Znowu Praga.

Już tak dawno otrzymałem  ten biały tomik z fascynującej serii Wydawnictwa Czarne  pod enigmatyczną nazwą „Sulina”, która prezentuje sylwetki miast europejskich, że już nawet nie przypuszczałem, że zdołam nie tylko skończyć książkę, ale jeszcze opisać wrażenia z tej lektury. Bardzo podoba mi się  oprawa graficzna tej  serii, ta olśniewająca biel okładki i skromny obrazek z tytułem. W tym przypadku mamy  jeszcze dopisek „ Czeskie ścieżki”.

Mariusz Surosz  skończył filozofię na UJ  i napisał kilka książek o Czechach, a więc musi być osobą obeznaną w dziejach narodu za naszą południową granicą, a do tego od paru lat mieszka w Pradze i pracuje jako przewodnik po  tym mieście.

Po lekturze „Przewodnika po Pradze”  Mariusza Szczygła, nie spodziewałem się  szczególnych uniesień przy lekturze książki Surosza. Autor  podaje nam „czeskość” poprzez historię i zanurza nas w dzieje tego narodu  serwując opowieści nie tyle o mieście, które nieustannie jest gdzieś tam w tle, ale przez losy  Husa i  Žižki, dwóch osobowości, na których ukształtowały się Czechy, kreśli nam naturę Czechów, kojarzonych zazwyczaj z wojakiem Szwejkiem, czasem Hrabalem, rzadziej Kunderą, najczęściej z piwem, no może też z Pawlem Nedvedem…

I teraz przychodzi nam się zastanowić dla kogo jest ta Praga, gdzie autor podaje nam historię  narodu, za którym ja osobiście nie przepadam – to moje niechętne spojrzenie na Czechów  oparte jest na wspólnej socjalistycznej przeszłości i pamiętam jak dziś  wrażenie, kiedy przejeżdżało się granicę i ten południowy kraj emanował  jakimś spokojem, prześwietlone słońcem ulice miasteczek, spokój i  nuda ale i dostatek, to wszystko zdawało mi się zawsze uporządkowane  i ciepłe. Może to zazdrość wyzwoliła tę niechęć do południowego sąsiada?  I podczas lektury uświadamiamy sobie, jak mało wiemy o historii innych państw i  do czego  nam potrzebna ta husycka epopeja  albo skomplikowane dzieje kultu Jana Żiżki? Poprzez Pragę poznajemy jak kolejne władze potrafiły  wykorzystać historię dla własnych celów .

Przez wieki sąsiedztwa kilka czeskich nazwisk potrafimy zapamiętać. O ile  Surosz nie szczędzi nam losów obu Janów, to kolejne postaci nie budzą już tylko sympatii, czasem  są pożałowania godną spuścizną po socjalistycznym epizodzie. Autor podaje nam np. takiego Klementa Gottwalda . Prowadzi nas przez jego mauzoleum  na praskiej górze Vitkov; czytanie  o  zwyczaju balsamowania komunistycznych dygnitarzy i przechowywaniu ich zwłok  jest nie tylko niesmaczne, ale  i każe się zastanowić,  czy młody idealista Gottwald w najczarniejszych snach przypuszczał, co będą wyprawiać z jego ciałem  i jak zakończy się  smutna historia z mauzoleum.

Surosz pokazuje nam Pragę, przez siebie odkrytą, na którą nie zwrócimy uwagi podczas pospiesznego zwiedzania lub przypadkowego spaceru. I tak prezentuje się nam Mikolas Ales.

Kiedy pod koniec XIX wieku próbowano udowodnić jak bardzo Praga jest niemiecka w stylu, pozbawiona czeskiego charakteru, to właśnie Ales z kolegami   tak bardzo protestował, że wybuchły zamieszki, po których młody artysta trafił do więzienia. Jego losy  związane są z Teatrem Narodowym i przy okazji dowiadujemy się jak  ozdabiano ten czeski  gmach. To także pogmatwana historia przyjaźni Alesa z drugim projektantem teatru Żeniskiem, gdzie ten pierwszy  był wyraźnie deprecjonowany kosztem  drugiego. Pospolita ludzka niesprawiedliwość towarzyszyła pracom w teatrze  i spowodowała rozejście się obu artystów, choć jak ładnie pisze Surosz: ”… kiedy się wejdzie do foyer Teatru Narodowego i popatrzy na obrazy je zdobiące, te dwa nazwiska wymawia się jednym tchem. Foyer połączyło Alesa i Żeniska na zawsze”. Autor zabiera nas  także spacer do Pilzna  gdzie fasady gmachów  zdobił właśnie Ales, zwłaszcza na ulicy Nerudy.

Nie traktujmy książki Surosza jak przewodnik po mieście – to prędzej inspiracja  zanurzona w opowieści o ludziach  tworzących praski klimat. Nie da się błądzić po mieście  z książką pod pachą – tak czy inaczej  trafimy pod monumentalny pomnik na górze Vitkov, czy pod gmach Narodni Divadlo.

O ile Szczygieł pokazuje Czechów figlarnych, szalonych  i wiedzie  nas w  miejsca nieoczywiste, to Surosz jest poważny niczym  lew z okładki książki.  Może to być zarzut, ale warto przyznać Suroszowi, że wziął się za tę swoją Pragę  porządnie studiując wszelakie źródła. A  jeśli znuży nas rozciągnięta historia Alesa, to możemy szybko przeskoczyć do Karela Haslera i poznać historię słynnych cukierków  oraz dowiedzieć się  jak kabarety z Polski zawojowały  Prażan.

Na koniec trochę losów hokeja czechosłowackiego i tragiczne dzieje świetnych sportowców, których przemieliła komunistyczna władza.

Kiedy przeczytamy „Czeskie ścieżki” Surosza, nasza wiedza o narodowym charakterze południowych sąsiadów będzie dogłębna, ale czy przez to polubimy ich bardziej? Nie o to tutaj chodziło autorowi – prędzej przyjdzie nam ochota zanurzyć się w tę opisywaną czeskość  przyjeżdżając do Pragi, która kusi swoją oryginalnością i warta jest poznania, a książka Surosza  zafascynuje  zapewne wielu miłośników choćby oryginalnej architektury.

Gdybym miał narzekać, to zabrakło mi  tutaj  tego z czym najbardziej kojarzy mi się Praga, czyli nie ma tu Franza Kafki, nawet jego cienia przemierzającego ciemne uliczki miasta.. Surosz nie zabiera nas do krainy z naszych marzeń i wyobrażeń o mieście – on nas prowadzi do swojej Pragi, przez to czeskie ścieżki to  oryginalne spojrzenie  na ukochane miasto.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Litwo, Ojczyzno moja

Baśnie litewskie  zdają się jakąś niepojętą egzotyką, pomimo tego, że to przecież jakby nasze   historie, bo przecież od pamiętnej Unii Lubelskiej  z 1569 roku byliśmy jednym, wielkim krajem, ale ile tej jedności zostało w obu narodach do dziś, nie wiadomo.

Nasz największy poeta narodowy, urodzony w wigilię w Nowogródku, a więc  jest  jakby z tamtego  litewskiego kraju, stąd te pierwsze strofy Inwokacji w Panu Tadeuszu. Ale nie o tym piszemy teraz, lecz o „Opowieściach z kraju nad Wilią”, baśniach i legendach litewskich.

Książka do czytania dzieciom do poduszki, ale przyniesie też chwile radości dorosłym, którzy odnajdą w tych krótkich opowieściach motywy baśniowe  powszechne właściwie dla bajarzy z każdej strony świata. Mamy tu piękne dziewczyny, butnych młodzieńców i wszystkie pułapki i niebezpieczeństwa, czekające na sympatycznych bohaterów. W baśniach staropolskich zawsze niesłychanie fascynował mnie diabeł, pojawiający się w przeróżnej postaci, po to, żeby zagmatwać losy zakochanych lub zwieść naiwne dziewice. I tu mamy też tego podstępnego diaboła, doskonale ukazanego zwłaszcza pod postacią przystojnego Linasa, usiłującego zdobyć piękną Ausrę. Jak zakończyła się ta historia możecie przeczytać w  opowieści „Diabelski most”.

Anna Koprowska-Głowacka przenosi czytelników do urokliwej, zielonej krainy, pełnej gęstych lasów, umajonych wzgórz i łąk, nad błękitny nurt Wilii, gdzie poznać możemy tajemniczych bohaterów, potężnych królów czy zaklęte księżniczki.

W książce można znaleźć m.in. historię Usparime, która w dzieciństwe poświęciła swoje życie bogom. Postawili oni na jej drodze rycerza, śpiewającego piękną pieśń o miłości; miłości, której tak bardzo pragnęła młoda kapłanka. Zerwanie ślubów czystości wiązało się jednak z karą śmierci. Co więc pozostało pięknej wajdelotce – nieszczęśliwa śmierć czy wieczna miłość? Odpowiedź można znaleźć w „Opowieściach z kraju nad Wilią”.

Jak napisała autorka we wstępie, w tych litewskich opowieściach znajdziemy wiele punktów wspólnych, znanych z naszych przypowieści i legend. Te same, a jednak… całkiem inne. I może właśnie dlatego warto sięgnąć po dwadzieścia pięć opowieści z bogatej, litewskiej skarbnicy

Autorka ma doświadczenie w propagowaniu legend i przypowieści: zajmowała się między innymi legendami Ziemi Chełmińskiej, czy czarownicami z Pomorza i Kujaw, legendami Żuław i Borów Tucholskich.

To bardzo ładnie wydana książka, w twardej oprawie z  oryginalnymi ilustracjami Justyny Sokołowskiej, w takim socrealistycznym stylu. Dominuje kolorystyka niebieska i jak pięknie pachnie ta książka podczas lektury  – dla miłośników  książek  i zbieraczy to wymarzony prezent – warto już teraz zatroszczyć się o gwiazdkowe wybory.

Wydawnictwo Bosz już od prawie 30 lat wydaje najwyższej jakości albumy poświęcone sztuce, przyrodzie i dziedzictwu kulturowemu. Wśród ponad 850 wydanych dotychczas tytułów możemy znaleźć unikalne albumy z zakresu fotografii (takie jak „Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973–1989” i „Rolke”) czy wyjątkowe na polskim rynku publikacje poświęcone plakatowi („Oto sztuka polskiego plakatu”).

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Matnia

Nie wiem co to thriller książkowy i nie potrafię przestraszyć się historią opisaną na kartach powieści. Pamiętam, że lekki niepokój budziły we mnie czytane dawno temu  „Opowieści niesamowite” Poego. Co innego thrillery filmowe – obraz zdolny jest przestraszyć i wykreować klimat grozy, dlatego kiedy dostałem do ręki określaną jako thriller „Matnię”, nie spodziewałem się przestrachu i raczej z zaciekawieniem niż przerażeniem rozpocząłem lekturę. Piotrowski zastosował filmowy trick, rozpoczynając opowieść scenami, które miały wprowadzić czytelnika w klimat  zaplanowanego horroru, niż powieści obyczajowej, którą tak naprawdę jest ta z kryminalną otoczką opowieść z morałem.

„Matnia”  skonstruowana jest standardowo, czyli bohaterka  otrzymuje od życia  nagrodę, idealnego mężczyznę, który spada z nieba, niby przypadkowo, wybawiając ją z niebotycznych kłopotów – Zuza związała się wcześniej z facetem, który nie dość, że zmajstrował jej ciążę, żeby było weselej… bliźniaczą, to jeszcze zostawił z milionowymi długami. Marek, książę z bajki zjawia się  niespodziewanie i nie tylko  akceptuje  jej ciążę, ale jeszcze wywozi  na odludzie, odcinając od napastliwych wierzycieli. Idylla trwa na całego, a naiwna dziewczyna nie jest w stanie zwietrzyć co kryje się pod tą sielankową odmianą.  Przeczytałem  od razu znajdujący się na końcu tekst „Od autora”, stąd podczas czytania zdawałem sobie sprawę, co  nastąpi w finale powieści, ale odradzam to tym wszystkim, którzy lubią się wciągnąć w historię i dać zaskakiwać nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Nie zdradzam  sedna historii, ale wnikliwy czytelnik będzie się starał domyślić rozwiązania, a autor powoli podprowadza czytającego, który  może nagle zrozumieć, że nie na darmo kot  pręży się na widok Marka.

Książka typowa na wakacyjne plażowanie, potrafi wciągnąć, choć środkowa partia dłuży się w oczekiwaniu na rozwiązanie. I nie będzie tu więcej strasznych chwil  z miotającą się w panice mieszkanką starego domu, w którym straszy, bardziej przerażające są  sceny z życia wioskowej społeczności, oraz podprowadzające   czytelnika  do finału sygnały pisarza, usiłującego nam w kilku obrazach podpowiedzieć czym pachnie  ta cała wioskowa  reżyseria. Tak właśnie – ten cały schemat ma doprowadzić bohaterkę do szczęśliwego poczęcia bliźniaczek, a matka nie może domyśleć się, że wszystko zaaranżowano tak, żeby  jej sytuacja   przypominała tytułową matnię. Wyplątać jej się z tego może pomóc przyjaciółka z bidula, a jej problemy z mężczyznami, udowadniają jak bardzo kobiety  uzależniają się od facetów.

Podobno Piotrowski to doświadczony autor kilku kryminałów z tym samym bohaterem, a tym razem  „Matnia” zapewni  mu  jeszcze większą rozpoznawalność. To jest produkt , który powinien dobrze się sprzedać, a spora ilość napomknięć w wakacyjnych magazynach papierowych i internetowych  nakręci biznes, bo to poprawne czytadło, po którym przyjdzie nam się zastanowić, czy tego rodzaju praktyki opisane w książce, mogą się wydarzyć w rzeczywistości.

Kilka słabości nie przesłania funkcjonalności „Matni”. Współczujemy naiwnej Zuzie, bo z doświadczenia wiemy, że takie ideały jak Marek  nie istnieją. Wszyscy w tej opowieści przeklinają jak szewcy, ale czy coś takiego powinno nas oburzać?

Podejrzewamy podstęp od samego początku i to dobrze, że jedynie nieśmiałe domysły pozwalają  nam doczekać do finałowej rozgrywki, gdzie nie obejdzie się bez rozkopywania grobów i pogoni po pękającym lodzie. Widzimy to oczami wyobraźni  i trochę za łatwo wszystko dobrze się kończy – niech te minusy nie przysłonią plusów – „Matnia” to zgrabna porcja emocji, pozwalająca nam poczuć się mądrzejszymi, którzy  z góry domyślili się, kto tu jest czarnym charakterem. Piotrowski wciela się w narratorkę i stara się myśleć jak kobieta, co nawet mu wychodzi, może poza scenami erotycznymi, gdzie przeważają jego męskie fantazje.

Z przyjemnością obejrzałbym ekranizację książki i choć nie spodziewałbym się wstrząsu na miarę  „Lśnienia”, ale zgrabny konstruktor mógłby z książki zrobić przekonywujący horror – i tego książce naprawdę życzę.

A już kompletnie rozczuliła mnie dedykacja, którą autor umieścił na samym początku: „Anecie, za inspirację i nie tylko”, bo okazuje się, że wielu ma takie inspiracje i nie tylko…

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lato z Anną Kańtoch

Kańtoch pisze jakby terminowała u klasyków, wydających w czasach socjalistycznej prosperity, w nakładach, o których marzą obecnie wszyscy, poza Remigiuszem Mrozem.  Życie Krystyny Lesińskiej cofa się wraz z czytelnikiem, poczynając od emerytowanej już policjantki z „Wiosny zaginionych” i w letniej odsłonie, wracamy do lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to śledcza,  dopiero  szykowała się na zasłużoną emeryturę, zatracając się w pracy, żeby zagłuszyć ból po śmierci męża. Należy pamiętać, że znajdujemy się na Śląsku i pisarka  stara się oddać klimat i atmosferę  tej lokalnej społeczności i nie jest to raczej ten twardochowy  świat zatracony w swojej egzotyce, lecz przesiąknięty zwyczajnością kawałek Polski.

To Lesińska kreuje nasze wrażenia podczas lektury, jesteśmy  z nią bardzo blisko  i jeśli jej nie polubimy od początku, to zatracimy istotę tej opowieści.  I należy sięgnąć najpierw po tom wiosenny, zanim cofniemy się do lata, bo chcemy mieć pełny obraz Krystyny, już z tym bagażem późniejszej historii. Łatwiej nam będzie zrozumieć to zafiksowanie, na sprawie zaginięcia jej brata przed laty w Tatrach – to sprytny zabieg pisarki, żeby postawić tajemnicę, po trochu odsłaniać kulisy, przeciągać ten wątek  intrygując czytelników i zachęcając do czytania kolejnych tomów z porami roku.

Latem ginie  cała rodzina, bestialsko zamordowana w leśnym domku. Kańtoch nie szczędzi makabrycznych obrazów, a to zamordowanych małych dziewczynek – jedna zarżnięta, druga uduszona, a to szczegółów pozostawionych śladów. W samej zbrodni jest pewna tajemnica, a jej okoliczności Kańtoch sprawnie gmatwa, dodając szereg szczegółów, powoli wyjaśnianych w trakcie śledztwa.  Lesińskiej pomagają policjanci i każdy z nich podobnie jak bohaterka,  naznaczony jest jakąś traumą, związaną z życiem uczuciowym. To właśnie ten  bagaż  uwierający każdą z postaci kryminału pozwala autorce przykuć nas do lektury, jakbyśmy czytając o kłopotach życiowych postaci z „Lata utraconych”, dostrzegali  własne  uciążliwości i mogli utożsamiać się z  bohaterami.

Napisałem na początku, że Kańtoch mocno zbliża się do tych wszystkich autorów kryminałów, wydawanych dawno temu, w poszukiwanych seriach, wydawanych w podobnej szacie graficznej, gdzie rzeczywistość dookoła zbrodni zdawała się największą atrakcją czytelniczą. Nie jest to zarzut pod adresem młodej absolwentki orientalistyki, lecz raczej  przesycona nostalgią  tęsknota za  poznawaną za młodu klasyką socjalistycznej twórczości,  gdzie właśnie to wszystko co dookoła zbrodni fascynowało. Kańtoch  ma styl powolny i nie epatuje  nagłymi zwrotami akcji.  Lesińska  próbuje dedukować i  rozwiązać zagadkę morderstwa własnymi metodami, a przy okazji podróży w Tatry wraca  dręcząca ją zagadka zaginięcia brata.

Porwany przed laty   z Hali Gąsiennicowej chłopiec  jest jedynym ocalałym z makabrycznej rzezi i to właśnie na Kubie koncentruje się nasza uwaga. Historia chłopca przykuwa nas   w przewrotny sposób i nie wiemy jak  reagować na jego zachowanie i czyny – jest mordercą i czy  niedawny powrót na łono rodziny  nie czyni z niego głównego podejrzanego?

Tak naprawdę moje przypuszczenia krążyły wokół innych postaci, które mogły  dokonać tego bestialskiego mordu, ale to tylko świadczy jak przewrotnie Kańtoch zwodzi czytelnika, podsuwając mu szereg szczegółów i mylnych tropów, przez co zbyt pewny siebie detektyw-czytelnik, musi w końcu przyznać, że bez Lesińskiej nie  rozwiąże zagadki.

Czy zakończenie tego tomu niesie ze sobą rozczarowanie?  Zapewne coś w tym jest, skoro wielu czytelników wyraża zawód niespodziewanym  końcem śledztwa  i choć już wiem kto zawinił, to jednak sama konstrukcja finału tej historii, nie  jest jakimś ekscytującym  splotem wydarzeń.

Autorka stawia przed nami winnych, ale każe równocześnie się  zastanowić nad ich losem i tym fatum, które wisi w powietrzu i jeśli my je widzimy, to wiemy, że postaci dramatu raczej nie są w stanie bezboleśnie wyplątać się z przeznaczenia. Naznaczona jest przecież sama Lesińska, która w tym tomie  zdaje sobie sprawę  z wyczerpywania się jej sił zawodowych i planuje zakończenie kariery  śledczej.

Anna Kańtoch sprawnie buduje klimat opowieści, nie spieszy się, jakby zmuszała czytelnika do smakowania życia bohaterki, dogłębnego poznania jej charakteru, traktowania życia z pewną bylejakością, podporządkowania  się sprawom zawodowym kosztem życia rodzinnego – a przecież ma syna, który  sprowadza do domu intensywnie pachnące kobiety, oraz wnuczkę, której nie potrafi poświęcić  więcej czasu.  Pisarka podpuszcza nas a to nazwą miejsca zbrodni: Pogański Młyn, a to zaszlachtowaną sarną, a to malutkimi grobami, którymi bawią się zamordowane siostrzyczki. Postacie kobiece nie są tutaj żadną konkurencją dla Lesińskiej, która pomimo swoich wad, wzbudza naszą sympatię, podobnie jak i jej pomocnicy, którzy pokazują nam swoje życie  w całej okazałości, co nie zawsze bywa budujące.

Jestem w stanie wyobrazić sobie serial kryminalny na podstawie zaplanowanej trylogii – tylko kto zagrałby główną rolę?  Serial zacząłby  się scenami tatrzańskimi, których finał stanowiłby  punkt kulminacyjny intrygi, a po drodze Lesińska robiłaby swoją policyjną robotę.

Pozostaje nam czekać na odcinek jesienny – finałowy przecież, gdzie  pisarka musi wykazać się  ogromną  przenikliwością i pomysłowością, żeby nie spieprzyć dorobku dwóch pierwszych części, z których jedna przyniosła jej nawet nagrodę Wielkiego Kalibru, za najlepszy kryminał roku 2020.

Dziękuję Wydawnictwu Marginesy za egzemplarz do recenzji

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Polska-Anglia

Pamiętnego 31 marca, kiedy nasza piłkarska reprezentacja pod wodzą Portugalczyka, mierzyła się na Wembley z Anglią, był najlepszy czas, żeby sięgnąć po dopiero co zakupiony w Kauflandzie  z Polityką, artykuł Pana Jerzego, o pamiętnym wyczynie Polaków na starym Wembley, kiedy to  dzięki temu, że Janowi Domarskiemu pięknie piłka „zeszła”, mogliśmy przez kilka lat cieszyć się sławą reprezentacji, mogącej wygrać z każdym.

Otóż oprócz tego zestawu felietonów „politycznych”  gdzie znajdziemy szereg piłkarskich przemyśleń pisarza , wykwitł taki osobliwy tom  Beresia  niejakiego Witolda, gdzie próbował tenże Bereś Pilcha nam zaprezentować  ze swojej, przyjacielskiej strony. Niestety  ułożony przez Beresia ciąg zderzeń Jerzego z Witoldem, nie przekonuje czytelnika niczym, z nawet zdaje mi się, że ten Pilch przepuszczony przez Beresia  nie jest prawdziwy, a jedynie to Bereś chce się ugrzać przy sławie kolegi, który odszedł nagle. Ciężko jest zrozumieć myśl przewodnią kogoś, kto był na tyle blisko pisarza, jeśli dość chaotycznie  prezentuje nam i osobowość Jerzego jak i jego twórczość, główne motywy  z książek, anegdoty, raczej odgrzewane, garść własnych wspomnień, ale nic szczególnie ekscytującego i czasem miałem trudność w odróżnieniu tekstu Pilcha  od wynurzeń Beresia.  Ten „Pilchu” dostał już tyle złych  recenzji, że nawet nie chce mi się kopać leżącego. Czytam to  już tak długo, że nie pamiętam co mnie irytuje w tej opowieści najbardziej – zapewne chaos i megalomania autora .

Kiedy już miałem te dwa zestawy: jeden oryginalny wybór felietonów i drugi poza tym, że gruby, to jednak wkurwiający, więc wtedy wyskoczyła ta oczekiwana przecież od dawna: ”Autobiografia w sensie ścisłym”, po której obiecywałem sobie nie wiadomo co, opowieść samego Pilcha o tym wszystkim , co już przecież i tak zawarte było w jego książkach, gdzie przemycał siebie i swoją Wisłę, , babkę, matkę i ojca i wszystkich lutrów  z okolicy, a tymczasem przeleciałem się po tej autobiografii ,próbując wyłuskać  to wszystko co do Pilcha zawsze mnie ciągnęło i niestety, oprócz słynnej frazy i zakorzenienia w wiślańskim krajobrazie, nie dało się stamtąd wywlec jakichś szczególnych  rewelacji. To po prostu Pilch w sensie ścisłym, mocno esencjonalny, dający rozkosz zaczytania się w tych migawkach i refleksjach kogoś, kto szuka siebie we wspomnieniach, choć od dawna wiadomo, że się już znalazł wcześniej i gdzie indziej. To nie jest oczekiwana książka wspomnień – to raczej mgła podnosząca się od gór, to opary pamięci, gdzie znane od lat postaci falują  i mamią, bo i tak znamy ich historie i charaktery,  od   kiedy zaczęliśmy  poczytywać tego  szczególnego pisarza, bo przecież cała jego twórczość przesiąknięta jest tym wszystkim o czym nam kolejny raz opowiada w autobiografii. I można nawet sobie zwizualizować okolice dworca kolejowego  w Wiśle, której to okolicy Pilch poświęca sporo miejsca, a ja w międzyczasie starałem sobie przypomnieć nasze wędrówki po tym mieście, kiedy to jeszcze Pilcha nie admirowałem, a my raczej spoglądaliśmy na sztukę japońską.

Morderczy był nagły koniec tej „Autobiografii”, kiedy to szykując się na dłuższy czas ze snującą się opowieścią Pilchem, przewróciłem stronę, zastając tam smutny fakt zakończenia  tej krótkiej dosyć  fatamorgany z życia pisarza.

Podsumowując ten rok bez Pilcha żywego, musimy  ucieszyć się prędzej z informacji o podobno niedokończonej powieści, którą dzielna Kinga, dziedzicząc nie tylko nazwisko, przygotowuje  do wydania. Módlmy się zatem, ażeby premierowa proza  martwego już Pilcha, nie okazała się humbugiem, jak te trzy efemerydy, które miały nam brak pisarza  osłodzić, tymczasem jedynie głód zaostrzyły, bo przecież i ja  wstyd się przyznać, mam zaległości w kilku powieściach nawet, jakbym potrzebował się wygłodzić, żeby kiedyś tam wpaść czasowo w orbitę planety pisarza i łyknąć ze smakiem te kilka jeszcze nieczytanych próz.

Tymczasem jeszcze zaglądam do nieszczęsnego Beresia, gdzie czasem przepełnione pilchowymi cytatami  dobijają się strony, w  których można posmakować nie tylko  charakterystyczną  ironiczną frazę, ale skomentować choćby sobie aktualne historie, choćby te związane ze zbrodniczą organizacją kościoła katolickiego, bo i Pilch już miał okazję zadumać się i nad fenomenem polskiego papieża  jak i problemem pedofilii w łonie  tej kryjącej się wzajemnie  szajce zbrodniczej. I  tylko przytoczony tu dowcip z księdzem Tischnerem, pokazuje, że nawet w czarnej sotni grzechu, warto jest znaleźć przyjaciela, którego będziesz podziwiał bezwarunkowo. Otóż ks. Tischner kładąc się na drzemkę uprzedzał usługujące mu siostry, żeby broń boże nie budziły go, chyba, że przyjdzie wiadomość z Watykanu, że zniesiono celibat.

Z tego potrójnego zestawu, największą przyjemność sprawiły mi  jednak piłkarskie felietony  zamieszczone w cienkiej, czerwonej książeczce, bo tu jakoś odnajduję Pilcha najbliżej nas, zwyczajnych zjadaczy chleba fascynujących się aktualnie Mistrzostwami Europy, które gdyby żył, pisarz skomentowałby z pewnością, zjadliwą refleksją dotyczącą naszego błyskawicznego udziału w tym święcie i mocno mnie ciekawi  jego opinia  wytrawnego selekcjonera, dotycząca  pracy i perspektyw Portugalczyka, w którego ja wątpiłem od samego startu jego pracy, wieszcząc , że wywalą go po imprezie, gdy tymczasem  przygoda trwa, niczym miłość Pilcha do Cracovii.

A więc kibicując a to Anglikom, a to Włochom, czytam sobie i smakuję te krótkie wypracowania  o Bońku  i Gmochu, aż wreszcie odnajduję refleksje o mistrzostwach Europy, które wzbudzały w pisarzu podobne uczucia, które jakże znowu dzisiaj aktualne, bo i mamy tu podziw dla grających wyjątkowo wówczas i dziś Czechów, a to sarkastyczne oceny komentujących mecze.  Oczywiście nie brak uwag na temat ukochanej przez Pilcha Cracovii, w polemice z głównym adwersarzem, czyli  Ludwikiem Stommą, który nieopatrznie śmiał wywyższać Wisłę nad ukochanym także przez JPII  klubem. I jakże niesamowitym zdaje mi się ta znajomość Pilcha, nazwisk graczy Cracovii, to wymienianie składu drużyny  z czasów, o których nikt już dziś nie pamięta.

Mecze bez dogrywek i karnych, nawet jak są wielkie, nie przechodzą do historii.” Są jak miłość platoniczna – może ona być  wielka, ale bez  słynnego napięcia w końcówce, nie ma o czym gadać.  A teraz my oglądamy te mistrzostwa i jak tu nie zgodzić się z Mistrzem po takich wydarzeniach, jak Szwajcaria -Hiszpania, choć np. Belgia-Włochy  to było  naprawdę coś. Albo ten nieszczęsny Morata w starciu z Italią, z nieba do piekła, bramka i przestrzelony karny. Jakże to literackie  są fakty i co z tego mógłby Pilchu wyczarować w błyskotliwym felietonie Czy jest ktoś w stanie zastąpić  te finezyjne komentarze piłkarskie Pilcha, równie błyskotliwymi spostrzeżeniami dotyczącymi choćby naszych niepodrabialnych komentatorów, mylących narodowość piłkarzy, choćby zamieszkiwali oni Półwysep Skandynawski, co dla redaktora Szpakowskiego oznacza, że muszą grać w jednej drużynie. Osobiście ciekawiło by  mnie zdanie Pilcha na temat ekscytujących wyczynów Kazia Węgrzyna, którego komentarze  stanowią nową jakość  w tej sztuce, przy której nawet profesjonalista Mateusz Borek, zdaje się zagubionym  debiutantem. Wielka szkoda, że spostrzeżenia piłkarskie Jerzego, przy tej wyjątkowo ekscytującej edycji piłkarskiej hucpy 2020/21, dostępne są jedynie dla luterańskiej mniejszości w niebiesiech i raczej się tego nie wyda na papierze.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zapachowa symfonia czyli „Przewóz” Andrzeja Stasiuka

Andrzej Stasiuk wreszcie się przełamał i zamiast tych przewidywalnych, marudnych esejów, które przecież i tak się czyta z nieokiełznaną przyjemnością, ale to jest inne zagadnienie, więc zamiast   wynurzeń o tych skrajach świata, jakichś wschodach, bliskich i jeszcze dalszych, tej marności opłotkowej rozsianej od Beskidu do Mongolii, wydobył wreszcie fabułę, do tego wczesnowojenną, kiedy dwa totalitaryzmu zgniatają wąski skrawek naszego przegranego już kraju, ściskają wrogie armie, jak w imadle przyrzeczny odcinek rzeczywistości naszej polskiej; jedni, ci stalowi, kulturalni, dobrze ubrani i bogaci w cukier,  szykują się do skoku  przez rzekę ku stepom i jeszcze nie wiedzą, że czeka tam na nich błoto, bezkres i zagłada tego żelaznego wehikułu, który jeszcze zachwyca maluczkich i obszarpanych  białoczerwonych obywateli kraju dumnego i rozjechanego  przez maszynerię, o której w tej zapuszczonej, zalesionej okolicy nie słyszano i nie widziano podobnej dotąd.

I właśnie ten rozgardiasz związany  z najazdem Niemców w samobójczej misji, wywołuje zdarzenia, które Stasiuk postanowił opisać, pokazując  jak nowa rzeczywistość kieruje ludzkimi instynktami.  A więc mamy i jakieś partyzanckie niedobitki, uciekających  od palonych stodół Żydów, marzących o mitycznej, komunistycznej krainie  bez prześladowań, mamy  kraj z jego kościołami Matką Boską,  chłopami kombinującymi jak przeżyć w nowej sytuacji.

Wszystko w towarzystwie rzeki, którą niektórzy chcą przebyć, żeby po drugiej stronie  zasmakować innego świata. Rzeka  jest ponura i zdradliwa, na obu brzegach  równie niebezpieczna, z trupami spławianymi z prądem, pochłaniająca nieuważnych, śmierdząca mułem i pełna wirów.

Opowieść Stasiuka pachnie,  a częściej śmierdzi zapachami – to zmysł węchu kreuje zdarzenia, pachnie przyroda, a jeśli coś śmierdzi to ludzie ze zmęczenia, nieumycia, strachu, mordu. Książka epatuje sensualnością, rozgrywa się na granicach zmysłowych i wąchanie staje się  przywilejem bohaterów. Mężczyźni węszą nie tylko za żarciem i tytoniem, ale wyczuwają wonie którymi epatują kobiety, wzmagając ich pożądliwość i nawet znikomy ślad warszawskich perfum na żydowskiej dziewczynie, jest w stanie przetrwać tygodnie tułaczki i rozogniać  męskie zmysły.  Stasiuk chyba po raz pierwszy serwuje nam w takim zagęszczeniu erotyczne sceny, opisuje zwierzęce pożądanie, właśnie poprzez zmysły zapachowe, bo ta kobieca woń uwodzi samców, podążających za instynktem,   jak spuszczone ze smyczy zwierzęta. Pachnie rzeka,  niesie się smród niemieckich maszyn,  śmierdzą trupy i szlachtowana świnia – wszystko ma swoje miejsce w tej zapachowej polifonii. Dzięki takiemu mechanizmowi jesteśmy zanurzeni w tamtym świecie, gdzie wojna szykuje wszystkim ich los, a na razie kotłują się na tym skrawku  jeszcze polskiej ziemi, a z tego zamieszania  czasem nie wiemy  na którym  brzegu jesteśmy, bo świat przemieszcza się złowieszczo nie tylko w przód i w tył ale i na boki się kolebie.

Stasiuk nie byłby sobą gdyby w tej relacji nie urywał się czasem do innego świata, nie wrzucał nam, zirytowanym nagłym skokiem, kawałka ze współczesności, gdzie albo sam jedzie do Drohiczyna, gdzie wspomina dzieciństwo i miejsca  związane z ojcem, który jest jakimś podskórnym Demiurgiem tej opowieści i to wcale nie jest schulzowski Ojciec, ale bezradny i zagubiony w starości ojciec Andrzeja Stasiuka, dla którego zapewne tę historię  pisarz stworzył.

A rzeka to niezmienny element krajobrazu wspomnień i wyobraźni autora. Rzeka jest teraz  jak i była wtedy i tak naprawdę ta opowieść Stasiuka o rzece pokazuje banalną prawdę,  nie tylko o przemijaniu. Stasiuk patrzy na swoich bohaterów z nostalgicznym wzruszeniem, tęskni za światem odeszłym, chciałby wrócić  do czasów, kiedy ojciec jeszcze pamiętał co robił w czasie wojny i czyje buty czyścił. Dlatego wraca  nad rzekę swojego dzieciństwa, rejestruje krajobraz, niezmienny od tamtych czasów, gdy Siwy i towarzysze  przemykali, prowadzeni przez Lubko, nie wiadomo dokąd i po co. Czytelnik czasem gubi się w tych peregrynacjach, chodzą  i brodzą, plączą się i nawet popijawa na parafii z księdzem nie wzbudza w nas ekscytacji, bo jest jedynie przerywnikiem w tym kręceniu się dzielnych wojowników, pod nosem zastygłych Niemców  i pilnujących brzegu Rosjan.

„Przewóz” Andrzeja Stasiuka to piękna książka, jak okrutna baśń, zanurzona w swojej nierealności, która jeśli się zdarzyła, to  nie chcemy w nią  wierzyć. Oniryczne sceny mieszają się tutaj  z brutalnością, kiedy mężczyźni zaczadzeni wojną prezentują swój testosteron, a kobiety  instynktownie ulegają, bo  doskonale wiedzą, że  to wszystko przeminie, a Niemcy przejdą  za rzekę na zagładę, zostawią papierosy i kawę, a partyzanci  okrzepną  w okrucieństwie i zaszyją się w lesie.

Historia z „Przewozu” jest  dla autora tylko  pretekstem  do nostalgicznego powrotu w świat dzieciństwa, kiedy  zamiast wsłuchiwać się w opowieści dorosłych, biegało się nad rzekę.

Kochamy niespieszny styl opowiadania Stasiuka i trzeba mieć nadzieję, że już pisze on kolejną powieść przygodową, bo zapewne rozpędzony powodzeniem tej najnowszej nie spocznie na laurach.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lecę

Nie za dużo tego czytania. Reportaż nie był nigdy  moim szczególnie ulubionym  gatunkiem literackim – raczej czytało się to okazyjnie.  Duży Format w Wyborczej, lub  jakieś historie z życia w  przypadkowych gazetach.  Odkrycie Kapuścińskiego przy okazji podróży  do Etiopii czy  Iranu, pozwoliło docenić tę formę zdobywania wiedzy, podanej trochę inaczej niż zwykłe przewodniki turystyczne. Reportaż jako źródło informacji , a może prędzej jako zabicie czasu literaturą na skraju rzeczywistości. Ten bękart literatury pięknej jest bardziej wymagający niż zmyślenie, choć wspomnianemu Kapuścińskiemu zdarzało się konfabulować pisząc o faktach, choć moim zdaniem  miał do tego prawo, ponieważ robił to doskonale i z pożytkiem dla czytelnika. „Szachinszach” czy „Cesarz” to klasyka gatunku, i raczej nie wrócę już do nich, tak jak wracam do „Zamku” Kafki. Polubiłem Grzebałkowską, ale nie o konkurencji jest ten tekst.

Jan Pelczar  nie po to kończył szkołę reportażu, żeby debiutować prozą wyjętą z tego co ma w duszy. Wydał  „Lecę”, opowieści pilotów i pilotek o lataniu, co sądząc po reakcji rynku było strzałem w dziesiątkę, bo każdego  zainteresują ciekawostki zamieszczone w książce.

To pierwszy znany mi osobiście autor, którego książkę recenzuję  i którego mogę codziennie spotkać i zagadnąć. Janek  jest krytykiem filmowym i dziennikarzem  nie kojarzonym  z lotnictwem, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo podobno  o wszystkim można dzisiaj napisać reportaż, zwłaszcza po ukończeniu szkoły reportażu. Ta książka miała swój początek  w tekście, który Janek napisał do Dużego Formatu  i był to na tyle udany występ, że wydawnictwo zaproponowało mu napisanie większej całości, czego rezultatem  jest właśnie „Lecę”

Przeczytałem błyskawicznie i nie powiem, żeby tekst był szczególnie wciągający – to raczej garść ciekawostek  z życia pilotów oraz organizacji latania pasażerskiego. Każdy czytelnik, podobnie jak ja, szuka głównie historii, związanych z bezpieczeństwem  takich podróży, a fragmenty dotyczące lotów bezzałogowych cieszą się szczególnym powodzeniem, o czym wspomina każdy recenzent czy autor rozmowy z Pelczarem.  Wspominamy , nasze pierwsze loty i obawy związane z wsiadaniem do samolotu. Pamiętam swój pierwszy lot i podziw, jakim obdarzyłem  młode towarzyszki mojej podróży, które zaraz po  starcie naciągnęły opaski na oczy usiłując przespać cały lot, kiedy ja nerwowo wyglądałem  przez okienka , zafascynowany widokami i własną odwagą.

Szuka się w tej książce fragmentów dramatycznych, niebezpieczeństw i  tego wszystkiego co podnosi adrenalinę podróżnikom podniebnym. A przecież autor chciał nam pokazać żmudną i często mało atrakcyjną stronę zawodu pilota. Najpierw trzeba zdobyć te wszystkie umiejętności, licencje i przede wszystkim doświadczenie, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za życie ludzi zabieranych na pokład. Poznajemy przeróżne drogi dochodzenia do zawodu- Jan Pelczar nie wyróżnia żadnego ze swoich bohaterów, stąd mam wrażenie pewnego chaosu, bo nie dostaję pełnej opowieści o konkretnej osobie , historii od marzenia do realizacji pasji, lecz  wycinki z których jest zmontowany określony temat. Mamy  poznać różne warianty przygody z lataniem i przekonać że jest to właściwie zawód  jakich wiele, gdzie boli rozłąka z rodziną, a stres związany z odpowiedzialnością  wypala  fascynację, choć nadal jest to robota z najlepszym widokiem – oczywiście potrafimy docenić trudy  tych wszystkich wspaniałych pilotów, których bohaterskie czyny nie przesłaniają jednak przebijającego wciąż z książki pytania: czy nie byłoby bezpieczniej latać bez nich na pokładzie?, bo przecież jak wynika z przykładów, większość znanych katastrof lotniczych spowodowanych było błędem ludzkim. Czy wsiadłbyś czytelniku do  samolotu, wiedząc, że za sterami nie będzie pilota, a wszystkim  sterować będzie automat? Największą obawę odczuwam w momencie wchodzenia po schodkach do wnętrza samolotu  – nie opuszcza mnie wtedy wrażenie, że powinienem ostatni raz rozejrzeć się dookoła, docenić urok życia, gdyż za chwilę znajdę się w sytuacji bez wyjścia. Każdy kto przeżył silne turbulencje w powietrzu, zna to uczucie bezradności, kiedy wśród krzyków towarzyszy podróży, musi sobie uświadomić, że mogą to być nasze ostatnie chwile przed końcem. Ta książka powinna odsunąć refleksje związane z grozą latania i pokazać wszystkie aspekty pracy pilota, którego wyszkolenie  i mądrość powinny uratować nam życie.

To było najdotkliwsze, kiedy czytam o analizie poszczególnych przypadków katastrof lotniczych; te okrzyki przedśmiertne pilotów, gdzie ostatnim słowem wykrzyczanym w przerażeniu nieuchronności jest „kurwa”. I ten morał, że w lotnictwie jak przyznasz się do błędu, nikt  nie zabierze ci premi. To kwestia zwykłej ludzkiej przyzwoitości, żeby przyznać się do błędu, czyli zrobić donos na siebie samego, a wiadomo co leży w naturze ludzkiej – raczej chronić własną dupę, niż przyznać się do winy. Teraz  kiedy to wszystko już wiemy trudniej będzie znosić długie godziny lotu, analizując  sytuację, kiedy za sterami nie siedziałby już człowiek.  Bo  jak relacjonuje Pelczar, zadaniem pilotów nie jest  przelot z punktu A do punktu B, ale bezpieczne przetransportowanie ludzi.

Wyłuskujemy z tych opowieści kwestie bezpieczeństwa, szukamy zagrożeń i argumentów, że jednak  przeżyjemy kolejną podróż, a gdzieś w tle, obok tego niebezpiecznego nurtu, są historie poszczególnych ludzi, strzępy ich drogi zawodowej, pasji i przygód.; Ludzie gubią się w tej  przypowieści z morałem, a szkoda, bo byłoby ciekawiej i mniej gorzko.

Książka daje względnie pojemny wykład o pracy pilotów, ale jak już przepełni nas ten zasób informacji   i wątpliwości,  to jednak zamarzy nam się jakaś romantyczna historia związana  z zawodem pilota.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania „Lecę piloci mi to powiedzieli

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Irytujące, czyli czytać czy słuchać? Niespokojna krew i Nabór

Nigdy bym nie przypuszczał, że w klasyfikacji największych irytacji tego czasu zawirusowanego, niespodziewanie na czoło wysunie się emerytowany szpieg bawiący się w literaturę, czyli Vincent V.Severski ze swoją powieścią „Nabór”, przebijając  nawet tę nieznośną paniusię przerywającą muzykę w Spotifaju, choć zdawało się, że  o palmę pierwszeństwa  powalczy raczej Maciej Stuhr  czytający najnowszą część przygód Cormorana  Strike’a.

To po kolei: paniusie  wzywającą nas do wykupienia płatnej wersji serwisu muzycznego, zostawmy samej sobie, natomiast nie jestem w stanie wybaczyć Severskiemu, że tak skopał  zupełnie przyzwoity thriller sensacyjny, zmuszając czytelnika pod koniec lektury, do zniecierpliwionego mlaskania z irytacji, kiedy to  akcja tej fascynującej historii, nagle osiada na mieliźnie, a ostatnie rozdziały ciągną się jak oczekiwanie, że Cormoran  już w  „ Niespokojnej krwi” przeleci uroczą Robin, a więc  beznadziejność końcowych rozdziałów „Naboru”, to przedłużenie tego samego błędu, który autor popełnił w „Zamęcie” otwierającym cykl.

Przygody bohaterów znanych z debiutanckich książek autora, czyli  cyklu z Konradem i Sarą, którzy łączą siły z grupą Leskiego, żeby zapobiec akcji irańskich terrorystów w Warszawie, śledzimy w kilku lokalizacjach, od Moskwy, przez Ateny aż do stolicy. Nie zabrakło ulubionego przez czytelników Jagana, którego los wrzuci w wir polskich interesów, co nie wyjdzie temu patriocie ruskiemu na dobre, czego niestety także autorowi nie zapomnimy.

Świetna historia,  jak to u Severskiego  doskonale prezentowana, bo przecież ten szpieg wie o czym pisze i wie jak to się robi, żeby trzymać czytelnika w napięciu, kiedy śledzimy jak Dima spełnia swoją misję w Rosji, jak brata się z Jaganem i kozakami donieckimi, jak toczą się gierki ateńskie, a potem widzimy jak Irańczycy szykują się do  upokorzenia polskich służb. Wszystko rozgrywa się tak, żeby wciągnąć czytelnika „na całego” do  przygodowego życia bohaterów i rzeczywiście byłem zaangażowany w te zabawy wywiadowcze i z napięciem śledziłem  jak rosyjska agentura rozgrywa polskie sprawy w  celu skompromitowania nadwiślańskiego kraju na arenie międzynarodowej. Severski podsuwa nam do przemyślenia opcje w jaki sposób agentura rosyjska może nam wstawić swojego człowieka  na decyzyjne stanowiska nie tylko w wywiadzie, ale nawet w rządzie, co  niektórzy podejrzewają że już się dzieje, (pozdrowienia dla Tomasza Piątka).Ciągnące się jak flaki z olejem zakończenie intrygi  nie jest na szczęście w stanie zniweczyć przyjemności  obcowania z bohaterami „Naboru”. Autor pokazuje  z pozycji własnych doświadczeń, jak niebezpieczne mogą być gierki nieudaczników-amatorów kontrolujących nasze służby. Książka trzyma w napięciu i gdyby tylko wydawca postarał się bardziej czuwać nad procesem twórczym, uniknęlibyśmy  irytujących, kompletnie bezpłciowych dłużyzn w ostatnich rozdziałach, kiedy to trzymamy kciuki za Dimę i Jagana, oraz zastanawiamy się jak nasza sympatyczna grupa przyjaciół powstrzyma zdesperowanych Irańczyków.

Audiobooki z przygodami Cormorana Strike’a  czyta od zawsze Maciej Stuhr i do tej pory wychodziło mu to doskonale, natomiast ostatni tom, choć reklamowany jako kolejne przygody kryminalne tytułowego detektywa i jego uroczej wspólniczki, to już powieść obyczajowa, jakby Rowling chciała nam powiedzieć, że od samego początku planowała raczej zająć się losami pary głównych bohaterów i opisać historię ich zbliżania się do siebie. Lektor Stuhr dostał zadanie przeczytania opowieści, gdzie nie ma praktycznie  wątku kryminalnego, ponieważ doktor Margot zaginęła czterdzieści lat wcześniej, a detektywi idąc jej tropem, zmuszeni są rozmawiać z wszystkimi świadkami tamtych wydarzeń. No i tu Maciej Stuhr ukazuje  swój kunszt polegający na usiłowaniu naśladowania głosów postaci , które mają coś do powiedzenia, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet i czyni to z lubością, niestety  ku rozpaczy słuchacza, ponieważ  przybiera to okropne formy, a teatralność  jego umizgów  i modulacje głosu, przyprawiały mnie o dreszcze zniechęcenia.

Niespokojna krew”, czyli już piaty tom sygnowany nazwiskiem Robert Galbraith, choć wszyscy już wiemy, że pisze te przygody J. K.  Rowling, to próba wyjaśnienia zniknięcia w 1974 roku młodej lekarki; a kiedy para detektywów rozpoczyna przeczesywanie tła tamtej historii, dowiadujemy się sporo  o brytyjskim społeczeństwie, bo autorka zwodzi nas, myli tropy i każe bohaterom babrać się w życiorysach wielu pospolitych  ludzi, a jak wiadomo,  każdy ma coś na sumieniu, o czym nie za bardzo chciałby opowiadać obcym ludziom.  Pamiętajmy jednak, że to losy Cormorana  i Robin stanowią główną oś wydarzeń i wszyscy czekamy aż wreszcie  pisarka zdecyduje się połączyć ich przyjaźń, bardziej intymnym węzłem. Jednocześnie wiemy, ze cała zabawa polega na tym, że detektywi nie są jeszcze parą, a jeśli trafią w końcu do łóżka, to Rowling zakończy czym prędzej tę sagę. Irytujący   w swojej manierze Stuhr starając się nadać każdej postaci charakterystyczny styl i brzmienie głosu, skrzeczy i piszczy nie szczędząc nam nawet naśladowania głosików dziecięcych.

Sama historia wciąga niepostrzeżenie, bo  o ile od początku wydaje nam się, że doktorkę załatwił seryjny morderca, to jednak sposób opowiadania autorki Harrego Pottera  jest na tyle absorbujący, że godzimy się na poznanie w szczegółach  losów tych wszystkich postaci z drugiego planu.  Słucham Macieja Stuhra czytającego „Niespokojną krew” i jest to moje sobotnio-niedzielne zajęcie w czasie trzykilometrowych spacerów wokół Stadionu Olimpijskiego, którego okolica już na zawsze będzie mi się kojarzyła ze skrzeczącym głosem aktora, naśladującego jakąś angielską paniusię.

Gdyby Severski pisał „Niespokojną krew” musiałby powściągnąć męczącą manię rozciągania każdego rozdziału, gdyż wówczas powieść stałaby się kompletnie niestrawną i czytelnik porzuciłby  ją w krzaki, nawet rezygnując z finałowych rozwiązań.   A Rowling nigdy nie podjęłaby się nawet pisania  o szpiegach, choć jestem ciekawy co wymyśli autorka po skończeniu z losami  połączonych już Cormorana i Robin.

Kiedy  zastanowiłem się głębiej nad historiami opisywanymi przez Roberta Galbraitha, to olśniło mnie nagle, że tak właściwie nigdy nie polubiłem tego egoisty Cormorana, upartego palacza papierosów Benson& Hedges. Do tego Robin, która sama nie wie czego chce, już w dniu ślubu zdaje sobie sprawę, że pociąga ją ten były żołnierz  z protezą. Oboje nie mogą bez siebie żyć, ale robią wszystko, żeby nie doszło do skonsumowania tego uczucia. Być może to jest najbardziej irytujące w tej powieści, bo kiedy już jest blisko, żeby Robin wpadła w ramiona Strike’a, kiedy praktycznie wyznają sobie  wszystko, autorka przerywa tę sielską scenę i każe nam czekać na kolejne tomy wzbogacające  i tak już niemały kapitał zbity na dziecięcej naiwności. Pisarka podpadła ostatnio krytyką kobiet transpłciowych, przez zamieszczenie kontrowersyjnych wpisów na twitterze – niektórzy przypuszczają, że było to zamierzone, żeby pomóc w promocji „Niespokojnej krwi”, jakby  nie można było mieć własnego zdania na dany temat. Rowling w tej powieści bardzo dużo miejsca poświęca   tzw „sprawie kobiecej”, od  manifestacji  kobiet wyzwolonych , przez molestowanie w pracy lub  napastowaniu seksualnemu, któremu pada też Robin, co kończy się wylaniem  z pracy jednego z pracowników agencji Cormorana.  Kobiety znajdą w książce  wiele scen, ukazujących ”prześladowania” kobiet  zarówno  w latach, kiedy zaginęła Margot Bamboruogh, jak i współcześnie. Ta prawie tysiącstronicowa powieść  jest świetnie skonstruowana i podziwiam Rowling, że udało jej się  pokazać jak żmudną pracę wykonała para detektywów, odtwarzając wszelkie niuanse losów zaginionej  kobiety i choć  zdaje nam się od początku, że zadanie postawione przez córkę Margot,   jest z góry skazane na porażkę i jeśli nawet wyłaniają się potencjalni  sprawcy, to jednak cały czas drzemie w nas przekonanie, że lekarka padła ofiarą Dennisa Creeda. Do tego prowadząc śledztwo trafiają na   szalonego policjanta, zafascynowanego, horoskopami, tarotem czy astrologią, co wprowadza na karty pewien chaos i komplikuje , tak mi się wydaje, spokojną dedukcję pary  detektywów.

Jakby tego było mało, Rowling daje nam scenki obyczajowe z życia Cormorana – śmierć jego ukochanej ciotki, zamieszanie z byłą miłością, czy usiłowania wciągnięcia Cormorana  w pojednanie z ojcem, co potrafi  naszego bohatera doprowadzić do szału.  A Robin  rozwodzi się w końcu ze swoim niewiernym mężem i przeżywa gorycz  upokorzonej kobiety.  Tysiąc stron czytania i obcowania z ulubioną parą bohaterów   jest z pewnością lepszą opcją niż słuchanie  jak Maciej Stuhr odgrywa  poszczególne osoby dramatu, jakby wydawało mu się, że jest w teatrze i ma  się wcielić w  każdą postać.   I jeszcze inne sprawy, prowadzone przez agencję dopełniają to gęste dzieło , tak więc  naprawdę jest co czytać i choć czasem  czujemy się zagubieni  w gąszczu postaci krążących wokół zaginięcia sprzed 40 lat, to jednak wszystkie poboczne wątki wynagradzają niecierpliwemu czytelnikowi  chwile znużenia.

Czytelnik ma w ogóle prawo do irytacji? Lepiej jest  odrzucić  w cholerę dręczący tekst i nie wracać do zmanierowanego głosu lektora, ale są to metody drastyczne i nie dające nadziei, na poznanie całej historii  wymyślonej przez autora. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko przecierpieć te kilka chwil zniecierpliwienia, co być może później odbije się na naszych decyzjach czytelniczych.  W  przypadku Rowling  prędzej obejrzę kolejny odcinek serialu Cormoran Strike z Tomem Burke  i uroczą  Holliday Grainger, niż zakupię audiobook kolejnej powieści z Maciejem Stuhrem w roli lektora. Z Severskim nie jest taka prosta sprawa ponieważ pisarz ten  na końcu „Naboru”, likwidując  kluczowe postacie, dał jednak   nadzieję  na ciąg w jakimś sensie dalszy, tylko  w innym składzie osobowym, ku uciesze kobiet.

.Rowling raczy nas jeszcze staroangielskim  poematem Edmunda Spensera, przed każdym rozdziałem serwując nam urywek z „ Faerie Queene” i nie wiem, czy te kawałki mają swoje odniesienia do treści książki.  W każdym razie jesteśmy faszerowani  słynną strofą Spensera i alegorycznymi scenkami co wygląda jakby Wojciech Chmielarz cytował nam na kartach swoich kryminałów  Norwida lub co gorsza Hieronima Morsztyna. Nie jest to irytujące na szczęście, choć kompletnie niezrozumiałe.

W przypadku „Naboru”  tak bardzo wciągnąłem się w akcję ateńską, że odnalazłem na googlowskich mapach uliczki, na których rozgrywają się wydarzenia i pospacerowałem wirtualnie po Pindarou, śladami Dimy i Moniki. Swoją przygodę z Severskim rozpocząłem dawno temu biegając z audiobookami  Niepokornych, Nelegalnych i Nieśmiertelnych  w doskonałej interpretacji Krzysztofa Gosztyły. To niewątpliwie ulubiony lektor audiobooków , gdzie nawet Mrozowe  produkcje dawało się polubić.  W tej ostatniej trylogii, którą kończy „Nabór” mam lukę w postaci ominiętego „Odwetu”  i planuję powrót do Severskiego właśnie,  oddając się słuchaniu Gosztyły, co uzupełni moją wiedzę o grupie Leskiego.

Z tego marudzenia podszytego irytacją,  wyłaniają się jednak dwie książki, które  warto przeczytać lub nawet wysłuchać, a narzekania nad ich wadami niech nie przesłonią faktu, że są to doskonale wymyślone intrygi, z którymi spędziłem trochę czasu, czego wcale nie żałuję.

A dla wszystkich niecierpliwych dobra rada na koniec,  z „Naborem” musicie się przemęczyć do samego końca, a w przypadku  „Niespokojnej krwi” jest to wręcz konieczne, bo jeśli po pół tysiącu przeczytanych stron macie ochotę wywalić Rowling w diabły, to zróbcie sobie jeszcze dobrze i przeczytajcie końcowe rozdziały. Tam nie dość, że dochodzi do błyskotliwej rozmowy Cormorana z seryjnym  mordercą,  to jeszcze wyjaśnia się zagadka Margot Bamborough i można powiedzieć, że pisarka  przygotowała  rozwiązanie, którego chyba nikt się nie spodziewał. „Nespokojna krew” to cierpienia i upokorzenia kobiet, jakby autorka chciała pokazać, że nie tylko psychopatyczni mordercy  potrafią krzywdzić kobiety, a tak naprawdę wciąż muszą się one zmagać z męską napastliwością, a finał książki przewrotnie zaprzecza tym wszystkim wyraźnym poszlakom. Przy „Naborze”  jest szansa ,że odetchniemy od tych prześladowań, choć jak już wspomniałem, i Severski  przygotuje kontynuację, w której to kobiety będą grały pierwsze skrzypce.

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Mirek Nahacz

Z tym Nahaczem to jest tak, że oczywiście słyszałem, że jest taki młody, który podobno napisał  rewelacyjne rzeczy, ale potem się powiesił, więc patrzyłem na to   trochę przez tę  romantyczną perspektywę młodej nadziei literackiej , która rozbłysła, ale zaraz  stopiła się we własnym talencie, przekonany, że prędzej czy później wpadnie mi w ręce coś ze spuścizny tego utalentowanego Łemka, kolegi Doroty Masłowskiej. I doczekałem się wydania przez Czarne  tomiku z trzema pierwszymi utworami Mirka Nahacza, które miłe Panie z Wydawnictwa przesłały mi do przeczytania i nie czekając nawet na koniec pandemii, zapoznałem się najpierw  z powieścią, którą Stasiuk z miejsca,  jak tylko młody Mirek nieśmiale mu ją podrzucił, zakwalifikował do druku, oddychając z ulgą, że  ten zostawiony do oceny pakiet nie okazał się poezją. Taka to legenda, że rozklekotanym maluchem Stasiukowi  tę „Osiem cztery” podrzucił licealista.

A  więc  „ Osiem cztery”, ten narkotyczny wykwit talentu młodzieńca,  jest bardzo dobrym wprowadzeniem w prozę Nahacza i pozwala z miejsca  docenić talent pisarza, którego proza wsysa czytelnika, nie tylko  przygodami paczki chłopaków, którzy trafiają na plenerową imprezkę  z grillem, dziewczynami, alkoholem i zebranymi wcześniej grzybkami halucynogennymi, ale przede wszystkim stylem opowiedzenia tej krótkiej przygody, którą narrator wyrzuca z siebie  lekko chaotycznie, ale jednak z całym zaangażowaniem.

Narkotyczne wizje już wcześniej pojawiały się w literaturze, choć w polskiej tradycji za fachowca w tej materii uważa się Witkacego, który nie dość, ze popełnił tekst, który zatytułował „Narkotyki”, to w swojej twórczości często nawiązywał do wizji czy to peyotlowych, czy alkoholowych. A jednak proza młodego Nahacza nie sięga tradycji witkacowskich „popojek”, bo i czasy inne i osobowości odmienne.  Chłopaki  od Nahacza to zagubieni w beskidzkiej prowincji koledzy, szukający w świecie wrażeń wyrzucających ich z tej pospolitej rzeczywistości, w której przyszło im żyć, podobnie zresztą jak szukający w używkach oderwania zbuntowani  licealiści  upijający się  tanim alkoholem,  Nie ma co rozgryzać motywacji chłopaków  zbierających grzybki na łące, lecz  warto się skupić na stylu i języku młodego debiutanta, bo jak pisał Andrzej Stasiuk  Nahacz  jest wybrańcem, który ten tekst po prostu miał w sobie  i po prostu nam go przekazał. „Rzeczywistość nabrała ochoty na wypowiedź i wybrała Mirka, a on zgodził się wysłuchać i nam przekazać”. Bo właśnie ten przekaz się liczy, ta forma już dojrzała  i kompletna – inaczej ten tekst nie można było  opowiedzieć, wiec „Osiem cztery” płynie w nas czytających, łagodnie łaskocze nasze neurony i to jest tekst rozedrgany, a jednak uspokajający, przez to, ze jest doskonały i skończony.

Pokolenie 1984 roku jakże odległe od mojego, ale przecież dla urodzonych już w XXI  wieku,  to pokolenie z lat osiemdziesiątych XX wieku, jeszcze boleśniej odstaje, jednakże pewne zachowania i uczucia łączą wszystkie roczniki, którym przychodzi zmierzyć się z nastoletnia rzeczywistością napierającego świata.  Kumplowali się z Masłowską i przychodzi nam sobie zadać pytanie kim byłby dzisiaj Mirek Nahacz, w wieku bliskim czterdziestki, a jest to pytanie niedorzeczne dla nas dzisiaj, a tym bardziej dla niego, który  jeszcze w przeddzień samobójstwa   poprawiał swoją kolejną prozę i planował imprezę techno w Lubiążu, a powiesił się w piwnicy przy Hożej 39 i  wcale nie został  szybko znaleziony . Szczegóły umykają pamięci, a jednak to one decydują o naszym losie. Zmarnował nam się talent, nie pierwszy i nie ostatni,  jednak szkoda, że nie poznamy prozy, którą mógłby napisać dzisiejszy  Mirek Nahacz i choć w  jego stylu  da się wyczuć  tę nutkę dekadencką, która  tkwi od zawsze równie silnie u  jego rówieśniczki: Masłowskiej, to jednak jakby poszukać nieco intensywniej, to przecież i Stasiuka tam czuć, bo ten beskidzki gen dominuje, choć np. u takiego Jędrzeja Pasierskiego wyemancypował się ładnie  i zatracił, dzięki temu Nina Warwiłow jeszcze nie zwariowała. A mnie wciąż przychodzi do głowy kolejna ćma polskiej literatury, czyli Rafał Wojaczek, równie szalony i utalentowany kaskader, którego nicość przyciągnęła prędzej od Mirka.

Niestety w obecnym wydaniu, mamy zaraz po tej boskiej kontemplacji  rzeczywistości z dachu jakiegoś budynku,  przy wschodzącym słońcu,  opowieści tytułowego „Bombla”, co czytelnika wprawia w niepokojący dysonans, bo „Bombel” jednak nie jest kontynuacją, jest  wyrzutkiem z omamów i spowiedzią menela przystankowego, który ma nam do opowiedzenia kilka przypadków ze swojego marnego żywota, oraz garść przemyśleń, które może i nas śmieszą, ale częściej je ignorujemy.  Bomblowe opowieści niczym strumień świadomości, zalewają nas pospolitością, co nie może być zarzutem, a jedynie rozczarowaniem, że już nie obcujemy z tymi młodymi , co to  wszystko mogą, a jedynie wgłębiamy się w psychikę i przygody tytułowego bohatera i jego kumpla Pietrka.

Bombel, ten nawet kiedyś sfilmowany  osobnik, miłośnik prezenterek telewizyjnych, papierosów i tanich win, snuje swoją opowieść, jakby ktoś chciał go słuchać – my musimy, niczym przygodni wędrowcy mijający przystanek autobusowy, gdzie od rana rozsiada się  nałogowy opowiadacz swojego życia.  Czy nas to ciekawi, co mówi trochę zamroczony  własną elokwencją  mężczyzna? Średnio raczej ciekawi, bo i co ma nam do przekazania ten mądrala, oprócz przypadków ze swojego życia. Bredzi i się popisuje, a dla nas  interesujące są te historie raczej przez sposób opowiadania, przez tę swoją prostacką błyskotliwość, jakby młody Mirek nie miał już o czym pisać, jakby z tej studenckiej Warszawy nie potrafił chłonąć  esencji pisarskiej, jakby tylko w nostalgicznym powrocie do dzieciństwa zdołał odnaleźć natchnienie, które kazało mu stworzyć  przyjacielski portret Bombla, który nawet nie przypuszczał, że jest słuchany przez nadzieję polskiej literatury, bo przecież Nahacz  musiał się przysłuchiwać temu potokowi opowieści, zanim wylęgły się one od nowa w jego talencie.  Wspomniany tu Pasierski wykorzystał lekko motyw paplającego wyrzutka i w swoim najnowszym kryminale  pokazał takiego bełkoczącego menela  nazywając go kłamczuchem, choć taki Bombel  o ile prawdy nie powie, to raczej podkoloruje swoją opowieść, opisując niekoniecznie przyzwoite i bardziej wymarzone  relacje z kobietami  o cygańskiej urodzie.

Jak już poznamy charakter Bombla, to czeka nas emigracja w świat Bociana i Loli i tutaj już Nahacz jeńców nie bierze, a ja poczułem się pewnie jak Kazimiera Szczuka, która podobno zaprosiła  do programu o książkach Wydanie drugie i poprawione Mirka Nahacza i napominała go, że powinien pisać jak Prus a nie tylko ćpać i chlać. A on zapewne chlał wtedy podobnie jak wielki Pilch, co nie jest żadnym usprawiedliwieniem. „Bocian i Lola” to miała być jego najlepsza rzecz jaką napisał, uniwersalna, trudna, dotykająca ważnych rzeczy, nie tylko psychodeliczna; i myśmy , ja i Szczuka zapewne nie dosięgnęli wielkości tej prozy, co Pani Kazimierze można wybaczyć, ale mnie już nie. Może powinienem wejść na inny poziom percepcji dzieła literackiego, zwłaszcza kiedy autor uważa, że napisał cos wielkiego, a ja nieustannie ślizgam się po tej prozie?

Przyznaję, że zachwyca mnie czasem Nahacz wcale nie jakimś wyrafinowaniem, a raczej banalnością, że zdania mogą być  po prostu dobrze napisane   i trafić  tam gdzie powinny:

”Znowu się zaczęło, ciągle się coś zaczynało. Ktoś zaczynał coś mówić, ktoś zaczynał coś pić albo palić papierosa, ktoś zaczynał przestawać palić, pić czy cokolwiek. Pamiętaliśmy tylko początki, wszystko się zaczynało, końce zawsze były daleko, nikt ich nie zauważał”

I o to właśnie chodzi, tak zwięźle podsumować młodość, potrafi tylko doskonały stylista o wyrobionej frazie, a przecież  Mirek Nahacz  nie miał gdy to pisał nawet zaliczonej matury z polskiego.

A na koniec tego niegrubego tomiku twórczości Mirosława Nahacza nie dostajemy „Niezwykłych przygód Roberta Robura”, ale podobno lepiej było je zobaczyć w teatrze, gdzie w  dziewięć lat po śmierci autora,  wystawił  tę prozę Krzysztof  Garbaczewski.

Kończąc te krótką przygodę z pisarstwem  Nahacza, zastanawiam się jak i kiedy kolejny raz przyjdzie mi  wgłębić się  w ten oniryczny świat, bo jestem przekonany, że  taka literatura czasem gdzieś eksploduje zupełnie nieoczekiwanymi  efektami.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne  za egzemplarz  książki

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Monty Python w Korei Północnej

Michael Palin  po wciąż chętnie odkurzanych skeczach w grupie Monty Pythona,  poświęcił się kręceniu filmów podróżniczych z  niezwykłych miejsc naszego globu, jednocześnie pisząc książki z tych peregrynacji, o czym z przyjemnością przekonywałem się, czytając jego refleksje o  Himalajach, lub towarzysząc mu w podróży dookoła świata.

Palina możemy pamiętać z roli w filmie ”Rybka zwana Wandą”, ale chyba większą karierę zrobił nie jako aktor, lecz podróżnik. I taką podróż śledzimy czytając dziennik podróży z Korei Północnej. Przyznaję, że miałem okres przemyśleń nad sensownością udania się do tego komunistycznego państwa, zapewne z powodu ciekawości jak funkcjonuje  ten zamknięty kraj, żeby zobaczyć  świat  kompletnie odmienny  od dotąd poznawanych. Myśli o wyprawie do Korei  przybladły w momencie uświadomienia sobie, że tego rodzaju zorganizowane wycieczki do KRLD, to forma wspomagania reżimu, a oglądanie zniewolenia nie musi stanowić  przyjemności splątanej ze zwiedzaniem. Podróż do Korei to lawirowanie pomiędzy tym co wolno robić, a tym jak można oszukać  wszelkiej maści opiekunów i służby, których zadaniem jest nie dopuścić do zobaczenia jak bardzo totalitarna jest władza rodu Kimów.

Ta niedostępność i folklor związany z biedną egzystencją mieszkańców to taka niezdrowa fascynacja, prowadząca do „zaliczenia” tego państwa i dumnego chwalenia się z pobytu tam, gdzie mało kto trafia.

Michael Palin zaliczył ten kraj z ekipą filmową i w mocno  dżentelmeński sposób opisał perypetie, związane z prezentowaniem filmowcom, wybranych kawałków egzystencji   Korei Północnej. Palin w swojej ugrzecznionej relacji nie krytykuje, a jedynie czasem bąka coś o wolności, jakby bał się, że pomimo powrotu do ojczyzny, nadal jest inwigilowany przez aparat represji koreańskiej.  Z sympatią opisuje swoich opiekunów, stara się by nie wprawiać ich w zakłopotanie, jakby nie  wierzył, że mogą być tak potwornie zmanipulowani, że już nie tylko strach kieruje ich postawami.

Relacja Palina w dzienniku z podróży po Korei Pólnocnej rozczarowuje, być może dlatego, że tak naprawdę chłopaki pojechali tam żeby nakręcić film, a ja tego filmu nie oglądałem, a relacja pisana  przez Michaela, jest powierzchowna, jakby Monty Python stracił wszystkie zęby oraz dowcip, gdyż czyta się te zapiski  z narastającą nudą, już po  kilku pierwszych rozdziałach tracąc nadzieję, że wydarzy się w tej podróży coś fascynującego, a dostajemy silącego się na uprzejmości cyrkowca, który nie potrafi dotrzeć do sedna tego kraju.

Książka oddaje klimat niezrozumiałego ocieplenia się stosunków amerykańsko-koreańskich, który przygotowywał wizytę Trumpa w KRLD. Zmanipulowany Trump dał się wciągnąć w grę, dzięki której reżim propagandowo pokazał, jak bardzo trzeba się liczyć z tymi szalonymi, klaszczącymi aparatczykami.

Przygotowania do wyjazdu rozpoczęły się w 2016 roku i nie przeszkadzały w tym nawet  złowrogie informacje o amerykańskim studencie Otto Wambieru, który za zerwanie propagandowego plakatu w Pjongjangu, został skazany przez koreański sąd na 15 lat ciężkich prac, a następnie został zamęczony przez reżim i w stanie krytycznym odesłany łaskawie do domu, gdzie zaraz zmarł. Może o te wydarzenia powinien pytać swoich rozmówców Palin, a nie  żałośnie udawać jak bardzo szanuje  stosunki panujące w tym państwie. Z drugiej strony mógł się spodziewać, że wówczas zostanie spławiony ogólnikami i ta delikatna nić sympatii, którą utkał ze swoimi przewodnikami zostanie brutalnie  przerwana.  Czy Palin miał moralny obowiązek poruszać drażliwe tematy i manifestować swój bunt skierowany przeciwko dyktaturze? Może zdawał sobie sprawę, że i tak niczego nie wywalczy, a powstanie filmu stanowiło cel nadrzędny – z tych dylematów Palin nie tłumaczy się – jest raczej zadowolony, że ta podróż w jakimś sensie się udała.

Pozostając z pewnym niesmakiem nie żałuję, że przeczytałem o kraju, który  tak czy inaczej wzbudza moją ciekawość i pomimo, że nic tego nie zapowiada, to jednak mam nadzieję, że w jakiś dziwny sposób reżim Kima upadnie i kiedy oba państwa koreańskie się połączą, będzie okazja na wylot do Seulu, skąd tak blisko do Pjongjangu.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii książki | Otagowano , , | Dodaj komentarz