie indziej. To nie jest oczekiwana książka wspomnień – to raczej mgła podnosząca się od gór, to opary pamięci, gdzie znane od lat postaci falują  i mamią, bo i tak znamy ich historie i charaktery,  od   kiedy zaczęliśmy  poczytywać tego  szczególnego pisarza, bo przecież cała jego twórczość przesiąknięta jest tym wszystkim o czym nam kolejny raz opowiada w autobiografii. I można nawet sobie zwizualizować okolice dworca kolejowego  w Wiśle, której to okolicy Pilch poświęca sporo miejsca, a ja w międzyczasie starałem sobie przypomnieć nasze wędrówki po tym mieście, kiedy to jeszcze Pilcha nie admirowałem, a my raczej spoglądaliśmy na sztukę japońską.

Morderczy był nagły koniec tej „Autobiografii”, kiedy to szykując się na dłuższy czas ze snującą się opowieścią Pilchem, przewróciłem stronę, zastając tam smutny fakt zakończenia  tej krótkiej dosyć  fatamorgany z życia pisarza.

Podsumowując ten rok bez Pilcha żywego, musimy  ucieszyć się prędzej z informacji o podobno niedokończonej powieści, którą dzielna Kinga, dziedzicząc nie tylko nazwisko, przygotowuje  do wydania. Módlmy się zatem, ażeby premierowa proza  martwego już Pilcha, nie okazała się humbugiem, jak te trzy efemerydy, które miały nam brak pisarza  osłodzić, tymczasem jedynie głód zaostrzyły, bo przecież i ja  wstyd się przyznać, mam zaległości w kilku powieściach nawet, jakbym potrzebował się wygłodzić, żeby kiedyś tam wpaść czasowo w orbitę planety pisarza i łyknąć ze smakiem te kilka jeszcze nieczytanych próz.

Tymczasem jeszcze zaglądam do nieszczęsnego Beresia, gdzie czasem przepełnione pilchowymi cytatami  dobijają się strony, w  których można posmakować nie tylko  charakterystyczną  ironiczną frazę, ale skomentować choćby sobie aktualne historie, choćby te związane ze zbrodniczą organizacją kościoła katolickiego, bo i Pilch już miał okazję zadumać się i nad fenomenem polskiego papieża  jak i problemem pedofilii w łonie  tej kryjącej się wzajemnie  szajce zbrodniczej. I  tylko przytoczony tu dowcip z księdzem Tischnerem, pokazuje, że nawet w czarnej sotni grzechu, warto jest znaleźć przyjaciela, którego będziesz podziwiał bezwarunkowo. Otóż ks. Tischner kładąc się na drzemkę uprzedzał usługujące mu siostry, żeby broń boże nie budziły go, chyba, że przyjdzie wiadomość z Watykanu, że zniesiono celibat.

Z tego potrójnego zestawu, największą przyjemność sprawiły mi  jednak piłkarskie felietony  zamieszczone w cienkiej, czerwonej książeczce, bo tu jakoś odnajduję Pilcha najbliżej nas, zwyczajnych zjadaczy chleba fascynujących się aktualnie Mistrzostwami Europy, które gdyby żył, pisarz skomentowałby z pewnością, zjadliwą refleksją dotyczącą naszego błyskawicznego udziału w tym święcie i mocno mnie ciekawi  jego opinia  wytrawnego selekcjonera, dotycząca  pracy i perspektyw Portugalczyka, w którego ja wątpiłem od samego startu jego pracy, wieszcząc , że wywalą go po imprezie, gdy tymczasem  przygoda trwa, niczym miłość Pilcha do Cracovii.

A więc kibicując a to Anglikom, a to Włochom, czytam sobie i smakuję te krótkie wypracowania  o Bońku  i Gmochu, aż wreszcie odnajduję refleksje o mistrzostwach Europy, które wzbudzały w pisarzu podobne uczucia, które jakże znowu dzisiaj aktualne, bo i mamy tu podziw dla grających wyjątkowo wówczas i dziś Czechów, a to sarkastyczne oceny komentujących mecze.  Oczywiście nie brak uwag na temat ukochanej przez Pilcha Cracovii, w polemice z głównym adwersarzem, czyli  Ludwikiem Stommą, który nieopatrznie śmiał wywyższać Wisłę nad ukochanym także przez JPII  klubem. I jakże niesamowitym zdaje mi się ta znajomość Pilcha, nazwisk graczy Cracovii, to wymienianie składu drużyny  z czasów, o których nikt już dziś nie pamięta.

Mecze bez dogrywek i karnych, nawet jak są wielkie, nie przechodzą do historii.” Są jak miłość platoniczna – może ona być  wielka, ale bez  słynnego napięcia w końcówce, nie ma o czym gadać.  A teraz my oglądamy te mistrzostwa i jak tu nie zgodzić się z Mistrzem po takich wydarzeniach, jak Szwajcaria -Hiszpania, choć np. Belgia-Włochy  to było  naprawdę coś. Albo ten nieszczęsny Morata w starciu z Italią, z nieba do piekła, bramka i przestrzelony karny. Jakże to literackie  są fakty i co z tego mógłby Pilchu wyczarować w błyskotliwym felietonie Czy jest ktoś w stanie zastąpić  te finezyjne komentarze piłkarskie Pilcha, równie błyskotliwymi spostrzeżeniami dotyczącymi choćby naszych niepodrabialnych komentatorów, mylących narodowość piłkarzy, choćby zamieszkiwali oni Półwysep Skandynawski, co dla redaktora Szpakowskiego oznacza, że muszą grać w jednej drużynie. Osobiście ciekawiło by  mnie zdanie Pilcha na temat ekscytujących wyczynów Kazia Węgrzyna, którego komentarze  stanowią nową jakość  w tej sztuce, przy której nawet profesjonalista Mateusz Borek, zdaje się zagubionym  debiutantem. Wielka szkoda, że spostrzeżenia piłkarskie Jerzego, przy tej wyjątkowo ekscytującej edycji piłkarskiej hucpy 2020/21, dostępne są jedynie dla luterańskiej mniejszości w niebiesiech i raczej się tego nie wyda na papierze.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zapachowa symfonia czyli „Przewóz” Andrzeja Stasiuka

Andrzej Stasiuk wreszcie się przełamał i zamiast tych przewidywalnych, marudnych esejów, które przecież i tak się czyta z nieokiełznaną przyjemnością, ale to jest inne zagadnienie, więc zamiast   wynurzeń o tych skrajach świata, jakichś wschodach, bliskich i jeszcze dalszych, tej marności opłotkowej rozsianej od Beskidu do Mongolii, wydobył wreszcie fabułę, do tego wczesnowojenną, kiedy dwa totalitaryzmu zgniatają wąski skrawek naszego przegranego już kraju, ściskają wrogie armie, jak w imadle przyrzeczny odcinek rzeczywistości naszej polskiej; jedni, ci stalowi, kulturalni, dobrze ubrani i bogaci w cukier,  szykują się do skoku  przez rzekę ku stepom i jeszcze nie wiedzą, że czeka tam na nich błoto, bezkres i zagłada tego żelaznego wehikułu, który jeszcze zachwyca maluczkich i obszarpanych  białoczerwonych obywateli kraju dumnego i rozjechanego  przez maszynerię, o której w tej zapuszczonej, zalesionej okolicy nie słyszano i nie widziano podobnej dotąd.

I właśnie ten rozgardiasz związany  z najazdem Niemców w samobójczej misji, wywołuje zdarzenia, które Stasiuk postanowił opisać, pokazując  jak nowa rzeczywistość kieruje ludzkimi instynktami.  A więc mamy i jakieś partyzanckie niedobitki, uciekających  od palonych stodół Żydów, marzących o mitycznej, komunistycznej krainie  bez prześladowań, mamy  kraj z jego kościołami Matką Boską,  chłopami kombinującymi jak przeżyć w nowej sytuacji.

Wszystko w towarzystwie rzeki, którą niektórzy chcą przebyć, żeby po drugiej stronie  zasmakować innego świata. Rzeka  jest ponura i zdradliwa, na obu brzegach  równie niebezpieczna, z trupami spławianymi z prądem, pochłaniająca nieuważnych, śmierdząca mułem i pełna wirów.

Opowieść Stasiuka pachnie,  a częściej śmierdzi zapachami – to zmysł węchu kreuje zdarzenia, pachnie przyroda, a jeśli coś śmierdzi to ludzie ze zmęczenia, nieumycia, strachu, mordu. Książka epatuje sensualnością, rozgrywa się na granicach zmysłowych i wąchanie staje się  przywilejem bohaterów. Mężczyźni węszą nie tylko za żarciem i tytoniem, ale wyczuwają wonie którymi epatują kobiety, wzmagając ich pożądliwość i nawet znikomy ślad warszawskich perfum na żydowskiej dziewczynie, jest w stanie przetrwać tygodnie tułaczki i rozogniać  męskie zmysły.  Stasiuk chyba po raz pierwszy serwuje nam w takim zagęszczeniu erotyczne sceny, opisuje zwierzęce pożądanie, właśnie poprzez zmysły zapachowe, bo ta kobieca woń uwodzi samców, podążających za instynktem,   jak spuszczone ze smyczy zwierzęta. Pachnie rzeka,  niesie się smród niemieckich maszyn,  śmierdzą trupy i szlachtowana świnia – wszystko ma swoje miejsce w tej zapachowej polifonii. Dzięki takiemu mechanizmowi jesteśmy zanurzeni w tamtym świecie, gdzie wojna szykuje wszystkim ich los, a na razie kotłują się na tym skrawku  jeszcze polskiej ziemi, a z tego zamieszania  czasem nie wiemy  na którym  brzegu jesteśmy, bo świat przemieszcza się złowieszczo nie tylko w przód i w tył ale i na boki się kolebie.

Stasiuk nie byłby sobą gdyby w tej relacji nie urywał się czasem do innego świata, nie wrzucał nam, zirytowanym nagłym skokiem, kawałka ze współczesności, gdzie albo sam jedzie do Drohiczyna, gdzie wspomina dzieciństwo i miejsca  związane z ojcem, który jest jakimś podskórnym Demiurgiem tej opowieści i to wcale nie jest schulzowski Ojciec, ale bezradny i zagubiony w starości ojciec Andrzeja Stasiuka, dla którego zapewne tę historię  pisarz stworzył.

A rzeka to niezmienny element krajobrazu wspomnień i wyobraźni autora. Rzeka jest teraz  jak i była wtedy i tak naprawdę ta opowieść Stasiuka o rzece pokazuje banalną prawdę,  nie tylko o przemijaniu. Stasiuk patrzy na swoich bohaterów z nostalgicznym wzruszeniem, tęskni za światem odeszłym, chciałby wrócić  do czasów, kiedy ojciec jeszcze pamiętał co robił w czasie wojny i czyje buty czyścił. Dlatego wraca  nad rzekę swojego dzieciństwa, rejestruje krajobraz, niezmienny od tamtych czasów, gdy Siwy i towarzysze  przemykali, prowadzeni przez Lubko, nie wiadomo dokąd i po co. Czytelnik czasem gubi się w tych peregrynacjach, chodzą  i brodzą, plączą się i nawet popijawa na parafii z księdzem nie wzbudza w nas ekscytacji, bo jest jedynie przerywnikiem w tym kręceniu się dzielnych wojowników, pod nosem zastygłych Niemców  i pilnujących brzegu Rosjan.

„Przewóz” Andrzeja Stasiuka to piękna książka, jak okrutna baśń, zanurzona w swojej nierealności, która jeśli się zdarzyła, to  nie chcemy w nią  wierzyć. Oniryczne sceny mieszają się tutaj  z brutalnością, kiedy mężczyźni zaczadzeni wojną prezentują swój testosteron, a kobiety  instynktownie ulegają, bo  doskonale wiedzą, że  to wszystko przeminie, a Niemcy przejdą  za rzekę na zagładę, zostawią papierosy i kawę, a partyzanci  okrzepną  w okrucieństwie i zaszyją się w lesie.

Historia z „Przewozu” jest  dla autora tylko  pretekstem  do nostalgicznego powrotu w świat dzieciństwa, kiedy  zamiast wsłuchiwać się w opowieści dorosłych, biegało się nad rzekę.

Kochamy niespieszny styl opowiadania Stasiuka i trzeba mieć nadzieję, że już pisze on kolejną powieść przygodową, bo zapewne rozpędzony powodzeniem tej najnowszej nie spocznie na laurach.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lecę

Nie za dużo tego czytania. Reportaż nie był nigdy  moim szczególnie ulubionym  gatunkiem literackim – raczej czytało się to okazyjnie.  Duży Format w Wyborczej, lub  jakieś historie z życia w  przypadkowych gazetach.  Odkrycie Kapuścińskiego przy okazji podróży  do Etiopii czy  Iranu, pozwoliło docenić tę formę zdobywania wiedzy, podanej trochę inaczej niż zwykłe przewodniki turystyczne. Reportaż jako źródło informacji , a może prędzej jako zabicie czasu literaturą na skraju rzeczywistości. Ten bękart literatury pięknej jest bardziej wymagający niż zmyślenie, choć wspomnianemu Kapuścińskiemu zdarzało się konfabulować pisząc o faktach, choć moim zdaniem  miał do tego prawo, ponieważ robił to doskonale i z pożytkiem dla czytelnika. „Szachinszach” czy „Cesarz” to klasyka gatunku, i raczej nie wrócę już do nich, tak jak wracam do „Zamku” Kafki. Polubiłem Grzebałkowską, ale nie o konkurencji jest ten tekst.

Jan Pelczar  nie po to kończył szkołę reportażu, żeby debiutować prozą wyjętą z tego co ma w duszy. Wydał  „Lecę”, opowieści pilotów i pilotek o lataniu, co sądząc po reakcji rynku było strzałem w dziesiątkę, bo każdego  zainteresują ciekawostki zamieszczone w książce.

To pierwszy znany mi osobiście autor, którego książkę recenzuję  i którego mogę codziennie spotkać i zagadnąć. Janek  jest krytykiem filmowym i dziennikarzem  nie kojarzonym  z lotnictwem, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo podobno  o wszystkim można dzisiaj napisać reportaż, zwłaszcza po ukończeniu szkoły reportażu. Ta książka miała swój początek  w tekście, który Janek napisał do Dużego Formatu  i był to na tyle udany występ, że wydawnictwo zaproponowało mu napisanie większej całości, czego rezultatem  jest właśnie „Lecę”

Przeczytałem błyskawicznie i nie powiem, żeby tekst był szczególnie wciągający – to raczej garść ciekawostek  z życia pilotów oraz organizacji latania pasażerskiego. Każdy czytelnik, podobnie jak ja, szuka głównie historii, związanych z bezpieczeństwem  takich podróży, a fragmenty dotyczące lotów bezzałogowych cieszą się szczególnym powodzeniem, o czym wspomina każdy recenzent czy autor rozmowy z Pelczarem.  Wspominamy , nasze pierwsze loty i obawy związane z wsiadaniem do samolotu. Pamiętam swój pierwszy lot i podziw, jakim obdarzyłem  młode towarzyszki mojej podróży, które zaraz po  starcie naciągnęły opaski na oczy usiłując przespać cały lot, kiedy ja nerwowo wyglądałem  przez okienka , zafascynowany widokami i własną odwagą.

Szuka się w tej książce fragmentów dramatycznych, niebezpieczeństw i  tego wszystkiego co podnosi adrenalinę podróżnikom podniebnym. A przecież autor chciał nam pokazać żmudną i często mało atrakcyjną stronę zawodu pilota. Najpierw trzeba zdobyć te wszystkie umiejętności, licencje i przede wszystkim doświadczenie, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za życie ludzi zabieranych na pokład. Poznajemy przeróżne drogi dochodzenia do zawodu- Jan Pelczar nie wyróżnia żadnego ze swoich bohaterów, stąd mam wrażenie pewnego chaosu, bo nie dostaję pełnej opowieści o konkretnej osobie , historii od marzenia do realizacji pasji, lecz  wycinki z których jest zmontowany określony temat. Mamy  poznać różne warianty przygody z lataniem i przekonać że jest to właściwie zawód  jakich wiele, gdzie boli rozłąka z rodziną, a stres związany z odpowiedzialnością  wypala  fascynację, choć nadal jest to robota z najlepszym widokiem – oczywiście potrafimy docenić trudy  tych wszystkich wspaniałych pilotów, których bohaterskie czyny nie przesłaniają jednak przebijającego wciąż z książki pytania: czy nie byłoby bezpieczniej latać bez nich na pokładzie?, bo przecież jak wynika z przykładów, większość znanych katastrof lotniczych spowodowanych było błędem ludzkim. Czy wsiadłbyś czytelniku do  samolotu, wiedząc, że za sterami nie będzie pilota, a wszystkim  sterować będzie automat? Największą obawę odczuwam w momencie wchodzenia po schodkach do wnętrza samolotu  – nie opuszcza mnie wtedy wrażenie, że powinienem ostatni raz rozejrzeć się dookoła, docenić urok życia, gdyż za chwilę znajdę się w sytuacji bez wyjścia. Każdy kto przeżył silne turbulencje w powietrzu, zna to uczucie bezradności, kiedy wśród krzyków towarzyszy podróży, musi sobie uświadomić, że mogą to być nasze ostatnie chwile przed końcem. Ta książka powinna odsunąć refleksje związane z grozą latania i pokazać wszystkie aspekty pracy pilota, którego wyszkolenie  i mądrość powinny uratować nam życie.

To było najdotkliwsze, kiedy czytam o analizie poszczególnych przypadków katastrof lotniczych; te okrzyki przedśmiertne pilotów, gdzie ostatnim słowem wykrzyczanym w przerażeniu nieuchronności jest „kurwa”. I ten morał, że w lotnictwie jak przyznasz się do błędu, nikt  nie zabierze ci premi. To kwestia zwykłej ludzkiej przyzwoitości, żeby przyznać się do błędu, czyli zrobić donos na siebie samego, a wiadomo co leży w naturze ludzkiej – raczej chronić własną dupę, niż przyznać się do winy. Teraz  kiedy to wszystko już wiemy trudniej będzie znosić długie godziny lotu, analizując  sytuację, kiedy za sterami nie siedziałby już człowiek.  Bo  jak relacjonuje Pelczar, zadaniem pilotów nie jest  przelot z punktu A do punktu B, ale bezpieczne przetransportowanie ludzi.

Wyłuskujemy z tych opowieści kwestie bezpieczeństwa, szukamy zagrożeń i argumentów, że jednak  przeżyjemy kolejną podróż, a gdzieś w tle, obok tego niebezpiecznego nurtu, są historie poszczególnych ludzi, strzępy ich drogi zawodowej, pasji i przygód.; Ludzie gubią się w tej  przypowieści z morałem, a szkoda, bo byłoby ciekawiej i mniej gorzko.

Książka daje względnie pojemny wykład o pracy pilotów, ale jak już przepełni nas ten zasób informacji   i wątpliwości,  to jednak zamarzy nam się jakaś romantyczna historia związana  z zawodem pilota.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania „Lecę piloci mi to powiedzieli

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz